DragonLance Forum

Forum dla fanów DragonLance, książek fantasy oraz RPG.

#21 2016-11-17 15:39:29

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Fistandantilus odrodzony

Rozdział 20
Nocne Niepokoje
374 AC
Czwarty Bakukal, Paleswelt-Pierwszy Linaras, Reapember

   Sad jabłoni był dokładnie tam gdzie mówiła kenderska dziewczyna. Danyal najpierw uwiązał Zmorę do jakiejś krzepkiej gałęzi a potem nazbierał tyle jabłek ile tylko zdołał. Owoce, z braku lepszego rozwiązania, umieścił w koszu na ryby. Usiadł na trawie, zjadł kilka jabłek i przyjrzał się dokładnie oparzelinie na barku czarnego konia.
   Zmora tymczasem złowrogo gapiła się na chłopaka. Takie nieugięte spojrzenie wielkich, brązowych oczu powodowało sporą niepewność chłopaka. Wyobraźnia podpowiadała mu już, że koń myśli tylko o tym, by urwać się z uwięzi, może nawet go stratować, a na koniec pogalopować w dal i już nigdy nie wrócić.
- Może właściwie właśnie na to powinienem ci pozwolić – pomyślał głośno – Najpewniej będziesz dla mnie źródłem daleko większych kłopotów niż jesteś wart.
   Uszy konia wyraźnie się na te słowa poruszyły. Kiedy zaś Zmora zaczęła chrupać kolejne jabłko Danyal poczuł dziwne z koniem pokrewieństwo. Wiedział już, że jego samotność znacznie by wzrosła gdyby ogier gwałtownie odgalopował w dal. Smutno pokiwał głową.
- Myślę, że jesteśmy jakby sklejeni jedno z drugim. Ot, dwójka ocalałych z Waterton.
   To wszystko co zaszło nadal nie wydawało mu się rzeczywiste, choć oczywiście starał wręcz o tym nie myśleć. Zastanawiał się nad drogą, którą jutro będzie szedł, lecz i te myśli sprawiały mu kłopot. Droga powiedzie przecież nieuchronnie w stronę smoka, który odleciał właśnie na północ.
   Gdy ciemność zaczęła zapadać chłopak owinął się kocem i usiłował zasnąć. Rzucał się przez sen i wiercił. We snach widział wciąż obrazy ognia, obrazy ogromnego purpurowego smoka i jego morderczą paszczę. Obrazy takie przeplatały się z widzeniami matki i całej reszty rodziny, po to zresztą tylko by jeszcze mocniej zdał sobie sprawę, że okrutna siła porwała ich daleko, siła nad jaką nie miał najmniejszej kontroli.
   Obudził się jeszcze przed świtem. Drżał z zimna pomimo czelnego otulenia kocem a kiszki skręcał mu dojmujący głód. Takiego głodu nie da się oszukać jabłkami. Poszedł w kierunku strumienia jak tylko pierwsze promienie słońca wychynęły zza wschodniego horyzontu. Nim niebo zdołało choćby w połowie pojaśnieć on już miał trzy, całkiem pokaźnie pstrągi. Rozpalił niewielkie ognisko na brzegu zagajnika i poczuł przyjemne ciepło bijące od płomieni. Oczyścił ryby i je podzielił, po czym nadział powstałe filety na ostre patyki i zaczął je nad ogniem przypiekać.
   Gdy słońce stanęło na wysokości koron drzew był już dobrze najedzony, ogrzany i suchy. Zmienił błotnisty opatrunek na barku Zmory i ucieszył się widokiem powoli gojącej się rany. Na koniec ujął linkę od uprzęży w jedną rękę, wędkę w drugą i ruszył wzdłuż koryta strumienia.
   Zanim słońce doszło do szczytu swej drogi wiedział już, że jest dalej od domu niż kiedykolwiek wcześniej. Dolina wyglądała tutaj właściwie tak samo jak w okolicach Waterton, chociaż zauważył, że strumień ma tu więcej kamienistych, pieniących się bystrzyn. Pogoda była w dalszym ciągu słoneczna i ciepła za odczuwał głęboką wdzięczność. Mógł nawet od czasu do czasu przejść milę lub więcej bez rozpamiętywania horroru, który wygonił go na tak dziki szlak. Zatracił się w poczuciu przygody, takiej ufności wędkarza, że oto, tuż za najbliższym zakolem rzeki, czeka idealna głębia, idealna ryba.
   Po tym czasie jednak wspomnienia wracały i zaczynał człapać przyciśnięty smutkiem ciemniejszym od najgorszych chmur.  Szedł wtedy dociśnięty potężną depresją, zniechęcony jakby na głowę leciał mu zimny deszcz. Samo słońce zdawało się ciemnieć na niebie a Danyal spostrzegł, że wlecze się, potyka i usiłuje przełknąć kulę rosnącą wciąż w gardle. W takich chwilach dziwnym trafem to Zmora przejmował dowodzenie. Wielki koń ciągnął do przodu waląc kopytami w stałym rytmie i ciągnąc wodze wciąż jeszcze owinięte o rękę chłopca. W ten sposób powstrzymywał go przed całkowitym upadkiem.
   Tej nocy obozowali w zagajniku cedrowym. Na kolację znów zjadł Świerzego pstrąga i parę jabłek. Przed zaśnięciem rozpalił jeszcze malutkie ognisko i, osłonięty od wiatru przez bogate listowie, spędził noc o wiele wygodniej i spokojniej niż poprzednią.
   Trzeciego dnia wyprawy zauważył, że teren znacząco się podniósł. Nie widział najmniejszego śladu ludzkich osiedli, w ogóle żadnych śladów ludzkich czy też innych ras budujących cokolwiek. I to nie widział nic podobnego od czasu zniszczenia wioski, którą zostawił za sobą. Odległe góry wznosiły teraz na północy i wschodzie  przed nim jak purpurowy masyw. Z daleka widać było długie pasma śniegu przypominające podłużne białe parapety zwisające z wysokogórskich grani.
   Późnym popołudniem tego dnia okrążył łuk strumienia i nagle zaskoczył go widok kamiennego mostku spinającego oba brzegi. Mostek był łukowy i wykonany z szarego, ciosanego kamienia. Wypuścił z rąk wodze Zmory i wspiął się po zboczu rumowiska skalnego na wąski, pocięty koleinami szlak wózków. Koń kopnął i podskoczył. Podążył za chłopakiem i już po chwili stał na drodze za jego plecami.
- Jak sądzisz; dokąd to prowadzi? Albo skąd? – pytał popatrując to w jedną to w drugą stronę mało używanej ścieżki.
   Pysk Zmory opadł do poziomu ziemi. Koń szarpnął garść koniczyny rosnącej z brzegu ścieżki a tymczasem Danyal usiłował pomyśleć. Nie widział żadnych śladów – żadnych kopyt, butów czy kół – na drodze. Uznał więc, że już od jakiegoś czasu nie była używana. Coś jednak musiało być na obu jej końcach, coś na tyle ważnego, że zbudowano drogę, tylko co?
   Zdecydował się tutaj obozować na noc bo wtedy będzie miał spokój, żeby to wszystko przemyśleć. Niedaleko w górze strumienia znalazł schronienie w niewielkiej grocie nad miękkim, pokrytym mchem brzegiem a na dodatek niedaleko był głęboki wir co obiecywało niezły połów. Nie bardzo wiedział dlaczego to robi, lecz jednak postarał się, żeby to prowizoryczne obozowisko nie było widoczne od strony drogi.
   Po kolejnym posiłku z grillowanej ryby urządził kryjówkę jak najwygodniej zarówno dla siebie, jak i dla konia. Zasnął łatwo, kompletnie wyczerpany całodziennym wysiłkiem.
   Tym razem jednak jego sen został przerwany dźwiękiem, który w jednej chwili postawił go do pionu. Złapał za nóż nim nawet zorientował się, co też go obudziło. Dźwięk się powtórzył; krzyk przerażenia a za nim zimny, chrapliwy śmiech.
   Gdzieś w pobliżu są ludzie! Sądząc z dźwięków, jakie towarzyszyły temu spotkaniu na drodze to jakiś nieszczęsny podróżny napotkał grupę bandytów, albo innych przydrożnych rabusiów.
   Serce chłopaka mocno łomotało. Odrzucił koc i poczołgał się na samą krawędź groty. Po tej stronie drogi zbocze było dość strome, wspinało się niby w klifie pooranej bruzdami skały. U podnóża tej niewielkiej przepaści, ledwie parę kroków od drogi, chłopak zobaczył żarzące się ognisko. Wytężył wzroki i dostrzegł w nieco przytłumionym świetle mężczyznę opierającego się o skałę podczas gdy inni, kilkunastu potężnych dryblasów podchodziło półkolem z najwyraźniej złymi zamiarami.
   Zmora stał cicho w pobliżu, nozdrza mu drżały a uszy nasłuchiwały wyraźnie w kierunku pobliskich niepokojów. Danyal nagle zrozumiał, że koń może zarżeć w każdej chwili a taki dźwięk zdradzi jego własną kryjówkę. Nie było sposobu, żeby zwierzę odprowadzić gdzieś bez robienia hałasu tak więc, tylko by się lepiej zabezpieczyć, poczołgał się w bok pozostając ponad obcymi. Poruszał się wzdłuż zbocza wzgórza zmniejszając dzielący go do tych ludzi dystans.
   Rozjaśniło się nagle gdy jeden z bandytów cisnął w ognisko kawał suchego polana. Danyal ujrzał samotnego podróżnego, który stał teraz oparty o skałę i, bezbronny, stawiał czoło napastnikom. Zbliżając się dalej chłopak doznał kolejnego zdumienia. Bezbronny podróżny dzierżył w lewej ręce książkę. Książka była otwarta. Mężczyzna natomiast w prawej dłoni trzymał pióro i bezskutecznie starał się zamoczyć je w inkauście gdy jednocześnie zwracał się do atakujących.
- To mówicie, że gdzie jesteśmy? Przeprasza, jak się to miejsce nazywa? Bardzo przepraszam, lecz w tym świetle strasznie trudno dojrzeć stronę. Ach, dziękuję… tak jest znacznie lepiej – oznajmił, gdy kolejne polano wylądowało w ogniu.
- Nieważne – warknął jeden z bandytów.
W odróżnieniu od brudnej i obszarpanej reszty wyglądał przystojnie z czystymi, czarnymi włosami i spokojną twarzą. Nie pasował tutaj.
- Dawaj sakiewkę, jeśli masz nadzieję jeszcze ujrzeć jutrzejszy poranek!
   Danyal westchnął cicho. Pomimo własnych przypuszczeń został jednak zszokowany, gdy usłyszał potwierdzenie intencji mężczyzny. Skulił się za powalonym drzewem i robił wszystko, byle by zachować ciszę i pozostać niezauważonym. Mimo to wykorzystał szparkę pod zwalonym pniem i obserwował scenkę wokół ogniska podróżnego.
- Obawiam się, że moja sakiewka nie ma za wiele do zaoferowanie – odparł podróżny.
   Danyal pomyślał, że jak na kogoś, kto może w minutę czy dwie stracić życie to mężczyzna jest wyjątkowo spokojny.
- To może się dla ciebie źle skończyć. Nie czujesz żadnych powodów do niepokoju? – spytał przystojny bandzior.
   Najwyraźniej dziwiło go to tak samo jak chłopaka. Dumnie się przeszedł w te i z powrotem jakby to on tu dowodził.
- Hej, Baltyar… dawaj piętno. Może go przekonamy, żeby dwa razy pomyślał, nim coś chlapnie.
- Tak jest, Kelryn – odparł wezwany i wpakował pręt piętna w iskrzące ognisko.
   Płomienie ogniska wybuchły jaskrawiej w nocy, zasyczały hałaśliwie i zaświeciły tak jasno, że Danyal był już przekonany, że i jego kryjówka zostanie wykryta.
   Wtedy dobiegł jeszcze inny dźwięk. Z boku doleciał stukot ruchu, który wywołał lawinę przekleństw bandytów i odciągnął ich uwagę od domniemanej kryjówki chłopaka. Danyal natychmiast pojął co się stało. Oto spanikowany Zmora, przerażony wybuchającym nagle ogniem, urwał się z uwięzi. Chłopak słyszał jak czarny koń potyka się o skały i szarżuje tuż obok jego kryjówki.
- Uwaga! Jeździec! – zawołał jeden z bandytów wskazując paluchem cień przerażonego ogiera.
   Zora zarżał. Przeraźliwy kwik przeciął nocny mrok. Skacząc i kopiąc przerażony koń gnał w dół zbocza nad drogą. Ślizgał się i potykał o luźne kamienie. Wiele z nich zaczęło samodzielną drogę w dół tocząc się z rosnącym impetem.
   Po kilku sekundach dźwięk kamiennej lawiny był już znacznie głośniejszy od ludzkich okrzyków czy końskiego rżenia. Danyal dostrzegł jeszcze jak wielki głaz wyskoczył w powietrze po czym walnął prosto w płonące ognisko posyłając wokół całe kaskady iskier i płomieni.
   Mężczyźni zaczęli już wrzeszczeć i wiać na wszystkie strony. Danyal dostrzegł, w  jakimś przebłysku światła, pojedynczego bandytę z dobytym mieczem rozglądającego się dziko na wszystkie strony i wypatrującego napastników. Przez ich obozowisko przeleciał kolejny głaz, zwalił z nóg innego z bandytów i, pozostawiając za sobą wyjącą i drgającą konwulsyjnie sylwetkę, poleciał w dal.
   Przywódca ukląkł obok rannego, który teraz wył z bólu. W świetle ogniska błysnął krótki miecz i krzyk rannego przeszedł nagle w gorączkowy wrzask, który szybko umilkł w gulgocie krwi. I wtedy bandyci dosłownie zniknęli a ich kroki waliły w drogę poniżej pomimo, że lawina kamieni już się skończyła a tylko drobne kamyki i żwir przesypywały się po zboczu. Danyal poczuł w powietrzu kamienny kurz, który teraz właził mu dosłownie w usta. Chciał sobie też wyobrazić, co też stało się z samotnym podróżnym. Jego obozowisko zostało zasypane grubą warstwą gruzu i nic nie wskazywało na to, że coś mogło się tam ruszać.
   Powoli i ostrożnie chłopak zaczął schodzić w dół. Zobaczył Zmorę, który w jakiś sposób dostał się na drogę. Koń pokiwał łbem beznamiętnie na widok chłopaka przedzierającego się pomiędzy kamieniami. Nagle z cienia doleciał ich głos.
- Hej, tam – zawołał podróżny.
   Podszedł parę kroków do przodu a wtedy Danyal zorientował się, że obcy cały czas chronił się pod skałą, pod którą zagnały go miecze bandytów.
- Cz…cześć – wyjąkał chłopak – Wszystko w porządku?
- Tak sądzę – powiedział mężczyzna – Muszę przyznać, że z tą lawiną kamieni to czysty pech.
- Pech? – Danyal był zdumiony – Ta lawina chyba uratowała ci życie!
- Och tam – odparł człowiek – Ona tylko przegoniła precz tych ludzi. A jeden z nich właśnie miał powiedzieć mi swoje imię!
   Chłopak chciał już odpowiedzieć, że w jego oczach to wszystko wyglądało na coś groźniejszego informacyjne rozmówki. Tyle, że ten mężczyzna wyglądał tak poważnie, a nawet autentycznie rozczarowany, że Danyal zdecydował się na zmianę tematu.
- Nazywam się Danyal Thwait – powiedział niepewnie – A ty kim jesteś?
- Foryth Teel – odparł mężczyzna.
   Przyglądał się teraz uważnie książce, którą bandyci odrzucili pod skały.
- Nie jest uszkodzona – powiedział do chłopaka.
   Najwyraźniej sądził, że ten jest straszliwie zainteresowany stanem tomu.
- Dobrze – odparł młodzik – Ale teraz, Foryth Teel, może jednak pójdziesz ze mną? Chyba powinniśmy znaleźć nowe miejsce na obóz.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#22 2016-11-18 15:05:40

