janjuz - 2017-07-28 12:39:12

Oto początek nowego tomu Preludiów. Tłumaczenie niestety będzie dość powolne.




DragonLance
Preludia Część pierwsza
Mrok i Światło
Paul B.Thompson oraz Tonya R.Carter
* * *


Rozdział 1

Rozstanie

   Jesień malowała Solace żywymi kolorami. Każda weranda i każde okno wypchane były czerwonym, pomarańczowym czy żółtym listowiem bowiem wszelki domy i sklepy w Solace gnieździły się w otulinie potężnych konarów drzew vallen, gdzieś wysoko ponad omszałym gruntem. Gdzieniegdzie widać było wolne przestrzenie w nadrzewnym mieście. Były to publiczne place miasteczka, miejsca w których jednego tygodnia odbywał się jarmark a w drugim występy wędrownej trupy artystów.
   Na jednym z takich placów, aktualnie skąpanych w słonecznym świetle, stały trzy osoby – jedna kobieta i dwójka mężczyzn. Dwa miecz poruszały się żywo w te i wewte i ostro odbijały podające na ostrza promienie słońca. Dwie osoby ostrożnie się nawzajem okrążały i szermowały nagłymi wypadami nagich ostrzy. Trzecia osoba stała z tyłu i obserwowała. Miecze ostro zgrzytały w całusach rozzłoszczonej stali.
- Dobra robota! – powiedział obserwujący Caramon Majere – Wspaniała parada, Sturm!
   Wysoki, młody mężczyzna z opadającymi, brązowymi wąsami tylko odmruknął z krótkim potwierdzeniem. Był jednak raczej mocno zajęty. Przeciwnik właśnie skoczył do przodu mierząc mu prosto w pierś. Strurm Brightblade ciął ostro w atakujące ostrze i jednocześnie szybko się cofał. Uderzenie minęło go może cal. Przeciwniczka Sturma aż się zachwiała tracąc lekko równowagę i rozstawiając szerzej stopy.
- Spokojnie, Kit! – zawołał Caramon.
   Przyrodnia siostra odzyskała równowagę z gracją zawodowej tancerki. Zebrała razem pięty w cichym trzasku skórzanych butów i obróciła się do Sturma szczupłym profilem jako jedynym celem.
- A teraz, przyjacielu – powiedziała – zaprezentuję ci sztuczkę jakiej można się nauczyć tylko praktykując walkę za pieniądze.
   Czubkiem miecza zaczęła Kitiara wycinać kółka w powietrzu. Raz, dwa razy, trzy razy – Sturm tylko obserwował śmiertelnie groźne ruchy. Caramon gapił się z otwartą szeroko gębą. Miał tylko osiemnaście lat i choć osiągnął, lub nawet przewyższył, rozmiary dorosłego mężczyzny to jednak głęboko w środku duszy pozostawał jeszcze chłopakiem. Dzika i już otrzaskana ze światem Kitiara była jego idolem. Miała w sobie więcej entuzjazmu i energii niż dowolnych dziesięciu mężczyzn razem wziętych. Z miejsca, w którym teraz siedział, mógł Caramon dostrzec każdą rysę na ostrzu Kitiary jakby stanowiły one wspomnienia po ciężkich bojach. Boczna powierzchnia ostrza błyszczała od częstego i dokładnego polerowania. Miecz Sturma dla kontrastu był tak jeszcze nowy, że nawet na jego rękojeści wciąż były widoczne błękitnawe odcienie wywołane krystalizującym stal ogniem kuźni.
- Uważaj na prawą – zawołał Caramon.
   Wolną dłonią Sturm ujął gałkę rękojeści i już czekał, jak przystało na Rycerza Solamnijskiego, na atak Kitiary zwrócony do niej przodem.
- Ha!
   Kitiara zawirowała na jednej nodze i przecięła powietrze wznoszącym cięciem miecza. Caramon wstrzymał dech gdy jej cięcie wzniosło się do szczytu ruchu. Sturm stał nieruchomo. Miecz dziewczyny mógł zakończył łukowy cios prosto na jego karku. Caramon zamknął oczy – usłyszał nagle potężny brzęk zderzającej się stali. Poczuł się głupio więc otworzył znów oczy.
   Sturm sparował cios najprostszym sposobem, bez żadnej finezji, po prostu rękojeścią w rękojeść. Stał teraz blisko z Kitiarą, miecze mieli zablokowane ostrzami do góry. Kiście Kitiary zadrżały. Nacisnęła mocniej i wolną ręką ścisnęła rękojeść miecza. Sturm siłą zmusił ją do opuszczenia gardy. Twarz jej pobladła a potem gwałtownie poczerwieniała. Caramon już znał te objawy. Ta przyjacielska potyczka nie szła po jej myśli i Kitiarę zaczęło to złościć.
   Poirytowana stanęła mocnie, uniosła gardę i natężyła się przeciw większej masi i sile Sturma. A jednak rękojeść jej broni wciąż opadała. Ostro rżnięta garda nowego miecz Sturma ocierała się jej o policzek. Z ciężkim sapnięciem Kitiara przerwała wysiłki. Oba miecze opadły końcami w zielony mech.
- Dość – powiedziała – Dziś ja kupuję ale. Powinnam być mądrzejsza i nie pozwolić ci na taki blokowanie mojej gardy! Chodźmy, Sturm. Po kuflu najlepszego Otikowego!
- Brzmi cudownie – odparł.
   Zwolnił miecz i postąpił krok wstecz wciąż ciężko dysząc. Gdy tylko się ruszył Kitiara wpakowała płaz swej broni między jego kolana. Stopy Sturma się splątały a on sam padł grzbietem w zieloną trawę. Miecz wypadł mu z dłoni a tymczasem Kitiara już stała nad nim trzymając trzydzieści dwa cale ostrza wymierzone w jego gardło.
- Walka to nie zawsze sport – powiedziała – Miej zawsze oczy otwarte i miecz trzymaj krzepko, dłużej pożyjesz.
   Sturm popatrzył wzdłuż ostrza prosto w twarz Kitiary. Pot pozlepiał czarne kędziory na czole a naturalnie ciemne usta były mocno zaciśnięte. Powoli rozchyliły się w krzywym uśmiechu. Schowała miecz do pochwy.
- Nie bądź taki przygnębiony! To chyba lepiej gdy przyjaciel cię powali i potraktuje to jak lekcję niż żeby wróg miał cię pochlastać na dobre.
   Wyciągnęła rękę.
- Pośpieszmy się lepiej nim Flint i Tanis wypiją wszystko u Otika.
   Sturm pochwycił jej rękę. Dłoń była twarda i zrogowaciała od rękawic i rękojeści miecza. Kitiara podciągnęła go i w końcu stanęli nos w nos. Sturm był wyższy o głowę i co najmniej pięćdziesiąt funtów cięższy a i tak czuł się przy niej jak nieopierzony dzieciak. Jasne oczy dziewczyny i jej przymilny uśmiech zdołały jednak obawy rozproszyć.
- teraz rozumiem w jaki sposób udało ci się rozwijać jako wojowniczce – powiedział i pochylił by podnieść miecz.
   Oczyścił go i schował do pochwy.
- Dzięki za dobrą lekcję. Następnym razem dopilnuję by mieć stopy poza twoim zasięgiem!
- Hej Kit! – gorączkowo dopytywał Caramon – Pokażesz mi potem kilka twoich sztuczek?
   Miał przy sobie krótki miecz; prezent od uwielbiającej przygody siostry. Znalazła go na którymś z wielu pól bitewnych. Flint Fireforge, znający się na obróbce metali jak mało kto, twierdził, że miecz Caramona został wykonany w południowym Qualinesti. I tylko dzięki takim przypadkowym wiadomościom dowiadywali się co nieco o wędrówkach Kit.
- Czemu nie? – odparła – przywiążę sobie jedną rękę z tyłu, żeby było fair.
   Caramon już gębę otwierał do szybkiej odpowiedzi, lecz Kitiara zamknęła mu dłonią usta.
- A teraz do gospody. Jeśli szybko nie dopadnę kufla ale to się rozsypię!
   Kiedy wreszcie dotarli do korzeni wielkiego drzewa vallen wspierającego Gospodę Ostatni Dom spotkali starego druha, Flinta, siedzącego przy najniższych stopniach schodów. Krasnolud dzierżył w potężnych, węźlastych dłoniach całe naręcze drzazg i odcinał od nich cienkie jak włos płatki. Miał tylko mały, lecz bardzo ostry nożyk.
- Cóż, widzę, że skórę masz nienaruszoną – mruknął popatrując z ukosa na Sturma – Tak na poły myślałem, że własną głowę przyniesiesz pod pachą.
- Twoja ufność w moje siły jest niezwykła – kwaśno odparł młody mężczyzna.
   Kitiara zatrzymała się i oplotła ramieniem potężne barki Caramona.
- Lepiej uważaj, stary krasnoludzie. Obecny tu Mistrz Sturm dysponuje niezwykle silnym ramieniem. Kiedy zaś już oduczy się przestrzegania przestarzałego kodeksu rycerskiego…
- Honor nigdy nie jest przestarzały – wtrącił Sturm.
- I dlatego padłeś plackiem na plecy z moim mieczem na szyi. Gdybyś tylko…
- Nie zaczynajcie od nowa! – warknął Caramon – Jeżeli mam wysłuchiwać kolejnej debaty o honorze to chyba umrę z nudów!
- Nie mam zamiaru się kłócić – Kitiara poklepała brata po ramieniu – Swego dowiodłam.
- Flint, chodź z nami. Kitiara stawia – powiedział Caramon.
   Starszawy krasnolud uniósł się na przysadzistych nogach posyłają jednocześnie na ziemię całą kaskadę cieniutkich drewnianych płatków. Wyrównał odzież i schował nóż do buta.
- Żadnego ale dla ciebie – Kitiara zwróciła się w stronę Caramona z iście matczyną surowością. Za młody jesteś na picie.
   Caramon dał nura spod jej ramienia i skoczył w stronę Sturma.
- Kit, mam już osiemnaście lat.
   Twarz Kitiary wyrażała ciężkie zdumienie.
- Osiemnaście? Pewien jesteś?
   Jej „mały” braciszek był co najmniej cal wyższy od Sturma. Caramon popatrzył na siostrę z oburzeniem.
- Jestem, jestem. Po prostu nie zauważyłaś, że jestem już dorosłym mężczyzną.
- Dzieciak jesteś! – krzyknęła Kitiara i wyciągnęła miecz – Jeszcze chwila i dostaniesz klapsa!
- Ha! – krzyknął Caramon ze śmiechem – Nie dasz rady mnie złapać!
   To powiedziawszy skoczył naprzód i runął w górę po schodach. Kitiara schowała miecz i skoczyła za nim. Długie nogi Caramona szybko pokonywały strome schody. Wraz z siostrą, głośno się śmiejąc, zniknął za masywnym pniem drzewa.
   Flint i Sturm wspinali się wolniej. Lekki wietrzyk powiewał między konarami i posyłał wszędzie kolorowy deszcz liści zasypujących schody. Strurm spojrzał rozejrzał się poprzez gęstwę gałęzi w stronę pozostałych nadrzewnym domostw.
- Za kilka tygodni będzie wyraźnie już widać nawet drugą stronę wsi – mruknął.
- Racja – odparł Flint – Aż mi trochę dziwno, że o tej porze nie jestem gdzieś w drodze. Przez więcej lat niż dotąd, chłopcze, przeżyłeś przemierzałem drogi Abanasinii od wiosny do jesieni. Zajmowałem się handlem.
   Sturm przytaknął. Decyzja ogłoszone przez Flinta, że oto wycofuje się już z wędrownego kowalstwa zaskoczyła wszystkich wokoło.
- Teraz to już przeszłość – powiedział Flint – Czas już zawiesić własne nogi na kołku. Może zacznę uprawiać róże w ogródku.
   Wyobrażony widok krasnoluda zajmującego się ogródkiem różanym wydał się Sturmowi groteskowo nienaturalny. Aż potrząsnął głową byle się tej myśli pozbyć.
   Sturm przystanął na płaskiej platformie w połowie drogi do gospody i oparł się o poręcz. Flint postąpił jeszcze parę kroków, lecz też się zatrzymał. Koso popatrzył na Sturma i rzekł.
- O co idzie, chłopcze? Aż widać, że masz coś na języku.
   Flint niczego nie przegapiał.
- Muszę odejść – powiedział Sturm – Do Solamnii. Zamierzam odszukać swe dziedzictwo.
- I swego ojca?
- Jeżeli jest gdziekolwiek jeszcze jakiś jego ślad, to ja go znajdę.
- Długa podróż i niebezpieczne poszukiwania – powiedział Flint – Chciałbym iść z tobą.
- Nie o to chodzi – rzekła Sturm – To tylko moje zadanie. Moje poszukiwania.
   Sturm i Flint weszli w drzwi gospody w chwili dokładnie odpowiednie, żeby dostać w twarze całą lawinę ogryzków jabłek. Podczas gdy lepką pulpę wycierali z oczu cała sala gospody grzmiała głośnym śmiechem.
- Który to łajdak się ośmielił? – ryknął Flint.
   Niezgrabna, młoda dziewczyna, pewnie nawet nie miała jeszcze czternastu lat, z głową całą w rudych splotach, wręczyła ręcznik rozwścieczonemu krasnoludowi.
- Otik właśnie wyciskał nową porcję cydru i pewnie dopadli resztek – wyjąkała przepraszająco.
   Sturm wreszcie wytarł twarz do czysta. Kitiara z Caramonem padli na kontuar i chichotali jak banda zidiociałych dzieciaków. Stojący za barem Otik, korpulentny właściciel gospody, potrząsał głową z dezaprobatą.
- To jest pierwszej klasy lokal – powiedział – Jeśli zamierzacie ciągnąć dalej te psikusy to proszę na zewnątrz!
- Bzdura! – odparła Kitiara.
   Cisnęła na bar monetę. Caramon otarł łzy śmiechu i wytrzeszczył oczy. To była złota moneta. Niewiele takich widział.
- Może to cię uspokoi, co, Otik? – powiedziała Kitiara.
   Wysoki, zgrabny mężczyzna podniósł się zza stołu i podszedł do baru. W jego ruchach dało się widzieć jakiś dziwny wdzięk a wysokie kości policzkowe i złotawe oczy wyraźnie oznajmiały elfie dziedzictwo. Podniósł monetę.
- Co jest, Tanis? – spytała Kitiara – Nigdy nie widziałeś złotej monety?
- Tak dużej jeszcze nie – odparł Tanis Półelf i obrócił monetę – Skąd pochodzi?
   Kitiara podniosła kufel i pociągnęła łyk.
- Nie mam pojęcia – odparła – To część mojej zapłaty. A dlaczego pytasz?
- Napisy są elfickie. Powiedziałbym, że była bita w Silvanestii.
   Sturm i Flint podeszli bliżej i uważnie obejrzeli monetę. Flint orzekł, że delikatny napis jest definitywnie elficki. Dalekie Silvanesti nie miał praktycznie żadnych kontaktów z resztą Ansalonu tak więc zdumiewającym było, jak moneta mogła znaleźć się tak daleko.
- Łup – podpowiedział głos z naroża sali.
- Co mówiłeś, Raist? – spytał Caramon.
   W oddalonym kącie głównej sali gospody widoczna była blada postać. Był to Raistli, bliźniaczy brat Caramona. Był, jak zwykle zresztą, pochłonięty całkowicie studiowanie jakiegoś zakurzonego zwoju. Wstał teraz i podszedł do grupki przyjaciół; barwne światło filtrowane przez witrażowe okna gospody przydawało bladej skórze dziwacznych odcieni.
- Łup – powtórzył – Z rabunku, grabieży czy też zdobyczy.
- Wiemy wszyscy, co to słowo znaczy – szorstko odezwał się Flint.
- On po prostu uważa, że monetę prawdopodobnie skradziono w Silvanesti a potem znalazła się szkatułach dowódcy najemników, w tym i Kitiary – powiedział Tanis.
   Podawali sobie monetę z rąk do rąk, obracali na obie strony i sprawdzali ciężar. Poza swą czyto monetarną wartością moneta stanowiła głos mówiąc o odległym, magicznym ludzie.
- Pozwólcie zobaczyć – uparty głosik odezwał się skądś poniżej lady baru.
   Drobne, szczupłe ramię wystrzeliło do góry między Caramonem a Sturmem.
- Ooo, nie! – krzyknął Otik i porwał monetę z dłoni Tanisa – jeżeli kender położy łapę na monecie to możecie jej tylko posłać pożegnalnego całusa. Byle szybko!
- Tas! – zawołał Caramon – Nie widziałem jak wchodziłeś.
- Był tytaj przez cały czas – odparł Tanis.
   Tasslehoff Burrfoot, jak większość przedstawicieli tej rasy, był zarówno bardzo sprytny jak i bardzo drobny. Potrafił schować w najbardziej niemożliwych miejscach a poza tym znany był z, hmm, lepkich palców… on sam określał je ciekawskimi.
- Ale dla wszystkich – powiedziała Kitiara – Już wiadomo, że jestem wypłacalna!
   Z potężnego dzbana Otik napełnił szereg kufli więc przyjaciele zasiedli wokół okrągłego stołu pośrodku sali. Raistli, miast jak zazwyczaj zatopić się w lekturze zwoju, wziął krzesło i przyłączył się do reszty.
- Skoro jesteśmy tu wszyscy razem – powiedział Tanis – to ktoś chyba powinien wznieść jakiś toast.
- Za Kit, fundatora wspólnego święta! – zawołał Caramon wznosząc gliniany kufel cydru.
- Za złoto, które za to wszystko płaci – odpowiedziała siostra.
- Za elfów, którzy wybili monetę – zaproponował Flint.
- Za elfów to jestem w stanie wypić zawsze – powiedziała Kitiara.
   Patrząc znad kufla posłała uśmiech Tanisowi.
   Na jej ustach zaczęło się już kształtować pytanie, lecz nim je zdołała wymówić Tasslehoff wskoczył na krzesło i zamachał ramionami domagając się uwagi ogółu.
- Powinniśmy wypić za Flinta – zawołał – To jest pierwszy rok od czasów Kataklizmu, kiedy nie wyruszył w drogę.
   Wokół stołu rozległy się otwarte chichoty, które spowodowały, że stary krasnolud gwałtownie poczerwieniał.
- Ty szczeniaku! – zagrzmiał – Jak sądziśz, ile mam lat?
- Nie uuie liczyć do tylu – powiedział Raistlin.
- No cóż, mam już sto czterdzieści trzy lata i dałbym sobie radę z każdym; człowiekiem, kobietą czy też kenderem – oznajmił Flint.
   Palnął w stół ciężką pięścią.
- Ktoś ma ochotę sprawdzić?
   Nie było chętnych. Niezależnie od zaawansowanego wieku, czy też niskiej postaci, Flint był potężnie umięśniony. No, i był dobrym zapaśnikiem.
   Wznosili toasty i popijali dalej w dobrch humorach. Popołudnie przeszło w wieczór a potem i wieczór stał się nocą. Zamówili potężną kolację Otikową bo głód zaczął już doskwierać. Po chwili stół zaczął się uginać pod ciężarem tac z pieczoną dziczyzną, chlebe, serem oraz przesławnymi, Otikowymi pieczonymi ziemniakami.
   Obsługiwała ich stół czerwonowłosa, młoda dziewczynka. W pewnej chwili, ot tak dla żartu, Caramon włożył do kieszeni jej fartucha dobrze ogryzioną kość kurczaka. Oddała zaczepkę szybko i zabawnie gorący kawałek kartofla za kołnierz Caramona. Wystrzelił z krzesła jak oparzony, lecz dziewczyna już skryła się w kuchni Otika.
- Kim, u czarta, ona jest? – pytał Caramon wciąż jeszcze podrygując w staraniach szybkiego usunięcia kartofla zza kołnierza.
- Otik się nią opiekuje – odparł Raistlin – Na imię ma Tika.
   Noc powoli przemijała. Inni gości wchodzili do gospody i ją opuszczali. Zrobiło się późno więc Otik nakazał Tice zapalenie kandelabra świec na stole grupku przyjaciół. Wesoła zabawa wczesnego popołudnia ustąpiła miejsca dużo spokojniejszej, bardziej refleksyjnej rozmowie.
- Jutro wyruszam – ogłosiła Kitiara.
   W świetle świec opalona twarz dziewczyny przybrała złotawy odcień. Tanis obserwował ją i znów czuł jak wracają stare wyrzuty sumienia. Stała się najponętniejszą z kobiet.
- Dokąd ruszasz? – spytał Caramon.
- Chyba na północ – odparła.
- Dlaczego na północ – spytał Tanis.
- Powody, to już moja sprawa – powiedziała sucho, lecz delikatny uśmiech nieco ostrość odpowiedzi złagodził.
- Mogę iść z tobą? – pytał dalej Caramon.
- Nie, braciszku, nie możesz.
- Dlaczego nie?
   Siedząca między przyrodnimi braćmi Kitiara rzucił tylko okiem na Raistlina. Spojrzenie Caramona też powędrowało w stronę bliźniaka. No, oczywiście. Raistlin go potrzebował. Byli bliźniakami, lecz różnili się tak jak tylko bliźnięta mogą się różnić. Caramon był wielkim, serdecznym niedźwiedziem podczas gdy Raistlin przypominał pilnie studiujące widmo. Często chorował a ponadto miał niesamowitą zdolność robienia sobie wrogów wśród silniejszych od siebie. Ich matka nigdy nie odzyskała sił po urodzeniu bliźniąt więc to Kitiara walczyła o zdrowie Raistlina. Teraz zaś to właśnie Caramon pilnował bliźniaka.
- Ja też wyruszam – wtrącił Sturm – Na północ.
   Popatrzył na Kitiarę.
- Eeee – dodał Tasslehoff – Północ jest nudna. Byłem tam. Co innego wschód. Tam należy wędrować. Tyle jest do zobaczenia na wschodzie… miasta, puszcze, góry…
- Kieszenie do opróżniania, konie do „pożyczania” – wtrącił Flint.
   Kender wydął wargi.
- Nic na to nie poradzę, że znajdowanie rzeczy dobrze mi idzie.
- Któregoś dnia znajdziesz coś należącego do niewłaściwej osoby i  cię przez to powieszą.
- Muszę iść na północ – Sturm podparł brodę ręką – Wracam do Solamni.
   Wszyscy nań popatrzyli. Znali dobrze historię wygnania Sturma z ojczyzny. Dwanaście lat już minęło od czasu gdy chłopi Solamni powstali przeciwko swym rycerskim władcom. Sturm i jego matka zdołali uciec unosząc tylko własne życie. Rycerzami nadal gardzono w ich własnym kraju.
- Nie miałbyś nic przeciwko towarzystwu mocnego ramienia? – zaoferowała Kitiara.
   Oferta zaskoczyła wszystkich wokół stołu.
- Nie chciałbym zawracać cię z twej drogi – lekko wymijająco odparł Sturm.
- Północ to północ. Byłam już na wschodzie, na południ i zachodzie.
- A więc świetnie. Wędrówka w twoim towarzystwie będzie zaszczytem – Sturm odwrócił się w strone Tanisa – A jak to z tobą, Tan?
   Tanis wodził kromką chleba po resztkach swego posiłku.
- Też myślałem o wyruszeniu w drogę. Nic specjalnego, po prostu zobaczyć kilka miejsc których nie widziałem. Nie sądzę, żeby zawiodło mnie to na północ.
   Popatrzył na Kitiarę, lecz ta miał wzrok skierowany na Sturma.
- To jest myśl – raźno odparł Tasslehoff.
   Prawa ręka kendera zanurzyła się w kieszeni kamizelki i wydobyła płaski, miedziany krążek. Użwywał tego ćwiczenia aby utrzymać giętkość palców. Praktyki co prawda wcale nie potrzebował.
- Chodźmy na wschód, Tanis. Ty i ja.
- Nie.
   Szybka odmowa zatrzymała ruch miedziaka między zwinnymi palcami Tasa. Zmroziło go.
- Nie – powtórzył, tym razem dużo łagodniej, Tanis – To jest podróż, którą muszę podjąć samotnie.
   Wokół stołu znów zapanowała cisza. Nagle Caramon głośno czknął i wywołał huraganowy wybuch śmiechu.
- Wybaczcie! –zawołał Caramon i wyciągnął ramię w stronę kufla Kitiary.
   Nie dała się podejść. Gdy tylko ręka brata zamknęła się wokół pienistego kufla palnęła ją z całej siły łyżką. Caramon cofnął rękę.
- Ouć! – zaprotestował.
- Jak jeszcze raz spróbujesz to będzie znacznie gorzej – powiedziała.
   Caramon zacisnął dłoń w potężny kułak.
- Oszczędzaj energię, bracie – odezwał się Raistlin – Będziesz jej potrzebował.
- O co chodzi, Raist?
- Skoro każdy już tutaj podejmuje jakąś podróż, to w takim czas jest dobry, by oznajmić i moją wyprawę.
   Flint prychnął pogardliwie.
- Dwóch dni na drodze nie przetrzymasz.
- Pewnie nie – Raistlin złożył długie, wąskie palce.
- No chyba, że poszedł by ze mną mój brat.
- Gdzie i kiedy? – spytał Caramon gotów wyruszyć dokądkolwiek.
- Nie mogę jeszcze powiedzieć dokąd – odparł Raistlin.
   Blado niebieskie oczy wbił w leżącą przed nim tacę z prawie nie ruszonym posiłkiem.
- To może być długa i niebezpieczna wyprawa.
   Caramon aż podskoczył.
- Jestem gotów.
- Siadaj na tyłku – warknęła Kitiara.
   Pociągnęła za pasek kamizeli brata. Caramon klapnął na stołek. Flint wydał z siebie ciężkie westchnienie.
- Wszyscy mnie opuszczacie – powiedział – Nie wyruszam w trasę rzemieślnika na jesieni a wszyscy przyjaciele ruszają własną drogą.
   Westchnął tak mocno, że nawet światełka świec zadrżały.
- Ty stary niedźwiedziu – odparła Kitiara – Użalasz się teraz nad sobą. Przecież nie ma takiego prawa, króre by mówiło, że musisz pozostać w Solace zupełnie sam. Nie masz żadny krewnych, którym mógłbyś trochę ponarzucać/
- O tak – dodał Tasslehoff – Możesz przecież odwiedzić szaro brodą, to znaczy siwowłosą, starą matkę.
   Krasnolud wyryczał oburzenie. Ci, co siedzieli blisko Flinta – Caramon i Sturm – szybko odsunęli się od rozwścieczonego towarzysza. Flint machnął własnym kuflem posyłając strumienie ale na Tasslehoffa. Strumienie gęstego, złotego trunku spłynęły po nosie kendera i nasączyły brązową kitkę. Tas otarł oczy z zalewającego je piwa.
- Nikomu nie pozwolę kpić z mojej matki! – zawołał Flint.
- W każdym razie nie więcej niż raz – mądrze zauważył Tanis.
   Tas otarł rękawem twarz. Podniósł własny, porysowany (i pusty w tej chwili) kufel po czy umieścił go pod pachą jakby trzymał jakiś absurdalny hełm. Całym sobą wyrażał teraz urażoną godność.
- To wymaga pojedynku!
- Będę twoim sekundantem, Tas radośnie stwierdził Kitiara.
- A ja po stronie Flinta! – wrzasnął Caramon.
- Do kogo należy wybór broni? – spytał Tas.
- Flint został wyzwany; on wybiera – odparł z uśmiechem Sturm.
- I co wybierasz, stary niedźwiedziu? Ogryzki na dziesięć kroków? Chochle i pokrywki? – dopytywała Kitiara.
- Byle nie kufle piwa – cisnął Tas.
   Tym razem wyraz pyszałkowatej godności zastąpił zwykły grymas twarzy kendera. Głośny wybuch śmiechu przywołał Tikę.
- Ćśśś! Już późno! Moglibyście się wszyscy trochę uciszyć! – syknęła.
- Zmiataj, nim ktoś tu da ci klapsa – odpalił Caramon bez oglądania się w jej stronę.
   Tika prześliznęła się za jego zydel i straszliwie wykrzywiła twarzyczkę. Wszyscy wokół ryknęli głośnym śmiechem. Caramon był wyraźnie zdumiony.
- Co takiego śmieszego? – zawołał.
   Tika jednym zgrabnym ruchem wyjęła sztylet z pochwy wiszącej u pasa Caramona. Uniosła go nad głowę z potwornym wyrazem twarzy, zupełnie jakby zamierzała dziabnąć Caramona w plecy. Po twarzy Kitiary płynęły strumienie łez a Tas spadł ze swego stołka.
- Co jest? – krzyczał Caramon.
   Nagle obrócił głowę do tyły i przyłapał Tikę wykrzywiającą twarz w grymasie.
- Aha! – zawołał i ruszył w jej stronę.
   Dziewczynka zgrabnie uciekała omijając puste stoły. Caramon runął za nią wywalając stołki i potykając się o stoły.
   W drzwiach kuchni pojawił się Otik dzierąc w dłoni oliwną lampę. Nocną koszulę miał poprzekrzywianą a resztki siwych sterczały na wszystkie strony w komicznych kępkach.
- Co tu się dzieje? Czy tu już spokojnie się przespać nie można? Tika, dziecko, gdzieś się podziała?
   Rudowłosa dziewczynka wychyliła się zza krawędzi stołu.
- Miałaś ich podobno uciszyć, nie przyłączać się do zabawy.
- Ten mężczyzna mnie gonił – wskazała na Caramona, który właśnie z uwagą przyglądał się lichtarzom.
- Idź do pokoju. Już.
   Tika opuściła głowę i wyszła. Ostatnim spojrzeniem dopadła Caramona i wywaliła język w jego stronę. Kiedy do niej ruszył rzuciła mu sztylet, jego własny, który wbił się w podłogę i drgał teraz dosłownie o cal od jego stopy. Tika zniknęła w drzwiach kuchni przechodząc przez wahadłowe drzwi.
   Otik podparł się dłońmi o biodra.
- Flint Fireforge! Spodziewałem się po tobie czegoś lepszego! Jesteś wystarczająco dojrzały, by wiedzieć trochę więcej. A i ty, Panie Sturm; tak dobrze wychowany mężczyzna powinien leiej się zachowywać, a nie rozrabiać po nocy.
   Flint wyglądał na prawdziwie speszonego besztaniną. Sturm tylko przygładził dłonią wąsy i nic nie powiedział.
- Nie bądź takim starym zrzędą – odezwała się Kitiara – Tika była bardzo zabawna. Tak czy inaczej; to chyba nasze pożegnalne spotkanie.
- Wszystko może być zabawne dla ludzi, którzy w brzuchach mają po cztry dzbany ale – warczał Otik – A kto odchodzi?
- Cóż, chyba wszyscy.
  Otik odwrócił się w stronę kuchni.
- A więc przynajmniej na litość, idźcie po cichu! – i wyszedł.
   Caramon wrócił do stołu. Z rozdzierającym ziewnięciem nagle powiedział:
- Ta Tika to najbrzydsza dziewczynka w całym Solace. Stary Otik będzie kiedyś musia dać spory posag, żeby ją wydać za mąż!
- Nie bądź taki pewny – mruknął Raistli rzucając spojrzenie w stronę kuchni – Ludzie się zmieniają.
   Nadszedł czas rozstania. Nie było sensu opóźniać czegokolwiek i Tanis to szybko wyczuł. Wstał i złożył dłonie.
- Rozstajemy się teraz, przyjaciele, lecz naszej przyjaźni nie zniweczą ani czas, ani wielkie odległości. By jednak to koło druhów w naszych sercach utrzymać musimy się spotkać znowu. Każdego roku, tego samego dnai, w tej gospodzie.
- A jeśli to będzie niemożliwe! – zawołał Sturm.
- Wtedy za lat pięć od dnia dzisiejszego każdy z nas wróci tu, do Gospody Ostatni Dom. Bez żadnych wymówek. Uznajmy to za święte przyrzeczenie. Kto złoży je wraz ze mną?
   Kitiara energicznym ruchem osunęła zydel i prawą dłoń położyła samym środku stołu.
- Ja złożę przyrzeczenie – powiedziała wpatrując się Tanisowi w oczy – Pięć lat.
   Tanis opuścił dłoń na środek stołu i przykrył dłoń Kit.
- Pięć lat.
- Na mój honor, i na honor całego domu Brightblade – poważnie powiedział Sturm – przysięgam tu wrócić za pięć lat.
- Ja też – powiedział Caramon.
   Potężna dłoń właściwie zakryła dłoń Sturma.
- Jeśli będę pośród żywych, będę tutaj – z przedziwnym zaśpiwem w głosie odezwał się Raistlin i dodał łagodnym ruchem własną dłoń do dłoni brata.
- Ja też! Ja będę tutaj już na was wszystkich czekał!
   Mówiąc to, Tasslehoff wskoczył na zydel. Drobna dłoń spoczęła obok dłoni Raistlina, obie razem były mniejsze od wielkiej łapy Caramona.
- Mas irytujących nonsensów – mruczał Flint – Skąd niby mam wiedzieć ,co ja będę rozbił za pięć lat? Może to być coś o wiele ważniejszego od siedzenia w gospodzie i czekania na gromadę marnotrawnych urwisów.
- Och, daj spokój, Flint. Wszyscy skaładamy przyrzeczenie – powiedział kender.
- Hmpf – stary krasnolud pochylił się i starymi, spracowanymi dłońmi objął pozostałe – Reorx niech będzie z wami aż do naszego ponownego spotkania.
   Głos mu się załamał. Przyjaciele dobrze widzieli, że stary krasnolud oszukuje; był naprawdę sentymentalny.
   Zostawili Flinta przy stole. Bliźniaki wyszły. Tanis, Kitiara i Sturm skierowali się w stronę stromych stopni. Tasslehoff dziarsko ruszył w ich ślady.
- Powiem tylko; dobrej nocy rzekła Sturm rzucając spojrzenie w stronę Tanisa- Lecz nie żegnaj.
   Potrząsnęli dłońmi.
- Kit, mój wierzchowiec jest w stajniach na obrzeżu. Spotkamy się tam?
- Dobrze, jest tam i mój zwierzak. Jutro o wchodzie?
   Sturm skinął głową i rozejrzał się wokół szukając Tasa.
- Tas? – wypytywał – Gdzież on się podział? Chciałem się z nim pożegnać.
   Tanis wskazał na gospodę.
- Chyba tam wrócił. Tak przynajmniej sądzę.
    Sturm w milczeniu skinął głową i oddalił się w chłód nocy. Tanis i Kitiara zostali sami. Otaczał ich tylko hałas świerszczy śpiewających pośród potężnych drzew. Symfonia na tysiąc świerszczy.
- Pojdziesz ze mną? – spytał tanis.
- Gdziekolwiek zechcesz – odparła Kitiara.
   Pokonali parę tuzinów kroków od gospody nim Kitiara skorzystała z okazji i ramieniem objęła ramię Tanisa.
- Mam pomysł – stwierdziła chytrze.
- Co takiego?
- Mógłbyś tą noc spędzić u mnie. Może czekać nas pięć lat nim znowy się zobaczymy.
   Zatrzymał się i powolnym ruchem uwolnił ramię.
- Nie mogę – odparł.
- Ooo? A czemuż to? Nie tak dawno jeszcze nie potrafiłeś się beze mnie obejść.
- Tak, było to w tych przerwach między kolejnymi wyprawami, gdzie walczyłaś dla każdego kto tylko płacił.
   Kitiara uniosła podbródek.
- Nie wstydzę się tego, co robie.
- Niczego takiego nie oczekiwałem. Po prostu, zacząłe sobie coraz bardziej i bardziej zdawać sprawę, że ty i ja jesteśmy z dwóch różnych światów, Kit. I to światów, które nie mają nawet nadziei na jakieś połączenie.
- O czym ty gadasz?
- Kiedy cię nie było właśnie obchodziłem urodziny. Czy ty wiesz ile mam lat? Dziewięćdziesiąt siedem. Jestem dziewięćdziesięcio siedmio letnim elfem. Gdybym był człowiekiem byłbym zgrzybiałym starcen. Albo martwym.
   Z upodobaniem popatrzyła na smukłą sylwetkę mężczyzny.
- Nie jesteś nai zgrzybiały, ani prastary.
- I o to chodzi! Elfia krew przedłuży mi życie daleko poza zasięg ludzieko żywota.
   Tanis podszedł bliżej i ujął dłonie Kitiary.
- A w tym czasie ty, Kit, zestarzejesz się i umrzesz.
   Kitiara się roześmiała.
- Pozwól, że to ja się będę tym martwić!
- Przecież cię znam, Kit. Nic sobie z tego nie będziesz robić. Spalasz własną młodość jak świecę podpaloną z obu stron na silnym wietrze. Jak sądziśz co mogę czuć wedząc, że oto możesz zostać zabita w jakiejś bitiwe stoczonej dla przeciętnego wojownika podczas gdy ja będę żył i żył, i to bez ciebie? To musi się skończyć, Kit. Dzisiaj. Tu i teraz.
   Było dość ciemno a biały księżyc, Solinari, ukryty był za koronami potężnych drzew vallen. Pomimo to Tanis dostrzegł wyraz twarzy Kit, poczuła się dogłębnie zraniona. Trwało to tylko mgnienie oka. Opanowała się i przywołała wspaniały uśmiech.
- Może tak i lepiej – powiedziała – Nigdy nie chiałam być do uwiązana. Moja biedna, głupia matak taka była – nie potrafiła mężowi w oczy powiedzieć co jest co.o nie w moim stylu. Ja raczej przypominam ojca. Płonąca na wietrze, tak? I wspaniale! Winna ci jestem podziękowanie, Tanthalusie Pół-Elfie, bo potrzymałeś mi przed twarzą lustro prawdy…
   Przerwał tyradę pocałunkiem. Bardzo delikatnym, takim braterskim pocałunkiem w policzek. Kitiara zamarła.
- To nie jest to czego ja chcę, Kit – powiedział Tanis ze smutkiem w głosie – Tylko to, co musi być.
   Trzasnęła go w twarz. Kitiara była zapawionym w bojach wojownikiem, jej uderzenie nie bbyło lekkim pacnięciem. Tanis zachwiał się i przyłożył dłoń do twarzy. Cienka strużka krwi pokazała się w kąciku ust.
- Powstrzymaj piękne gesty – cisnęła – Zachowaj je dla następnej kochanki. Jeśli taką znajdziesz! I któż to będzie, Tanisie? Pełnej krwi elfia pana? Ależ nie, przecież elfowie gardzą tobą z powodu mieszanego pochodzenia. Potrzebujesz do kochania żeńskiej odmiany czym sam jesteś.
   Odstąpiła pozostawiając Tanisa z rozwartą gębą.
- Nigdy takiej nie znajdziesz! – zawołała Kitiara nim zniknęła w mroku – Nigdy!
   Pod wpływem wrzasku Kitiary nawet świerszcze ucichły. Po chwili wznowiły jednak nocny koncert. Tanis stał pośrodku nocy. Był sam a pieśń świerszczy nie przynosiła ulgi.

janjuz - 2017-09-18 21:07:43

Rozdział 2

Wzniosła Korona

   Niebo jeszcze nie straciło odcienia fioletu gdy Sturm pojawił się przed zagrodą podkuwacza koni. Podkuwacz Tirien prowadził warsztat wewnątrz pnia drzewa vallen. Kręta rampa wiodąca do zakładu Tiriena była podwójnej szerokości i jeszcze potężnie wzmocniona. Musiała unieść konie. Tireirn, mężczyzna o twarzy poczerwieniałej od paleniska kuźni i ramionami o muskułach potężnie wyrobionych pracą młotem kowalskim, był już na nogach gdy rycerz doń zawitał.
- Sturm! – zahuczał basem – Chodź to, chłopcze. Właśnie prostuję parę hufnali.
   Pomocnik Tiriena, chłopak o imieniu Mercot, Wyciągnął obcęgami z paleniska rozżarzony do czerwoności gwóźdź. Położył go na płaskiej powierzchni kowadła Tiriena a potężny kowal uderzył dwukrotnie. Jednym ruchem Mercot wrzucił gwóźdź do cebra z wodą. Z cebra dobył się kłąb pary i wężowy syk.
- Potrzebuję swego wierzchowca, Tirien – powiedział Sturm.
- Jasne. Mercot, przyprowadź zwierzę Pana Brihgtblade’a.
   Oczy chłopca aż się rozszerzyły. Sadza na twarzy sprawiła, że wyglądem przypominał zaskoczoną sowę.
- Kasztanowaty wałach?
- Taa, i pośpiesz się! – powiedział Tirien i dalej gadał do Sturma.
- Zmieniłem podkowy jak chciałeś. Dobry wierzchowiec.
   Sturm zapłacił rachunek a Mercot przyprowadził Tallfoxa, jego wierzchowca. Zaprowadził go od razu na dolną platformę. Sturm kupił tego konia od barbarzyńcy z plemienia Que-Kiri ledwie parę tygodni temu i wciąż jeszcze uczył się jego obyczajów.
   Zarzucił na ramię śpiwór i podróżne sakwy i zszedł rampą do miejsca gdzie Mercot uwiązał wierzchowca. Zabrzmiał z tyłu młot Tiriena, i jeszcze raz, i jeszcze pokrzywiony hufnal zyskał prostotę i ostrość strzały.
   Sturm rozłożył bagaże po bokach Tallfoxa i na jego zadzie. Napełnił bukłak wodą i nagle usłyszał:
- Spóźniłeś się.
   Kitiara kuliła się pod okapem warsztatu. Po same uszy owinięta była w końską derkę.
- Czyżby? – spytał sturm – Słońce dopiero wschodzi. Kiedy tu przyszłaś!
- Już całe godziny minęły! Spałam tutaj – powiedziała i odrzuciła derkę.
   Pod derką miała wciąż na sobie to samo odzienie co poprzedniego wieczoru. Przeciągnęła się usuwając całą sztywność pleców.
- Dlaczego, na bogów, spałaś tutaj? – pytał Sturm – Myślałaś, że zapomnę i odjadę bez ciebie?
- Och nie, mój szlachetny druhu. To miejsce wydało mi się po prostu dobre, żeby się tu przespać. Poza tym, Pira potrzebowała nowego podkucia.
   Sturm sprowadził Tallfoxa na ziemię. Wskoczył na siodło i czekał swego towarzysza podróży. Kitiara zbiegła po rampie prowadząc trudną do oisania, biało – brązową, cętkowaną klacz.
- Coś nie tak? – spytał wsiadając na koń w pobliżu Sturma.
- Po prostu wyobrażałem sobie, że będziesz wolała jakiegoś ognistego ogiera – odparł – Ten, hm, osobliwy zwierzak wcale do ciebie nie pasuje.
- Ten osobliwy zwierzak będzie szedł równym tempem jeszcze długo po tym z twojego zostaną już tylko skóra i kości - odparła Kitiara.
   Widać było, że niespokojny i niewygodny sen nie poprawił jej humoru popsutego rozstaniem z Tanisem.
- Odbyłam już z Pirą sześć kampanii i zawsze zaniosła mnie do domu.
- Uniżenie przepraszam.
   Opuścili Solace jadąc na północny wschód. Wschodzące słońce oświetliło wzgórza wokół miasta i podgrzało powietrze. Sturm i Kitiara śniadanie zjedli proste, podróżne, kawałki suchego mięsa i woda. Piękny wschód słońca przeszedł w równie piękny poranek więc nastrój Kitiary wyraźnie się poprawił.
- Kiedy jestem w drodze, to po prostu nie mogę mieć złego nastroju – powiedziała – Tu jest za dużo do zobaczenia.
- No, mimo wszystko powinniśmy zachować czujność – odparł Sturm – Słyszałem, jak podróżni w gospodzie mówili, że grasują tu jakieś podejrzane typy.
- No wiesz! Piesi chłopi może i muszą się obawiać zwykłych opryszków. Ale dwójka wojowników, uzbrojonych i konnych to co innego – to już raczej ci rabusie powinni się bać!
   Sturm uprzejmie i z uśmiechem skinął głową na potwierdzenie, lecz wciąż wpatrywał się w horyzont a i rękojeść miecza miał na podorędziu. Trasa, jaką przemierzali, była nieskomplikowana. Kiedy tylko wyjechali ze wzgórz okalających Solace skręcili na północny zachód i ruszyli w stronę wybrzeża.
   Na brzegu Cieśniny Schallsea leżał niewielki rybacki port Zaradene. Kitiara i Sturm łatwo mogliby tam znaleźć okazję i przedostać się do do Caergoth w południowym Thelgardzie. Na północ od Thelgard leżała właściwa Solamnia, ich właściwy cel podróży. Taki był plan. Plany jednak, jak mawiał mądry czarodziej Arcanist, są jak rysunki na piasku: łatwo je narysować, lecz i łatwo zniszczyć.
   Wraz z upływającymi milami lasy i wzgórza Abanasinii stawały się coraz  rzadsze. Godziny wędrówki Kitiara wypełniała opowieściami o swych dotychczasowych przygodach.
- Mój pierwszy najem to Banda Mikkiana. Koszmarna grupa. Mikkian był nisko urodzonym facetem z okolic Lemish. Miał nieszczęście tracić coś w każdej potyczce, jakąś część ciała, raz oko, raz ramię a innym razem kawałek ucha. Był naprawdę paskudny. I podły. Wlazłam do jego obozu pewna swoich umiejętności szermierczych. W tamtym czasie udawałam chłopaka, w przeciwnym razie grubiaństwo wobec mnie byłoby codziennością – powiedziała.
- W jaki sposób można zostać najemnikiem?
- W bandzie Mikkiana był tylko jeden sposób: zabić jednego z jego ludzi. Mikkian miał jakby zamkniętą listę płac. Nie chciał dla nikogo powiększać bandy.
   Kitiara zmarszczyła nos na samo wspomnienie Mikkiana.
- Bezwartościowy łotrzyk! Spieszeni bandyci utworzyli koło i wpakowali do środka mnie i jakiegoś szczerbatego faceta z siekierą. Na imię miał? Jak on miał na imię? Pierwszy człowiek jakiego zabiłam? Trigneth? Drighnet? Coś w podobie. No więc ruszyliśmy na siebie. Siekira przeciw mieczowi. Powiadam ci, to nie była piękna walka. Musieliśmy stać w samym środku tego koła bo inaczej chłopaki Mikkiana kłuli by nas nożami i oszczepami. Ten Trighnet… Drighnet.. on walczył jak drwal, rąbał siekierą ciach, ciach, łup. Nigdy mnie nawet nie sięgnął ostrzem. Wzięłam go na sztych prosto w szyję.
   Popatrzyła na Sturma, który wyraźnie był zaszokowany.
- Długo byłaś w tej bandzie Mikkiana? – spytał na koniec.
- Dwanaście tygodni. Łupiliśmy obwałowane miasto obok Takar i Mikkian na koniec stracił część bez której już nie mógł się obejść.
   Sturm podniósł zdumione brwi.
- Głowę – powiedziała Kitiara – I to był koniec całej bandy. Każdy już dbał tylko o siebie a kompania się rozpadła wciąż jeszcze rabując i zabijając. Ludek miasta jednak zebrał się do kupy i zaczął walczyć. Rozwalili całą bandę. Poza twą towarzyszką, oczywiście.
   Uśmiechnęła się nieco złośliwie. Takich historii Kitiara miała w zanadrzu mnóstwo. Wszystkie podniecające i niemal tak samo krwawe. Sturm czuł się nieco zakłopotany. Znał już od dwóch lat i nadal jej w ogóle nie pojmował. Przystojna, inteligentna kobieta posiadająca zarówno sprawność jak i czar a jednak całkowicie opanowana urokami wojny w jej najpaskudniejszej postaci. Musiał przyznać, ze jest pod wrażeniem zarówno jej siły jak i sprytu – a jednocześnie jednak trochę się Kitiary obawiał.
   Droga zmieniła się w ścieżkę a po kilku milach i ta rozpłynęła się w bezmiarze piaskowej, porośniętej karłowatą sosną, pustki. Powietrze było nieruchome i aż ciężkie od wilgoci. Rozbili na noc obóz w takim pustkowiu a nocny wiatr przyniósł pierwszy odcień zapachu morza.
   Sosnowe szczapy w ognisku dymiły kwaśno. Podczas gdy Kitiara podsycała ognisko Sturm poszedł napoić koni. Wrócił w końcu do niewielkiego kręgu światła z ogniska i przysiadł na piasku. Kitiara wręczyła mu kawał zimnej baraniny. Sturm powoli przeżuwał mięso a Kitiara wyciągnęła się wygodnie ze stopami zwróconymi w stronę ogniska. Głowę ułożyła na zwiniętym w rolkę śpiworze.
- Tam jest Paladine – powiedziała – Widzisz?
   Palcem wskazała w niebo.
- Paladine, Mishakal, Branchala – kolejno przytaczała nazwy gwiazdozbiorów – Znasz się na niebie?
- Mój nauczyciel z chłopięcych lat, Vedro, był astrologiem – powiedział, wcale zresztą nie odpowiadając na pytanie, Sturm, i podniósł wzrok w niebo – Mówi się nawet, że że wolę bogów można wywnioskować z ruchów gwiazd i planet na niebie.
- Jakich bogów? – leniwym głosem pytała Kitiara.
- Nie wierzysz w bogów?
- A dlaczego miałabym wierzyć? Cóż takiego ostatnio dla świata zrobili? Czy chociażby dla mnie?
   Sturm uznał, że go dziewczyna podpuszcza więc zdecydował się porzucić ten temat.
- Co to za grupa gwiazd? – pytał – Dokładnie naprzeciw Paladine?
- Takhisis. Królowa Mroku.
- Aaa, tak. Smocza Królowa.
   Starał się dostrzec w niebie autorkę wszelkiego zła, lecz widział tylko rozproszone gwiazdy.
Biała kula Solinari powoli wspinała się coraz wyżej nad horyzontem. W jej blasku piaszczyste wydmy i pojedyncze sosny były tylko duchami własnych cieni z poprzedniego dnia. Po niedługim czasie, gdzieś w środkowym kwadrancie nieba, pojawił się czerwony kształt podobnych rozmiarów.
- Teraz to już wiem – rzekł Sturm – Lunitari, czerwony księżyc.
- Dla Ergothian to Luin, a dla ludu z Goodlund Czerwone Oko. Dziwny kolor, jak na księżyc, nie sądzisz? – powiedziała Kitiara.
   Odłożył na bok dokładnie ogryzoną kość baranią.
- Nie zdawałem sobie sprawy, że mogą istnieć kolory właściwe dla księżyców.
- Biały czy czarny są właściwe. Czerwony nic nie znaczy – uniosła lekko głowę i Lunitari znalazł się dokładnie przed jej oczami – Dziwne, że jest czerwony.
   Sturm wyciągnął się wygodnie w śpiworze.
- Podobno to decyzja bogów. Lunitari przestrzega równowagi, neutralności, jest bogiem magii neutralnej i iluzji. Vedrow wywodził, że jego kolor wziął się z krwi złożonych ofiar – zapodał Sturm z powątpiewanie w głosie – Inni filozofowie uważają, że kolor czerwony reprezentuje barwę serca Humy. Rycerza  z Solamni.
   Jedyną odpowiedzią na wykład była kompletna cisza.
- Kit? – spytał cicho.
   Dobiegające z cienia pochrapywanie dowiodło, że wykład nie był ciekawy. Kitiara spała.
*****
Wieś Zaradene była przysadzistą, brązową smugą na wzgórzu blisko biało szarego brzegu. Było tam pewnie z pięćdziesiąt domów różnej wielkości ciężko doświadczonych  burzliwą pogodą. Żaden z nich nie miał więcej niż dwie kondygnacje. Sturm i Kitiara zeszli po stromym zboczu wydmy  w kierunku wsi. Po drodze musieli przebić się przez linie zaostrzonych słupów. Wkopano je w piach i nachylono na zewnątrz. Tu i tam paliki były spalone przez ogień.
- Jeż – zauważyła Kitiara – Obrona przed kawalerią. Nie tak dawno ktoś musiał wieśniaków najechać.
   Zaraz za palikową przeszkodą był płytki rów gęsto poznaczy czarnymi plamami zaschłej krwi wsiąkającej w piach. Twarze ludzi z Zaradene nie parzyły przyjaźnie gdy Sturm i Kitiara jechali wąską, piaszczystą ścieżką, stanowiącą główną drogę we wsi. Wszędzie widać było tylko wrogie oczy zaciśnięte w pięść spracowane garści.
   Kitiara ściągnęła wodze i zsiadła z konia tuż przed szarą, zapadającą się gospodą o nazwie „Trzy Ryby”. Przed wejściem do gospody stała dziwaczna konstrukcja; biała balustrada wsparta na końcówkach wioseł. Sturm do tej balustrady uwiązał Tallfoxa. To były białe od słońca kości, kości jakiegoś dawno już martwego morskiego zwierza.
- Jak sądzisz, co to było? – spytał Kitiarę z widocznym zdumieniem.
   Kit rzuciła spojrzenie na kości i odparła.
- Może jakiś wąż morski. Chodź. Tam w środku będą właściciele łodzi.
   Jak na dość wczesną porę to tawerna „Trzy Ryby” była wypełniona ludźmi. Pierwszy z właścicieli łodzi do którego podeszła Kitiara tylko warknął:
- Najemnicy! – splunął jej pod nogi.
   Dziewczyna już sięgała po miecz, lecz powstrzymał ją uścisk dłoni Sturma na przedramieniu.
- Tnij tylko jednego z nich a będziemy musieli walczyć ze wszystkimi – mruknął – Cierpliwości. Musimy zdobyć łódź, żeby przebyć cieśninę.
   Próbowali rozmów już z pół tuzinem szyprów, lecz za każdym razem słyszeli grubiańską odmowę. Kitiarę zaczynało ponosić. Sturm był  zdumiony. Podróżował już sporo wcześniej i dobrze wiedział, że marynarze chcą mieć pasażerów na swych łodziach. Daje to im więcej pieniędzy niż połów ryb czy przewóz towarów, pasażerowie zajmują się sobą sami i nie zajmują wiele przestrzeni pokładowej. Zdumiewał go więc fakt otwartej wrogości szyprów z Zaradene.
   Podeszli do lady baru. Kitiara zawołała o ale, lecz oberżysta miał tylko ciemne wino z Nostar. Po jednym łyku gorzkiego napitku Sturm doszedł do wniosku, że już lepiej być spragnionym. Zdecydowanym ruchem odsunął czarkę.
   Kitiara położyła na ladzie jedną z silvanestyjskich monet. Nawet w tak mrocznym pomieszczeniu błysk złota przykuł uwagę oberżysty. Podszedł do miejsca przy ladzie, gdzie oparli się i Kitiara, i Sturm.
- Chcecie czegoś? – spytał.
   Po ogolonej czaszce spływał mu strumień potu.
- Parę słów – odparała Kitiara – Tylko parę słów.
- Za takie złoto, to możecie mieć tyle słów ile tylko chcecie.
   Oberżysta wpakował ścierkę pod pachę a Sturm zaczął się zastanawiać, co tu jest brudniejsze – szmata czy obszarpana koszula karczmarza.
- Co tu się wydarzył? – spytała Kitiara.
- Najemników się tutaj nie znosi. Jakieś dziesięć dni temu konni zaatakowali wioskę. Zabrali wszystko, co tylko zdołali chwycić, nawet parę kobiet i dzieci.
- Kim byli? – dopytywał Sturm – Nosili jakieś barwy?
- Niektórzy twierdzą, że to niw byli ludzie – odparł oberżysta – Powiadają, że mieli czarną, twardą skórę… rozejrzał się wokół, czy nikt zbyt uważnie nie słucha… i powiadają, że mieli ogony!
   Sturm już miał zadać kolejne pytanie gdy Kitiara powstrzymała go jednym, ostrym spojrzeniem.
- Musimy dostać się do Caergoth – powiedziała – Czy ktokolwiek z Zaradene nas tam zabierze?
- Nie wiem. Niektórzy w tym napadzie sporo potracili. Równie dobrze mogą wam gardła podciąć a ciała rzucić do morza.
   Podczas gdy oberżysta odszedł obsługiwać innych swym podłym trunkiem, Sturm zaczął się uważniej przypatrywać otoczeniu.
- Nie podoba mi się to – powiedział – Napastnicy z ogonami? Cóż to za dziwaczne stwory? Skąd?
- Takich opowiastek zbyt serio nie traktuj – powiedziała Kitiara – Im dalej znajdziesz się od bezpiecznej przystani jaką jest Solace, tym dziksze i dziwaczniejsze opowieści usłyszysz.
   Pociągnęła kolejny łyk Nostariańskiego wina i nawet się nie wzdrygnęła.
- Ogolony miał rację jednak co do jednej sprawy; nie mamy tutaj przyjaciół.
   Zza ich pleców dał się słyszeć spokojny głos.
- Nie bądźcie tego tacy pewni, moi drodzy.
   Sturm i Kitiara odwrócili się w stronę mówiącego te słowa. Był niższy od Kitiary o całą głowę, miał ostro zakończone uszy i gładką, niemal chłopięcą twarz… widoczne oznaki elfie krwi. Kitiara zobaczyła nawet odbicie twarzy Tanisa; takiej jak ostatnio widziała – krew na wardze, policzek zaczerwieniony od ciosu i szok w oczach.
- Tirolan Ambrodel, do waszych usług.
   Tutaj ukłonił się nisko.
- Marynarz, kartograf, jubiler i flecista.
   Tirolan sięgnął do dłoni Kitiary i podniósł ją do ust. Nie ucałował jej jednak a dotknął czołem. Uśmiechnęła się.
   Strurm dokonał wzajemnej prezentacji po czm spytał.
- Możesz zapewnić nam transport do Caergoth, Mistrzu Ambrodel?
- Z łatwością, panie. Mój statek, Wzniosła Korona, wiezie ładunek właśnie do tego portu. Będziecie tylko we dwójkę?
- I dwa konie. Podróżujemy bez bagażu – odparła Kitiara.
- Za dwójkę pasażerów o dwa konie winienem zażądać pięciu sztuk złota… za każdego z was.
   Sturm aż się zagapił słysząc horrendalną cenę, lecz Kitiara tylko pogardliwie zaśmiała.
- Osiem za oboje – sprzeciwił się Tirolan.
- Pięć – odparła – I płacimy monetą z Silvanesti.
   Łukowato wygięte brwi Tirolana zmarszyły się powyżej nasady nosa.
- Prawdziwe złoto El’i?
   Kitiara zabrała monetę leżącą na ladzie i błysnęła nią przed twarzą żeglarza. Delikatnie, nieomal pieszczotliwie, Tirolan sięgnął w stronę monety. Trzymał ją, gładził czule a jego palce przesuwały się delikatnie po lekko startych inskrypcjach.
- Piękne –powiedział – Czy zdajecie sobie sprawę z faktu, że ta moneta ma już ponad pięćset lat? Wybito ją tuż przed tym, jak Panowie Wschodu wycofali się w głąb lasu i zerwali wszelki więzy ze światem ludzi. Jak wiele z tych wspaniałych reliktów wydałaś już na mięsiwo i wino?
- Miałam tuzin – odparła Kitiara – teraz zostało pięć. Są twoje, jeśli dowieziesz nas na Caergoth.
- Zrobione!
- Kiedy odpływamy? – spytał Sturm.
- Odpływ zaczyna się wraz ze wschodem pierwszego z księżyców. Kiedy tylko srebrny księżyc uwolni się z uścisku morza podnosimy kotwicę! I w drogę.
   Tirolan wsunął monetę do zamszowej sakiewki u pasa.
- A teraz chodźcie za mną. Pójdziemy na Wzniosłą Koronę.
   Sturm rzucił na ladę kilka monet i razem już opuścili oberżę. Prowadzili Tallfoxa i Pirę ulicami Zaradene podążając za prowadzącym ich Tirolanem Ambrodelem. Jakiś staruch wymamrotał zaklęcie przeciw złemu losowi gdy Tirolan go mijał.
- Mieszkańcy są tu bardzo podejrzliwi – stwierdził elf – Dosłownie wszystko, i wszystkich spoza własnych granic uważają ostatnio za zagrożenie.
   Sturm obejrzał się za plecy i popatrzył na kręgi palików powbijanych w wydmy powyżej miasteczka.
- Chyba mają powody do obaw – powiedział.
   Zaradene posiadało tylko jedno, i to rozpadające się, nabrzeże. Sturm nie był pewny, czy spróchniałe deski zdołają utrzymać ciężar Tallfoxa, lecz Tirolan szybko go uspokoił stwierdzeniem, że na co dzień muszą wytrzymać ciężar znacznie większego ładunku.
- Gdzież twoja łódź? – spytała Kitiara.
- Statek stoi zakotwiczy dalej, tam za przylądkiem.
- Czemu kotwiczysz tak daleko? – dziwił się Sturm.
- Zarówno mój statek jak i załoga nie są mile widziani w Zaradene. Kiedy już muszę tu przypłynąć to kotwiczę na głębokich wodach, żeby tylko uniknąć kłopotów z miejscowymi.
   Do pomostu cumowała niewielka barka w kształcie muszli. Przy sterze przysypiał mężczyzna, którego twarz była skryta pod poszarpaną szmatą. Tirolan wskoczył do barki a wstrząs tym wywołany natychmiast obudził mężczyznę.
- Twoja to łódź? – powiedział Tirolan głosem donośnym a nawet radosnym.
- Eeech, taaa…
- No i dobrze, ruszaj więc. Możesz dziś zarobić na grog na cały tydzień.
   Wprowadzili konie na drewniany trap. Kitiara gadała coś uspokajająco do Piry i klacz bez większego problemu weszła do rozchwierutanej barki. Tallax jednak odmówił stanowczo wszelkiej współpracy. Sturm owinął wodze wokół nadgarstka  i próbował siłą wciągnąć przerażone zwierzę do łodzi.
- Nie, nie, nie. Nie w ten sposób – zaprotestował Tirolan.
   Wskoczył na wąskie nadburcie i ostrożnie podszedł do trapu.
- Mogę, Panie Brightblade?
   Sturm dość niechętnie wręczył mu wodze. Kiedy tylko dłoń Tirolana poklepała szyję ogiera, Tallfox zaczął się uspokajać.
   Tirolan zaczął mówić do konia spokojnym, cichym głosem.
- taki jesteś silny a boisz się wejść do łodzi na małą przejażdżkę? Ja się nie boję. Jestem może lepszy od ciebie? A może odważniejszy, co?
   Ku zdumieniu Kitiary i Sturma Tallfox energicznie zaprzeczył potrząsaniem łba. Na dodatek jeszcze parsknął.