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Fistandantilus odrodzony

Rozdział 21
Umysł i Dusza Chaosu
374 AC

   W tych chwilach, gdy esencja Fistandantilusa stawała się irytująco, frustrująco przytomna arcymag zdawał sobie sprawę, że musi wegetować w ciele kendera przez dziesiątki lat. Męczyła go żądza ucieczki, pożądał doświadczenia mocy, która dostarczyłaby ofiar, dusz jakie mógłby wchłonąć, żyć, których użyłby do odrodzenia bezprecedensowej mocy. Te pragnienia nie zostawały jednak zaspokojone i tylko przypominały dzieje dawno minionej epoki mocy i magii.
   Wraz z upływem czasu ten głód stawał się już głodówką. Potrzeba zemsty narastała. Rozwiązał to jednym posunięciem; odniósł oto wielki sukces… akt mordu niszczy całe miasta i niezliczone tysiące istnień.
   W momentach przebłysku świadomości pamiętał swój talizman; krwawy kamień. Czasami, okazjonalnie, wręcz czuł jak klejnot pulsuje mu w dłoni. Tak żywe były wspomnienia ciepła kamienia i jego witalności. Artefakt zawsze był konsumentem dusz a teraz wręcz dudnił zmagazynowaną mocą tysięcy pochłoniętych istnień.
   Kamień wciąż stanowił największą nadzieję arcymaga. Dzięki jego wysiłkom artefakt trafił do rąk człowieka, który mógł go użyć – człowieka, który ongiś był fałszywym kapłanem a teraz stał się przywódcą bandytów.
   Od czasu do czasu dusza Fistandantilusa usiłowała sięgnąć do przywódcy bandytów wykorzystując kamień jako kanał komunikacji. Człowiek był podatny na wpływy i co najmniej chętny jeśli chodzi o używanie klejnotu. Bywał też jednak uparty i niezależny i, miast się całkowicie podporządkować, nauczył się używania krwawego kamienia do własnych celów. Z kolei w wyniku kompletnej niemożności ukierunkowania kendera arcymag nie był w stanie użyć swego gospodarza do odzyskania klejnotu. Stać go jednak było na cierpliwość. W końcu kiedyś pojawi się szansa by kender dotknął kamienia a wtedy Fistandantilus odzyska moc i władzę; fałszywy kapłan stanie się tylko narzędziem, wałęsający się kender będzie zgubiony a droga arcymaga do odzyskania ciała będzie przed nim stała otworem. Póki co jednak Fistandantilus pozostawał cierpliwy i pozwalał, by moc kamienia krzepiła mężczyznę i powstrzymywała jego starzenie.
   Prastary byt był także świadomy jeszcze innej, potencjalne drogi wiodącej do życia. Para oczu, która od czasu do czasu dawała Fistandantilusowi tak dziwne widoki, że nawet w tak ulotnym stanie zdawał sobie sprawę iż nie mogą pochodzić z otoczenia kendera. Nie to jakieś inne oczy, oczy mocy i magii, lecz pozbawione cielesności, ciała, tkanek czy łez.
   Kiedy obraz z tych oczu stawał się wyraźny arcymag widział ogień i dym, mroczną jaskinię, w której bulgotała i syczała stopiona skała.
   Widywał czasem nikczemny obraz; wielki łeb pokryty łuskami i wyrastające z niego kły. Łeb ten wpatrywał w bezcielesne oczy czaszki przez szparowate, żółte, złośliwe źrenice. To był wielki smok próbujący jakoś obcować z czaszką. Fistandantilus poczuł się zmuszony do ostrożności; wiedział doskonale, że takiej bestii nie jest w stanie kontrolować, nawet w tak ograniczonym zakresie jak tego kapłana Poszukiwaczy. Na krótką chwilę moc arcymaga wzrosłaby strasznie, zwiększyłaby się do poziomu czaszki i krwawego kamienia. Taki czar z pewnością zdruzgotałby intelekt i wolę kendera. Moc starego czarodzieja nie mogłaby być w żaden sposób podtrzymywana a wtedy powstający w umyśle kendera chaos dopadłby i jego umysłu i rozdarł na strzępy wzrastające poczucie obecności w życiu. Świadomość czarodzieja by przygasła i tylko mógłby skrzeczeć w bezgłośnej zgrozie i frustracji aż wreszcie rozpuściłby się w wiecznym ugorze własnych ambicji. Tak więc kender, z odbudowaną świadomością i wolą, raz jeszcze został uwolniony by kontynuować kapryśną włóczęgę, którą zajmuje się przez tak niemający końca czas.
   Fistandantilus ledwie dawał sobie radę z zebraniem odpowiedniej ilości mocy  by być pewnym, że kender się nie zestarzeje. Czerpał z ogromu zapasu istnień jakie pochłonął i dzięki temu zachował młodość tego durnia na dekady upewniając się, że jego gospodarz nie doświadcza osłabiających efektów upływu czasu. Co do aktualnego posiadacza krwawego kamienia, to stary mag nie mógł pozwolić, by takie aż zanadto śmiertelne narzędzie cierpiało z powodu wieku, mógłby bowiem umrzeć nim wypełni cel przeznaczony mu przez arcymaga.
   Tylko, czy kiedykolwiek się uwolni?
   Fistandantilus nigdy, absolutnie nigdy, nie dopuszczał możliwości porażki. Był nieskończenie cierpliwy i wiedział, że kiedyś, w końcu potężny klejnot spotka się z włóczącym się kenderem. Widział już w wyobraźni tą chwilę. Słyszał krzyki ofiar bowiem prace czarodzieja to śmiertelna, pożerająca magia. A jego zemsta wymagać będzie wielu, bardzo wielu ofiar. Rozkoszował się przyszłym widokiem  masowej pożogi, rozgniecionych i bezsilnych śmiertelników, jeden po drugim, gołymi rękami.
   Przyszłe nagrody pozostawały tylko w mrocznej i mglistej pamięci bowiem teraz zaczął wyczuwać hamujące zlewanie się. Jego nadzieja, jego talizman zbliżał się coraz bardziej. Uczucie to nabierało mocy i ciała aż wreszcie mógł już usłyszeć puls wiernego serca, krwawy kamień Fistandantilusa. Był gdzieś tam, i był całkiem niedaleko.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#23 2016-11-29 17:44:35