- A więc – kontynuował spokojnie Tirolan – zajdź spokojnie i dołącz do reszty swych przyjaciół.
   Z lekkim wahaniem, lecz jednak ogier postukał kopytami po trapie i po chwili stał już cicho obok Piry. Końskie ogony wahały się unisono w rytm ruchu łodzi.
- Jak to zrobiłeś? – pytała Kitiara.
   Tirolan wzruszył ramionami.
- Zawsze mi dobrze szło ze zwierzętami.
   Jak tylko odbili od nabrzeża sternik podniósł połatany żagiel. Barka przemknęła obijając się po drodze o rybackie łódki i minęła parę większych statków handlowych w porcie. Załadowana łódka bez żadnych przeszkód dopłynęła do południowego cypla. Wtedy wiatr zdechł a sternik ułożył się do drzemki.
   Ciemne, wiśniowo fioletowe chmury zasnuwały południowy horyzont. Na błękitno zielonych wodach widoczny był biały kadłub  Wzniosłej Korony. Kształty statku wyraźnie różniły się wszystkiego, co stało przycumowane w porcie Zaradene. Ostra linia burty wznosiła się od niskiego dziobu w stronę wysokiej rufy. Pojedynczy, wysoki maszt był również pomalowany na biało a na lekko wzmagającym się wietrze powiewał zeń zielony proporzec.
- Mój statek – z dumą w głosie oznajmił Tirolan – czyż nie piękny?
- Nigdy jeszcze nie widziałem białego statku – powiedział Sturm.
- Wygląda pięknie – odparła Kitiara.
   Kiwnęła na Sturma i machnęła mu dłonią. Zeszli oboje w stronę zwierząt.
- To się robi coraz dziwniejsze – szepnęła Kitiara – Elfi kapitan unikany przez miejscowych, dziwny, biały statek zakotwiczony daleko od innych statków. To jest coś, czego na pierwszy rzut oka nie widać. Dobrze się stało, że skłamałam mu, ile jeszcze mam tych złotych monet.
   Sturm skinął potwierdzająco.
- Zgadza się. Sposób, w jaki ugłaskał Tallfoxa też nie był naturalny. Sądzę, że użył jakiegoś zaklęcia.
   Dla Sturma, wychowanego w tradycji Solamnijskiej, nie było niczego gorszego niż symptomy używania magii.
   Kitiara położyła mu dłoń na ramieniu i powiedziała.
- Trzymaj miecz w pogotowiu.
- Czy wszystko w porządku? – rzucił przez ramię Tirolan.
- W jak najlepszym – odkrzyknęła Kitiara – Twój statek jest naprawdę ogromny.
   Od statku byli oddaleni o kilkaset jardów a i tak widok Wzniosłej Korony wypełniał przestrzeń. Biały statek jednostajnie kiwał się na fali zakotwiczony zarówno z dzioba jak i od rufy. Pokład i takielunek były puste, niemniej jednak przez reling zwieszał linowy trap. Tirolan chwycił zwieszającą się linę i mocno zacumował barkę do Wzniosłej Korony”.
- Hej tam, moi drodzy! A pokażcie że się! – zawołał śpiewnym tenorem.
   Przejmująca pustka pokładu została nagle wypełniona tupotem bosych stóp i nawoływaniami. Tłum zwinnych żeglarzy, wszyscy bezbrodzi i z ostro zakończonymi uszami, wylał się na pokład. Sturm poczuł tylko jak chwyciły go mocne dłonie i już po chwili był na pokładzie. Tuż za nim znalazła się tam też Kitiara niesiona przez czwórkę uśmiechniętych żeglarzy. Śmiała się głośno gdy stawiali ją na nogi obok Sturma. Białowłosy, lecz wciąż młodo wyglądający żeglarz podszedł do Tirolana i nisko się skłonił
- Witaj, Kade Berun! – powiedział Tirolan.
- Witaj mi, witaj, Tirolanie Ambrodel!
- Dwa dobre konie są do wciągnięcia na pokład, Kade. Mógłbyś tego dopatrzyć?
- Konie! Nie widziałem koni od… - Kade berun rzucił okiem na Kitiarę i Sturma -… od czasu, gdy wyruszyliśmy z domu.
   Wykrzyczał w dziwnym języku kilka rozkazów i grupa żwawych żeglarzy podbiegła do relingu wyglądając barki. Popatrywali na Tallfoxa i Pirę z nieskrywaną admiracją. Wszelkie rozmówki ucichły.
- Wystawcie bom! – zawołał sternik barki – Zamocuję uprząż to będziecie mogli zwierzęta wciągnąć do góry!
   Załoga Wzniosłej Korony tak właśnie postąpiła i już po chwili na pokładzie był komplet pasażerów. W świetle szybko zachodzącego słońca załoga żwawo się ruszała i wkrótce już Wzniosła Korona była gotowa do wypłynięcia. Podniesiono wielki żagiel, ogromny trójkąt jaskrawo zielonej tkaniny. Wzniosła Korona zadrżała i wyruszyła zza cypla Abanasinii. Tirolan osobiście ujął ster i skierował dziób statku pod fale nadpływające z Przesmyku Schallsea.
   Kitiara zrzuciła czarny, skórzany kaftan. Świeża bryza zaczęła szarpać lekką, lnianą bluzką. Dziewczyna zamknęła oczy i palcami przeczesała krótkie, kędzierzawe loki. Kiedy otworzyła oczy ujrzała Sturma, który w zamyśleniu stał blisko bukszprytu.
- Rozchmurz się! – zawołała  i pacnęła go w plecy – Wiatr jest dobry a Tirolan wygląda na faceta znającego się na rzeczy. Szybko dotrzemy do Caergoth.
- Przypuszczam – odparł Sturm – Nie umiem jednak pozbyć się niepokoju. Na morzu byłem ostatnio jako chłopak. Na tamtym statku panowała magia. Matka i ja przeżyliśmy ciężkie chwile.
- Ale przecież przeżyliście!
- No tak.
- No, to spokojnie! Jesteś rycerzem we wszystkim poza jakąś tam ceremonią. Jedziesz zażądać przysługującego ci dziedzictwa.  Może nie zdajesz sobie sprawy, że ja też mam rodzinę w Solamni.
- Uth Matarowie?
   Skinęła potwierdzająco głową.
- Nie miałam z nikim z nich kontaktu od czasu jak nasz odszedł nasz ojciec. A i w podróżach nawet nie zawadziłam o Równiny Solamnijskie. Kiedy ogłosiłeś zamiar podróży na północ to pomyślałam sobie, że jest to czas równie dobry jak każdy inny żeby i tam trochę powęszyć – podniosła znacząco brew – Wiesz, że Uth Matarowie to również rycerski ród?
- Nie wiedziałem.
   Zdał sobie też sprawę jak niewiele właściwie o niej wie. Zostawiła go teraz przy bukszprycie i sama zeszła pod pokład. Sturm poluzował pasek hełmu i spokojnie go zdjął. Rożki z brązu na szczycie hełmu były lekko zaśniedziałe; trzeba będzie – pomyślał – jeszcze dziś je oczyścić. Teraz jednak przycisnął hełm do piersi i pozwolił by morski wiatr wiał mu w długich, splątanych włosach.

janjuz - 2017-09-22 12:36:41

Rozdział 3

Odcięta głowa

- Witaj, kapitanie Tirolan – rzekł Sturm mrużąc oczy w jaskrawym świetle poranka.
- Witaj, witaj, Sturmie Brightblade! Dotarliśmy do cypla Caer w świetnym czasie. Dobrze odpoczęliście.
- Całkiem nieźle. Dlaczego kotwiczymy tak daleko od portu? – spytał Sturm.
   Kade przyniósł kapitanowi luźny płaszcz z kapturem. Tirolan chętnie się okrył.
- Tutejsi mieszkańcy są jeszcze mniej zachwyceni elfami niż ci z Zaradene. Jeden z moich ludzi już wraca z barką dla was – odparł.
- Powiem Kit, że już jedziemy.
   Podniósł skobel od drzwi i wpadł do środka… zastał Kitiarę rozbudzoną i właśnie się ubierającą. Lniana bluzka, pięknie haftowana czerwienią i błękitem, właśnie opadała na nagie ramiona. Zmieniła już ciężkie, sztruksowe nogawice przeznaczone tylko do konnej jazdy, na workowate spodnie o Ergothiańskim kroju. Nic nie mógł poradzić, że się na nią po prostu gapi.
- Prawie jestem gotowa – powiedziała – Jak wygląda miast?
   Wciągnął haust powietrza i  odparł.
- Jesteśmy o jakąś milę czy dwie od portu. Tirolan obawia się anty elfickich sentymentów w Caergoth. Powiosłuje na brzeg a ja z nim.
- Dobrze.
   Podniosła pas od miecza i szybko się opasała.
- Też jestem gotowa.
   Wspólnymi siłami i za pomocą bloków i talii opuścili konie. Kade potrzymał linę falenia gdy Tirolan, Sturm i Kitiara schodzili do łodzi. Pierwszy oficer ich odcumował a Tirolan zaczął wiosłować.
   Poranek był bardzo parny, gorętszy od zapamiętanych w tej podróży, a duszne powietrze dosłownie stało nad wodą. Nikt się nie odzywał podczas gdy Tirolan wiosłował w stronę zamglonego wybrzeża.
   Caergoth było wielkim portem. Tłum na wodzie gęstniał w miarę jak się bardziej zbliżyli. Łódki i szalupy, kecze i pinasy, wszystko przepływało we wszystkie strony wyładowane rybą, krabami i małżami. Większe jednostki przejmowały towary z dużych statków zakotwiczonych w porcie.
   Tirloan ciągnął ramionami wiosła jakby nie czuł najmniejszego zmęczenia, manewrował zręcznie pomiędzy większymi jednostkami w porcie. Kitiara mocno wygięła kark byle tylko spojrzeć w górę na na Ergothiański targ. Czwórka żeglarzy w wełnianych kapturach wychyliła się przez reling i ostrą na nią gwizdała. Wesoło pomachała im w odpowiedzi a do Sturma odezwała się żartobliwie.
- Mogłabym sprawdzić, czy są tacy śmiali gdy spotkają kogoś z mieczem w dłoni.
   Wypłynęli wreszcie z pierwszego tłoku statków w awanporcie a wtedy ich oczom ukazał się statek dziwaczny właśnie doholowany do doków głębokich. Był wysoki i prostokątny. Po obu stronach miał coś w rodzaju sporych kół. Krótki maszt był zadziwiająco gruby a z jego wierzchołka unosił się dym, chyba sygnałowy. Chmura gęstego dymu powoli odpływała daleko od ohydnego statku.
- A co to u licha może być? – zastanawiał się Tirolan.
   Kiedy troszkę bardziej się zbliżyli zauważyli ciężki bom wystawiony na zewnątrz sterburty. Spora barka stała bokiem przy burcie statku. Na pokładzie barki spoczywały dwie, ogromne skrzynie drewniane. Spuszczono je ze statku. Trzecia skrzynia, wielkości co najmniej Tirolanowej łódki, była właśnie powoli podnoszona z pokładu dziwacznego, dymiącego staku.
- To spadnie – rzekła Tirolan – Tylko popatrzcie.
   Kiedy bom wychylił się trchę bardzie można było dostrzec, że skrzynia jest zapakowana w sieć służącą do przenoszenia ładunków. Sieć zaczęła się naciągać a przez jej oka wystawał coraz to większy narożnik skrzyni. W końcu skrzynia się uwolniła i spadła prosto do wody ledwie mijając o parę cali burty załadowanej barki. Łańcuch niedużych postaci, wrzeszczących coś piskliwie, hurmem rzucił się do burty. Tirolan zachichotał głośno.
- Powinienem się był domyśleć – rzekła – To gnomy.
   Jedyne co Sturm o nich wiedział to ich, dość marna, reputacja. Nieustannie coś majstrowali, tworzyli dziwaczne maszynerie i przedstawiali nigdy nie kończące się teorie wszystkiego. Odrzucając magię stali się żarliwymi wyznawcami technologii. Najżarliwszymi na Krynnie. Przez całe stulecia gnomy i Rycerze z Solamnii podtrzymywali układ o wzajemnej pomocy jako, że obie te grupy nie wierzyły w skuteczność magii.
   Tirolan powiosłował wokół rufy statku gnomów. Kitiara wskazała nie kończącą się linię liter wymalowaną w poprzek rufy, wzdłuż burty i dalej wokół dziobu. Była to nazwa statku. Odczytała część rufową: PodstawyHydrodynamicznejKompresjiorazEterycznejNiestabilności, KontrolowanePrzezNajbardziejGenialnySystemprzekładniWynalezionyPrzezWspaniałegoWynalazcęTegoCoOkreśliłWspółczynnikiWielomianuMinimalnegoPrzezSen… i tak to dalej szło i szło.
- Może powinniśmy jakoś pomóc? – spytał Sturm.
- Nie! No chyba, że pragniesz być mokry – odparła Kitiara.
   Miała rację. Gnomy znajdujące się na barce, które starały się wyciągnąć linę nośną skrzyni zdołały tylko wszystkie wypaść za burtę. Tirolan powiosłował dalej.
- Ciekawe, co też było w tej skrzyni – zastanawiał się Sturm gdy już gnomie pandemonium zostało daleko za rufą.
- A któż to wie? Może nowa maszyna do obierania i wydrążania jabłek? – odparł Tirolan – O, tam jest dok.
   Elfi kapitan zręcznie wciągnął wiosła na pokład i łódź spokojnie dobiła do nabrzeża. Sturm przeciągnął dziobową cumę przez knagę i już całą trójką wspięli się po krótkiej drabinie na platformę. Znów musieli użyć bloków i talii zamocowanych do doku dla rozładowywania i załadowywania cargo na statki, lecz po chwili już oba konie bezpiecznie wylądowały na brzegu.
- Dokąd teraz? – pytał Sturm.
   Cały rządek tawern i miejsc wyszynku grogu ciągnął się wzdłuż pirsu. A nawet dalej, aż do wielkich magazynów.
- Nie wiem, jak wy, panowie – odparła Kitiara wpatrując się jednocześnie w linię knajp – Lecz ja umieram z głodu.
- Nie możesz troszkę poczekać? – sprzeciwiał się Sturm.
- A to dlaczego?
   Poprawiła pas miecza, żeby ostrze spoczywało pod prawidłowym kątem i ruszyła przed siebie ciągnąc za wodze konia. Tirolan i Sturm, acz z pewnym wahaniem, jednak ruszyli w jej ślady.
   Z niewiadomych powodów, być może w ogóle bez powodu, Kitiara wybrała tawernę o nazwie Odcięta Głowa. Kitiara uwiązała wierzchowca na zewnątrz, kopniakiem otworzyła drzwi  i rozejrzała się po sali. W zaciemnionej przestrzeni widać było kilka postaci. Dziwaczna, cuchnąca woń wypłynęła przez drzwi.
- Fuj! – powiedział Tirolan – Ten zapach nie pochodzi od ludzi.
- Chodź, Kit, to nie miejsce dla nas.
   Ujął ją za łokieć i chciał jakoś wymanewrować na zewnątrz. Dziewczynie to najwyraźniej nie odpowiadało. Wyrwała ramię i weszła do środka.
- Mam już dość jałowych dróg i nudnych statków – powiedziała – A to przynajmniej wygląda na interesujące miejsce.
- Zachowaj czujność – mruknął Sturm w stronę Tirolana – Kitiara to dobra przyjaciółka, lecz długie miesiące cichego życia w Solace pozbawiły ją ostrożności a przydały brawury.
   Tirolan mrugnął i poszedł za Kitiarą.
   Odcięta Głowa nie była właściwie barem, lecz tylko zbiorowiskiem stołów i ław, bezładnie zresztą porozrzucanych. Kitiara dumnie podeszła do stołu blisko środka całej izby i jedną nogę przerzuciła nad oparciem ławy.
- Barman! – wrzasnęła.
   Głowy w ciemności powoli zwróciły się w jej stronę. Sturm ujrzał niejedną parę z nich świecącą w mroku. Były czerwone, przypominały węgle żarzące się w palenisku.
   Sturm i Tirolan usiedli nieufnie na ławie. Przy łokciu Kitiary ukazała się jakby przykucnięta, pokryta krostami kreatura. Oddychała głośno jak nieszczelny miech a każdy oddech niósł falę obrzydlistwa.
- Uhh? – powiedział krostowaty stwór.
- Ale! – cisnęła Kitiara.
- Uh-uh.
- Ale!!! – wrzasnęła głośniej.
   Stwór potrząsnął górną częścią korpusu wyraźnie czemuś przecząc. Kitiara ze złością klasnęła dłonią w blat stołu.
- To przynieś co tam macie najlepszego – powiedziała.
   To już wywołało pomruk potwierdzenia. Służący potoczył się wkoło.
- I pośpiesz się! – krzyknęła za nim.
   Stwór odszedł spacerowym krokiem. W zacienionym kącie tawerny podniósł jakiś dryblas. Wyprostowany był na pewno o pół głowy wyższy od Sturma i jednocześnie ze dwa razy szerszy. Człapiący drągal podszedł do ich stołu.
- To nie miejsce dla was – powiedział.
   Głos miał głęboki i beznamiętny.
- No, nie wiem – lekko odparła Kiriara – Bywałam w gorszych.
- To nie jest miejsce dla was – powtórzył typ.
- Może jednak powinniśmy odejść  - szybko podpowiedział Tirolan – Jest tu przecież mnóstwo tawern.
   Rzucił okiem w stronę drzwi jakby mierzył odległość do nich.
- Już zamówiłam. Siadaj.
   Dryblas pochylił się i oparł dłoń o blat stołu. Była czteropalczasta i wielka jak talerz obiadowy. Była też sucha i łuskowata.
- Wy iść, albo ja was za drzwi! – powiedział.
   Tirolan skoczył.
- Nie ma powodu do niepokoju…
   Drugie ramię stwora sięgnęło szybko złapało elfa za odzież na klatce piersiowej. Tirolan się zachwiał. Z głowy zleciał mu kaptur odkrywając elfią naturę mężczyzny. W całej oberży dał się słyszeć syk wciąganego powietrza. Ten syk wystarczył, by włosy na karku Sturma się zjeżyły.
- Kurtrach! – zawołał groźny stwór.
   Sturm i Kitiara wstali szybko i zwinnie. Miecze dobyte z pochew jasno błysnęły. Tirolan wydobył krótki miecz elficki i już cała trójka stała razem chroniąc nawzajem plecy.
- W coś ty nas wciągnęła? – pytał Sturm trzymając miecz w pogotowiu.
- Chciałam tylko trochę rozrywki – odparła Kitiara – O co chodzi Sturm? Chcesz żyć wiecznie, czy co?
   Z ciemności nadleciał ciśnięty trójnożny stołek. Sturm odbił go w bok uderzeniem miecza.
- Wiecznie to nie, lecz parę lat jeszcze byłoby miło!
   Gdzieś głęboko w mroku błysnęła stal.
- Ruszajcie do drzwi – warknął Tirolan – Za dużo ich tutaj żeby zacząć walkę.
   Gliniany dzbanek rozbił się o belkę nad ich głowami i obsypał wszystkich drobnymi okruchami.
- Ledwie ich widzę!
- Przydałaby się jakaś świeca, albo i dwie – przyznała Kitiara.
   Jakaś wielka postać ruszyła z mroku prosto w jej kierunku. Trzymało to klinge szerokości jej dłoni, lecz zdołała sparować cios, odbić i rzucić się w ciemność. Poczuła jak jej miecz wbija się w ciało. Atakujący ją stwór zaskrzeczał.
- Świeca? Mam coś lepszego w zanadrzu! – powiedział Tirolan.
   Obrócił się i wbił swój miecz w sam środek stołu. Zaczął śpiewać w Elfickim, szybko i drżąco. Po chwili klinga zaczęła błyszczeć czerwienią.
   Dwa stwory zaczęł podchodzić do Sturma. Odbijał ich broń, o wiele cięższą od własnej, robiło to wiele hałasu, lecz skutki były żadne.
- Tirolan! – warknął – Potrzebujemy cię!
   Elf dalej śpiewał. Krótki miecz praktycznie stał się biały. Z blatu stołu dobywały się smugi dymu. W jednej chwili stół rozbłysnął płomieniami.
   Wrogoie zatrzymali się na pierwszy blask płomieni. Było ich ośmiu. Wielkie, krzepkie, jaszczurko podobne stwory ciasno owinięte ubraniami. Blask światła je oślepiał. Cofnęli się o kilka kroków. Kitiara wydała z siebie bojowy okrzyk i runęła do ataku. Uniknęła cięcia potężnego przeciwnik i zgrabnie ostrzem trafiła w jego ramię. Wielki miecz zabrzęczał na podłodze. Kitiara ujęła broń oburącz i mocnym sztychem uderzyła w pierś przeciwnika. Stwór zawył z bólu i wściekłości po czym spróbował sięgnąć jej pazurzastą łapą. Odskoczyła po czym zadała kolejny sztych. Stwór zawył po raz drugi i upadł na twarz.
   Sturm tymczasem odcinał się dwójce napastników. Płonący stół wypełnił izbę dymem więc stwory zaczęły się cofać ciężko dysząc. Tirolanowi, walczącemu po prawej ręce Sturma, nie szło najlepiej. Odzyskał już, teraz całkiem chłodny, swój krótki miecz. Jednak w porównaniu z długą bronią wroga był zbyt krótki do walki. Tylko wspaniała zręczność i biegłość wciąż ocalała mu życie.
   Wreszcie, z wielkim hukiem, stwory wywaliły drzwi tawerny i wyleciały na zewnątrz. Płomienie już objęły nogi stołu i powoli podpalały wysuszone dechy podłogi.
- Wiać, biegiem! – wrzeszczał Sturm.
   Kitiara wciąż jeszcze walczyła więc  Sturm chwycił ją za kołnierz kaftana i zaczął odciągać.
- Puszczaj! Odczep się!
   Zamierzyła się na niego łokciem, lecz szybko zablokował cios i potrząsnął Kitiarą.
- Słuchaj wreszcie! Tu wszystko ci się koło uszu pali! Wiejemy! – wołał.
   Z trudem oprzytomniała. Dym wydobywający się z okien pierwszego piętra zdołał już zgromadzić cały tłum zdumionych obywateli Caergoth. Tirolan, Sturm i Kitiara wypadli na ulicę tuż przed goniącymi ich płomieniami. Sturm rozejrzał się po zgromadzonym tłumie, lecz dziwaczne, jaszczurko podobne stwory już zniknęły.
   Trójka wojowników wsparła się wzajem na sobie i usiłowała wykaszleć gęsty dym z płuc. Po chwili Sturm zorientował, że panuje wokoło dziwna cisza. Podniósł głowę i spostrzegł, że oczy wszystkich zgromadzonych są zwrócone na Tirolana.
- Elf – stwierdził ktoś krótko i zabrzmiało to, jakby właśnie zaklął.
- Chciał spalić nasze miasto – ktoś dodał.
- Z nimi zawsze kłopoty – dodał trzeci.
- Gnaj do łodzi – mruknął Sturm do Tirolana – I strzeż pleców.
   Kitiara chciał już zapłacić Tirolanowi umówioną kwotę, lecz przyjął tylko połowę. Po chwili ruszył ostro gdy tylko Sturm i Kitiara dosiedli wierzchowców. Nagle zatrzymał się, obrócił i wcisnął w dłoń Kitiary niewielki, purpurowy, rzeźbiony klejnocik. Mrugnięcie okiem wywołało uśmiech na usta Kit.
- Prezent – powiedział tylko tyle.
   Trójka znajomych się rozstała.