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Fistandantilus odrodzony

Rozdział 22
Historyk na Wolności
Pierwszy Palast, Reapember 374 AC

   Miast poprowadzić drogą w którymkolwiek kierunku Danyal chwycił wędkę, kosz na ryby i poprowadził Zmorę i Forytha w górę strumienia. Przeszli co najmniej pół mili od mostu z szarego kamienia. Cienie kładły się tu gęste a i szlak był ciężki, lecz chłopak prowadził dalej z uporem uznając, że takie trudności zniechęcą takich co to chcieliby iść za nimi.
- No, tutaj powinniśmy być bezpieczni.
   Uznał wreszcie Danyal gdy dwójka ludzi i jeden koń wtoczyli się pod skalną niszę niedaleko brzegu strumienia.
- Jak najbardziej! – zgodził się Foryth, wciąż jeszcze okazując lekko zdezorientowaną wesołość – Gilean wie, że będę gotów na całą noc snu gdy tylko sporządzę kilka notatek.
- Hmm, sądzę, że jeden z nas powinien zawsze być czujny. Na wszelki wypadek, tamci ludzie mogą przecież wrócić. Możemy czuwać na zmianę.
   Chłopak nerwowo popatrzył w las. Podskakiwał na każdy ruch cienia, każdy szelest liścia czy trzask gałązki. Pomyślał z pewnym dreszczem o tym młodym, przystojnym bandziorze z dziwnie martwymi oczami. Wiedział, że ten człowiek mógł zarówno ich zabić jak i z nimi pogadać gdyby ich znowu znalazł.
   Danyal musiał przyznać, że nowy obóz stanowił wręcz idealną kryjówkę. Znajdowali się teraz w kolejnej grocie, niemalże całkowicie skrytej pod baldachimem zieleni drzew. Jak tylko będą tu siedzieć cicho będą całkowicie bezpieczni. Odkryć ich można tylko wpadając przypadkowo do samego środka kryjówki.
   Forythowi najwidoczniej brakowało Danyalowej praktyczności. Zdążył już przyklęknąć i skrzesać parę iskier na kupkę hubki jaką przygotował. Trochę się przy tym potrudził, lecz zdołał rozdmuchać tlącą się hubkę do jasnego płomienia. Machał teraz nad stertą suchych igieł sosnowych bezskutecznie usiłując rozpalić jeszcze większy ogień.
- Nie sądzisz, że lepiej byłoby się obejść bez ognia? – spytał młodziak – To znaczy, na wypadek gdyby tamci wrócili? Może ich tu prosto doprowadzić.
- Och, mniemam, że te zabijaki są już daleko – lekceważąco odparł podróżnik – A tak, co to ja miałem?
- Pozwól, pomogę – westchnął Danyal.
   Też chciał się trochę ogrzać a noc była wyjątkowo chłodna. Uklęknął i delikatnie zaczął dmuchać w lichutki żar. W takiej zamkniętej grocie trudno było określić kierunek podmuchów wiatru, więc Danyal tylko modlił się o nadzieję, że dym będzie odwiewany daleko od drogi.
   Po kilku chwilach tańczący płomyk pojawił się nad suchym chrustem i chciwie pożarł parę drzazg.
   Foryth skorzystał z migotliwego światła i oświetlił stronę książki wyjętej z jego plecaka spod skalnej ściany. Ponownie wydobył pióro i inkaust po czy rozsiadł się na płaskim kamieniu leżącym tuż za plecami.
- Naprawdę zamierzasz pisać? Teraz? – Danyal nie wierzył własnym oczom.
- No, oczywiście. Historię najlepiej zapisać gdy jest wciąż jeszcze świeża w pamięci historyka. Powiedz no mi, nie uchwyciłeś przypadkiem imienia tego mężczyzny, co? Tego młodego przystojniaka, który wyglądał na ich przywódcę?
- Nie obchodzi mnie jego imię! – krzyknął dany al i szybko ugryzł się w język.
   Dźwięk jego głosu odbił się echem od ściany lasu. Zniżył głos do chrapliwego szeptu.
- To jest bandyta, i pewnie tu wróci!
   Tyle, że Foryth był już całkowicie pochłonięty pisaniem, jedyną odpowiedzią był skrzyp ostrego pióra na karcie papieru.
- A więc tak… dnia Pierwszego Palast, miesiąca Reapember, roku naszej kroniki 374 AC.
   Odchrząknął po tym niemal rytualnym początku.
- Piątego dnia podróży z Haven, na Drodze Loreloch, napotkałem bandytów. Na mój obóz napadło o zmroku… zaraz, zaraz… ilu ich naliczyłeś?
   Nagłe pytanie kompletnie zaskoczyło Danyala.
- Eee… ooo… chyba było ich sześciu, może ośmiu, przynajmniej tylu widziałem. Mogło być nawet…
- A niech to, z takim szczęściem, nawet nie poznałem imienia tego zbója! – zdenerwował się historyk.
   Zdenerwowanie jednak nie wpłynęło na ciągłą pisaninę.
- Hmm, chyba – przypomniał sobie Danyal – chyba wołali na niego coś tak jak Kelry albo podobnie.
- Aaa… tak… chyba masz rację. A w każdym razie bardzo podobnie.
   Mężczyzna pisał pochylony nad stroną książki, mamrotał kolejne zdania pod nosem i pisał, pisał równymi, eleganckimi liniami. Raz nawet spojrzał w kierunku Danyala, lecz chłopak zorientował się, że Foryth go właściwie nie widzi.
- A tak w ogóle, to skąd się tu wziąłeś? – spytał Danyal, gdy Foryth, dotąd zajęty pisaniem, wyciągnął nagle rękę i parę razy zamrugał.
- Co? Aaa, dzięki. Herbata byłaby teraz cudowna – odparł samotny wędrowiec  i wrócił do pracy nad zapełnianiem pismem kolejnej strony.
   Pierzaste pióro kontynuowało ruchy wokół jego nosa rzucając mu na wąską twarz spory cień. Foryth Teel zanurzył pióro w inkauście i w całkowitym skupieniu zaczął żuć końcówkę pióra.
- Ale… ja nie mam żadnej herbaty – wtrącił się dany al widząc chwilową przerwę w ruchu pióra.
- Cóż, tak, byłoby miło - skinął głową Foryth, lecz wyraz jego twarzy wyraźnie wskazywał, że umysł historyka błądzi gdzieś daleko – Pomaga wygnać chłód z kości i w ogóle. Aaa… gdzie to ja byłem?
   Danyal westchnął głęboko. Pomyślał, że gdyby teraz poinformował historyka, że niebo właśnie wali im się na głowy to Foryth tylko zasugerowałby, oczywiści z ogromną uprzejmością, że doprawdy chciałby też troszkę cukru.
   Chłopak przetarł oczy i gapił się w płomienie. Z jakiegoś powodu mimo, że po raz pierwszy od opuszczenia wioski miał jakieś towarzystwo, czuł się bardziej samotny niż zwykle. Foryth Teel nie nadawał się nawet do zwykłej rozmowy. A jednocześnie samotny, roztargniony podróżnik wyglądał na bardzo mało przydatnego gdyby bandyci wrócili. Dan zastanowił się po raz wtóry nad płonącym ogniskiem. Wiedział dobrze, że taki ogień działa jak morska latarnia widoczna z bardzo dużej odległości, znacznie dalej niż w wąskiej grocie.
   Pomyślał nawet, że mógłby teraz wziąć ze sobą Zmorę i odejść dalej w górę strumienia, lecz nie umiał jakoś odwrócić się plecami do dziwnego podróżnika. A Foryth Teel, niezależnie od swego roztargnienia, przynajmniej nie wydawał się zagrożeniem. No i było to jakieś towarzystwo.
   Na koniec wreszcie historyk westchnął i podniósł wzrok. Książka wciąż jeszcze leżała otwarta na kolanach, lecz pióro właśnie odkładał ostrożnie na płaską kłodę gdzie umieścił też butelką inkaustu.
- Mówiłeś coś o herbacie? – spytał.
- Nie! – wściekłoś nagle wkradła się w głos Danyala – Pytałem coś tam robił na drodze a kiedy powiedziałeś, że napiłbyś się herbaty powiedziałem, że jej nie mam!
- Co? Och, wybacz mi, Proszę. Ja mam herbatę. To zajmie tylko minutkę.
   Danyal niecierpliwie czekał aż podróżnik wyciągnie ze swych pakunków cynowy kubek, zbierze weń trochę wody ze strumienia… o mało przy tym nie wpadając do wody… by potem daremnie wpatrywać się w migające płomienie w poszukiwaniu miejsca na umieszczenie kubka.
- Tutaj – westchnął chłopak i używając patyka rozgarnął trochę gorących węgli na boki – Postaw ten imbryk tutaj.
- Wspaniale! Ale zaraz, co to takiego chciałeś powiedzieć?
   Danyal już miał tylko potrząsnąć głową z rozczarowaniem… nawet już całkiem zrezygnować… gdy nagle Foryth rozjaśnił twarz niespodziewanym przypomnieniem.
- Och, tak… dlaczego tu jestem? Ośmielę się powiedzieć, że gdybym miał na to pytanie kompletną odpowiedź to już musieliby mnie dopuścić do kapłaństwa!
   Roześmiał się lekko skrępowany, lecz chłopak w tym uśmiechu nie dopatrzył się śladu dobrego humoru. Foryth tymczasem mówił dalej.
- Jestem w drodze do miejsca zwanego Loreloch. To tam dalej, na wzgórzach.
   Niedbałym ruchem wskazał mrok właściwie w każdym kierunku.
- Nigdy o takim miejscu nie słyszałem – przyznał Danyal – Tylko, że nigdy nie byłem jeszcze tak daleko Waterton.
- No cóż, to takie troszkę tajne miejsce. Po prawdzie, to większość ludzi nawet nie ma pojęcia, że ono istnieje. Jak słyszałem to jest nieduża wieś okalająca ufortyfikowany dwór, coś jak twierdzę dla paru zbrojnych. Pan tego miejsca nie ma za wiele do czynienia z zewnętrznym światem.
- A po co tam idziesz? – spytał Danyal.
   Chciał też wiedzieć, lecz już o to nie zapytał, jakim cudem taki oszołomiony badacz ma nadzieję na znalezienie miejsca raczej ukrytego.
- Fistandantilus! – krzyknął Foryth i wzniósł w górę palec.
   Zupełnie jakby to jedno słowo oznaczało klucz wszystkich jego planów i ambicji. Zauważył chyba jednak, że Danyal wcale nie został przygnieciony wrażeniem tego słowa zdecydował się kontynuować.
- Jestem historykiem. Poszukuję historii największego arcymaga Krynnu do naszej kroniki. W Loreloch przebywa mężczyzna, który przybył tam gdy kapłani Poszukiwaczy zostali przepędzeni z Haven.
- Słyszałem o Haven – głośno oznajmił chłopak – Niedługo po Kataklizmie właśnie stamtąd przybyli moi przodkowie.
   Foryth albo tego nie usłyszał, albo nie chciał się do tego odnosić. Ciągnął swoje.
- Ten mężczyzna, wyklęty Poszukiwacz, ogłosił, że Fistandantilus jest bogiem. Siebie samego ustanowił arcykapłanem tej religii. Przez pewien czas miał wokół siebie całkiem sporo wyznawców – oczywiście do czasu, aż Poszukiwaczy nie ogłoszono fałszywymi kapłanami.
   Danyal niechętnie przyznawał, że ta historia go wciągnęła.
- Wtedy właśnie nadeszły smoki, prawda? I wtedy ludzie dowiedzieli się, że i Paladine, i Mroczna Królowa wciąż tu są i mogą odpowiadać na modlitwy?
- Tak jest! Dwójka wielkich władców wciąż tu jest. Wielu innych bogów również. Jest Gilean, patriarcha wiary, którą wyznaję, jest też łagodna Mishakal. A i pozostali, choć mniej dobrotliwi, też tu są.
- Wróćmy jednak do mojej historii. Ten właśnie fałszywy kapłan został wypędzony z Haven. Z niewielką bandą współwyznawców zajął dwór w Loreloch tylko dla siebie.
- A smoczy władcy nie mieli nic przeciwko? – spytał Danyal – To znaczy, wiem, że mnie jeszcze wtedy na świecie nie było, lecz słyszałem, że w czasie wojny przyszli nawet do Waterton i kazali ludziom oddawać część z każdych zbiorów. Mówili podobno, że jak nie to wezwą smoki i zniszczą całe miasto.
   Chłopak aż się wzdrygnął na żywe wspomnienie takiego zdarzenia. Spojrzał katem oka na towarzyszącego mężczyznę i z ulgą spostrzegł, że Foryth najwidoczniej nie zauważył objawów zdenerwowania. Nie bardzo wiedział jeszcze z jakiego powodu, lecz wolał o smutnych przypadkach ostatnich dni jeszcze nie opowiadać.
- Mogli zrobić dokładnie to samo w Loreloch. Gileanowi wiadomo, że mogli posłać smoka by wymazał to miejsce do gołej ziemi gdyby byli niezadowoleni – przyznał mężczyzna – Mówiąc prawdę nie mam pojęcia czemu tego nie zrobili. Może po prostu nie zwracali na to uwagi a może Loreloch było za małym drobiazgiem by być warte takiego zachodu.
   Foryth odchrząknął. Danyal uznał, że mężczyzna po prostu porządkuje myśli i wraca do głównego wątku.
- Było coś absolutnie unikalnego jeśli chodzi o tego kapłana Fistandantilusa. W przeciwieństwie do innych Poszukiwaczy ten miał przynajmniej jeden nadnaturalny przymiot, nieledwie moc; chociaż przewodził sekcie przez mniej więcej sto lat nigdy się nie zestarzał. Mówi się ponadto, że przeżył wojnę, która skończyła się jakieś dwadzieścia lat temu. Zastanawiam się, czy wciąż jeszcze zachował młodzieńczy wygląd jaki miał gdy upadał jego kościół a on sam miał szczęście udać się na wygnanie.
- Szczęście? – zdumiał się Danyal.
- Powiedziałbym, że tak. Zwłaszcza w porównaniu ze śmiercią. A poza tym, nie kto inny tylko osobiście smoczy władca, dowódca smoczej armii, wydał na niego wyrok śmierci. A teraz, gdzieś z Loreloch, facet urządza od czasu do czasu rajdy na sąsiednie wioski, łupi na gościńcu prowadzącym do i z Haven oraz do prtów morskich.
- Rycerze Solamnijscy nie mają nic przeciw takim rabunkom?
   Danyal już kilka razy w życiu widział przejeżdżających przez Waterton uzbrojonych i opancerzonych wojowników. Miał wciąż żywo w pamięci wrażenie ich dostojeństwa, potęgi i wszechogarniającej atmosfery kompetencji i zdolności.
- Nikt chyba nie umiałby się im przeciwstawić – zapewniał gorączkowo.
- Co do tego ostatniego, pełna zgoda. Tylko, że rycerze od czasu wybuchu wojny byli strasznie zajęci. Najpierw musieli zaprowadzić siaki taki porządek we własnym królestwie no a potem przyszło im się zmierzyć z kolejną inwazją na Palanthas zaledwie parę lat po pokonaniu Mrocznej Królowej. A na dodatek Nowe Morze odcian was od centrum rycerskiej potęgi chociaż oczywiście jest tu ich przedstawiciel, Się Harold Biały. Tyle, że ma pod opieką ogromne terytorium. To wielka odpowiedzialność. Nie, sądzę, że Loreloch to zbyt mało by przyciągnąć uwagę Solamnijskich opiekunów.
- To po co tam idziesz? – naciskał Danyal.
- Mówiłem już! – Foryth wyglądał na poirytowanego, że chłopak nie zapamiętał odpowiedzi na to pytanie – Fistandantilus!
- On tam jest? Przecież mówiłeś, że już nie żyje.
- Nie, jego tam nie ma! Ale przywódca Loreloch to człowiek, który ogłosił się jako wyznawca arcymaga i ten człowiek się wcale nie starzeje! Oczywiście, że chcę go wypytać jak to robi.
- Jeżeli to takie sekretne miejsce to jek je znajdziesz? – zapytał Danyal na koniec.
- Och, oczywiście z pomocą mojej książki. Księga Wiedzy – wyjaśnił Foryth tak, jakby chłopak miał wszystko zrozumieć samo przez się. Danyal czekał i miał nadzieję, że historyk powie coś więcej. Tyle, że Foryth potrząsnął głową, jakby odpowiadał na jakieś głębokie, własne myśli a chłopak zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem nie było jeszcze innych powodów dla których mężczyzna wyruszył w taką podróż.
   Historyk powrócił do pisania coś tam pod nosem mamrocząc. Danyal poczuł jak jego powieki powoli stają się coraz cięższe. Położył się na plecach znajdując jakiś pozwijany, miękki korzeń, który posłużył mu za poduszkę. Po chwili już spał. Sen wypełniały mu obrazy smoków i rycerzy, wysokiego fortu gdzieś na szczycie góry oraz mrocznego lasu pełnego niebezpieczeństw. Długo uciekał, przemykał między drzewami, walczył o oddech lecz uciec nie mógł.
   Z głębiny snu zerwał go trzask łamanej gałązki a stało się to tak nagle, że mógłby przysiąc iż zasnął tylko na sekundę. Ale nie, ognisko przygasło już do ciemno wiśniowych, ledwo żarzących się węgli a Foryth, oparty o skałe tam gdzie przedtem pisał też smacznie spał.
- Obudź się! – syknął Danyal rozglądając się wokół pełen obaw.
   Gdzieś z głębi snu przypomniał sobie trzask pękającej gałązki i czuł już absolutną, ponurą pewność, że coś – coś raczej dużego – czai się w pobliżu. Zamrugał gdy cienie się poruszyły i nagle patrzył w przystojną twarz, którą jakby rozpoznawał. W szarym metalu odbijało się światło ogniska. Purpurowe błyski przelatywały po stalowym ostrzu.
- I jakąż tu zdobycz mamy? – spytał wytworny bandyta wodząc ciemnymi oczami od Danyala do Forytha i z powrotem – Wygląda na to, że nasza mała sieć złapała dwa ptaszki!