janjuz - 2017-09-22 21:55:22

Rozdział 4

Odcień purpury

   Kitiara i Sturm podążali krętym szlakiem w stronę piaszczystych klifów górujących nad zatoką. Z tej odległości Wzniosła Korona skurczyła się do rozmiarów zabawki. Spojrzeli jeszcze ostatni raz na elfi statek po czym obrócili konie w stronę lądu.
   Szybko dotarli do drogi poza murami Caergoth. Od sklepikarzy i handlarzy obsiadających obie strony drogi pod miastem szybko kupili chleb, mięso, suszone owoce i ser. Droga ograniczona krawężnikiem i brukowana porządnymi kamieniami była jednym z niewielu artefaktów robót publicznych jakie pozostały całe po Kataklizmie. Kitiara i Sturm jechali obok siebie środkiem drogi. Oba pobocza zajęte były przez dość gęsty tłumek pieszych wędrowców. Tak było przez chyba dziesięć mil od miasta. Gdzieś w połowie popołudnia byli już sami na drodze.
   Mało mówili. W końcu to Kitiara przerwała zapadającą ciszę.
- Dziwne to, że nie ma tu żadnych podróżnych zmierzających do Caergoth.
- Też mnie to zdumiewa -  odparł Sturm – Pusta droga to zwykle zły znak.
- Albo wojna, albo rabusie blokują drogę.
- Nie słyszałem żadnych plotek o wojnie, więc chyba to drugie.
   Zatrzymali się na skraju drogi na czas wystarczająco długi, żeby przywdziać kolczugi. Nie było najmniejszego sensu w dostaniu strzałą będąc już tak blisko Solamni.
   Takie przerażające w swej istocie spustoszenie ciągnęło się aż do końca dnia. Co chwila mijali spopielone szczątki jakiegoś wozu czy też pobielałe kości zabitych koni i wołów. Kitiara jechała już z mieczem przełożonym przez kolana.
   Zmęczeni byli poranną przygodą i całym dniem jazdy. Postanowili wcześnie rozbić obóz. Znaleźli przyjemną polanę obramowaną dębami jakieś sto jardów od drogi. Tallfoxa i Pirę uwiązali do sporej linki tak, by mogły paść się na trawie i mietlicy. Sturm znalazł niewielkie źródło i przyniósł wody natomiast Kitiara przygotowała ogień. Posiłek składał się z bekonu i sucharów opieczonych nad ogniem. Zbliżała się noc więc siedli bliżej ognia.
   Dym ogniska unosił się wąską spiralą w stronę gwiazd. Księżyce były już widoczne. Solinari i Lunitari. A dusze – pomyślał Sturm – wznoszą się jak ten dym do niebios.
- Sturm.
   Głos Kitiary wyrwał go z tego bujania w obłokach.
- Tak?
- Musimy spać na zmianę.
- To pewne. Och, biorę pierwszą wartę, dobrze?
- Pasuje mi.
   Kitiara wstała, wzięła swój śpiwór i okrążyła ognisko. Rozłożyła posłanie obok Sturma i się położyła.
- Obudź mnie, gdy srebrny księżyc wzejdzie – powiedziała.
  Popatrzył w dół na tą masę czarnych loków obok swych kolan. Kitiara, weteran, szybko odpłynęła w sen. Sturm dorzucał do ognia jakieś patyki ze zgromadzonego zapasu i siadł w z nogami skrzyżowanymi z mieczem na kolanach. Kitiara w pewnym momencie poruszyła się nieco i coś niewyraźnie zamamrotała. Sturm, choć jednak z pewnym wahaniem, ostrożnie dotknął jej włosów. Odpowiedziała bezwiednym ruchem przysunięcia się bliżej aż w końcu jej głowa na skrzyżowanych kostkach mężczyzny.
   Nawet nie poczuł, gdy opanował go letarg. W jednej chwili Sturm był całkowicie przytomny, nawet obserwował leżącą na ziemi śpiącą Kitiarę, by w następnej chwili leżeć twarzą na ziemi. W ustach miał pełno darni, lecz z jakiegoś powodu nie mógł jej wypluć. Co gorsze nawet to nie mógł się poruszyć nawet odrobinę. Jednym okiem leżał przyciśnięty do ziemi. Z nieludzkim wysiłkiem otworzył drugie. Ujrzał, że ognisko ciągle jeszcze się pali. Wokół ognia zgromadziło się kilkanaście par nóg odzianych w skórzane nogawice. Wokoło roznosił się dziwny, bardzo nieprzyjemny, odór – coś na podobieństwo przypiekanej skóry czy smażących się włosów. Kitiara była tuż obok, leżała na plecach z zamkniętymi oczami.
- Ni ma nic, tylko żarcie – powiedział jakiś chrapliwy, basowy głos – Ni ma nic ta torba tylko podle żarcie!
- Ja! Ja! – zawołał piskliwy głos – Ja znalazł piniąndz!
   Jedna para nóg zniknęła z pola widzenia Sturma.
- Gdzie ten piniondz?
   Usłyszał brzęk metalu. Jedna z ostatnich silvanestyjskich monet Kitiary upadła na ziemię.
- Ai! – wrzasnął cienki głosik a postać padła na kolana i ręce.
   Teraz już Sturm wiedział kim… a raczej czy… są napastnicy. Nie było mowy o pomyłce. Szpiczaste łby, kwadratowa postura, szara skóra, czerwone oczy… to były gobliny. Smród też był charakterystyczny. Sturm zebrał wszystkie siły usiłując wstać, lecz poczuł jakby na plecach leżała mu góra ołowiu. Widział na tyle dobrze i tak też czuł, więc wiedział, że nie jest związany. To wszystko, oraz nagłość z jaką został pokonany oznaczało, że ktoś rzucił czar na niego i Kitiarę. Tylko kto? Gobliny to przecież zwykłe ciemniaki. Im brakuje nawet zwykłej koncentracji umysłu, tak niezbędnej przy rzucaniu zaklęć.
- Dosyć tych głupot, szukajcie! – powiedział czysty, ludzki głos.
   Aaa, to tak! Gobliny nie są same. Twarda, koścista łapa złapała go za ramię i odwróciła całe ciało. Jedno, otwarte oko Sturma patrzyło prosto w twarze dwóch rozbójników. Jeden z nich był szczerbaty, stracił większość zębów przednich. Drugi nosił szramy na szyi, jakby po nie udanym wieszaniu.
- Ai! On oko otworzył! – szczeknął szczerbaty – On. Widzieć!
   Szramowaty wydobył paskudny, poszczerbiony nóż.
- Ja naprawić – powiedział.
   Zanim jednak zdążył pchnąć bezbronnego Sturma inny z rabusiów głośno wrzasnął. Pozostali szybko go dopadli.
- Ja znalazł! Ja znalazł! – bełkotał goblin.
   To, co znalazł, to był klejnocik, ametyst wręczony Kitiarze przez Tirolana. Przewiązała go rzemieniem i nosiła na szyi. Znalazca podniósł i doczłapał od reszty towarzystwa. Poczłapali za nim usiłowali odebrać purpurowy kamień.
- Przenieście, niech go zobaczę – powiedział człowiek.
   Tańcujący goblin skruszonym gestem podał ametyst w cień poza ogniskiem.
- Śmieć – rzekł mężczyzna – Połamany kawałek kryształu.
   Purpurowy grot poleciał w powietrze. Upadł na ziemię pomiędzy Sturmem a Kitiarą i odbił się od bezwładnej, otwartej dłoni Kit. Gobliny ruszyły by go odzyskać.
- Zostawić to! – rozkazał człowiek – Bez wartości.
- Ładne, ładne! – zaprotestował szczerbaty – Zatrzymać ja.
- Powiedziałem zostawić! A może mam złapać ródżkę?
   Gobliny – Sturm uznał, że jest ich czwórka – cofnęły się i zadrżały.
- Zabieramy pieniądze i konie. Resztą zostawić – rozkazał ludzki szef bandy.
- A co miecze? – zapytał Szramowaty – Dobry żelaz.
   Trzymał teraz miecz Sturma tak, by przywódca mógł go obejrzeć.
- Tak, za dobre dla was, zabieramy. Kupiec Lovo dobrze za to zapłaci. Kobietę też zabieramy.
   Szczerbaty nachylił się nad Kitiarą. Kopnął na bok jej ramię i odwrócił ją, żeby dosięgnąć miecza leżącego pod dziewczyną. Gdy tylko to zrobił dłoń Kitiary zamknęła się na jego kostce.
- Łaa? – powiedział szczerbaty goblin.
   Kitiara wyszarpnęła nogę spod goblina, który natychmiast padł na ziemię z głośnym hukiem. W tej samej chwili dziewczyna była na nogach i z mieczem w dłoni. Szczerbaty sięgnął po sztylet, lecz nigdy go nie wydobył. Jednym cięciem Kitiara posłała paskudny łeb goblina daleko w ciemność.
- Brać ją! Brać ją, wy żałosne gnojki! Trzech was na jedną! – wrzeszczał człowiek z cienia.
   Szramowaty ściągnął z ramienia hakowate ostrze i zaatakował. Kitiara z łatwością odpierała niezdarną broń. Dwa pozostałe gobliny usiłowały zajść ją od tyłu, lecz obróciła się tak, że za plecami miała ogień.
   Sturm wściekał się na zaklęcie, które pozostawiało go tak bezradnym. Stopy goblinów przelatywały w zasięgu jego ręki a on nie mógł nawet palcem ruszyć, żeby pomóc Kitiarze. Nie, żeby potrzebowała pomocy. Kiedy tylko Szramowaty wytknął swoją broń do przodu, po prostu ścięła mu hak z drzewca. Goblin patrzył ogłupiały na skróconą broń a Kitiara przebiła go jednym sztychem.
- Teraz już dwóch na jedną! – warknęła.
   Przeskoczyła ognisko lądując między dwoma rabusiami. Wrzasnęli ze strachu i cisnęli sztylety. Pierwszego ścięła zanim jeszcze ruszył z miejsca. Ostatni goblin dobiegł do krawędzi polany. Sturm słyszał jego śmieć pomiędzy dębami. Były jeszcze inne dźwięki; tupot stóp, głośne sapanie i wrzask bólu.
- Myślałeś, że zdołasz zwiać, co? – powiedziała Kitiara.
   Dopadła ukrytego w cieniu magika i zaciągnęła do ogniska. Był to dość mizerny mężczyzna ze dwa razy starszy od Sturma ubrany w poszarpaną, szarą szatę. Przedmioty jego rzemiosła zadyndały mu u pasa; różdżka, torebka z ziołami, amulet kute w ołowiu i miedzi. Kitiara posłała go na ziemię jednym kopniakiem poniżej kolan. Czołgał się teraz obok Sturma.
- Zdejmuj zaklęcie z mego przyjaciela – rozkazała Kitiara.
- Ja… ja nie mogę.
- Mówisz, że tego nie zrobisz! – dźgnęła go czubkiem miecza.
- Nie, nie! Nie wiem jak! Nie wiem jak zdjąć zaklęcie! – wyglądał na zawstydzonego – Nigdy nie musiałem zdejmować zaklęcia paraliżu. Gobliny zawsze podcinały gardła.
- Bo im kazałeś!
- Nie! Nie!
   Kitiara splunęła.
- Jedyną rzeczą gorszą od złodzieja, jest jest głupi słabeusz jako złodziej.
   Podniosła miecz do ramienia.
- Jest tylko jeden znany mi sposób złamania zaklęcia.
   Miała rację. Kiedy magik był już martwy to i ołowiany ciężar znikł z członków Sturma. Usiadł pocierając zesztywniały kark.
- Na wszystkich bogów, Kitiara, jesteś bezwzględna – powiedział.
   Rozejrzał się po obozowisku przypominającym teraz raczej krwawe pole bitwy.
- Musiałaś ich wszystkich zabić?
- W dowód wdzięczności dla ciebie – powiedziała i wytarła klingę o szatę magika – Oni z radością podcięli by nam gardła. Czasem doprawdy cię nie rozumiem, Sturm.
   Przypomniał  sobie sztylet goblina przed swą twarzą.
- Masz całkowitą rację. Tyle, że zabicie tego niechlujnego magika nie było zbyt honorowe.
   Wsunęła miecz do pochwy.
- Nie robiłam tego dla honoru – powiedziała – To było po prostu praktyczne.
   Pozbierali swoje rzeczy z pobojowiska, były zdrowo porozrzucane przez gobliny. Sturm ujrzał jak Kitiara podnosi ametystowy naszyjnik.
- Popatrz – powiedziała – Jest bezbarwny.
   Sturm ujrzał w świetle ogniska, że purpurowy ongiś kamień jest teraz odłamkiem zwykłego, przezroczystego kwarzu.
- To wszystko wyjaśnia – rzekł – Mogłaś się zacząć ruszać gdy ametyst upadł ci na dłoń, prawda?
   Pojaśniała zrozumieniem.
- Prawda. Nosiłam go na bluzie i pod kolczugą…
- Kiedy dotknął twojej skóry to zaklęcie paraliżu zostało złamana. Rozproszenie zaklęcia wywabiło z kamienia całą barwę. Teraz to już tylko kawałek kwarcu w formie grotu strzały.
   Kitiara przełożyła rzemienną pętlę klejnotu przez głowę.
- Zatrzymam go. Nawet w tym stanie. Tirolan pewnie nigdy się nie dowie, że dając mi ten kamyk uratował nam obojgu życie.
   Kiedy pozbierali bagaże Sturm zaczął zbierać wyschłe drewno z otaczającej ich dębiny i układać stos obok ogniska.
- Dlaczego to robisz? - pytała Kitiara.
- Robię stos pogrzebowy – odparł – Nie możemy zostawić tak tych trupów.
- Sępy się nimi zajmą.
- Nie robię tego z poczucia szacunku dla nich. Źli czarodzieje, nawet tacy kiepscy jak ten, mają nieszczęsny zwyczaj wracać jako nieumarli i polować na żywych. Pomóż mi zbudować ten stos, jego zło spłonie wraz z nim.
   Zgodziła się i po chwili gobliny i ich mistrz zostali umieszczeni w płomieniach. Popioły Sturm zasypał ziemią po czym oboje dosiedli koni.
- Skąd ty tyle wiesz o magii – spytała Kitiara – Myślałam, że gardziskażdą jej formą.
- I to prawda – odparł – Magia jest najgorszym zagrożeniem dla porządku na świecie. Wystarczająco trudno jest żyć w prawdzie i honorze bez pokus sił magicznych. Lecz magia istnieje i wszyscy musimy się nauczyć, jak sobie z nią dać radę. Jeśli o mnie chodzi, to dużo rozmawiałem z twoim bratem. Nauczyłem się całkiem sporo, może nawet dość by się kaoś obronić.
- Mas na myśli Raistlina? – spytała a Sturm potwierdził – Jego lekcje magii zawsze mnie usypiały.
- Wiem – powiedział Sturm – Strasznie łatwo zasypiasz.
   Obrócili konie w stronę wschodzącego właśnie słońca i pojechali.