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#24 2016-12-04 18:06:47

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Fistandantilus odrodzony

Rozdział 23
Władca  Lorloch
Pierwszy Majetog, Reapember 374 AC

   Kiedy z mroku wyłonił się kolejny z bandytów Danyal aż wstrzymał oddech ze strachu. Nowo przybyły miał doprawdy wygląd łotrowskiego nikczemnika. Brakowało mu nawet jednego oka a oczodół zakrywała trzeszcząca, czarna łata. Niechlujna, zmierzwiona broda okrywała policzki draba a otwarta gęba zdradzała poważne braki w uzębieniu. Dan aż się odsunął czując oddech śmierdzący ale, czosnkiem i jeszcze innymi, ciężkimi do zidentyfikowania odorami.
- Dawaj sakiewkę, chłoptasiu – warknął prawie bezzębny bandzior.
   Spojrzał przy tym na Danyala z takim wyrazem złowieszczej gęby, że żołądek chłopaka zwinął się w przerażoną kulę.
- Ale… ale ja nie mam żadnych pieniędzy – wyjąkał.
   Przelotnie pomyślał o srebrnej klamrze u pasa i nerwowo obciągnął przód koszuli upewniając się że jego dziedzictwo jest ukryte.
- Żadnych pieniędzy? No, to jeśli będę musiał swój łup wykrwawić to na pewno to zrobię!
   Obleśny byk wydobył długi, zakrzywiony nóż. Klinga połyskiwała obustronnym ostrzem a jej brzeg już przyciskał gardło Danyala.
- Wstrzymaj się na chwilkę, Zack – powidział pierwszy z bandytów, ten o przystojnej i pozbawionej brody twarzy
   Niezależnie od podartej odzieży wywoływał jakieś poczucie szlachectwa, przynajmniej element wytworności. Widoczne to było nawet w sylwetce postaci stojącej teraz nad dwójką schwytanych i wyrażającej niejasny niesmak.
- Ach, Kelryn! – zrzędził Zack – Od tych żebraków niczego nie dostaniemy. Lepiej ich zadźgać i iść wesoło dalej.
- Nie – oznajmił przywódca przypatrując się szczupłej postaci Forytha Teela – Jestem zaciekawiony. Dlaczego nie wystraszyłeś się wystarczająco by odejść znacznie dalej? Zamiast tego rozpaliłeś ognisko, które poczuliśmy o całą milę dalej! I o co chodziło z tym, że chciałeś robić jakieś notatki?
- Jestem po prostu zwykłym badaczem. Próbuję wykonywać badania w terenie.
- Badania? – Kelryn popatrzył na Forytha z widocznym zdumieniem – Dziwne miejsce sobie wybrałeś na bibliotekę, obcy przybyszu.
- Prawdziwy historyk musi mieć wolę podróży do dziwnych miejsc.
   Kelryn wyglądał jakby nie usłyszał odpowiedzi.
- Masz towarzysza? – mruknął wpatrując się w twarz Forytha – A przez cały czas myślałem, że jesteś sam.
   Odwrócił się i popatrzył na chłopaka. Mężczyzna miał gładkie czoło, mocny podbródek i czyste, białe zęby. Mimo to Danyal zmusił się do pamiętania pierwszego wrażenia, jakie odniósł na jego widok – to był bardzo niebezpieczny człowiek. Oczy miał ciemne i teraz okryte powiekami, nie odbijała się w nich żadna ludzka emocja. Nawet kiedy się uśmiechał przywodził Danyalowi na myśl zębaty uśmiech głodnego kota.
   Młodzieniec wyczuł, że sytuacja całkowicie wyszła spod jego kontroli. Zdążył tylko mruknąć:
- Nie podróżowałem z…
   Gdy Foryth gładko wciął mu się w zdanie:
- To mój towarzysz. Kazałem mu obozować w pewnej odległości ode mnie ze zwykłej przezorności. Znacznie łatwiej mi się myśli i pracuje w samotności.
- Ba! – Zack okazywał coraz większą niecierpliwość.
   Przerażający mężczyzna którego ostry nóż już czuł ciało pod ostrzem a jedyne oko aż błyskało krwawą chętką patrząc na Danyal warknął.
- Jak mówiłem, szefie, kończmy z tym.
   Przywódca ponownie zignorował sugestie poplecznika.
- Jakaż jest natura twoich dociekań? – pytał.
   Foryth wyglądał na bardzo chętnego do udzielenia wyjaśnień.
- Podróżuję, żeby znaleźć pewnego człowieka. Ongiś był fałszywym kapłanem kultu Poszukiwaczy a plotki głoszą, że żyje gdzieś tutaj w miejscu zwanym Loreloch. Chciałbym z nim omówić pewne zagadnienia, które nas obu interesują.
- Rozumiem. Być może nawet mógłbym ci pomóc. A jakaż jest natura twych interesów z Mistrzem z Loreloch?
- Poszukuję informacji na temat prastarego maga Fistandantilusa, który odszedł z naszego świata dawno temu – powiedział Foryth – Powiada się, że ten Poszukiwacz jest w tej dziedzinie prawdziwym autorytetem.
- No i przybyłeś tu bu zasiąść u jego stóp?
- Err, w przenośni, tak. Poświęciłem wiele lat studiów na opowieści o arcymagu. Miałem nadzieję, że jego wiedza pozwoli mi wypełnić niektóre luki w wiedzy.
   Kelryn lekko się roześmiał. Danyal dojrzał jak te przymrużone oczy rozświetlił na chwilę blask prawdziwego entuzjazmu, który dawał się już teraz wyraźnie wyczuć.
- Sądzę, że być może chciałby się z tobą spotkać. Jeśli oczywiście pozwolę ci żyć.
- A co z dzieciakiem? – żałośnie zwiódł Zack – Mogę go dziabnąć?
   Danyal próbował odchylić się od jednookiego bandyty i jego ostrego noża, lecz skalista ściana groty szybko ten ruch powstrzymała.
- Powiedziałbym, że nie!
   Co dziwne, to Foryth Teel odpowiedział na pytanie.
- Moja praca wymaga obecności pomocnika. W przeciwnym razie nie dam rady uporządkować notatek i sporządzić precyzyjnego dokumentu. Potrzebuję chłopaka.
- Sądzę, że moglibyśmy coś poradzić w kwestii takiej asysty – powiedział obojętnie Kelryn – Prawdę mówiąc, jeśli tylko Zack nie ma zapewnionej regularnej rozrywki to zaczyna być raczej… mało zgodny. Sądzę, że powinniśmy dać mu chłopaka.
   Żołądek Danyal zwinął się ze strachu. Zwłaszcza zaś przeraził go znudzony ton głosu Kelryna. Był bardziej przerażający niż jawne okrucieństwo Zacka.
- Nie, nie – Foryth potrząsnął głową, lecz Danyal pomyślał, że nie jest on za bardzo przejęty całą sytuacją – Pamiętaj, że jest jeszcze sprawa nagrody…
- I jakaż to miałaby być nagroda? – Kelryn intensywnie wpatrywał się w twarz kapłana – historyka.
- No jak to, okup jaki chętnie zapłaci moja świątynia za mnie i mego towarzysza.
- Jaka świątynia? – splunął Zack i przykucnął aż spojrzał w twarz Danyala.
   Danyal skorzystał z okazji, że uwaga bandytów została odwrócona i wziął parę głębokich oddechów wdzięczny za czyste, nocne powietrze. Z bijącym sercem obserwował dalszą dyskusję.
- No jak to. Złoty Pałac Gileana w Palanthas, oczywiście. Patriarcha mego zakonu tym chętniej zapłaci okup im bardziej zostanie przekonany, że żaden z nas nie odniósł krzywdy znajdując się w twoich rękach.
- On kłamie! – warknął Zack popatrując jednym okiem to na historyka, to na chłopaka.
- Nie jestem taki pewny – mruknął w stronę poplecznika Kelryn Darewind – Może być i tak, mistrz świątyni będzie się starał chronić ich życie za pomocą monet z dobrej stali.
   Zwrócił się w stronę Forytha.
- Tak dla dobra dyskusji, jaka to mogłaby być nagroda?
   Historyk wzruszył ramionami.
- Nawet w przybliżeniu nie umiem powiedzieć. Nigdy jeszcze czegoś takiego nie doświadczyłem. Zawsze jednak możesz przesłać wiadomość z zapytaniem. A kiedy będziemy czekać na odpowiedź to może uda mi się przeprowadzić wywiad z Mistrzem Loreloch.
   Danyal obserwował wymianę zdań z mieszanymi uczuciami; niedowierzania, zdumienia i strachu. Był zdumiony, że ci ludzie mogli omawiać sprawy życia i śmierci z taką pewnością siebie. Jednocześnie poczuł, że oto jest najmniej ważnym elementem gry, która się toczy przed jego oczami.
- Hej! Oni mają tam konia!
   Zawołał głos z ciemności a cieniste sylwetki natychmiast ruszyły przez las kierując się na dobiegający dźwięk. Noc została nagle rozdarta głośnym rżeniem, potem nastąpił dźwięk ciężkiego, łamiącego gnaty uderzenia i bardzo ludzki wrzask bólu i strachu. Z krzaków wypadł potykając się mężczyzna przyciskający do ciała ramię. Wykręcony kształt ramienia wskazywał na złamanie. Mężczyzna upadł na ziemię i zawył z bólu.
   Z ciemności doleciało więcej jeszcze dzikiego rżenia. Zaraz po nim zabrzmiały przekleństwa, odgłos uderzeń i na koniec dźwięk szybkiego tętentu końskich podków oddalający się w górę strumienia. Przy ognisku pojawiła się jeszcze trójka bandytów pomagająca iść czwartemu, ciężko krwawiącemu z rany ciętej na czole. Po chwili jeszcze jeden wyczołgał się z lasu, podciągnął się na pniaka i przeklinając na czym świat stoi owijał kolano brudną szmatą.
- Ech, Gnar – zachichotał Zack – Nóżkę se złamałeś, co?
- Ba! Zrośnie się i będzie dobra!
   Grymas Gnara przeczył śmiałym słowom wyraźnie krzywiąc mu gębę. Popatrzył na Zacka, potem na Kelryna a Dan z niedowierzaniem zobaczył czyste przerażenie na jego twarzy.
- To nie jest normalny koń! W tą bestię wcielił się demon!  – warknął bandyta ze złamanym ramieniem, który z boleściwą miną usiłował teraz usiąść – Przysięgam, że widziałem ogień lecący mu z pyska!
- I złamał mi kolano jak młotem - zawył Gnar i zacisnął mocniej brudny bandaż.
   W międzyczasie zawył z bólu człowiek, któremu podkowa zraniła czoło. Siedział teraz i przyciskał ręce do potężnego siniaka na twarzy.
- Dziarskie zwierzę, to wszystko – warknął kolejny, potężnie zbudowany, wąsaty mężczyzna wyposażony w łuk i kołczan pełen strzał. Z pogardą popatrzył na obolałego kompana.
- Ty się po prostu nie nadajesz do trzymania uzdy takiego zwierza!
- Dlaczego więc nie złapałeś za linkę, Garald? – łagodnie spytał Kelryn.
-  Próbowałem, panie… próbowałem. Tylko, że ci durnie narobili takiego hałasu i bałaganu, że nim doszedłem to koń już się im wyrwał. Nie da się go już złapać, nie pieszo.
- Twój koń? – spytał Kelryn Forytha unosząc jedną brew – Bez wątpienia to właśnie zwierzę odpowiada za napaść na nas w twoim poprzednim obozowisku, co?
- Er… - Foryth, który krzywił się i drżał na sam dźwięk uciekającej Zmory, rozejrzał się niezbyt pewnie.
- Nasz koń – wypalił nagle Danyal – Jestem kompanem i sługą więc to ja muszę o konia dbać. Nazywamy go Zmorą.
    Z wysiłkiem powstrzymał grymas zadowolenia na widok wszelkich kontuzji, jakich dzielne zwierzę nie szczędziło tym łotrom.
- Trafnie – odparł Kelryn wyraźnie rozbawiony.
- Dość już tego! – warknął jednooki Zack – Zamierzamy ich załatwić i jechać dalej czy nie?
   Brudny paluch, delikatnie pieszczący ostrze noża, dawał wyraźnie do zrozumienia jakie są preferencje Zacka.
- Nie, chyba nie – Kelryn był twardy a wrażenie sprawiał bardzo pragmatyczne.
- Chłopaka też nie? – Danyal aż się otrząsnął, gdy cuchnący oddech nachylającego się bandziora wionął mu w twarz. Zack rechotał z okrutnym uśmieszkiem.
- Muszę rzec, że nagroda mojej świątyni zostanie ograniczona – a może i całkiem odmówiona – jeśli tak obiecujący, młody adept zostanie kościołowi odebrany przez przedwczesną i zbędną przemoc.
   Ton głosu Forytha sugerował, że uważa on iż jego przełożeni są w takich przypadkach lekko nierozsądni, lecz sam niestety nie ma władzy, by zarządzić bardziej praktyczne rozwiązanie.
- Nie, Zack, nawet chłopaka też nie. A przynajmniej jeszcze nie – rozkazał Kelryn z lekkim potrząśnięciem głowy – Znajdziemy inny sposób, żebyś mógł się zabawić – obiecał jeszcze rozczarowanemu nożownikowi nim zwrócił się do reszty bandy.
- Gnar, nogę masz paskudnie zranioną. Trzeba tego dopilnować. Co do ciebie, Kal – zwrócił się do rannego w głowę – Będziesz mógł iść. Nie mam żadnych wątpliwości.
- Nic, zobaczymy jak tam twoje ramię – Kelryn wskazał na mężczyznę, któremu cofający się koń złamał łokieć. Mężczyzna podszedł bliżej i przyklęknął. Przywódca bandytów ujął kończynę oburącz nie zważając zresztą na jęk bólu rannego wywołany podniesieniem ramienia.
- Fistandantilus! – krzyknął Kelryn i obrócił twarz w niebo – Wysłuchaj mych modłów i daj mi moc, bym mógł uzdrowić ramię tego nic niewartego sługi!
   Ciemną noc przeszyło zielone światło. Danyal aż sapnął czując nagle obrzydliwy zapach. Zupełnie jakby ktoś odwrócił całkowicie przegniłą kłodę drewna. Kelryn Darewind zesztywniał, zawołał jakieś dziwaczne słowa i chwycił zraniony łokieć.
- Dość! Nie!
   Ranny bandyta wrzeszczał z bólu i się wykręcał aż w końcu padł na ziemię i zaczął się wić. Jęczał, kopał osłabłymi nogami i ciężko oddychał a końcu legł nieruchomo i tylko dyszał jak pies. Po kilku chwilach takich męczarni podparł się jednak rękami i powli, z wysiłkiem zmusił się do wstania.
- Ten… ból zniknął – powiedział i wyciągnął ramię.
   Według Danyala ramię wyglądało na sztywne i zgięte pod nieco nienaturalnym kątem, lecz bandyta był najwidoczniej zadowolony, że męki się już skończyły.
- Wezwałeś imienia Fistandantilusa a potem go uleczyłeś? – Foryth Teel, podobnie zresztą jak i Danyal, był pod wrażeniem – Co tu właściwie zaszło?
- Kapłan wezwał moc boga… i rzucił zaklęcie – przywódca bandytów mówił o sobie w trzeciej osobie.
   Wyglądał na oszołomionego.
- To było zdumiewające! – oznajmił Foryth Teel.
   Złapał za książkę i szybko przewrócił parę kartek.
- Magia uzdrawiania to wyłączna domena bogów i prawdziwych kapłanów. Ale ty wezwałeś Fistandantilusa. Czy to oznacza, że ty…
   Pytanie zawisło w powietrzu.
- Ty jesteś Mistrzem z Loreloch?
- Rzeczywiście. Tak samo jak byłem Poszukiwaczem w Haven, „fałszywym” kapłanem Fistandantilusa.
- Ale… ale to była rzeczywista magia! Ty go naprawdę uzdrowiłeś!
- Zaskoczony?
- Raczej zdumiony.
   Foryth zamrugał oczami i potarł w zamyśleniu podbródek.
- Wyznajesz więc wiarę w boga nazwanego imieniem prastarego arcymaga  Fistanadantilusa? To fantastyczne!
- W rzeczywistości wyznaję prawdziwą wiarę w Fistandantilusa, boga równie autentycznego jak Takhisis czy Paladine!
- Ależ on był śmiertelnikiem. Był człowiekiem, nie bogiem!
   Foryth Teel był niewzruszony w swej opinii.
- Musi być jakieś inne wyjaśnienie. Być może jakaś niezgodność w tłumaczeniu!
- Nie, zapewniam cię, nic takiego.
- Lecz… lecz jak do tego mogło dojść? To niemożliwe. To musi być jakaś sztuczka…
- Gdybyś niedowierzał świadectwu własnych oczu musiałbym poddać w wątpliwość absurdalną sugestię na temat moich działań. Czyżbyś był takim samym głupcem jak wielu innych?
   Bandyta westchnął i w przesadnym geście wzruszył ramionami.
- Chyba będę musiał ci to wszystko udowodnić. Fistandantilus jest bogiem a ja jestem jego arcykapłanem! A wy, oczywiście, jesteście moimi więźniami!
   Już po chwili Kelryn znów był w świetnym nastroju. Pochylił się w tył i głośno roześmiał.
- A teraz, moi niespodziewani goście, bądźcie tak uprzejmi i zbierzcie swoje rzeczy. Chciałbym ruszyć przed świtem.
- A dokąd nas zabierasz? – ośmielił się spytać Danyal wciąż kątem oka popatrując na groźną postać jednookiego bandyty.
- No gdzieżby, do celu waszej podróży, oczywiście – Kelryn mówił jakby to pytanie stanowiło niespodziankę – Będziecie mieli szansę zapoznać się bliżej z lochami Loreloch, lecz czeka nas jeszcze parę mil drogi.
- Wspaniale! – zawołał Foryth Teel – Będziemy więc mieli mnóstwo czasu na rozmowę!
   Wspaniałe było według Danyala tylko to, że jego współwięzień zebrał pióra, inkaust i czajnik do herbaty a myślał dokładnie to co powiedział.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#25 2016-12-11 22:11:15