janjuz - 2017-09-30 12:35:00

Rozdział 5

Mistrz chmur

   Dzień po ataku rabusiów okazał się potwornie duszny. Tallfox i Pira potrzebowali pojenia dosłownie co chwila. Inaczej zwieszały łby a ich chód powoli zamierał i tracił rytm. Wjechali teraz w okolicę pełną ogrodów i farm dzięki czemu mieli z drogi szeroki widok na całą okolicę. Oboje, i Kitiara, i Sturm zmienili kolczugi na koszule, lecz już w południe Kitiara koszulę poluzowała i zwązała jej poły w talii. Tak ochłodzeni przystanęli na posiłek z figowym zagajniku.
- Szkoda, że jeszcze są zielone – powiedziała Kitiara ściskając w palcach niedojrzały owoc fogowca – Lubię figi.
- Bardzo wątpię czy właściciel ogrodu podzieliłby twój entuzjazm jeżeli nie zapłaciłabyś za wszystko, co zjadłaś – odparł Sturm.
   Wydrążył kawał suchara i wypełnił powstały otwór rozdrobnionymi, suszonymi  owocami i serem.
- Och, daj spokój. Nigdy nie podkradałeś jabłek czy gruszek? Nigdy nie podwędziłeś kurczaka, żeby go upiec na ognisku podczas gdy farmer polował na ciebie z ostrym rożnem?
- Nie, ngdy.
- A ja tak. Niewiele rzeczy w życiu smakuje tak dobrze jak żarcie zdobyte sprytem.
   Odrzuciła gałązkę figowca i dołączyła do Sturma pod drzewem.
- Pewnie nigdy nie rozważałaś, co też twoje malutkie sprytne złodziejstewka mogą oznaczać dla rolnika, co, Kit? Może on sam lub też jego rodzina chodzili głodni spać z powodu twego podwędzonego posiłku?
   Tym razem się najeżyła.
- To bardzo łatwo powiedzieć, Panie Brightblade. A kiedyż to musiałeś zapracować na posiłek wędrujący do twego brzucha? Synkowi rycerza łatwo mówić o sprawiedliwości wobec biednych, kiedy samemu nigdy biednym się nie było.
   Sturm siedział cicho aż gniew dziewczyny trochę przygasł.
- Pracowałem – powiedział –Kiedy moja matka, jej pokojówka Carin i ja przybyliśmy do Solace matka miała ze sobą przywiezione trochę pieniędzy. Szybko to się jednak rozeszło i zaczęły się poważne kłopoty finansowe. Moja matka była kobietą niesłychanie dumną więc nigdy nie przyjęłaby wsparcia. Panna Carin i ja wykonywaliśmy dziwne prace w Solace żeby tylko jakieś jedzenie pojawiało się na stole. Nigdy tego nie powiedzieliśmy matce.
   Kolczaste zachowanie Kitiray jakby trochę zmiękło.
- I co robiłeś?
   Wzruszył ramionami.
- Ponieważ umiałem czytać i pisać to dostałem pracę u Skryby Derimiusa, kopiowałem zwoje i manuskrypty. Nie tylko zarabiałem pięć sztuk srebra na tydzień, lecz jeszcze mogłem czytać mnóstwo różnych tekstów.
- Nigdy o tym nie słyszałam
- Tak naprawdę to w zakładzie Derimiusa poznałem Tanisa. Przyniósł księgę główną, jaką przetrzymywał dla Flinta. Na ostatnie strony rozlało mu się trochę atramentu i chciał, żeby Derimius wymienił je na nowy pergamin. Wtedy też Tanis dostrzegł szesnastolatka piszącego coś piórem szarej gęsi i zapytał o mnie. Porozmawialiśmy i zostaliśmy przyjaciółmi.
   Ostatnie stwierdzenie zostało wypunktowane i zaznaczone głośnym, dalekim grzmotem. Parne powietrze zebrało masy burzowych, granatowo czarnych chmur na zachodnim nieboskłonie. Szybko szły na wschód. Sturm szybko zgryzł ostatni kęs swego posiłku i skoczył na równe nogi. Coś tam jeszcze usiłował wymamrotać, lecz usta miał zapchane chlebem i serem.
- Co takiego? – dopytywała Kitiara.
- ….konie. Muszę zabezpieczyć konie!
   W tym momencie ognista lanca błyskawicy uderzyła we wzgórza pośród których napadli ich rabusie. Z góry zawiał wicher ciskając piach w oczy Sturma i Kitiary. Uwiązali Tallfoxa i Pirę do drzewa figowego a sami pośpiesznie rozpinali plandeki tworząc tymczasowe schronienie przed deszczem. Na oddalonej drodze Kitiara dostrzegła ściane deszczu, która sunęła w ich kierunku.
- Oto nadchodzi! – powiedziała.
   Burza runęła na zagajnik figowców z potężną furią. Deszcz uderzył lichawe plandeki niczy potężnym młótem i już po paru sekundach Sturm i Kitiara byli kompletnie przemoczeni. Woda zbierała się we wszystkich zagłębieniach między drzewami i już wypełniała dziury. Woda sięgała Kitiarze do kostek i wciąż rosła. Tallfox nie umiał tego przetrzymać. Ogier, z natury już nerwowy, zaczął się szarpać i wierzgać gdy burza zaczęła huczeć wokół niego. Jego przerażenie udzieliło spokojne zazwyczaj Pirze. Oba konie zaczęły walczyć z więżącymi je uprzężami. W tej chwili grot błyskawicy uderzył w największe drzewo zagajnika i rozwalił je na miliony rozpalonych kawałków. Spanikowane do granic wytrzymałości konie zerwały więzy i galopem uciekły. Tallfox gnał na wschód a Pira runęła w stronę północy.
- Za nimi! – Sturm przekrzykiwał hałas.
   Runęli natychmiast biegiem za swoimi wierzchowcami. Tallfox był długonogim sprinterem i galopował w prostej linii. Pira była zwrotna jak królik. Wywijała między liściastymi drzewami zmieniając kierunek z tuzin razy na każde dwadzieścia kroków. Kitiara gubiła krok i się potykała przeklinając jednocześnie przyrodzoną zwinność klaczy.
   Ogród kończył się wąwozem. Kitiara ześlizgnęła się po błotnistym zboczu i wpadła do dość głębokiej wody.
- Pira! – wrzeszczała – Pira, ty łbie grochem wypchany, gdzie jesteś!?
   Jedynym efektem wrzasków były usta pełne wody. Przyjrzała się obu brzegom wąwozu w poszukiwaniu śladów. W nagłym błysku pioruna dostrzegła coś bardzo dziwnego. Jakiś kanciasty, czarny kształ, coś w podobie tarczy wojownika, majaczyło w odległości około czterdziestu stóp. Oślepiający blask zgasł, lecz nie tyle szybko by nie zdołała zobaczyć długiej linki ciągnącej się od kształtu po ziemi. Kitiara zaczęła się gramolić naprzód nie wiedząc wcale z czym ma się spotkać.
   Tallfox z łatwością umknął swemu panu, lecz Sturm był w stanie śledzić jego tropy odbite w błocie. Ciasn rosnąca ściana cedrowego młodnika blokowała koniec ogrodu. Była tam tylko jedna, wąska luka jaką koń mógł wykorzystać do ucieczki i tam właśnie Sturm znalazł ślady ogiera. Zanurkował w caisną plątaninę wiecznie zielonych drzewek. Połamane sadzonki wyraźnie wskazywały drogę ucieczki Tallfoxa.
   Błyskawice nad głową wykazywały niespotykaną aktywność. Trzaskały i rozbłyskiwały od chmury do chmury. Jeden dłuższy rozbłysk oświetlił przed oczami Sturma prawdziwe dziwadło; niezwykły ptak trzepotał na wietrze. Ptak chybotał ze strony na stronę, lecz wcale nie odlatywał. Kiedy rozbłysla kolejna z błyskawic Sturm ujrzał dlaczego tak się dzieje. Do stóp ptaka ktoś przywiązał linkę.
   Kitiara mozolnie wspięła się na ziemiste wzgórze. Włosy oblepiały jej ciasno głowę a ubranie ciążyło jakby wchłonęło co najmniej tonę wody. Będąc już na szczycie wzgórza mogła spojrzeć w dół, w stronę polany. Nigdzie ani śladu Piry. Było jednak dużo innych spraw do zobaczenia.
   Na samym środku otwartej przestrzeni było coś, czego Kitiara jeszcze nigdy w życiu nie widziała. Było Toś na kształt wielkiej łodzi z ogromnymi, skórzanymi żaglami po obu bokach. Nie było masztów, lecz dziób był wydłużony i ostry, wręcz ptasi, no i były jeszcze koła pod tą niby łodzią. Ponad łodzią, uwiązana na linowej siatce, była wielka torba z materii. Ogromna jajo podobna torba kręciła się teraz i miotała na wietrze jak żywe stworzenie. Tą niby łódź otaczał tłum niewielkich ludzi. Za ich plecami wyrastało z ziemi kilka długich pali. Z ich czubków powiewały teraz liny a na ich końcach było jeszcze więcej tych „tarcz”, które Kitiara już widziała.
   W tej samej chwili spośród cedrów po przeciwległej stronie polany wychynął Sturm. Wpatrując się w tą samą rzecz rozdziawił gębę. Bez słowa ruszył w tamtą stronę.
   Nieduży człek w błyszczącym kapeluszu i długim płaszczu pozdrowił rycerza.
- W-w-witam i sz-sz-szczęścia ż-ż-życzę – powiedział radośnie.
- Witam – odparł kompletnie zdezorientowany Sturm – Co się tu dzieje?
   Jeszcze nie skończył mówić gdy kolejny grom uderzył w uwiązanego „ptaka” (tą samą rzecz, którą Kitiara pomyliła z tarczą). Biało błękitne światło rozbłysło wzdłuż liny w stronę kotwiczącego ją pala. Od pala światło rozbłysło wzdłuż innej liny rozciągniętej na ziemi aż wreszcie dotarło do niby łodzi gdzie znikło. Łódź zachwiała się na kołach po czym stanęła normalnie.
- Dz-dz-dzieje? No widzisz sam, ł-ł-ładowanie – odparł nieduży człeczek.
   Kiedy odchylił nieco szeroki rondo kapelusza Sturm ujrzał jasne oczy i krzaczaste, brązowe brwi. Zdał sobie sprawę, że ma do czynienia z gnomem.
- To d-d-doprawdy w-w-w-wspaniała burza. M-m-m-mamy szczęście!
   Kitiara szła wokół dziwacznie wyglądającej rzecz, dla ostrożności trzymając się od niej na dystans. W świetle jednej z bardziej jaskrawych błyskawic ujrzała Sturma rozmawiającego z niedużym człowieczkiem. Złożyła dłonie do ust i zawołała.
- Sturm!
- Kit! – odkrzyknął.
   Dołączyła do niego.
- Znalazłeś nasze konie?
- Nie, miałem nadzieję, że poleciały w twoim kierunku.
   Zamachała rękami.
- Wpadłam w jakiś rów!
- To widać. Co my teraz zrobimy?
- Ekhm – wtrącił gnom – Cz-cz-czy mam r-r-rozumieć że o-o-oboje straciliście ś-ś-środki transportu!
- Dokładnie – zgodnym chórem odparli oboje.
- Sz-sz-szczęśliwe zdarzenie! Być może p-p-p-pomożemy sobie n-n-n-nawzajem.
   Obniżył znowu rondo kapelusza. Cienki strumyk wody spłynął na płaszcz.
- Cz-cz-czy mogę p-p-prosić za mną?
- A dokąd idziemy? - spytał Sturm.
- J-J-Jak na r-r-razie to do schronienia przed p-p-p-pogodą – odparł gnom.
- To ja idę! – powiedziała Kitiara.
   Gnom poprowadził ich do góry rampą na lewą stronę niby łodzi. Wnętrze było mocno oświetlone, ciepłe i suche. Ich przewodnik zdjął kapelusz i płaszcz. Teraz było już widać, że to mężczyzna swej rasy, z długą białą brodą i różową łysiną. Wręczył Kitiarze i Sturmowi po ręczniku – co prawda były to ręczniki na miarę gnomów, więc ludziom wydały się wielkości ściereczki do rąk. Sturm wytarł dłonie i twarz.Kitiara najpierw usunęła zsibie troszczę błota po czym wyżęła ręcznik i zawiązała sobie coś w roszaju turbanu na głowie.
- P-p-proszę za mną – powiedział gnom – Moi k-k-koledzy dołączą p-p-później. Zajęcie t-t-teraz zbieraniem b-b-błyskawic.
   Zaskoczenie takim oświadczeniem było kompletne. Gnom jednak się nie przejął i poprowadził ich długim, wąskim przejściem między dwoma zespołami maszynerii o niepojętym przeznaczeniu. Wszelkiego rodzaju dźwignie, korby czy mechanizmy były wykonane bardzo dokładnie. Wszędzie tylko żelazo i brąz. Doszli wreszcie do niewielkiej drabiny po której wspięli się wyżej. Górny pokład na którym teraz byli był podzielony na niewielkie kabiny. Hamaki wisiały na hakawokół pełno było pudeł, skrzynek i wielkich, szklanych gąsiorów. Dosłownie każdy cal kwadratowy podłogi był wykorzystany. Pozostawiono jedynie wąziuteńką ścieżynkę pozwalającą przejść środkiem.
   Wspięli się po kolejnej drabinie i znlaźli się w domku zbudowanym w środku pokładu. W ścianach były bulaje więc Sturm mógł dostrzec deszcz wciąż chłoszczący świat. Nadbudówka pokładowa podzielona była na dwa pokoje. Pierwszy, do którego właśnie weszli, urządzony był jak normalna sterówka na statku. Koło sterowe znajdowało się bliżej części dziobowej, która była dosłownie pokryta wielką ilością szklanych tafli. Od podłogi do powały, wszędzie można było dostrzec różnego rodzaju dźwignie oraz przedziwne mierniki z napisami taki jak: Wysokość, Wskazywana Prędkość Wiatru a nawet Natężenie Rodzynek w Śniadaniowych Muffinkach.
   Kitaira przedstawiła oboje gnomowi. Jego oczy się wyraźnie rozszerzyły a na twarz wypłynął dobrotliwy uśmiech gdy dowiedział się, że Sturm jest potomkiem starej Solamnijskiej rodziny. Z czystej, gnomie ciekawości, zaczął wypytywać o przodków Kitiary. Całkowicie zignorowała wypytywanie i opisała mu dotychczasową podróż obojga, jej cele oraz ogólną frustrację spowodowaną utratą wierzchowców.
- B-b-być może b-b-będę mógł pomóc – powiedział gnom – Moje imię brzmi TenKtóryJąkaSię
PrawieZawszeWPołowieTechnicznychWyjaśnień…
   Sturm przerwał, znając już długość gnomich imion.
- Proszę! Jak nazywają cię ci co do rasy gnomów nie przynależą?
   Gnom westchnął i powiedział bardzo powoli:
- Nazywają mnie cz-cz-często Stutts co jest zupełnie niewłaściwym skrótem mego prawdziwego imienia. We wspólnej mowie brzmi Jąk!
- Posiada jednak zaletę zwięzłości – powiedział Sturm.
- Zwięzłość, mój szanowny rycerzu, nie jest zaletą w oczach tych, co kochają wiedzę dla niej s-s-samej.
   Stutts zaplótł serdelkowate palce na okrągłym brzuchu.
- Chciałbym zaoferować wam p-p-posadę, jaką, w zaistniałej sytuacji, będziecie zainteresowani.
- Jakiego rodzaju posadę? – spytała Kitiara.
- Moi k-k-koledzy i ja dzisiaj przyjechaliśmy z Caergoth.
   Natychmiast przypomnieli sobie dziwaczne zdarzenia na gnomim statku w porcie Caergoth.
- P-p-przyjechaliśmy do tego regionu, bowiem Solamnia słynie z wszystkim z-z-znanych potężnych burz.
   Sturm otarł wysychający wąs wierzchem dłoni.
- Szukaliście burz?
- D-d-dokładnie. Błyskawice są niezbędne do prawidłowej pracy naszej m-m-machiny.
   Stutts uśmiechnął się i czule poklepał oparcie krzesła.
- Czyż nie jest p-p-piękna?  Nazywa się Mistrz Chmur.
- A co takiego robi?
- L-l-lata.
- Oh, oczywiście – Kitiara lekko zachichotała – Gnomy są takie pomysłowe. Tylko co to ma wspólnego ze Sturmem i ze mną?
   Nieiwelka buzia Stuttsa pokryła się głębszym odcienie różowego.
- Ekhm. M-m-m-mieliśmy niewielkiego p-p-pecha. Rozumiecie, kalkulując o-o-optymalny stosunek udźwigu d-d-do masy Mistrza Chmur, k-k-ktoś zapomniał uwzględnić efekt posadowienia na glebie w zaawansowanym stopniu n-n-nawodnienia.
- O czym ty gadasz!
- U-u-utknęliśmy w błocku – powiedział Stutts i znów się zaczerwienił.
- I teraz chcesz, żebyśmy was z tego wyciągnęli? – spytała Kitiara.
- W zamian z-z-za co z wdzięcznością was dostarczymy drogą p-p-powietrzną do dowolnego punktu na Krynnie. Enstar, B-B-Balifor, czy też dalekie Karthay…
- Zmierzamy na Równiny Solamnijskie – odparł Sturm – Tylko tam zamierzamy dotrzeć.
   Kitiara wbiła łokieć w żebra Sturma.
- Chyba nie bierzesz tego małego lunatyka serio, co? – syknęła samym kącikiem ust.
- Znam gnomy – odparł – Ich wynalazki działają, i to z zadziwiającą regularnością.
- Ale ja nie…
   Stutts lekko podskoczył.
- Pewnie będziecie ch-ch-chcieli to o-o-omówić. Sugeruję toaletę, d-d-dobry posiłek a potem decyzja? Na pokładzie mamy toalety jakich jeszcze nigdy nie w-w-widzieliście.
- Tego jestem pewna – mruknęła Kitiara.
   Zgodzili się najpierw na kąpiel a potem będą mogli zjeść obiad z gnomami. Stutts pociągnął za lekki łańcuch zwieszający się z powały nad kołem sterowym. Głęboko gardłowe AH..OO..GAH! rozbrzmiało echem przez cały ten latający statek. Młody gnom w przetłuszczonym odzieniu oraz z bardzo czerwonymi, krzaczastymi brwiami pojawił się na wezwanie.
- N-n-naszym gościom pokaż stanowisko oczyszczania – powiedział Stutts.
   Krzaczasto brewy gnom zagwizdał w odpowiedzi całą serię dźwięków.
- N-n-nie, jedno na raz – odparł Stutts.
   Krzaczasty zagwizdał ponownie.
- On zawsze tak gada? – dopytywała Kitiara.
- Tak. Mój k-k-kolega … (tutaj zarecytował około pięciominutowo brzmiące imię)… opracował teorię mówiącą, że jezyk mówiony p-p-pochodzi od ptasich treli. Możecie go zwać… Stutts przerwał i popatrzył na gwizdującego gnoma, który zaćwierkał i zacykał. Stutts kontynuował .. Birdcall.
   Birdcall zabrał Sturma i Kitiarę pod pokład, w stronę rufy. Tam też, ciągle pogwizdując i wymachując rękami, wskazał dwie kabiny po dwóch stronach korytarza. Na drzwiach obu kabin był identyczny napis:
SZYBKIE I HIGIENICZNE STANOWISKO OCZYSZCZANIA
UDOSKONALONE I DOSTARCZONE DO LATAJĄCEGO MISTRZA CHMUR
PRZEZ GILDIĘ MISTRZÓW HYDRODYNAMIKI I PODRÓŻY
ORAZ PRAKTYKANTÓW Z
GÓRY NIEWAŻNE
POZIOM DWUNASTY
SANCRIST
ANSALON
KRYNN
   Sturm popatrzył od drzwi na Kitiarę.
- Myślisz, że to działa?- spytał.
- Jest tylko jeden sposób – odparła.
   Zrzuciła z głowy brudny ręcznik i cisnęła go na podłogę. Wkroczyła do kabiny przez otwarte drzwi a one zamknęły się za nią z cichym trzaskiem.
   Płytki na ścianie wewnętrznej stanowiska oczyszczania były pokryte napisami. Kitiara rzuciła kątem oka na tą pisaninę. Niektóre napisy szły w poziomie, lecz inne były napisane pionowo. Większość z nich dotyczyła prawidłowej technicznie procedury kąpieli. Inne były kompletnie nonsensowne – znalazła nawet linijkę tekstu deklarującego, że „absolutną wartością gęstości występowania rodzynek w doskonałych muf finkach jest szesnaście”. Inne napisy byłu bardziej brutalne: „wynalazca tej stacji ma gnój zamiast mózgu”.
   Ściągnęła zwierzchnie odzienie i położyła je na wygodnie umieszczonym wiklinowym koszu. Weszła na lekko wzniesioną drewnianą platformę. Rozległ się dziwny, szorująco syczący dźwię i nagle woda zaczęła ją spryskiwać z rury umieszczonej nad głową. Zakoczyło ją to, więc szybkim ruchem zacisnęła rękę na tryskającym końcu rury. Jak tylko przerwała jeden natrysk to natychmiast zaczął się drugi, tym razem ze ściany po lewej stronie. Zatkała go palcem. No i wtedy zaczęła się prawdziwa bijatyka.
   Twarz zalewała jej woda, spływało po niej błoto, lecz zdołała posłyszeć podzwanianie i skrzypienie za plecami. Obróciła się szybko i to bez konieczności uwolnienia rynny. Kwadratowa część ściany była otwarta odkrywając połączone metalowe części, które zostały uwolnione i teraz sięgały właśnie do niej. Na końcu tych metalowych części był okrągły i szybko się obracający kłąb wełny. Ruch owczego runa wywołany był kołami i dźwigniami umieszczonymi na bokach metalowych części.
- Żeby teraz być bez miecza! – głośno powiedziała Kit.
   Metalowy pręt się zawahał lecz jednak się do niej zbliżył. Na decyzję miała tylko chwilę. Podjęła wyzwanie i uwolniła rury. Woda runęła na nią zmywając szybko całe błocko z ciała. Kitiara tymczasem mocowała się z wirującym kłębem wełny chwytając go mocno oburącz. Bloczki zaskomlały a przewody brzęknęły.
   W końcu udało się jej przełamać metalowy pręt na pierwszym złączu. Woda przestała się lać. Kitiara stała ciężko dysząc a woda szybko spływała przez otwory odpływowe w podłodze. U drzwi dało się słyszeć głośne pukanie.
- Kit? – wołał Sturm – Skończyłaś?
   Zanim zdążyła odpowiedzieć na głowę jej zleciał spod sufitu ciężki kawał materiału. Wrzasnęła i wyprowadziła błyskawiczny cios pięścią w kierunku domniemanego napastnika, lecz uderzyła tylko powietrze. Ściągnęła z głowy materiał. To był ręcznik kąpielowy. Wytarła się dokładnie i owinęła kawałem materii. Sturm stał na korytarzu podobnie jak ona owinięty materiałem.
- Co za miejsce – powiedział a uśmiechał się szerzej niż Kitiara kiedykolwiek widziała.
- Muszę zamienić ze Stuttsem parę słów! – stwierdziła.
- Coś nie tak?
- Zostałam tam zaatakowana!
   Pojawił się Stutts.
- Jakiś p-p-problem?
   Kitiara już miała wykrzyczeć swoje żale gdy zorientowała się, że Stutts wcale nie mówił do niej. Krzątał się teraz przy otwartym panelu w ścianie. Wewnątrz leżał na podłodze splątany z trójnogim stołkiem gnom wyglądający na ciężko udręczonego. Na poziomie pasa gnom miał przymocowaną korbę ręczną oznaczoną jako StacjaOczyszczaniaNumer2… UrządzenieSzorowaniaRotacyjnego.
- Czy ja z tym walczyłam? – spytała Kitiara.
- Na to wygląda – odparł rozweselony Sturm – Biedny facet po prostu wykonywał swoją robotę. Ten kłąb wełny wygląda na myjkę, on tylko szorował.
- Sama potrafię się szorować, dzięki serdeczne – kwaśno odparła Kit.
   Stutts otarł twarz rękawem.
- To wszystko t-t-takie stresujące. Muszę prosić, Pani Kitiaro, żeby n-n-nie niszczyła pani maszynerii. Będę musiał teraz pisać raport i to w p-p-pięciu egzemplarzach do Gildii Aerostatyki.
- Będę miał na nią oko – powiedział Sturm – Kit ma tendencję do rozwalanie rzeczy, których nie rozumie.
   Korytarzem nadchodził Bircall coś wściekle wygwizdując. Stutts gwałtownie się rozjaśnił.
- Och, d-d-dobrze. Czas na o-o-obiad.
   Gnomy spożywały obiad w rufowej części nadbudówki. Długi, deskowy stół był opuszczany z powały zupełnie jak na statkach oceanicznych, tyle że gnomy troszkę „poprawiły” żeglarski system i krzesła do siedzenia też wisiały na linach. Wszyscy więc radośnie kiwali się na wszystkie strony. Sturm i Kitiara musieli wcisnąć się w taki wąski szereg krzeseł byle tylko jakoś znaleźć się przy stole. Obiad był dość zwyczajny: fasola, szynka, muf finy i słodki cydr. Stutts przepraszał gorąco: otóż nie mają technicznie wykształconego kucharza na pokładzie. Dwójka wojowników była za to wdzięczna niebiosom.
   Gnomy jadły pośpiesznie i bez rozmów (tak było bardziej efektywnie). Widok dziesięciu kiwających się, łysych głów któremu towarzyszył dźwięk łyżek skrobiących o dna talerzy był nieco denerwujący. Sturm odkaszlnął o rzekł.
- Sądzę, że oboje powinniśmy się przedstawić…
- Wszyscy wiedzą, kim jesteście – odparł Stutts nie podnosząc głowy – R-r-rozesłałem memorandum gdy byliście oczyszczani.
- Więc może ty przedstawisz całą załogę – rzekła Kitiara.
   Stutts gwałtownie się wyprostował.
- T-t-to nie załoga! Jesteśmy k-k-kolegami!
- Proszę o wybaczenie! – Kitiara wywróciła oczami.
- Wybaczam – szybko wsunął w usta ostatnią fasolę – Jeżeli jednak naciskasz…
   Stutts ześlizgnął się z wiszącego krzesła i przemaszerował wzdłuż linii wciąż jeszcze jedzących gnomów. W spaób wywołujący tylko ziewanie zaczął opisywać profil działania i imię każdego z kolegów dołączając do tego krótkie imię jakiego mieli używać „ci, co nie należą do rasy gnomów”.
   Sturm szybko wydestylował z tego słowotoku to co należało zapamiętać:
Birdcall, główny mechanik odpowiedzialny za silnik,
Wingover, prawa ręka Stuttsa, rządzi wszystkim w czasie lotu,
Sighter, astronom i gwiezdny nawigator,
Roperong, ekspert od lin, linek, cięgieł, materiałów i tak dalej,
Fitter, praktykant u Roperinga,
Flash, odpowiedzialny za przechowywanie i zbieranie lamp,
Bellcrank, główny metalurg i chemik,
Cutwood, główny cieśla, stolarz i odpowiedzialny za wszystko co nie jest metalowe,
Rainspot, meteorolog i lekarz z powołania.
- Jak doszło do tego, że zbudowaliście to, ekhm, „urządzenie” – pytał dalej Sturm.
- A to juest część mojego Życiowego Dzieła – odparł Wingover, gnom troszkę wyższy od średniej dla gnomów i z jastrzębio wygiętym nosem – Całkowita i udana nawigacja powietrzna – to moje zadanie. Po latach eksperymentów z latawcami spotkałem naszego przyjaciela Ballcranka, który niezwykle rozrzedzone powietrze, które z kolei zamknięte w specjalnej torbie, lata i podtrzymuje inne ważące obiekty.
- Niedorzeczność! – rzekła Sighter – To całe eterealne powietrze to zwykły humbug!
- No, tylko posłuchajcie tego gwiazdogapidła – kpiąco rzekł pulchniutki Bellcrank – Jak sądzisz, jakim sposobem dolecieliśmy aż tutaj z Caergoth, co? Magicznie>
- Wspierają nas skrzydła! – odparł gorączkowo Sighter – Współczynnik udźwigu jasno wskazuje…
- To było eterealne powietrze! – zgromił go Rainspot siedzący obok Bellcranka.
- Skrzydła! – wrzasnęła chórem strona stołu po której siedział Sighter.
- Powietrze! – zawołali sprzymierzeńcy Bellcranka.
- Koledzy! K-K-Koledzy! – wołał Stutts prosząc o ciszę wzniesionymi ramionami – celem naszej ekspedycji jest określenie z naukową dokładnością m-m-możliwości Mistrza Chmur. Nie spierajmy się więc niepotrzebnie na tematy teoretyczne niż d-d-dane nie będą dostępne.
   Gnomy siadły w ponurej ciszy. Deszcz wciąż dudnił o dach nad stołem za którym zapadła teraz ambarasująca cisza. Nagle Rainspot wzniósł oczy ku górze, spojrzał na ciemne panele powały i powiedział.
- Deszcz zaraz przestanie.
   Kilka sekund później ustało ciągłe dudnienie deszczu o dach.
- A ten skąd to wiedział! – spytała Kitiara.
- teorie są tu różne – powiedział Wingover – Nawet teraz komitet obraduje na Sancrist i rozpatruje talent naszego kolegi.
- jak mogą studiować jego talent gdy on jest tutaj? – zdumiewał się Srurm, lecz jego zdumienie zostało całkowicie zignorowane.
- To chodzi o jego nos – powiedział Cutwood.
- Jego nos? – pytała Kitiara.
- Z powodu jego wielkości a także kąta zawartego pomiędzy nozdrzami Rainspota może on wyczuwać zmiany zachodzące w ciśnieniu powietrza i jego wilgotności po prostu oddychając.
- Bzdury! – stwierdził Ropering.
- Bzdury – zabrzmiał jak echo Fitter, siedzący obok Roperinga najmniejszy i najmłodszy z gnomów.
- Chodzi o jego uszy – ciągnął Ropering – Może słyszeć jak krople deszczu przestają spadać z chmur zanim jeszcze ostatnie z nich sięgną gruntu.
- Duby smalone! – to znów odezwał się Sighter – Każdy głupek dostrzeże, że to jego włosy. Może odczuć jak korzonki włosów się skręcają gdy wilgotność powietrza…
   Bellcrank, siedzący dokładnie naprzeciw Sightera, złapał muf finkę ze stołu i trzepnął nią rywala w brodę. Flash i Fitter dopadli potrzaskanej muffinki i ją otworzyli.
- Dwanaście, trzynaście, czternaście – liczył Flash.
- Co on wyczynia – spytał Sturm.
- Liczy rodzynki – odparł Stutts – To jego obecny projekt badawczy: określić światową średnią gęstość występowania rodzynek w muf finkach.
   Kitiara oparła twarz o dłonie i lekko zawyła. Skończyło się fiasko obiadowe więc gnomy opuściły latający statek by zdemontować ekwipunek na łące. Kitiara i Sturm, teraz już wysuszeni i ubrani, ruszyi do swego obozowiska w figowym zagajniku żeby pozbierać swe rzeczy. Burza się już wyszalała i nawet pomiędzy postrzępionymi chmurami zaczęły błyskać gwiazdy.
- Czy my dobrze robimy? – pytała Kitiara – Przecież te gnomy nawet własnych sznurowadeł nie pamiętają zawiązać.
   Sturm popatrzył wstecz i przyjrzał się machinie leżącej teraz zagrzebanej w błotnistym polu.
- Im rzeczywiście brakuje zdrowego rozsądku, lecz są niezmordowani i twórczy. Jeżeli są w stanie dostarczyć nas wysoko na Rownini Solamni w jeden dzień, to ja na ten przykład, nie mam żadnych obiekcji w pomaganiu im w wygrzebywaniu się z błota.
- Nie wierzę, że ta rzecz ogóle może latać – odparła – Nie widzeliśmy jak lata. Z tego, co można przypuszczać to burza ją tu przywiała.
   Dotarli do rozmokłych szczątków swego obozowiska i pozbierali rozproszone rzeczy. Kitiara zarzuciła na ramię siodło Piry.
- Cholera z tym koniem – powiedziała – Od źrebaka ją chowałam, lecz ona nigdy się nawet nie obejrzała gdy wreszcie zdołała się wyrwać. Założę się, że jest teraz w połowie drogi do Garnet.
- Obawaim się, że Tallfox mógł mieć na nią zły wpływ. Tirien ostrzegał mnie, że to płochliwe zwierzę.
- Kto wie, czy Tallfox nie miał racji – zastanawiała się Kit.
- Jak to?
   Dziewczyna przywiązała mokry śpiwór do siodła.
- Jeżeli gnomy mogą choć w połowie tyle, co gadają, to możemy jeszcze żałować, że też nie uciekliśmy przed tą burzą.