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Fistandantilus odrodzony

Rozdział 24
Kolejny Objazd na
Drodze do Wiary

Pierwszy Majetog, Reapember 374 AC

   Z mieszanymi uczuciami czystej ekscytacji i a jednocześnie najgłębszego żalu zasiadam oto moich notatek. Z jednej strony bowiem dokonałem zaskakującego odkrycia, które całkowicie zmienia zrozumienie historii; Fistandantilus bogiem! I to z kapłanem, który nie jest szarlatanem. Historię taką trzeba oczywiście zbadać a dowody poddać surowemu osądowi własnych oczu, lecz jest to już prawdziwa uczta dla badacza na ścisłej diecie.
   Z drugiej jednak strony sprawa ta nakłada na me barki tak ciężki płaszcz winy, że wątpię czy powinienem te notatki komukolwiek pokazywać. (Nie może to, oczywiście, dotyczyć wszystko widzących zmysłów mego zawsze neutralnego boga, tylko, że to właśnie owa neutralność leży u podstaw mej porażki. Muszę to natychmiast wyjaśnić.)
      Któż mi uwierzy? Oto Fistandantilus ani martwy, ani nieumarły; miast tego stał się nieśmiertelny! Patrzy na to, że arcymag zdołał jakoś sam siebie wcisnąć do panteonu Krynnu! I to też jest oczywiście nie do pomyślenia, lecz dowody widziałem na własne oczy.
   Kapłan religii, którą sam powołał zademonstrował moc uzdrawiania! Moc nieco ograniczoną, to trzeba zaznaczyć; Kelryn sam przyznał, że połamane kolano bandyty zwanego Gnarem zostało zniszczone zbyt mocno jak na możliwości uzdrawiania jego boga. Mimo to zaklęcie, jakie zademonstrował było całkiem wystarczające by pognębić me własne ambicje kapłańskie – ja przecież nie wyszedłem poza uzdrawianie złamanego paznokcie używając magii mej wiary.
   Dowód rzeczywiście był na tyle mocny by zaostrzyć mi apetyt, lecz muszę jeszcze dokonać dalszych badań. Czy Kelryn Darewind posiada krwawy kamień Fistandantilusa? I co może widzieć o dziwnych zrządzeniach losu, które cisnęły arcymaga do panteonu Krynnu? Kapłan Fistandantilusa, choć krnąbrny i hardy w rozmowie, przyrzekł mi jednak, że będę miał jakiś tam dostęp do jego własnych notatek. (Mawiał nawet, że jego biblioteka mieści się na szczycie wysokiej wieży co doskonale sprzyja refleksji i badaniom.
   Spoczywa jednak na mnie inny ciężar, fakt zdecydowanie przyćmiewający radość z dokonanego odkrycia, ciężarem tym jest wiedza o pobłądziłem okrutnie.
   Gileanie, oto wyznaję mój największy błąd, choć z całą pewnością jest ci on już znany. O jakże szybko bezstronny ogląd historyka i pozwoliłem sobie na działania wobec osób nic nie znaczących i to wiedząc dobrze, że takie działania muszą nieuniknienie odwieść badania od prawdziwie bezstronnego zdystansowania, jakie przystoi kronikarzowi.
   Dokładnie mówiąc, to okazałem nieufność – och, nie ma co starać się zaciemniać sprawy, lecz nazwać ją po imieniu; skłamałem – mówiłem w imieniu młodego podróżnego, którego bliżej poznałem tej samej nocy. Oczywiście nie jest on giermkiem w większym stopniu niż ja arcykapłanem, czy nawet tylko kapłanem. Działania moje miały na celu ukrycie prawdy, zmianę percepcji rzeczywistości u naszych wrogów, a wszystko dlatego, że egzekucja chłopca wytrącała mnie z równowagi. W rzeczy samej, Panie Bezstronności, to właśnie taka samolubna wątłość kazała mi okazać słabość.
   Dzięki temu co prawda chłopiec pozostał przy życiu, lecz przy jak strasznych kosztach dla mej obiektywności? Przeszukałem całą Księgę Wiedzy, szukając jakiegokolwiek znaku w sprawie srogości takiego afrontu, lecz księga złowieszczo milczy w tej sprawie.
   Zapominam się nawet w takim samo obwinianiu. Jest wszak moim obowiązkiem odłożyć na bok własną udrękę i wytrwale kontynuować drogę do celu jaka przywiodła mnie do tego zakątka Kharolis. Oszustwo o jakim tu mówię wydarzyło się na dwa dni nim zacząłem zapisywać te notatki; powinienem był pośpiesznie zapisać zdarzenia każdego dnia, w sposób jak najlepszy mogę w aktualnej sytuacji i widokach na przyszłość.
   Po ucieczce tego raczej przerażającego konia oraz po zaklęciu uzdrawiającym Kelryna bandyci związali mi ręce i poprowadzili w ciemności wąziutkim traktem (na którym zresztą parę razy się przewróciłem raniąc przy tym ręce a nawet raz rozkrwawiając sobie nos) aż wreszcie doszliśmy na powrót Traktu Loreloch i mostu z szarego kamienia. Dopiero wtedy zresztą zorientowałem się, że ten młodzieniec, Danyal Thait, został podobnie jak i ja związany i siłą prowadzony moim tropem.
   Wspinaliśmy się wietrzną, kamienistą drogą mając obolałe stopy i czując ogromne zmęczenie. Szliśmy przez resztę nocy. Nasz marsz spowalniał ranny Gnar, który potrzebował pomocy dwóch mężczyzna. Był to akurat dla mnie szczęśliwy zbieg okoliczności. Gdyby banda poruszała się naprzód ze swą normalną prędkością to bez najmniejszych wątpliwości ja byłbym osobnikiem spowalniającym przemarsz całej grupy. Pociągałoby to niezręczną dla mnie uwagę pozostałych, zwłaszcza zaś jednookiego Zacka.
   Nim wschód słońca zabarwił kolorami niebo znaleźliśmy się w niewielkim zagajniku karłowatych sosen ochronionych skalnym siodłem. Nie było to bynajmniej przejście przez łańcuch górski – mogłem dojrzeć wyższe i jeszcze bardziej postrzępione wzniesienia po północne stronie grzbietu – a jedynie miejsce w którym bandyci poszukiwali schronienia i odpoczynku na cały dzień.
   Uznałem, że choć to śmiałe bandyci Kelryna Darewinda to ludzie okrutni i spod prawa wyjęci to jednak w rzeczywistości obawiają się Rycerzy z Solamni. Jakże inaczej miałbym wyjaśnić polankę ukrytą głęboko w lesie, gdzie schroniliśmy się na resztę dnia? Należy też zwrócić uwagę na fakt, że jeden z mężczyzna ciągnął się nieco w tyle gdy tylko opuściliśmy drogę. Obejrzałem się nieco i ujrzałem jak ciągnie za sobą ciężką, pełną igieł sosnową gałąź. Wystarczyło to, by zatrzeć wszystkie nasze ślady.
   Słyszałem jak mężczyźni gadają chaotycznie jeden przez drugiego podczas długiej wędrówki a potem całodziennej bezczynności i wywnioskowałem, że wracają z bardzo pomyślnego wypadu na bardzo konkretnego przeciwnika. Kelryn zabrał ich wszystkich w celu zabicia stróża prawa na terenie, nad którym bandyci chcieli mieć pełną kontrolę. Pomimo wszystko misja chyba nie zakończyła się całkowitym sukcesem – Zack głośno uskarżał się, że jakaś dziewczynka, córka rycerza, dziwnym trafem zdołała im uciec z ich morderczej sieci.
   Humory mężczyzn wciąż jeszcze rozpalał okrutny sport a smutne opowieści o mordzie tylko podkreślały jeszcze ich zbrodniczość. Zdarzało się, że już nie potrafiłem rozważać ich czynów bez obrzydzenia. Wciąż jednak potrafiłem skupić się na swej wierze i zmusić umysł do uznania, że ich strumień w rzece czasu jest tak samo wart zapisania jak każdy inny.
   Danyal i ja leżeliśmy związani razem gdzieś z boku obozu. Prośba o uwolnienie i oddanie mi książki i narzędzi do pisania została odrzucona z gburowatym śmiechem.
   Brakowało mi przyborów do pisania by móc zapisać bieżące wypadki więc starałem się rozmawiać z chłopcem. Usiłowałem wyjaśnić mu swój niepokój związany z niedopatrzeniem obiektywizmu jakiego się dopuściłem co skutkowało moimi kłamstwami w kwestii jego osoby. Doceniał to w sposób wręcz zaskakujący, lecz sądzę, że było to po prostu naturalne. Jak mawia stare powiedzenie; nawet najlichsze życie jest nieocenionym skarbem da tego, kto nim żyje.
   Chłopak wykazywał oznaki bystrości i postrzegania w ciągu całej naszej rozmowy. Niestety, absolutnie nie podzielał mojego dylematu. W rzeczy samej natomiast okazało się, że tak bardzo ceni sobie fakt przeżycia, że wyglądał raczej na urażonego gdy wyznałem własną żałość z powodu utraty obiektywizmu historyka.
   W końcu jednak zostałem z uwięzi zwolniony i doprowadzono mnie do Kelryna. Sporo od niego zdołałem uzyskać informacji choć nadal nie dopuszczał mnie do sporządzenia notatek z rozmowy. Mogę mieć tylko nadzieję, że pamięć mam równie niezawodną jak pióro.
   Powiedział mi wtedy, że gdy Prawdziwi Bogowie powrócili na Krynn to wraz z nimi nadszedł Fistandantilus wyniesiony właśnie do boskiej mocy. Od tego boga Kelryn Darewind pożądał mocy. Powiedział mi, że używa jej by utrzymać żywą pamięć i wiedzę o arcymagu. Współwyznawcy utkali wielkie gobeliny ukazujące życie arcymaga a teraz Kelryn przechwalał się, że wspaniale zdobią one ściany Loreloch.
   Mamrotałem chyba, że to musiało być zniszczenie Skullkap co wyniosło arcymaga do boskości. To on przecież otworzył portal do chaosu, ścieżkę dla samej Mrocznej Królowej. Myślałem tak chyba na głos, lecz nie dostrzegłem najmniejszego nawet śladu zainteresowania moimi spekulacjami ze strony Kelryna.
   Miast tego wspomniał o czymś co nazwał „czaszką Fistendantilusa”. Dowiedziałem się, że jest to przedmiot, którego poszukuje z wielkim uporem, lecz gdy tylko usiłowałem czegoś więcej się o nim dowiedzieć to prawie zamknął usta. Rozważałem głośno niepotwierdzone plotki jakie zasłyszałem w Palanthas jakoby Fistandantilus egzystował wciąż jako nieumarły lich już po zniszczeniu Skullkap, lecz Kelryn Darewind roześmiał mi się tylko w twarz.
   Zacząłem wtedy napierać w oczekiwaniu na kolejne odpowiedzi na moje pytania, lecz nagle bandyta stał się niechętny jakiejkolwiek konwersacji. Zostałem na powrót przywiązany do drzewa i już we dwóch spędziliśmy dzień w nudząc się i podrzemując.
   Wraz z zapadnięciem ciemności znów ruszyliśmy na trakt. Bandyci poganiali nas teraz z widocznym pośpiechem. Maszerowaliśmy drogą zbiegającą w dół północnego zbocza łańcucha gór. U podstawy stoku doszliśmy do wartko płynącego strumienia a potem przeszliśmy przez krzepki mostek. Później znów pomaszerowaliśmy w górę a wtedy wyczułem, że zbliżamy się już do wyniosłych masywów Wysokiego Kharolis.
   Długa, nocna wspinaczka wyczerpała nie tylko mnie, lecz i wielu innych również. Tylko Kelryn nie okazywał żadnych oznak zmęczenia. Na zakończenie nocy znów rozbiliśmy obóz, tym razem w ciemnej głębi górskiej jaskini. Nasi porywacze tym razem zgodzili się oddać mi przybory do pisania więc pośpiesznie zacząłem spisywać wszystkie obserwacje, zapis historii ostatnich dni z najwyższą na jaką mnie stać obiektywnością i kompletnym brakiem zaangażowania.
   Kiedy jednak popatrzyłem na młodego chłopaka, który teraz spał snem sprawiedliwych tuż obok zdałem sobie sprawę, że to moje działanie utrzymało go przy życiu. Obawiam się, że już zawiodłem.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#26 2017-01-05 16:41:38