janjuz - 2017-10-05 11:26:58

Rozdział 6

1,081 godzin i
29 min

- Wyżej! Wyżej! Wstawić tą belką na miejsce! – Sturm stękał wobec potężnego ciężaru latającego statku gnomów. Siłowali się teraz wraz z Kitiarą z z ledwie obrobioną drewnianą belką, jaką wykonali wbrew protestom gnomów. Surowa dźwignia! Protest gnomów był bardzo glośny. Bellcrank dowodził, że najmarniejszy z gnomów potrafiłby zaprojektować urządzenie do podnoszenia ciężarów co najmniej dziesięć razy lepsze. Wymagałoby to oczywiście zaangażowania komitetu w celu przeanalizowania wytrzymałości lokalnego frewna oraz wyliczenia prawidłowego punktu podparcia dla podniesienia staku.
- Nie! – upierała się Kitiara – Jeżeli chcecie naszej pomocy przy wydobyciu statku z błota to zrobimy to na nasz sposób.
   Gnomy zaczęły wzruszać ramionami i drapać się po nagich policzkach. Ludzie zawsze robią wszystko najbrutalniejszą metodą; jak im zaufać?
   Do kadłuba statku gnomy przytoczyły kikanaście potężnych kamieni. Będą stanowić punkt podparcia. Kiedy tylko Sturm i Kitaiara zdołali doprowadzić statek do poziomu gnomy wpakowały podeń grubą belkę by zacząc całość podnosić. Była to powolna, ciężka i wymagająca wiele potu robota, lecz już w południe następnego dnia po burzy latający statek stał na równej stępce.
- Problem jest – oznajmił Wingover.
- Co znowu? – spytała Kitiara.
- Podwozie lądujące statku musi mieć zapewnioną mocną nawierzchnię po której będzie się toczyć. Koniecznym więc jest zbudowanie drogi. O patrz; wykonałem obliczenia jak wiele kruszywa i cementu będzie trzeba…
   Kitiara wyrwała mu paier z rąk i podarła na strzępy.
- Nieraz już robiłam utwardzanie błota – powiedziała – po prostu pakując słomę i gałęzie w koleiny.
- Może zadziałać – powiedział Sturm – Chociaż to coś jest cholernie ciężkie.
   Pogadał chwilkę ze Stuttsem, który natychmiast odsunął wszystkie gnomy od jakże ważnych (acz kompletnie bezużytecznych) prac „usprawniających” i posłał je do zbierania połamanych po wichurze gałęzi drzew i krzaków. Wszyscy ruszyli poza Bellcrankiem, który zajęty był swymi dzbanami z proszkiem i butlami śmierdzących płynów.
- Muszę się zająć najważniejszym obowiązkiem, wytworzeniem eterealnego powietrza – powiedział napełniając żelazne naczynie z beczułki – Gdy powietrze w worku stanie się lżejsze pomoże zmniejszyć ciężar statku.
- Zrób tak – odparła Kitiara.
   Oparła się o kadłub i obserwowała. Nigdy nie przepadała za wyczerpującą pracą. Praca jest dla tępaków i prostaków jak mawiała. Nie dla wojowników.
   Gnomy wróciły z niezbyt imponującym naręczem gałązek krzewów.
- Dziewięciu was i tylko tyle zdołaliście zebrać? – zdumiewał się Sturm.
- Ropering i Sighter nie potrafili uzgodnić jakiego rodzaju patyki są potrzebne a więc działając zgodnie z duchem współpracy nie zbieraliśmy żadnego z rodzajów o jaki się spierali – powiedział Wingover.
- Wingover – błagalnym tonem rzekł Sturm – proszę, powiedz Roperigowi i Sighterowi, że rodzaj drewna nie odgrywa żadnej roli. Po prostu potrzebujemy czegoś suchego żeby koła mogły po tym jechać.
   Najwyższy z gnomów cisnął wiązkę patyków i poprowadził resztę z powrotem pomiędzy drzewa.
   W międzyczasie Bellcrank zdołał wciągnąć Kitiarę do pomocy w rozpaleniu torby powietrznej Mistrza Chmur. Na ziemi, blisko statku, ustawił ceramiczną rurę o średnicy około pięciu stóp. Nasypał sproszkowanego żelaza i innych kawałków metali i wygładził wszystko wokół krawędzi.
- Odsuń to teraz! – powiedział do Kitiary.
   Obniżyła drewnianą kopułę wyglądającą jak nakrycie baryłki, na górną krawędź ceramicznej rury. Bellcrank od razu zaczął się uwijać i uklepywać wokoło złączenia natłuszczoną taśmę ze skóry.
- Musi być szczelne – wyjaśnił – Albo powietrze et realne ucieknie na boki i nie wypełni torby.
   Podniosła gnoma i posadziła go na szczycie baryłki. Korkociągiem wyjął wielki korek ze szczytu beczki.
- Daj mi tamten wąż – powiedział.
- To? – spytała Kitiara podnosząc wiotką rurę z takniny.
- Dokładnie to.
   Podałs mu a on zawiązał go na szyjce krućca.
- A teraz – zawołał – czas na witriol!
   W wysokiej trawie czekały już trzy, spore szkalne balony. Kitiara podeszła by podnieść jeden z nich.
- Uff! – sapnęła – Śmierdzi jak beczka starego ale!
- To jest skoncentrowany witriol. Bądź ostrożna; nie rozlej bo się możesz ciężko poparzyć.
   Podniosła ciężki balon i umieściła obok węża.
- Nie spodziewasz się chyba, że zajmę się nalewaniem tego świństwa, co?
- Oczywiście, że nie! – odparł Bellcrank – Opracowałem najwydajniejszą metodę, która pozwoli obejść tą paskudną robotę. Czy mogłabyś podać mi Wspaniały Syfon Bezustnikowy?
   Kitiara zaczęła się rozglądać, lecz nie dostrzegła niczego, co mogłoby być Wspaniałym Syfonem Bezustnikowym. Bellcrank wskazał palcem.
- Tam, tam. To coś co wygląda jak miech.. Tak.
   Podała mu ten bezustnikowy syfon. Bellcank wsadził dziób miecha do balonu i jednym pociągnięciem roszerzył jego uchwyty. Poziom złowrogiego płynu w balonie opadł o jakiś cal.
- O właśnie! – tryumfalnie zawołał gnom – Żadnego zasysania do węża. Żadnego rozlania.
   Wsadził dziób miecha w otwór beczki w którym uprzednio był korek i wypchnął cały witriol.
- Ha, ha! Technika gnomów po raz kolejny pokonała ignorancję!
   Takie syfonowanie Bellcrank powtórzył jeszcze czterokrotnie nim Kitiara zauważyła, że ze skórzanych miechów Wspaniałego Syfona Bezustnikowego wydostają się jakieś opary.
- Bellcrank! – zaczęła z niejakim wahaniem.
- Nie teraz! Proces rozpoczęty i teraz musi być kontynuowany w równym tempie!
- Ale syfon…!
   Kropla witriolu wyciekła przez dziurę jaką mocny kwas wyżarł w ściance syfonu i chlapnęła na but Bellcranka. Nie zachowując już żadnej ostrożności cisnął precz syfon i zaczął skakać wokoło na jednej nodze jednocześnie starając się desperacko ściągnąć z drugiej but. Witriol zdążył już przeżreć sznurówki więc potężnym kopniakiem posłał Bellctrank swój but w powietrze. Nos powracającego Fittera but minął ledwie o włos.
- Och, na Reorxa! – smutno westchnął bellcrank.
   Wspaniały Syfon Bezustnikowy był już tylko kupką dymiących fragmentów.
- Nieważne – powiedziała Kitiara.
   Objęła ramionami mocno kolejny dzban z witriolem i twardo stanęła na stopach.
- Hej – jup! – warknęła i podniosła balon do poziomu Bellcranka.
   Skierował od razu otwór balonu prosto do beczki i po chwili stały strumień kwaśnego płynu popłynął do generatora powietrza eterealnego. Wąż prowadzący od beczki do torby powtrznej zaczął się wypełniać. Obwisła na razie torba zaczęła się wypełniać i powoli rosła we wszystkich kierunkach. Po chwili już całkowicie napięła sieć w jakiej była umieszczona. Napięły się wszystkie liny i bloki. Wielka torba zaczęła silnie szarpać więżącymi ją linami. Na sygnał Bellcranka Kitiara opuściła ciężki balon.
   Wokół dziobu przeszła gromadka gomów na czele ze Sturmem.
- Koleiny są pełne gałęzi – powiedział.
- Torba jest pełna powietrza eterealnego – odparł Bellcrank.
- Moje plecy mnie zamordują – powiedziała Kitiara – Co teraz?
- L-l-lecimy – odparł Stutts – Wszyscy k-k-koledzy na stanowiska lotne!
   Stutts, Wingover i dwoje ludzi przeszło do przedniego końca nadbudówki. Pozostałe gnomy ustawiły się w linię przy relingu.
- Uwolnić balast! – zawołał Wingover.
- Uwolnić b-b-balast! – krzyknął Stutts w otwarty bulaj.
   Gnomy złapaly długie, ciężkie, wyglądające jak kiełbasy torby zwisające po drugiej stronie relingu. Ich dolne końce zostały otwarte a pisek wysypano. Gnomy wyrzucały pisek za burtę zasypując sobie jednako oczy jak i wywalając połowę gdzie trzeba. Trwało to trochę, lecz nagle Sturm poczuł, że pokład pod jego stopami się unosi. Kitiara otworzyła szeroko oczy i natychmiast chwyciła się brązowego pałąka biegnącego wokół koła sterowego na wysokości barków przeciętnego gnoma.
- Rozłożyć przednie skrzydła – zawolał Wingover.
- R-r-rozłożyć przednie s-s-skrzydła! – powtórzył do otwartego bulaja Stutts.
   Oparł się od razu o dźwignię wielkości samego Stuttsa i popchnął ją do przodu. Zadzwoniło, zaskrzypiało i skórzaste „żagle” jakie ludzie zauważyli przy burtach poprzedniego dnia rozłożyły się w długir, trochę nietoperzowa te, skrzydła. Kozi skóra pokrywajaca żebra skrzydeł była brązowa i przezroczysta.
- P-p-przednie skrzydła rozłożone – raportował Stutts.
   Skrzydła złapały wiatr i dziób uniósł się o cal, może dwa nad poziom gruntu.
- Rozłożyć tylnie skrzydła!
- R-r-rozłożyć tylnie skrzydła!
   Nieznacznie szersze i dłuższe skrzydła rufowe dosłownie rozkwitły z tyłu nadbudówki.
- Postawić ogon!
      Gnomy na pokładzie przyniosły długie drzewce i  zamocowały je na rufie. Ropering i Fitter wdrapali się po nim i liny do bloków z hakami. Rozwinęli zestaw żeber w kształcie wiatraka, również jak żaglae, pokrytych kozią skórą. Przez cały ten czas Mistrz Chmur tylko się kiwał i uderzał o ziemię.
   Wingover zdjął pokrywkę z gadającej rury.
- Hej, Birdcall, jesteś tam?
   Odpowiedział mu ćwierkający gwizd.
- Powiedz Flashowi, żeby uruchomił silnik.
   Najpierw coś zaskwierczało a potem rozległ się głośny trzask i pokład pod stopami widocznie zdrał. Wingover obrócił rączkę brązowego pierścienia i nacisnął kolejną dźwignię. Wielkie skrzydła uniosły się powolnie w tym samym tempie. Mistrz Chmur utracił kontakt z ziemią. Skrzydła opadły składając się do dołu też jednocześnie. Latający statek skoczył do przodu a jego koła wydostały się z błota i teraz uderzały o połamane gałęzie. Wingover chwycił koło sterowe w obie, niewielki dłonie i pociągnął. Koło przesunęło się w jego stronę a dziób statku został zadarty, skrzydła klapały jak rozwścieczone i nagle Mistrz Chmur uniósł się w powietrze prosto w błękit popołudniowego nieba.
- Hurra! H-H-hurra! Wołał Stutts nieprzytomnie podskakując.
   Mistrz Chmur piął się ciepliwie do góry. Wingover odsunął do przodu koło i dziób statku zanurkował. Kitiara krzyknęła i stracił oparcie dla stóp. Sturm puścił reling starając się ją złaspać i również upadł. Potoczyli się oboje w stronę jednej z dźwigni i wytrącili ją z dotychczasowego położenie co natychmiast zatrzymało ruch skrzydeł. Mistrz Chmur zachwiał się i ruszył ostro do ziemi.
   Nastąpiło kilkanaście sekund kompletnej paniki. Sturm zdołał jakoś wyplątać się z zamieszania i pociągnął przesuniętą dźwignię w poprzednie położenie. Skrzydła aż zaśpiewały gdy napięta skóra zagarnęła powietrze. Stutts i Kitiara, wciąż jeszcze uwikłani w dziwnym splocie, poturlali się w stronę rufy. Drżący Wingover wyrównał lot.
- Sądzę, że pasażerowie powinni opuścić sterówkę – głos Wingovera jeszcze wciąż pobrzmiewał przerażeniem – Przynajmniej do czasu, aż nabędą „powietrznych nóg”.
- Pełna zgoda – powiedział Sturm.
   Jeszcze klęcząc uchwycił się klamki u drzwi i wydostał na pokład. Kitiara i Stutts wyczołgali się tuż za nim.
   Na pokładzie wiał silny wiatr, lecz mocno trzymając się relingu a wręcz oń opierając Kitiara była w stanie utrzymać się na nogach. Skrzydła poruszały się w dół i w górę w zgodnej harmonii. Kitiara powoli wyprostowała nogi. Ostrożnie wyjrzała za burtę.
- Wielki Ojcze Bitew! – krzyknęła – Musimy być parę mil ponad ziemią!
   Stutts dociągnął się jakoś do relingu i wystawił zań głowę.
- N-n-nie aż tak wysoko – zaznaczył – W-w-wciąż jeszcze możesz zobaczyć n-n-nasz cień na ziemi.
   To była prawda. Ciemny owal przesuwał się szybko po koronach drzew. Pojawił się na pokładzie Sighter z lunetą i od razu oznajmił, że znajdują się na wysokości 6,437.5 stopy.
- jesteś pewien? Domagała się Kitiara.
- Błagam – powiedział Sturm – Uwierz mu.
- Dokąd się kierujemy, Sighter? – pytała dalej.
- Dokładnie na wschód. Pod nami znajduje się Las Lemish. Za kilka minut znajdziemy się nad morzem Newsea.
- Ależ to jakieś siedemdziesiąt mil stąd – odezwał się siedzący na pokładzie Sturm – Naprawdę lecimy aż tak szybko?
- W rzeczy samej, a powinniśmy jeszcze przyśpieszyć – odparł Sighter.
   Pospacerował do burty, przytknął lunetę do oka i uważnie obserwował świat poniżej.
- To jest cudowne! – krzyknęła Kitiara i głośno roześmiała się na wiatr – Nie umiałam uwierzyć, że tego moecie dokonać, lecz wy to zrobiliście. Uwielbam to! Powiedz temu gwizdaczowi, żeby gnał najszybciej jak może!
   Stutts był chyba równie co ona podekscytowany, zgodził się. Obrócił się już, żeby wrócić do sterówki gdy zawołał go i powstrzymał Sturm.
- Dlaczego kierujemy się na wschód? – pytał – Dlaczego nie na północny wschód, w stronę Rownin Solamnijskich?
   Stutts odparł natychmiast.
- Rainspot m-m-mówi, że wyczuwa w tym kierunku jakieś turbulencje. U-u-uważa, że byłoby nieroztropnie przelatywać przez nie.
   Powiedziawszy to zniknął w sterówce.
- Sturm, popatrz tylko! – gadała Kitiara – To przecież wioska! Można dostrzec szczyty dachów i dymy z kominów… i bydło! Ciekawe, czy też tamci ludzie ,ogą nas dostrzec? Ale byłaby zabawa gdyby tak zlecieć im nad głowy zagrać na trąbach.. ta, ta, ta! Wystraszyć na najbliższe dziesięć lat!
   Stuem wciąż siedział na pokładzie.
- Nie jestem jeszcze gotowy, żeby wstać – powiedział nieśmiało – Nigdy jeszcze nie odczuwałem lęku przed wysokością. Drzea, wieże, szczyty gór mnie nigdy nie poruszały. Ale to…
- To jest cudowne, Sturm. Złap się relingu i spojrzyj w dół.
   No, muszę jednak wstać – pomyślał Sturm. Reguła wymaga aby rycerz patrzył w twarz niebezpieczeństwa z honorem i odwagą. Solamnijscy Rycerze nigdy jeszcze nie rozważali prawidłowego zachowania w czasie podróży powietrznych. Muszę dowieść Kit, że się nie boję. Sturm chwycił reling.
   Ojciec mój, Lord Angriff Brightblade, nie bałby się – powtarzał w myślach zbliżając się do relingu i podnosząc na kolana. W uszach waliło mu oszalałe tętno. Moc miecza, dyscyplina w bitwie niewiele mogły tu pomóc. To była cięższa próba. Stanąć oko w oko z nieznanym.
   Sturm wstał. Świat poniżej kręcił się jak rozwijająca się wstęga. Na horyzoncie już pobłyskiwały wody Newsea. Kitiara szalała na widok dostrzeganych już łodzi. Sturm wziął głęboki wdech i pozwolił by strach spadł z niego jak upaprane ubranie.
- Cudowne! – znowu wołała Kit – Mówię ci Sturm. Odwołuję wszystko, co kiedykolwiek nagadałam na gnomy! Ten latający statek jest przewspaniały! Można się nim dostać absolutnie wszędzie na świecie! Wszędzie! A pomyśl tylko, czego mógłby dokonać generał dowodzący armią takich staków. Żaden mur nie byłby dość wysoki. Żadna strzała nie mogłaby tu dosięgnąć. Żadne miejsce na Krynnie zdołałoby się obronić przed flotą takich latających statków.
- To byłby koniec świata – odparł Sturm – Miasta zburzone i splądrowane, farmy poniszczone, ludność pomordowana – byłoby chyba równie źle jak podczas Kataklizmu.
- Ty to zawsze znajdziesz ciemną stronę wszystkiego – odparła.
- To się już kiedyś zdarzyło. Dwukrotnie już smoki Krynnu usiłowały atakami z nieba podporządkować sobie świat. I dopiero Huma zdobył Smoczą Lancę i je pokonał.
- To było bardzo dawno temu. No i ludzie różnią się jednak od smoków – powidziała Kitiara.
   Sturm nie był tak całkiem przekonany.
   Cutwood i Rainspot wdrapali się po drabinie na dach sterówki. Stojąc na nim wypuścili ogromny latawiec. Trzepotał teraz na wietrze pochodzącym od skrzydeł i wiercił jak właśnie schwytany na wędkę pstrąg.
- Co ci dwaj tam robią? – spytała głośno Kitiara.
- Próba błyskawic – odparł Cutwood – Rainspot czuje błyskawice w chmurach.
- A to nie jest niebezpieczne? – spytał Sturm.
- Eh? – Cutwood przyłożył dłoń do ucha.
- Pytałem, czy to nie …
   Jaskrawo biały, rozwidlony pocisk pioruna uderzył w latawiec nim Sturm zdołał skończyć pytanie. Co prawda świeciło słońce a powietrze było czyste, to jednak z pobliskiej chmury wyskoczyła błyskawica i zmieniła latawiec w kupkę popiołów. Piorunowy pocisk gnał dalej po lince latawca i szybko przeskoczył na brązową drabinkę. Mistrz Chmur zatrząsł się a skrzydła opuściły jedno uderzenie. Po chwili jednak wróciły do stabilnego rytmu.
   Przypalonego Rainspota przenieśli razem do pokoju obiadowego. Twarz i ręce miał czarne od sadzy. Buty zostały zrzucone ze stóp a i skarpety udały się w ich ślady. Wszystkie guziki kamizelki były stopione. Cutwood przyłożył ucho do piersi Rainspota.
- Serce ciągle bije – orzekł.
   Zabrzmiał alarm okrętowy głośnym AH-OO-GAH! A z tuby głosowej dało się słyszeć:
- Wszyscy koledzy i pasażerowie udadzą się natychmiast do maszynowni.
   Stutts i reszta gnomów hurmem ruszyli do drzwi a ludzie poszli za nimi. Nagle Stutts się zatrzymał.
- A c-c-co z nim? – powiedział wskazując na nieprzytomnego Rainspota.
- Możemy go zanieść – powiedział Sighter.
- Możemy zrobić nosze – zawołał Cutwood i już sprawdzał kieszenie w poszukiwaniu papieru i ołówka by naszkicować odpowiedni projekt.
- Ja to zrobię – powiedział Sturm i zakończył dyskusję.
   Wziął na ręce niedużą istotę i ruszył.
   Na dole, w maszynowni zebrała się już cała załoga. Sturma najbardziej zaniepokoił widok Wingovera.
- Kto steruje statkiem? – spytał.
- Uwiązałem koło.
- Koledzy i pasażerowie – powiedział Flash – raportuję z przykrością: uszkodzony silnik.
- Nie musisz przepraszać – odparł Roperng – Wolimy raport.
- Zamknij się – rzekła Kitiara – Jak bardzo uszkodzony?
- Nie mogę go wyłączyć. Błyskawica stopiła przełącznik w pozycji „praca”.
- To nie tak źle – powiedział Sighter.
   Birdcall zgodnie zaświergotał.
- Przecież nie możemy tak sobie latać bez końca! – krzyknęła Kitiara.
- W rzeczy samej, nie możemy – odparł Flash – Szacuję, że mamy dość mocy by latać przez… sześć i pół tygodnia.
- Sześć tygodni! – razem wrzsnęli Sturm i Kitiara.
- Tysiąc osiemdziesiąt jeden godzin i dwadzieścia dziewięć minut. Za chwilkę mogę policzyć jeszcze sekundy.
- Trzymaj mnie, Sturm, bo go uduszę!
- Ćśś, Kit.
- A może odwiązalibyśmy skrzydła. To by nas zaniosło na dół – powiedział Ropering.
- Tak, i zrobiłoby milutką dziurę w ziemi przy uderzeniu – kwaśno odparł Bellcrank.
- Swoją drogą ciekawe, jak wielka byłaby to dziura.
   Cutwood otworzył notatnik w przypadkowym miejscy i zaczął natychmiast obliczenia. Pozostałe gnomy otoczyły go szczelnie oferując przeróżne poprawki do prowadzonych obliczeń.
- Przestańcie! Natychmiast! – zawłał Sturm.
   Twarz Kitiary była już czerwona z powodu źle ukrywanej wściekłości. Kiedy jednak gnomy nie zaszczyciły go nawet chwilową uwagą po prostu wyrwał obliczenia z rąk Cuttwooda. Gnomy się rozbełkotały.
- Jakim cudem osoby tak sprytne mogą być tak niepraktyczne? Żaden z was nie zadał jednego, najważniejszego pytania. Flash, czy możesz naprawić silnik?
   Błysk wyzwania narastał w oczach Flasha.
- Mogę! I naprawię! – wyciągnął z jednej kieszeni młotek a z drugiej klucz do śrub – Chodź, Birdcall, do roboty!
   Główny mechanik zaświergotał radośnie i poszedł w ślady Flasha.
- Wingover, jeśli będziemy lecieć tak jak teraz to gdzie zalecimy? – spytał Sturm.
- Skrzydła są ustawione na „wznoszenie” co oznacza, że będziemy coraz to wyżej i wyżej – odparł gnom i zmarszczył nos – Będzie zimno. Powietrze zrobi się rzadkie; to dlatego sępy i orły wyżej nie polecą. Mają za małe skrzydła. Mistrz Chmur chyba nie będzie miał takiego problemu.
- Będzie trzeba się ciepło ubrać – rzekł Sturm.
- mamy futra – odezwała się Kitiara, która zdążyła trochę opanować wściekłość – Nie wiem, co mogłyby założyć gnomy.
- Och, och! – Ropering zaczął machać ramionami żeby zwrócić na siebie uwagę – Mogę zrobić Osobiste Aparaty Ogrzewające z materiałów jakie mam w schowku na liny.
- Dobra, do roboty.
   Ropering natychmiast się oddalil w towarzystwie wręcz przyklejonego doń praktykanta. Fitter słuchał tak intensywnie, że wlazł pod silnik i dopiero stamtąd trafił do drzwi.
   Rainspot zajęczał. W całym tym podnieceniu Sturm zapomniał o dźwiganym obciążeniu i wciąż trzymał gnoma pod ramieniem jak jakiś bochen chleba. Posadził go teraz na pokładzie. Pierwszą rzeczą o jaką zapytał Rainspot był los jego latawca. Cutwood wujaśnił jak doszło do jego straty i łzy strumieniem popłynęły po policzkach gnoma. Płynąc w dół twarzy żłobiły jasne bruzdy w grubej warstwie sadzy.
- Jeszcze jedna sprawa, Wingover – odezwała się Kitiara – Powiedziałeś, że powietrze stanie się rzadsze. Czy rozumiesz przez to sytuację podobną do szczytów najwyższych gór?
- Dokładnie tak samo. Tylko bardziej.
   Oparła dłonie na biodrach i rzekła.
- Prowadziła raz oddział kawalerii przez najwyższe przełęcze Gór Khalikst. Było zimno, to prawda, lecz co gorsze z uszu leciała nam krew no i jeszcze nigdy nie miałam takich bólów głowy jak wtedy. Mdleliśmy po najmniejszym wysiłku. Dopiero szaman imieniem Ning przygotował jakąś miksturę do picia; trochę to nam pomogło.
- Cokolwiek prymitywny szaman może zdziałać m-m-magią to gnomy mogą zrobić t-t-technologią – powiedział Stuttts.
   Sturm wyjrzał przez bulaj w ścianie maszynowni prosto w ciemniejące niebo. Pierwszy szron już zaczął osiadać na zewnętrznej stronie szyby.
- Żyję taką nadzieją, przyjacielu. Życie nas wszystkich od tego zależy.

janjuz - 2017-10-08 22:19:28

Rozdział 7

Hydrodynamika!

   Na pokładzie panowała cisza. Sturm szedł prawą burtą w stronę dziobu. Sighter zamontował tam teleskop na obrotowym wrzecionie a Sturm chciał się rozejrzeć dokoła. Nie było łatwo tak się przedzierać w grubym futrze, kapturze i jednopalczastych rękawicach, lecz uznał, że w pełnej zbroi byłoby chyba wiele gorzej.
   Klapanie skrzydeł było ledwo słyszalne podczas stałej wspinaczki Mistrza Chmur. Byli wciąż wyżej i wyżej. Latający statek przebił już wartwę miękkich, białych chmur, które pozostawiły na pokładzie i na rufie pokrywę śniegu. Jiedy jednak wydostali się z chmur w otwartą, czystą przestrzeń to powiew wiatru spod skrzydeł szybko zwiał cały śnieg.
   Wielkie kolumny oparów wyrastały wszędzie wokół. Potężne pnie błękitu i bieli wyglądające tak solidnie w świetle księżyca jakby wykonano je z marmuru. Sturm przyglądał się tym potężnym wieżom chmur przez teleskop Sightera, lecz jedyne co mógł dostrzec to tylko ich porzeźbiona, gładka i spokojna powierzchnia. Zupełnie jak zamrożone źródło.
   Przez ostatnią godzinę nie widział żadnego z gnomów. Wingover ponownie uwiązał koło sterowe i wszyscy zniknęli pod pokładem. Pracowali nad jakimiś pomysłami. Od czasu do czasu albu słyszał, albow ręcz czuł huki i trzaski gdzieś pod stopami. Kitiara natomiast, owinąwszy się dokładnie w lisie futra, poszła do jadalni i wyciągnęła na stole. Po chwili już drzemała.
   Sturm obrócił teleskop w lewo, gdzieś ponad sterczący dziób statku. Solinari świecił w głębokiej wyrwie pomiędzy potężnymi chmurami. Rozświetlał srebrem powietrze wokoło. Sturm jeszcze przyglądał się dziwnej budowie chmur; raz dojrzał w nich twarz, innym razem wóz a jeszcze innym razem konia stającego dęba. Było to piękne, lecz tak bardzo samotne. Przez moment poczuł się tak, jakby był na całym świecie jedynym człowiekiem.
   Zimno jednka przenikło przez ciepłą, ciężką odzież. Sturm zaczął zabijać ręce o ramiona byle tylko pobudzić ruch krwi. Za wiele to nie pomogło. Na koniec jednak porzucił mroźny posterunek i poszedł na powrót do jadalni. Popatrzył jak śpiąca Kitiara delikatnie się porusza wraz z kiwającym ruchem całego statku. I nagle coś wywęszył. Dym. Coś się pali.
   Sturm zakaszlał i zmarszczył nos. Kitiara się poruszyła. Usiadła w samą porę by ujrzeć wejście przedziwnej zjawy. Wyglodało to jak strach na wróble wykonany z puszek i liny, lecz ten strach miał dzban na głowie a z tyłu postaci wydobywał się dym.
- Cześć – powiedziała zjawa.
- Wingover? – spytała Kitiara.
   Mały strach na wróble sięgnął do góry i odkręcił z głowy dzban. Ukazała się jastrzębia twarz Wingovera.
- Co myślicie o wynalazku Roperiga? – spytał – Nazwał to coś Udoskonalony Osobisty Aparat grzewczy Model III.
- Model III ? – powiedział Sturm.
- Tak, pierwsze dwa prototypy nie okazały się sukcesem. Biedny Fitter został mocno poparzony w… no, przez jakiś czas będzie stał podczas obiadu. To był Model I. Model II wyrwał większość włosów Roperigowi. Ostrzegałem go, żeby nie uzywał kleju do Doskonałego Hełmu Obserwacyjnego.
   Wingover wzniósł ramiona i wykonał pełny obrót.
- Widzicie? Roperig przyszył spiralnie linę robiąc w ten sposób długą bieliznę, a potem polakierował całe ubranie by stało się wodo i wiatro szczelne. Ciepło pochodzi z tej kuchenki w puszce. O tu.
   Wskazał miejsce, gdzie została umieszczona miniaturowa kuchanka w garnuszku zamontowanym na plecach.
- Gruba świeca łojowa starczy na na jakieś cztery godziny a te paski cyny rozprowadzają ciepło po całym ubraniu.
   Wingover na koniec wreszcie opuścił ramiona.
- Bardzo pomysłowe – stwierdził obojętnie Kitiara – A czy cokolwiek zostało zrobione w sprawie silnika?
- Birdcall i Flash nie mogą uzgodnić przyczyny uszkodzenia. Birdcall upiera się, że leży ona błyskawicowych butlach Flasha, podczas gdy Flash twierdzi, że silnik jest zaspawany na pozycji „góra”.
   Kitiara westchnęła.
- Zanim ci dwaj uzgodnią co naprawiać to my z tego nieba wylecimy.
- A czy cokolwiek może latać tak wysoko jak my teraz?
- Nie ma raczej powodów, żeby inny latający statek nie potrafił doleciecieć na tą wysokość. Jest to raczej tylko kwestia sprawności aerodynamicznej – palnął w jeden i drugi przełącznik i dodał – Sądzę, że smoki też by zdołały tu dolecieć. Zakładając, że wciąż jeszcze istnieją.
- Smoki? – powtórzył Sturm.
- Smoki, to oczywiście, przypadek specjalny. Te naprawdę wielkie, Czerwone i Złote, mogły osiągać bardzo duże wysokości.
- Jak duże?
- Miały rozpiętość skrzydeł się gającą do 150 stóp. Czasem więcej – odparł Wingover, wyraźnie zadowolony z prowadzenia wykładu – Z całą pewnością mógłbym przeprowadzić obliczenia, bazując zwierzęciu pięćdziesięciu stopowym i ważącym czterdzieści pięć ton… oczywiście nie mogły zbyt dobrze szybować z powodu łusek…
- Zamarzamy już od środka – przerwała Kitiara zeskrobując szron z małego szklanego panelu.
   Pochuchała na oczyszczony przedmiot a ten natychmiast pokrył się mleczną bielą.
   Stutts zaczął się wspinać z dolnego pokładu po drabinie. Jego Osobisty Aparat Grzewczy zaczepił jednak o drabinę więc musiał poświęcić parę chwil by go uwolnić.
- W-w-wszystko w porządku? – spytał.
- Kontolr w porządku – odparł Wingover – Tyle, że wciąż się wznosimy. Wysokościomierz wyszedł już poza skalę więc Sighter musiałby dokonać obliczeń jak też wysoko się znajdujemy.
   Stutts klasnął w owinięte liną ręce.
- W-w-wspaniale! To go uczyni p-p-pprzeszczęśliwym!
   „Przywódca” gnomów gwizdnął w tubę głosową.
- S-s-słuchajcie wszyscy! S-s-sighter zamelduje się w sterówce!
   Po kilku sekundach po drabinie tupał się już mały astronom. Na ostatnim szczeblu się wywalił i padł na twarz. Kitiara pomogła mu wstać i wtedy ujrzała czemu był tak nieporadny. Swój dzbankowaty hełm założył tak dziwacznie, że właściwie zakrył sobie twarz i to wraz z brodą. Stustts i Kitiara trochę się natrudzili, lecz zdołali hełm odkręcić i zdjąć. Zszedł z głowy z głośnym „plup”!
- Na Reorxa! – sapnął Sighter – Zaczynałem się już obawiać, że uduszą mnie własne kłaki z brody!
- Czy masz ze swoje a-a-astrolabium? – spytał Stutts.
- Jak zawsze. Nie ruszam się bez niego.
- T-t-to idź na pokład i namierz parę g-g-gwiazd. Musimy wyznaczyć d-d-dokładną pozycję.
   Sighter tylko pstryknął palcami.
- Żaden problem!
   Wyszedł z nadbudówki przez jadalnię. Słyszeli nawet jak ciężko stąpa po dachu.
- Och, ho, ho! – rzekł Wingover tępo patrząc do przodu.
- O co chodzi? – spytał Sturm.
- Nadciągają chmury. Popatrz!
   Wlatywali właśnie w strefę pełną potężnych chmur. Nawet gdyby Wingover dał ostro na burtę w którąś stronę to i tak wpakowali by się w gęste obłoki.
- Lepiej chyba uprzedzę Sightera – powiedział Sturm.
   Podszedł do drzwi zamiarem zawołania do gnoma znajdującego się na dachu. Kiedy jednak otworzyl drzwi Mistrz Chmur właśnie wszedł w ścianę luminescencyjnej bieli.
   Na wąsach Sturma natychmiast osiadł szron. Śnieg wirował wokoło gdy zaczął nawoływać:
- Sighter! Sighter, schodź na dół!
   Zamrożona mgła stała się tak gęsta, że nie widział dalej jak stopę od własnego nosa. Musi iść po Sightera.
   Podczas wspinaczki po drabinie dwa razy się poślizgnął. Szczeble z brązu były już całkiem pokryte lodem, lecz Sturm jakoś zdołał go odbić używając rękojeści sztyletu jak młotak. Gdy tylko wychylił się powyżej linii dachu nadbudówki w twarz uderzył mu podmuch lodowatego wiatru.
- Sighter! – wołał – Sighter!
   Powierzchnia dachu stała się zbyt zdradliwa by niej stanąć więc Sturm wpełzał na nią na czworakach. Płatki śniegu zaczęły mu się zbierać w przerwie między kapturem a kołnierzem, tam się topiły i już jako woda spływały po karku. Ręka Sturma poślizgnęła się a on sam o mało nie prosto z dachu w dół. Wiedział, że po obu stronach nadbudówki jest jeszcze cztery stopy pokładu, lecz wciąż miał potworną wizję że oto wypada za reling ze statku i leci, leci, leci. Cutwood mógłby dokładnie wyliczyć jak wielką dziurę by w końcu wyznaczył.
   Dłoń Sturma uderzyła w oszroniony but więc spojrzał w górę. Sighter był na posterunku a astrolabium przymarzło mu do oka. Był cały pokryty przynajmniej calwą warstwą lodu! Śnieg już zaczynał zasypywać mu stopy.
   Sturm znów użył sztyletu by rozwalić lód wokół butów Sightera. Jego Osobisty Aparat grzewczy Model III musiał chyba zgasnąć bowiem gnom był całkowicie sztywny z zimna. Sturm złapał malutkie stopy istoty i pociągnął…
- Sturm! Sturm, gdzie jesteś? – wołała Kitiara.
- Na górze!
- Co wy wyczyniacie?! Obydwaj natychmiast do środka bo sobie gęby odmrozicie!
- Dla Sightera już za późno. Prawie, że go uwolniłem… czekaj, mamy go!
   Przesunął zesztywniałego gmoma przez krawędź dachu w otwarte ramiona Kitiary. Z godną pochwały zwinnością złapała go i popędziła w dół po drabinie do środka.
- Brr! A ja myślałem, że zimy w Zamku Brightblade były zimne!
   Ujrzał, że na szczęście Rainspot jest na miejscu i zajmuje się zamrożonym Sighterem.
- I co z nim? - spytał Sturm.
- Zimny – odparł Rainspot.
   Przyszczypnął drewnianą pęsetą czubek brody Sightera. Krótki ruch w nadgarstku i dolna część brody gnoma została odłamana.
- Ojoj, ojoj – gadał rainspot wciąż cmokając – Ojoj, ojoj.
   Sięgnął po astrolabium wciąż jeszcze tkwiące przy oku Sightera i z dłońmi Sightera zamarzniętymi na urządzeniu.
- Nie! – wrzasnęli jednocześnie Sturm i Kitiara.
   Próba wyłamania instrumentu skończyła by się chyba wyłupieniem oka Sighterowi i wyciągnięciem go z oczodołu.
- Z-z-zabierzcie go na dół i o-o-odmróźcie – powiedział Stutts – P-p-powoli.
- Ktoś musi podtrzymać mu stopy – powiedział rainspot.
   Stutts tylko westchnął i poszedł pomóc.
- Będzie chyba b-b-bardzo zły, że złamałeś mu b-b-brodę – powiedział.
- Ojej, może gdy go troszkę nawilżymy to krawędzie uda się zetknąć.
- N-n-nie bądź głupi. Nigdy nie zdołasz z-z-zetnąć dokładnie.
- Mogę załatwić trochę kleju od Roperiga…
   Zniknęli w luku prowadzącym na pokład z kojami. Sturm i Kitiara usłyszeli nagle potężny trzask więc oboje doskoczyli do otworu spodziewając się już, że zobaczą Sightera rozbitego na kawałki jak szklaną wazę. Nic z tego. Na podłodze leżał Stutts a Sighter ułożył się na nim. Natomiast Rainspot wisiał głową w dół z nogami zaplątanymi w szczeble drabiny.
- Ojej, ojej – mówił –ojej, ojej.
   Nie mogli powstrzymać się od śmiechu. Dobrze im to zrobiło, zwłaszcza po tak długim czasie wypełnionym niepokojem czy też jeszcze kiedykolwiek postawią stopy na solidnym gruncie Krynnu. Kitiara pierwsza przestała rechotać.
- To był szaleńczy popis, Sturm – powiedziała.
- Co?
- Ratowanie tego gnoma. Sam też mogłeś zamarznąć a wątpię, czy zdołałbyś się rozmrozić równie łatwo jak to pewnie pójdzie z Sighterem.
- Pewnie nie, zwłaszcza z Rainspotem jako lekarzem.
   Ku jego zaskoczeniu goroąco go objęła. Taki koleżeński uścisk zakończony palnięciem w plecy, że aż się zachwiał.
- Wychodzimy! Wychodzimy! – wołał Wingover.
   Kitiara wystartowała biegiem w stronę gnoma. Podskakiwał teraz z radości widząc jak biały szron odpada od latającego statku. Mistrz Chmur wydobył się na szczyt śnieżnej zawieruchy. Prosto w czysty przestwór. Przed nimi widniał ogromny, czerwony glob. Znacznie większy od słońca widzianego z powierzchni Krynnu. Niżej nie było nic poza nieprzerwaną pokrywą chmur powleczonych różem od blasku księżyca. Wszędzie wokoło migotały gwiazdy. Mistrz Chmur leciał prosto do czerwonego globu.
- O, hydrodynamiko! – westchnął Wingover.
   Było to najsilniejsze przekleństwo w języku gnomów. Ani Sturm, ani Kitiara nie potrafili nic dodać.
- Co to jest? – na koniec spytała Kitiara.
- Jeżeli moje obliczenia są słuszne, a jestem pewien że są, to to jest Lunitari, czerwony księżyc Krynnu – odparł Wingover.
   W luku pojawił się Sighter. Włosy miał przemoczone a złamana broda powiewała gdy gadał.
- Prawidłowo! Właśnie to odkryłem gdy nadleciał burza śnieżna! Jesteśmy o sto tysięcy mil od domu i lecimy prosto na Lunitari.

janjuz - 2017-10-10 18:33:01

Rozdział 8

Czerwony księżyc

   Wszyscy obecni na statku zebrali się w jadalni. Reakcje na rewalyjne odkrycie Sightera okazały się mieszane. Gnomy, generalnie, były uradowane i podniecone podczas gdy ludzcy pasażerowie byli raczej zszokowani.
- Jakim cudem możemy kierować się do Lunitari? – wypytywała Kitiara – Przecież to tylko czerwona kropka na niebie.
- Och, nie – odparł Sighter – Lunitari jest ciałem niebieskim, dużym globem, tak jak Krynn i inne księżyce i planety. Szacuję, że jego średnica wynosi jakieś trzydzieści pięć tysięcy mil a odległość od Krynnu około stu pięćdziesięciu tysięcy mil.
- To mnie przerasta – odparł Sturm znużonym głosem – Jakim cudem mogliśmy zalecieć tak wysoko? Przecież lecimy wszystkiego nawet nie dwa dni.
- Tak naprawdę, określenie czasu na takich wysokościach to bardzo trudne zadanie. Przez długi czas nie widzieliśmy słońca, lecz sądząc z pozycji księżyców i gwiazd powiedziałbym, że jesteśmy w powietrzu pięćdziesiąt cztery godziny – powiedział Sighter kreśląc coś tam jeszcze na blacie – i czterdzieści dwie minuty.
- Jakieś inne r-r-raporty? – spytał Stutts.
- Skończyły się rodzynki – rzekł Fitter.
- Nie mamy już ani mąki, ani bekonu ani nawet cebuli – dodał Cutwood.
- A co z żywności w ogóle zostało – spytała Kitiara.
   Birdcall wydał z siebie dźwięk nie podobny do ćwierkania żadnego ptaka.
- Co on powiedział?
- Fasola. Sześć worków suszonej białej fasoli – odparł Roperig.
- A co z silnikiem? – pytał Sturm – Wiecie już, jak go naprawić?
   Ćwir-ćwir-pisk.
- Powiedział, że nie – przetłumaczył Bellcrank.
- Butle piorunowe trzymają doprawdy dobrze – raportował Flash – Według mojej teorii zimne, rozrzedzone powietrze daje mnie oporu skrzydłom więc silnik nie musi pracować tak mocno.
- Bzdury! – zwołał Bellcrank – Tu chodzi o moje powietrze eterealne. Całe to klapanie tylko spowalnia nasz lot. Gdybyśmy odcięli te głupie skrzydła do moglibyśmy dolecieć do Lunitari dwa razy szybciej.
- Aerodynamiczny idiotyzm! Ta wielka torba to tylko wielki opór!
- Dość tego! – krzyknął Sturm – Nie mamy czasu na takie bezprzedmiotowe dyskusje. Chcę wiedzieć co się stanie gdy dolecimy do Lunitari.
   Dziesięć par gnomich oczu popatrzyło na niego i mrugnęło jednocześnie. Robią to razem, pomyślał, tylko po to, żeby mnie zdenerwować.
- Więc?
- Wylądujemy? – powiedział Wingover.
- Jak? Przecież silnik się nie zatrzyma.
   W pomieszczeniu aż zawrzało gdy gdy umysły dziesięciu gnomów przełączyły się na intensywne myślenie.. Roperig zaczął się trząść.
- Co robi statek w niebezpieczeństwie gdy płynie prosto na mieliznę?
- Rozbija się i tonie – odparł bellcrank.
- Nie, nie! Rzuca kotwicę!
   Sturm i Kitiara szeroko się uśmiechnęli. No, nareszcie coś zrozumiałego. Niech diabli porwą piorunowe butle i powietrze eterealne… kotwicę rzuć!
- Czy mamy kotwicę? – spytał Fitter.
- Mamy kilka haków mocujących mniej więcej takiej wielkości – odparł Wingover pokazując dłońmi wymiar może jednej stopy – Nie zatrzymają Mistrza Chmur.
- Zrobię dużą – odezwał się Bellcrank – Jeśli tylko rozbierzemy kilka drabin i stalowych mocowań…
- Tylko co, jeśli zdołamy wyłączyć silnika? – rzekł Sturm – Przecież żadna kotwica na świecie nas wtedy nie zatrzyma.
   Kitiara pokiwała głową i poważnie popatrzyła na Stuttsa.
- I co ty na to? – spytała.
- Jak d-d-długo zajmie z-z-zrobienie kotwicy? – spytał Stutts.
- Przy pomocy reszty; pewnie ze trzy godziny – odparł Bellcrank.
- A k-k-kiedy uderzymy w Lunitari? – spytał teraz Sightera.
   Sighter napisał coś na blacie, potem wokół narożnika i wreszcie na drugiej stronie.
- Wygląda na to, że uderzymy w Luntari za pięć godzin i szesnaście minut.
- Flash i B-b-birdcall mają dalej pracować nad silnikiem. Jeżeli nie będzie innego w-w-wyjścia to możemy być z-z-zmuszeni do rozbicia silnika przed lądowaniem.
   Gnomy wystrzeliła gwałtowną erupcją niedowierzania i konsternacji. Ludzie też się sprzeciwili.
- Jak zdołamy wrócić kiedykolwiek do domu, jeżeli zniszczysz silnik? – naciskała Kitiara – Zostaniemy na zawsze uwięzieni na Lunitari.
- Jeżeli uderzymy t-t-to spędzimy tam znacznie więcej czasu a podobać się to nam będzie z-z-znacznie mniej – odparł Stutts – B-b-będziemy martwi.
- Fitter i ja zrobimy linę kotwiczną – stwierdził Roperig odchodząc na dół.
- Zapcham całą nadbudówkę kocami i poduszkami – zapferował Cutwood – Tym sposobem będziemy mieli jakąś amortyzację gdy już walniemy.. ekhm… wylądujemy.
   Gnomy rozeszły się do swych zadań podczas gdy Sturm i Kitiara pozostali w jadalni. Przez górny świetlik widać już było rozszerzający się szkarłat światła księżyca. Oboje spojrzeli w górę w stronę Lunitari.
- Inny świat – rzekła Sturm – Ciekawe, jaki on jest?
- Kto to może wiedzieć? Gnomy pewnie mają jakąś teorię; ja jestem tylko wojowniczką – powiedziała z westchnieniem Kitiara – Jeżeli dojdzie do tego, że zostaniemy tam uwięzieni to mam nadzieję, że będą tam jakieś bitwy do rozegrania.
- Zawsze są jakieś bitwy. Każde miejsce ma swoją wersję dobra i zła.
- Och, dla mnie nie ma znaczenia dla kogo walczę. Bitwa, to coś w czym jestem dobra. Nic nie może się złego przytrafić gdy masz miecz w dłoni i dobrego kompana obok.
   Wsunęła dłoń w ciężkiej rękawicy w jego rękę. Oddał uścisk dłoni, lecz nie potrafił rozproszyć obaw wzbudzonych przez jej słowa.
   Podniecone gnomy wykazywały ogromne pokłady energii. W czasie krótszym niż wymagałoby opowiedzenie o tym, Bellcrank wykuł monstrualną kotwicę z czterma pazurami i o potężnym ciężarze używając do tego przeróżnych metalowych części  znalezionych wszędzie na statku. W zapale dodawania wagi do swego dzieła Bellcrank posłużył się szczeblami drabin, kołatkami do drzwi, łyżkami z jadalni i tylko groźba użycia siły powstrzymała go przed demontażem większości zaworów Wingovera.
   Roperig i Fitter sporządzili odpowiednio potężną linę; w rzeczy samej to jej pierwsza wersja okazała się zbyt gruba by przejść przez ucho kotwicy przygotowanej przez Bellcranka. W tym czasie Cutwood napełnił jadalnię poduszkami i kocami w takiej ilości, że przejście do sterówki stało się bardzo trudne.
   Z każdą mijającą godziną Lunitari stawał się wyraźnie większy. Z monotonnego, czerwonego globy wyłoniły się ciemnoczerwone szczyty, purpurowe doliny oraz szeroki, szkarłatne równiny. Stutts i Wingover dyskutowali bez końca, dlaczego na księżycu tak bardzo dominuje kolor czerwony we wszelkich odcieniach. Nie doszli do niczego, jak zwykle, lecz Kitiara popełniła błąd pytając ich jak to możliwe, że lecą dokładnie na dół do Lunitari podczas gdy opuszczając Krynn lecieli do góry.
- To tylko kwestia względności określeń – odparł Wingover – Nasze „do góry” oznacza „na dół” na Lunitari, natomiast nasze „na dół” będzie oznaczać tutaj „do góry”.
   Odłożyła na bok miecz, który właśnie czyściła i ostrzyła.
- Rozumiesz przez to, że gdybym upuściła kamień na Lunitari to poleciałby do góry i w końcu spadł na Krynn?
  Wingover cicho zamknął usta, po czym je otworzył. Trzykrotnie. Wyraz twarzy miał coraz bardziej zakłopotany.
- A co będzie trzymać nasze stopy na księżycu? Nie spadniemy od razu do domu? – zapytała na domiar złego.
   Wingover wyglądał jak trafiony obuchem. Stutts zachichotał.
- To samo c-c-ciśnienie co trzyma nasze stopy na gruncie Krynnu pozwoli nam chodzić n-nonormalnie po Lunitari – powiedział.
- Ciśnienie? – pytał Sturm.
- Tak, ciśnienie p-p-powietrza. Przecież powietrze waży, wiesz o tym.
- Rozumiem – powiedziała Kitiara – Tylko co trzyma powietrze na miejscu?
   Teraz to Stutts wyglądał nieszczególnie. Z dalszej, całkowicie bezowocnej, debaty wyratował ich Sturm.
- Chciałbym wiedzieć, czy tam będą jacyś ludzie – powiedział.
- Czemu nie? – odparł Wingover – Jak powietrze zgęstnieje i stanie się cieplejsze to pewnie spotkamy żyjących na Lunitari całkiem zwykłych ludzi.
   Kitiara pociągnęła ostrzałką po klindze miecza.
- Dziwne – zamruczała – tak mysleć, że ludzie tacy jak my żyją na księżycu. Ciekawe co widzą patrząc w górę… dół… na nasz świat.
   Birdcall zwrócił na siebie uwagę przeciągłym gwizdem z dolnego pokładu. Bellcrank zlikwidował drabinę na dół więc ćwierkający gnom nie miał szans dostać się na górę. Stutts i Sturm sięgnęli przez otwarty luk i wciągnęli go wspólnymi siłami. Birdcall wyćwierkał dłuższą sekwencję a Stutts to przetłumaczył.
- Mówi, że on i Flash znaleźli sposób na wyłączenie silnika zanim wylądujemy. Po prostu o-o-odetną główny kable zasilający na w-w-wysokości stu stóp i tak wyliczając czas żeby statek dalej szybował na rozłożonych skrzydłach. I to do samego lądowania.
- A jeśli się to nie uda?
   Birdcall wysunął poziomo dłoń z wyprostowanymi palcami. Dłoń ostro zanurkowała w kierunku drugiej dłoni i głośno klasnęła gdy obie się zderzyły.
- Za dud-d-dużego wyboru n-n-nie mamy. T-t-trzeba spróbować.
   Wszyscy się z tym zgadzali. Birdcall zeskoczył o jeden pokład niżej i pognał do sewgo silnika. Roperig i Fitter wyciągnęli na pokład kotwicę i ciężką linę przez właz rufowy. Cutwood, Sighter i Rainspot zaczęli pakować do pudeł najcenniejsze rzeczy – narzędzia, instrumenty oraz wielką księgę rachunkową ze wszystkimi danymi na temat gęstości rodzynek w muf finkach – po czym te pudła umieścili dla bezpieczeństwa pomiędzy poduchami rozłożonymi w jadalni.
- Co mogę robić? – pytał Sturm.
- Możesz cisnąć kotwicę na mój znak – odparł Wingover.
- Ja też mogę pomóc – powiedziała Kitiara.
- Więc może zeszłabyś do maszynowni i pomogła Flashowi i Birdcallowi? Nie dadzą rady jednocześnie zmagać się z silnikiem i odcinać kabla zasilającego – odparł gnom.
   Podniosła miecz rękojeścią na wysokość podbródka.
- Odciąć tym? – spytała.
- Dokładnie.
- W porządku.
   Kitiara nasunęła pochwę na klingę miecza i ruszyła na dół po zdezelowanej drabinie.
- Kiedy trzeba będzie ciąć kable zadmij w ten zwariowany róg – powiedziała – To będzie dla mnie sygnał.
- Kit – cicho odezwał się Sturm – Niech Paladine prowadzi twoją dłoń.
- Powątpiewam, żeby nadprzyrodzona pomoc była mi do potrzebna. Cięłam już grubsze spary niż ten kabel!
   Uśmiechnęła się złośliwie. Poza Lunitari nie było już widać niczego innego. Mimo, że Wingover kursu nie zmieniał to wydawało się, że księżyc się przesuwa ze strony dziobowej w kierunku rufy. Po kilku minutach czerwony krajobraz wypełnił wszystko po sam horyzont. Już po krótkim czasie statek leciał pod purpurowym niebem i mając czerwoną ziemię poniżej. Wysokościomierz znowu zaczął pracować.
- Siedem tysięcy dwieście stóp. Cztery minuty do kontaktu – powiedział Wingover.
   W pobliżu przemknęła cała linia poszarpanych szczytów. Wingover ostro dał ster na lewą burtę. Skrzydła prawej burty zaklapały obok ostrych grani w odległości może paru stóp. Miękkie uderzenia i przytłumione okrzyki dały się słyszeć z nieodległej jadalni.
- Ło-ho-ho! – zawołał Wingover – Będzie tych „bum” trochę więcej!
   Dziób przyłożył w wyniosły szczyt i rozniósł go na pył. Chmura czerwonego gruzu i kurzu uderzyła w okno sterówki. Wingover gwałtownie nacisnął dźwignię i skręcił kołem. Latający statek najpierw uniósł dziób, potem rufę. Sturm zachwiał się najpierw do przodu potem do tyłu. Poczuł się jak ziarno grochu przesypywane w filiżance.
   Klify pozostały z tyłu odsłaniając krajobraz płaskich równin poprzecinanych głębokimi wąwozami. Statek opadł już na tysiąc stóp. Sturm otworzył drzwi. Na pokładzie wszędzie topniał lód.
- Idę na rufę! – zawołał.
   Wingover tylko pośpiesznie pokiwał głową.
   Rycerz wyszedł przez drzwi w chwili gdy Wingover obracał Mistrza Chmur w tym samym kierunku. Sturm omalże nie wyleciał przez reling głową naprzód. Szkarłatny świat przelatywał z rykiem z przerażającą prędkością. Znacznie szybciej niż wydawło się gdy jeszcze krążyli wysoko w chmurach. Poczuł zawroty głowy, lecz je zdusił czystą siłą woli. Kuśtykał w stronę rufy, obijał się od relingu do ściany nadbudówki a nawet ujrzał dziwacznie zniekształconą twarz w bulaju jadalni. To był Fitter, którego bulwiasty nos i grube wargi zostały rozpłaszczone na szkle.
   Wichura smagała Sturma powoli zbliżającego się do kotwicy. Ogon rufowy na zawiasie wciąż uchylał się i rozciągał pod dyktando manewrów Wingovera. Sturm owinął ramię o mocowanie zawiasu ogona i mocno się chwycił.
   Krajobraz stołowy zamienił się w zupełnie bezpostaciowy. Ciemno czerowna ziemia była gładka i nawet nie pomarszczona. Przynajmnie Paladine zlitował się nad nimi dając do lądowania taką gładką, w miarę bezpieczną powierzchnię! Sturm opuścił stanowisko przy ogonie i ujął w ramiona kotwicę. Bellcrank zrobił dobrą robotę; wielki hk ważył niemal tyle co sam Sturm. Powlókł go do relingu. Byli już eraz bardzo nisko. Grunt przypominał marmur pomalowany w odcienie krwi.
   No, Wigover, zrób to – pomyślał Sturm – Zadmij w róg. Byli chyba za nisko. Pewnie zapomniał. Jesteśmy za nisko. Zapomniał zadąć w róg! A może to on sam nie zdołał dosłyszeć rogu w wyciu wiatru i biciu własnego serca? Sekunda na podjęcie decyzji i Sturm przerzucił kotwice za reling. Wielokolorowa lina, upleciona ze wszystkiego co Roperig zdołał złapać – sznurki, zasłony, koszule a nawet bielizna gnomów – rozwijała się za hakiem, zwój za zwojem. Roperig gadał, że przygotował sto dziesięć stóp liny. Więcej niż trzeba. Zwój liny gwałtownie zaczął się kurczyć. Z gwałtowny klaśnięciem nagle się skończył a ciężki kawał metalu zaczął lecieć za rufą. Sturm cisnął kotwę zbyt szybko.
   Podszedł bliżej relingu i obserwował jak jak hak zbliża się do czerwonej ziemi. Był blisko sterówki spodziewając się, że kotwica uderzy a potem będzie się obijać o ziemię, lecz nic takiego nie nastąpiło. Kotwica zatonęła w powierzchni księżyca i zaczęła orać szeroki, głęboki rów.
   Skoczył do drzwi sterówki. Wingover właśnie sięgał do linki rogu.
- Nie rób tego! – wrzasnął Sturm – Grunt pod nami… on nie jest stały!
   Wingover odrzucił dłoń od linki jakby ta go oparzyła.
- Nie stały?
- Rzuciłem kotwicę a ta płynie przez ziemię jak przez wodę. Jeśli wylądujemy to utoniemy!
- Nie mamy za dużo czasu. Mamy mniej niż sto stóp wysokości!
   Sturm podbiegł do relingu desperacko wpatrując się w grunt. Co robić? Co robić!
   Ujrzał skały.
- Prawo na burt! – wrzasnął – Stały ląd prawo na burt!
   Wingover zakręcił kołem jak oszalały. Tylnie prawe skrzydło dotknęło powierzchni Lunitari. Zanurzyło się w kurzu i wynurzyło nieuszkodzone. Sturm poczuł zapach kurzu w powietrzu. Skały gęstniały a gładki, gęsty kurz ustępował kamiennej równinie.
   AA-OO-GAH!
   Mistrz Chmur zadrżał jak żywe stworzenie. Skórzane, nietoperzaste skrzydła uniosły się  tworząc wdzięczny łuk i tak pozostały. Sturm rzucił się do drzwi i padł brzuchem na podłogę sterówki kryjąc głowę w dłoniach.
   Koła dotknęłu gruntu, zakręciły się, odłamały się ze zgrzytem i trzaskiem. Kiedy kadłub latającego statku dotknął Lunitari dziób uniósł się, zachwiał i opadł na lewą burtę. Sturm zaczął się ślizgać po pokładzie. Mistrz Chmur rył w ziemi i kamieniach długi, głęboki kilwater. Aż wreszcie, jakby był zbyt zmęczony by ciągnąc to dalej, statek z trzaskiem i zgrzytem zdecydował się zatrzymać.

janjuz - 2017-10-13 12:01:15

Rodział  9

Czterdzieści Funtów Żelaza

- Cy my martwi?
   Sturm odkrył i uniósł głowę. Wingover zablokował się pomiędzy szprychami koła sterowego. Króciutkie ramiona miał teraz ściśle dociśnięte do piersi. A i oczy miał podobnie zaciśnięte.
- Otwórz oczy, Wingover; wszystko z nami w porządku – powiedział Sturm.
- Och, na Reorxa, utknąłem!
- Trzymaj się.
   Sturm chwycił stopę gnoma i zaczął ciągnąć. Wingover głośno protestował, lecz gdy na koniec został uwolniony zapomniał o przykrościach i wykrzyknął.
- Ach! Lunitari!
   Gnom i człowiek poszli razem na pokład. Tylnie drzwi jadalni otworzyły się z hukiem i pozostałe gnomy wysypały się na pokład.W milczeniu, bez jednego słowa, wszyscy obserwowali jałowy krajobraz. Poza dalekimi garbami wzgórz Lunitari był pałaski i monotonny aż po horyzont.
   Jeden z gnomów zachichotał radośnie i nagle wszyscy popędzili z powrotem do wewnątrz. Sturm słyszał jak niektóre rzeczy zaczęły wręcz latać w jadalni gdy gnomy doszukiwały się w zwałach poduszek swoich narzędzi, instrumentów i notesów. Na pokładzie pojawiła się Kitiara w towarzystwie Flasha i Birdcalla. Byli za bardzo zajęci w maszynowni by obserwować co się dzieje przez bulaje. Kitiara miała nad prawym okiem niezłego, wielkości co najmniej gęsiego jaja, sino fioletowego guza.
- Czołem – rzekła Sturm – Co ci się stało?
- Walnęłam głową w jakiś zawór na silniku kiedy się rozbiliśmy.
- Wylądowaliśmy – poprawił Sturm – Nie złamałaś przypadkiem zaworu?
   Rzadko okazywane poczucie humoru Sturma na moment zamurowało Kitiarę. A potem oboję zarzucili na siebie nawzajem ramiona, uszczęśliwieni faktem przeżycia.
   Z prawej burty kadłuba statku rzucono trap i cała banda gnomów wylała się na czerwoną darń.
- Przypuszcza, że lepiej będzie jak tam zejdę – powidziała Kitiara – i ich dopilnują zanim zdążą się poranić.
   Gnomy tymczasem pogrążyły się w działaniach zgodnie ze swymi specjalnościami. Kitiara i Sturm przyłączyli do nich gdy Sighter już uważnie badał horyzont swą lunetą. Bellcrank i Cutwood napełniali dzbanki pełnymi garściami czerwonej gleby. Rainspot stał na uboczu iod reszty a nosem i uszami starał się wyczuć pogodę. Kitiarze przypominał polującego psa. Stuttspośpiesznie zapełniał strony kieszonkowego notesu. Wingover obchodził kadłub Mistzra Chmur i od czasu do czasu sprawdzał ciasno zbite deski poszycia przy pomocy tęgiego kopniaka. Roperig i Fitter sprawdzali przygotowaną przez siebie linę kotwiczną i mierzyli teraz ile też się wydłużyła ciągnąc kotwicę. Birdcall i Flash toczyli gorączkową dyskusję. Sturm usłyszał tylko coś jakby „zmienna wypukłości skrzydła” i już nie słuchał dalej.
   Nabrał garść lunit ariańskiej gleby. Była dziwaczna, odmiennie niż na Krynnie, nie miała ziaren piasku, żadnych granulek ani brył. Spadają mu z dłoni wydawała lekko dzwoniący odgłos.
- Czujesz ten zapaszek? – spytała Kitiara – Bo ja coś czuję.
   Zaczął węszyć.
- Kurz. Zaraz osiądzie – odparł.
- Nie, nie to. Jest to raczej uczucie niż woń, naprawdę. To jak by coś w powietrzy drżało, jak początek woni najlepszego Otikowego ale.
   Sturm na chwilkę się mocno skoncentrował.
- Niczego nie czuję.
   Nagle odezwał się Stuttsa.
- Oto p-p-podstawowe ustalenia: powietrze – w normie, teperatura – ch-ch-chłodno, lecz nie zimno. Żadnych oznak wody, wegetacji czy życia zwierzęcego.
- Kit mówi, że coś dziwnego czuje w powietrzu.
- Doprawdy? N-n-niczego takiego nie wyłapałem.
- To naprawdę nie jest kwestia wyobraźni – odezwała się krórko – Spytajcie Rainspota, może on poczuł.
   Zawołany gnom, specjalista od wyczuwania pogody, nadleciał pędem na pierwsze wezwanie. Stutts zapytał go o wrażenie.
- Wysokie chmury szybko się rozproszą – odpowiedział Rainspot – Wilgotność jest bardzo niska. Sądzę, że nie padało tu od bardzo długiego czasu. Kto wię, czy padało kiedykolwiek.
- Złe nowiny – powiedziała Kitiara –Na statku nie pozostało zbyt wiele wody.
- Czy wyczuwasz coś więcej? – wypytywał dalej Sturm.
Tak, w rzeczywistości tak. Nie jest to jednak zjawisko atmosferyczne. Powietrze tutaj wydaje się być naładowane energią.
- Jak b-b-błyskawice?
- Nie – powoli pociągnął Rainspot – To raczej coś stałego, lecz o bardzo małej intensywności. Nie wydaje się groźne, po prostu… jest.
   Wzruszył ramionami na zakończenie.
- Dlaczego my tego nie czujemy? – pytał Sturm.
- Nie należycie widać do zbyt wyczulonych stworzeń – odparła Kitiara – Jak stary Rainspot i ja.
   Klasnęła w dłonie i kontynuowała.
- No dobra, Stutts. A więc jesteśmy tutaj i co robimy dalej?
- Badamy. Robimy m-m-mapy i studiujemy lokalne warunki.
- Tutaj nic nie ma – sprzeciwił się Sturm.
- To tylko jedno, niewielkie miejsce. P-p-przypuść my, że wylądowałbyś na Równinach Pyłu na Krynnie. Cz-cz-czy powiedziałbyś, że na krynnie nie m-m-ma nic innego, t-t-tylko piach? – spytał Stutts.
   Sturm przyznał, że nic takiego nie mógłby powiedzieć.
   Stutts przywołał inżynierów więc Flash i Birdcall nadbiegli w te pędy.
- R-r-raport stanu statku, p-p-proszę.
- Butle błyskawicowe są w dwóch trzecich opróżnione. Jeżeli nie znajdziemy sposobu, żeby je znów napełnić to nigdy nie będziemy mieli dość mocy by polecieć do domu – powiedział Flash.
   Birdcall wygwizdał swój raport  a Flash przetłumaczył go na potrzeby ludzi.
- Mówi, że silnik doznał wstrząsów i poluzował mocowania przez twarde lądowanie. Cięcie kabla mocy można jednak naprawić.
- Mam na to pomysł – powiedział Wingover, który właśnie do nich dołączył – Jeżeli w tym miejscu zamontujemy przełącznik, to uda nam się ominąć przepalone bezpieczniki zniszczone błyskawicę Rainspota.
- Moją błyskawicą! – zaprotestował specjalista od pogody – Od kiedy to ja robię błyskawice?
- Przełącznik? Jaki rodzaj przełącznika? - dopytywał Cutwood.
   Sam dźwięk dyskusji ściągnął tu od razu zarówno jego jak i Bellcranka.
- Pojedynczy przełącznik jednokierunkowy – odparł Wingover.
- Ha! Posłuchajcie tego amatora! Jednokierunkowy! Tutaj potrzeba przełącznika kołowego z izolowanymi przewodami…
   Kitiara wydała mrożący krew w żyłach bojowy okrzyk i świsnęła mieczem nad ich głowami. Cisza zapadła natychmiast. Całkowita.
- Wy, gnomy, doprowadzacie mnie do szału! Dlaczego, do diabła, nie wyznaczycie kogoś do rozwiązania każdego problemu i nie zakończycie tych bzdur?
- _jeden umysł do jednego zadania? – Sighter był oburzony – Nigdy nie zrobisz nic prawidłowo.
- Pewnikiem Bellcrank mógłby zrobić przełącznik – zasugerował uspokajająco Fitter – Pewnie z metalu, co?
   Każdy gnom gapił się teraz na niego z otwartą gębą. Fitter nerwowo umknął za plecy Roperiga.
- Wspaniały pomysł! – powiedziała Kitiara – Wspaniały!
- Nie zostało nam za dużo metalowych części – odezwał się Wingover.
- Możemy coś odzyskać z kotwicy – odparł Rainspot.
   Pozostałe gnomy popatrzyły nań z szerokimi uśmiechami.
- To dobry pomysł – rzekł Cutwood.
- Fitter i ja wyciągniemy kotwicę – rzekł Roperig.
   Chwycili grubą linę zwisającą z rufy i pociągnęli. Pięć dziesiąt stóp dalej, w miejscy gdzie kamieniste pole ustępowało miejsca głębokiemu pyłowi, zagrzebana kotwica skoczyła do przodu w strudze kurzu. A potem hak o coś zaczepił. Gnomy zaczęły się wysiląc i stękać.
- Potrzebujecie pomocy? – zawołał Sturm.
- Nie… uhh… damy radę – odparł Roperig.
   Roperig klepnął Fittera w plecy i obja się, jak na komendę, odwrócili przekładając linę przez ramiona. Zaparli się piętami w pokład i pociągnęli.
- Ciągnij, Roperig! Mocniej go, Fitter! Ciąg, ciąg, ciąg! – wrzeszczały pozostałe gnomy.
- Czekajcie! – krzyknęła nagle Kitiara – Lina się strzępi…
   Pośpiesznie skręcona lina rozpadała się teraz tuż za plecami Fittera. Nici i pasma pozwijanenych ubrań zaczęły się skręcać a oba gnomy nieświadome zagrożenia tylko mocniej naparły do przodu.
- Stop!
   Tylko tyle zdąrzył krzyknąć Sturm nim lina się rozdarła a Roperig i Fitter padli na twarze z głośnym klapnięciem. Drugi Konic liny, obciążony kotwicą, uciekał szybko. Bellcrank i Cutwood wystartowali w pogoń. Pulchny chemik zaplątał się we własne nogi i potknął. Poszarpany Konic liny umknął mu poza zasięg rąk. Z niespodziewaną werwą Cutwood przeskoczył leżącego kolegę i dał nura za uciekającą liną. Ku zdumieniu Sturma zdołał ją chwycić. Cutwood ważył nie więcej niż pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt funtów. Kotwica natomiast dwieście. Tonęła teraz coraz głębiej w czerwonym kurzu i ciągnęła za sobą Cutwooda.
- Puść to! – krzyczał Sturm.
   Kitiara i reszta gnomów powtarzała to jak echo, lecz Cutwood był już w kurzu. Ku przerażeniu obserwujących nagle odwróciło go do góry nogami i zniknął.  Czekali teraz i patrzyli z nadzieją, że gnomi cieśla się wynurzy. Nic z tego.
   Bellcrank wstał i zrobił kilka kroków ku granicy skalnego pola. Wszyscy zaczęli wrzeszczeć by go zatrzymać.
- Uważaj, też cię wciągnie! – wołała Kitiara.
- Cutwood – bezradnie odezwał się Bellcrank – Cutwood!
   W znieruchomiałym kurzu ukazały się zmarszczki. Kołysały się i narastały aż wreszcie powstał garb czerwonego żwiru. Powoli garb przekształcił się w głowę, potem ukazały się ramiona, ręce i kwadratowy tors.
- Cutwood! – zagrzmiał wspólny okrzyk.
   Gnom człapał powoli, z widocznym wysiłkiem. Kiedy wreszcie wydostał się tak powyżej pasa z kurzu to każdy mógł dostrzec, że jego spodnie zmieniły swą objętość co najmniej dwukrotnie i przypominały teraz balony. Były całkowicie wypełnione Lunitariańskim kurzem. Cutwood wkroczył wreszcie na twardszy grunt. Podniósł jedną nogę i nią potrząsnął. Z nogawicy zaczął leceć strumień czerwonego żwiru.
   Bellcrank skoczył do przodu i objął zakurzonego druha.
- Cutwood, Cutwood! Myśleliśmy, że już po tobie!
   Cutwood odpowiedział potężnym kichnięciem, które posłało chmurę kurzu w stronę bellcranka powodując tak zwane kichnięcie zwrotne, co spowodował, że Cutwood kichnął jeszcze mocniej. Troszkę to potrwało. Na koniec Sighter i Bircall podeszli z zaimprowizowanymi WolnymiOdKurzuFiltramiTwarzy (chustkami do nosa). Wymiana salw kichnięć ustała  i Cutwood zaczął lamentować.
- Moje szelki pękły!
- Twoje, co? - marszcząc noc odezwał się Bellcrank.
   Cutwood podciągnął sflaczałe spodnie.
- Kotwica ciągnęła mnie w dół. Wiedziałem, że mnie pociągnie, lecz nie umiałem puścić na straty całości naszego metalu. I wtedy pękły szelki. Próbowałem je pochwycić i wtedy lina wyślizgnęła mi się z rąk – ciężko westchnął – Moje najlepsze szelki.
   Roperig obszedł Cutwooda macając torbowa te spodnie.
- Dawaj swoje portki – powiedział.
- Po co?
- Chcę zrobić kilka testów strukturalnych. Świta mi pewien pomysł.
   Oczy Cutwooda się rozszerzyły. Szybko wręcz wyskoczył ze spodni i stał teraz w błękitnych, flanelowych kalesonach.
- Brr! Ten księżyc jest doprawdy zimny. – powiedział – Idę po drugą parę spodni, lecz niczego nie wymyslaj dopóki nie wrócę!
   Cutwood pospieszył w stronę Mistrza Chmur zsypując kaskadę rudego kurzu z ramion. Sturm zabrał Kitiarę troszkę na bok.
- Mamy tu mały problem – powiedział po cichu – Potrzebujemy metalu, żeby naprawić silnik a tymczasem wszystko co mieliśmy zostało stracone w jeziorze kurzu.
- Może Bellcrank zdoła coś jeszcze wygospodarować z latającego statku – odparła Kitiara.
- Może, tylko ja niedowierzam czy przypadkiem nie zrujnował by całego statku w takiej procedurze. Czego naprawdę potrzebujemy to więcej metalu.
   Spojrzał na tłum gnomów, które były teraz bardzo zajęte badaniem spodni Cutwooda. Zupełnie jakby te były jakimś niebywałym znaleziskiem. Co jakiś czas któryś z gnomów podnosił głowę i kichał.
- Och, bellcrank? Mógłbyś do nas podejść, proszę? – zapytał Sturm.
   Gnom pośpiesznie podbiegł. Zatrzymał się, wydobył chustkę do nosa pobrudzoną już kurzem i innymi chemikaliami i potężnie kichnął.
- Tak, Sturm? – zapytał.
- Tak dokładniej, to ile metalu potrzebujesz, żeby naprawić silnik?
- To zależy od rodzaju przełącznika jaki mam robić. Dla dwudrogowego, obrotowego…
- Najmniej ile potrzeba, w każdym razie!
   Bellcrank przez chwilę przygryzał wargi a potem się odezwał.
- Trzydzieści funtów miedzi, lub czterdzieści funtów żelaza. Miedź łatwiej obrabiać niż żelazo, bo widzicie…
- tak, tak – pośpiesznie odezwała się Kitiara – Nie mamy czterdziestu funtów czegokolwiek poza fasolą.
- Fasola się nie nadaje – stwierdził Bellcrank.
- No dobrze. Po prostu musimy znaleźć więcej metalu.
   Sturm rozejrzał się wokoło. Wysokie chmury powoli rzedły więc świt, który z uporem próbował nadejść od chwili ich lądowania zaczął właśnie jaśnieć. Obracając się na wschód, tak dla wygody to określili, mogli dostrzec łańcuch wzgórz kierujący się ku północy.
- Bellcrank, rozpoznasz rudę żelaza kiedy już ją zobaczysz? – pytał Sturm.
- Czy rozpoznam?  Ja znam rudy wszystkiego co istnieje!
- A zdołasz ją stopić?
   Zalążek idei Sturma przebił się do gnoma a ten w odpowiedzi szeroko się uśmiechnął.
- Pięknie powiedziane, przyjacielu. Warte gnoma!
   Kitiara poklepała Sturma po ramieniu.
- No, no, kto by pomyślał – powiedziała – Parę dni w powietrzu i zaczynasz myśleć jak gnom.
- Nie bądź taka dowcipna. Trzeba zorganizować ekspedycję do tamtych wzgórz i sprawdzić, czy są tam rudy jakichś metali.
   Bellcrank pobiegł do kolegów z niespodziewaną nowiną. Radosne okrzyki poniosły się szeroko po pustej równinie. Tymczasem Cutwood, schodzący po trapie z Mistrza Chmur, omal nie został rozdeptany przez kolegów szarżujących na górę. Ostatecznie został przez nich zagarnięty. Huki i trzaski dobiegające ze statku jak zawsze oznajmiały wszem i wobec entuzjazm gnomów. Kitiara tylko potrząsnęła głową.
- No i widzisz co narobiłeś.
   Pierwsza kłótnia wybuchła przy ustaleniu kto uda się na wyprawę a kto zostanie na latającym statku.
- Wszyscy iść nie mogą – powiedział Sturm – Nie mamy dla wszystkich dość żywności i wody na taki marsz.
- Ja z-z-zostanę – powiedział Stutts – Mistrz Chmur to m-m-moja odpowiedzialność.
- Porządny gość. Kto zostaje ze Stuttsem?
   Gnomy popatrywały na purpurowe niebo, gwiazdy, swoje buty, no wszędzie byle tylko nie patrzyć na Strurma.
- Ktokolwiek zostanie będzie miał robotę na statku.
   Birdcall gwizdnął na zgodę. Usłyszawszy, że on się zgodził odezwał się Flash.
- A niech ta, do licha! Tu i tak nikt nie rozumie butli błyskawic tyko ja. Zostanę.
- Ja też zostanę – odezwał się Rainspot Nie za wiele wiem o poszukiwaniach.
- ja też – rzekł Cutwood.
- Hej, hej, wtrzymajcie konie – sprzeciwiła się Kitiara – Wszyscy nie mogą zostać. Rainspot, będziesz potrzebny. Będziemy daleko od statku. Jeżeli jakaś burza będzie się szykować to wolałabym wiedzieć o tym wcześniej.
   Gnom się skrzywił i stanął za nią za nią. Szęśliwie na nią popatrywał, był zadowolony, że komuś jest potrzebny.
- Trójka powinna na staku wystarczyć – powiedział Sturm – reszta niech się spakuje. Bierzemy tylko to, co możemy łatwo unieść.
   Gnomy energicznie i radośnie pokiwały głowami ze zrozumieniem.
- Najpierw coś zjemy, troszkę się prześpimy i wyruszamy o świcie.
- A kiedy jest świt? – spytał Bellcrank.
   Sighter powoli rozpakował trójnóg i dokładnie zamocował na nim teleskop. Uważnie studiował niebo w poszukiwaniu znajomych gwiazdozbiorów. Po dłuższych badaniach oznajmił głośno.
- Szesnaście godzin. Trudno powiedzieć, może trochę więcej.
   Z trzaskiem zamknął tubę teleskopu.
- Szesnaście godzin! – krzyknęła Kitiara – Dlaczego tak długo?
- Lunitari nie znajduje się w tym samym miejscu niebios co Krynn. W tym momencie cień naszego własnego świata jest dokładnie nad nami. Dopóki się nie przesunie to mamy takie światło jak mamy i nie będzie więcej.
- Musi wystarczyć to, co jest – rzekła Sturm.
- Co jest do jedzenia – spytał Fittera, który jako najmłodszy miał stałą służbę w kuchni.
- Fasola – odparł Fitter.
   Fasola, tylko trochę doprawiona ostatnim i to cieniutkim kawałkiem bekonu, stanowiła obiad. Z całą pewnością miała również stanowić śniadanie. Sturm przykucnął pod nawisem kadłuba statku i powoli jadł z miski fasolę. Jedząc fasolę usiłował sobie wyobrazić co też może znajdować się na księżycu poza kurzem i kamieniami. Niebo nie było czarne, lecz purpurowe, w pobliżu horyzontu powoli przechodziło w kolor bordowy. Szystko tutaj było w odcieniach czerwieni; kurz, ziemia, kamienie a nawet białe ziarna fasoli stawały się różowe.Zastanawiał się czy też cała powierzchnia Lunitari tak wygląda i czy jest tak pozbawiona życie?
   Kitiara zbliżała się spacerowym krokiem. Okrywające ją futra poukładała w strój trochę mniej zamknięty a przez to wygodniejszy. Powrócił na miejsce kubrak do bioder i nogawice natomiast miecz przewiesiła przez lewe ramię na modłę Ergothian. Tak zawieszony nie krępował w trakcie przechadzki.
- Dobra, co? – zagadnęła przysiadając obok Sturma.
- Fasola to fasola – odparł przesypując ziarna w czarce – Jadałem już gorzej.
- Ja też. Podczas oblężenia Silvamori menu mojego oddziało zeszło do wygotowanych buraków i liści drzew. I to my byliśmy siłą oblegającą.
- To jak dawali sobie radę ludzie w mieście! – pytał Sturm.
- Tysiące umarły z głodu – odparła.
   Wspomnienie najwyraźniej nie sprawiało jej problemu. Sturm poczuł jak fasola powoli narasta mu w gardle.
- Nie żal ci, że tylu umarło? – pytał.
- Nie bardzo. Gdyby tak z tysiąc więcej to oblężenie byłoby krótsze i mniej moich kompanów by zginęło.
   Sturm odstawił czarkę zdecydowanym ruchem. Wstał i zaczął odchodzić. Zdumiona jego reakcją Kitiara sytała.
- Już masz dość? Mogę skończyć twoją fasolę?
   Zatrzymał się, wciąż jednak plecami w jej stronę.
- Tak, możesz wziąć to wszystko. Rzeźnia zawsze pozbawia mnie apetytu.
   Wspiął się po trapie i zniknął wewnątrz Mistrza Chmur. Płomień gniewu szybko narastał w Kitiarze. Co on sobie myśli, że kim on jest? Młody Pan Broghtblade traktuje wyniośle jej kodeks wojownika.
   Łyżka trzymana przez palce Kitiary nagle pękła. Kawałki drewna poleciały między palcami. Popatrzyła na nie a gniew jak szybko wybuchł tak szybko się wypalił. Łyżka była zrobiona z twardego jesionu, lecz pękła czyto w miejscu naciśniętym przez jej kciuk. Brwi Kitiary uniosły się, była zdumiona. W końcu uznała, że w drewnie musiała być ukryta wada.

więcej wskazówek