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Fistandantilus odrodzony

Rozdział  25
Smocze Gadki
Pierwszy Majetog, Reapember 374 AC

   Danyal zaciął wędkę i ujrzał jak pstrąg wyskakuje nad powierzchnię  rozsiewając krople wody i błyskając srebrnymi łuskami. Pociągnął delikatnie, lecz teraz już siły było za wiele i hak wyrwał się rybiego pyska. Wędka w dłoniach chłopaka stała się sztywna i ciężka.
   A wtedy jeszcze usłyszał krzyk ryby, krzyk tak pełny cierpienia, że nieomal złamał mu serce.
   I nagle to już on był rybą a nad jego głową zamknęło się lustro wody tylko, że pływać nie umiał! Był ciężko poraniony, poszarpany i krwawiący, na dodatek wciąż był na uwięzi długiej i mocnej linki, nie dawała się zerwać.
   Obudził się nagle całkiem spanikowany. Na koniec usiadł i mrugając patrzył na zadymione sylwetki w jaskini. Ubranie nasiąkło mu potem a włosy pozlepiały na czole. Musiał teraz nabrać parę razy głębokiego oddechu, wręcz walczyć o powietrze byle tylko przekonać samego siebie, że to był tylko senny koszmar. Mimo to poczucie tonięcia znikało bardzo powoli.
   Wciąż jednak był na długiej uwięzi – ta sprawa bynajmniej nie była koszmarem sennym. Linka wgryzała mu się w przegub, powoli tracił krążenie krwi w dłoniach, palce drętwiały. Drugi koniec pokręconej linki wykonanej z niewyprawnej skóry był bezpiecznie zawiązany wokół stosu drewna, dostarczonego zresztą do jaskini jakiś czas przed ich przyjazdem. Widział też jak Foryth Teel mrugając powoli wydobywa się z odmętów niespokojnej drzemki. Danyal pomyślał, że to właśnie jego rzucanie przez koszmarny sen mogło obudzić historyka, który jeszcze niedawno, zanim Dan zasnął, pisał coś zawzięcie.
   Tylko co to za wrzask? Danyal poczuł, że ten dźwięk jest częścią świata rzeczywistego, nie snu. Zdążył tylko dojść do takiego wniosku gdy usłyszał wściekły krzyk. Głoś mężczyzny załamał się szloch przechodząc w desperackie błaganie.
- Nie! Zostawcie mnie tutaj! Odejdźcie beze mnie! Zostanę w ukryciu jak długo będę mógł…
- Kończ z tym, Zack!
Te słowa, wypowiedziane spokojnie przez Kelryna Darewinda, ucięły jakąkolwiek dysputę. Z głębi jaskini dobiegał tylko cichy, bulgotliwy szloch.
   Danyal poczołgał  się do przodu na ile tylko długość liny pozwalała. Wyjrzał przed wejście do jaskini. Zobaczył właśnie jak Gnar, bandyta ze zgruchotanym kolanem, powoli pełznie do tyłu po ziemi a do niego zbliża się ze złośliwym uśmieszkiem Zack. W dłoni jednookiego bandyty jaśniało ostrze noża.
- Spowalniasz nas, stary – zarechotał Zack – Za dobry to nigdy nie byłeś, nie? A ztym twoim kolanem to jakby nas kotwica łapała!
- Na wszystkich bogów! Zostawcie mnie tutaj! – błagał ranny.
   Zack zadał błyskawiczny cios. Gnar usiłował się co prawda odtoczyć, lecz ostrze i tak przecięło mu krtań z cichym sykiem.
   Danyal z przerażeniem słuchał jak z płuc rannego ucieka ze świstem powietrze. Owinięta w szmaty noga bandyty była nienaturalnie sztywna i całą długością waliła w ziemię. Całe ciało Gnarla wygięło się w łuk a dłonie drapały ziemię przez przeraźliwie długi moment. I nagle, z westchnieniem ulgi, męczarnie się skończyły a ciało leżało już w ciszy.
   Kelryn Darewind odwrócił się i jego oczy napotkały wzrok chłopaka. Chłopak został przerażony ujrzanym obrazem – wyrazem głębokiego, nieugaszonego głodu – nie umiał jednak odwrócić spojrzenia. Wyobraził sobie tylko, że to przywódca bandy go atakuje i pożera.
- Jego rana była już zakażona – oznajmił Kelryn – Był już skazany a na dodatek nas wszystkich tylko spowalniał. Po prostu rozkazałem przyspieszyć nieuniknione.
   Zack spokojnie czyścił ostrze o ubranie zabitego. Jednym okiem popatrzył teraz na Danyla i wyskrzeczał.
- A  nieuniknione to ja!
   Danyal odczołgał się do ściany i starał się teraz wtopić w cień. Ze zdumieniem odkrył, że cały się trzęsie a mózgu dźwięczy mu tylko echo koszmarnych odgłosów śmierci Gnara. Odsuwał się jak tylko mógł daleko a jedynym marzeniem było natychmiastowe zniknięcie. Pamiętał opowieści bandziorów; morderstwo sir Harolda, nadziewanie jego dziecka na ostrze miecza, wszystkie okropieństwa jakie uczynili jego żonie. Zmroziło go. Pamiętał też, że była tam jeszcze dziewczynka, tak przynajmniej słyszał i miał teraz nadzieję, że przynajmniej ona jest bezpieczna.
   Tymczasem Foryth Teel, co chłopaka już całkiem nie dziwiło, zajęty był pilnym sporządzaniem notatek w swojej książce. Historyk musiał widzieć rozgrywającą się przed nim ponurą scenę, lecz jego twarz pozostała spokojna, nie widać było najmniejszej przykrości jaką niewątpliwie odczuwał.
   Danyal starał się zniknąć w kącie. Mimowolnie ujął ochronnym gestem zapinkę pasa. Obciągnął koszulę i upewnił się, że materiał zakrywa metalową broszę.  Wędkę i kosz na ryby zostawił gdy go schwytali a bandyci już później zabrali mu nóż. Może dlatego był tak bardzo zdecydowany zataić przed światem istnienie srebrnego dziedzictwa. Po krótkiej chwili wrócił Zack. Danyal był już pewien, że teraz oni zostaną zabici, lecz Foryth tylko lekko uniósł ręce pozwalając by mężczyzna przeciął skórzany rzemień wiążący go do słupa. Danyal się lekko zawahał, lecz uczynił to samo i z obrzydzeniem się odwrócił gdy kwaśny oddech rzeźnika owiał mu twarz.
   Uwięź chłopaka została przecięta i już po chwili obydwaj z Forythem stali rozciągając mięśnie i pobudzając krążenie krwi żeby jak najszybciej dotarła do wszystkich zakątków ciała. Obydwaj mieli dłonie związane w nadgarstkach, lecz przynajmniej mogli poruszać nogami, rozciągnąć je i rozluźnić skurcze grzbietu.
- Pośpieszyć się tam! – cisnął Kelryn Darewind wchodząc głębiej w jaskinię i zwracając się do dwójki jeńców – Musimy ruszać. Do następnej kryjówki mamy całą noc marszu. Chcę tam dotrzeć przed świtem.
   Danyal pomyślał, że przywódca bandytów jest jakiś nerwowy i zaniepokojony. Przez moment nawet popatrywał przez ramię i intensywnie wpatrywał się w cienie na krańcu jaskini.
- Ćśś… za minutkę będę się mógł znów poruszać – powiedział Foryth.
   Mówiąc to zachwiał się i utrzymał równowagę tylko dzięki oparciu się o ścianę jaskini. Kelryn wpatrywał się w mężczyznę a Danyal poczuł już dreszcz strasznej obawy.
- Pomogę ci – powiedział chłopak.
   Podszedł do historyka i podtrzymał za łokieć. Razem, wciąż jeszcze utykając, poczłapali w stronę wyjścia.
   Dwóch bandziorów zdążyło już zaciągnąć gdzieś w krzaki zwłoki Gnara, lecz miejsce mordu wciąż odznaczało się wielką plamą krwi. Danyal poczuł jak ta plama nieugięcie przyciąga jego wzrok.
- Dużo krwi w chłopie… w chłopaku też, jeśli o to chodzi! – syknął Zack wionąc gorącym oddechem prosto w ucho Danyala.
- Ruszamy! – warknął Kelryn.
   Zack tylko ze złością patrzył na przywódcę i poprowadził wszystkich do wyjścia.
   Na całe szczęście w tym czasie wróciło już Forythowi czucie w nogach i mógł poruszać się po skalistej ścieżce. W świetle prawie pełnego Solinari szli dalej na północ. Wspinali na krawędzi jednej z górskich ścian okalających dolinę wiodącą w wysokie partie Gór Kharolis.
   Maszerowali w ponurym milczeniu przez kilka godzin. Bandyci stali się opryskliwi podejrzliwi. Byle niespodziewany hałas wywołany spadaniem zwykłego kamienia wywoływał przekleństwa. Podobnie reagowali na każdy inny, choćby i zupełnie nieważny dźwięk. Danyal zachowywał całkowitą ciszę. Tak naprawdę to marzył, żeby o nim zapomniano i pozostawiono go w tej kamienistej dziczy.
   Prowadzący bandę Kelryn odstąpił w końcu na pobocze drogi i poczekał aż dwójka jeńców się z nim zrównała. Ruszył u boku Forytha Teel. Pozdrowił historyka zamyślonym spojrzeniem, które wyglądało bardzo złowrogo w przyćmionym oświetleniu księżyca.
- Nic na to nie poradzę, lecz odnoszę wrażenie, że tą podróż rozpocząłeś w kiepskiej kompanii a na dodatek fatalnie uzbrojonej. Co tak naprawdę wiesz o niebezpieczeństwach jaki mogą na czyhać w tych górach?
- No cóż – lekceważąco odparł Foryth – Kiedy już takie niebezpieczeństwa się objawią to ich dokładne opisanie jest zwykłą pracą każdego historyka. Na pewno nie jest moim zajęciem walka czy też próba zmian na Krynnie przez podejmowanie własnych działań.
- O mały włos nie zginąłeś opisując historię – odparł bandyta – A powinieneś wiedzieć, że ja nie jestem jedyną groźbą jakiej w tych górach powinieneś się obawiać.
- A jakież to inne niebezpieczeństwa na nas czekać mogą?
   Foryth już sięgnął po swoją księgę, lecz zdał sobie sprawę z komplikacji wynikających z prób jednoczesnego pisania i maszerowania. Wsunął księgę na powrót do plecaka rezygnując z dokładności natychmiastowego opisu.
- Tam jest smok – śmiało odezwał się Danyal.
   Zapomniał się wystarczająco mocno by jednak wziąć udział w rozmowie.
- Ach, tak jak giermek powiedział. I ma rację – Kelryn zwrócił się do Forytha – Przypuszczam, że widziałeś jaszczura w dniach poprzedzających nasze spotkanie?
- Nie! – zaprzeczył Foryth – Z pewnością coś takiego bym zapamiętał.
- Uhm, właśnie spałeś – Danyal szturchnął historyka łokciem – Smok przeleciał nad nami ale nie chciałem cię budzić.
- Co!?
   Foryth ryknął na chłopaka, który przez chwilę czuł, czego mógłby oczekiwać prawdziwy giermek, gdyby tak rozczarował historyka.
- Zawsze masz budzić gdy chodzi o smoka!
- Tak, panie. Zapamiętam to.
   Danyal nie był do końca pewny, czy historyk naprawdę wydaje mu takie polecenie czy też wzmacnia jego własną legendę giermka.
- A było tam dość światła byś mógł się bliżej przyjrzeć wielkiemu wężowi? – pytał Kelryn obracając teraz całą uwagę na chłopaka.
- Tak. Był czerwony… i ogromny – głos Danyal zaczął się załamywać na samo wspomnienie potwora.
   Chciał już opowiedzieć jak ten stwór zniszczył jego wioskę, jak spadł z nieba niosąc śmierć i zniszczenie do niewinnego Waterton. Nie ośmielił się powiedzieć nic więcej. Nie chciał ryzykować ujawniania zagadki swej znajomości z Forthem Teel, znajomości całkiem fikcyjnej która jednak stała się chyba jedyną przyczyną, że Danyal jeszcze żyje.
- Czułeś podziw?
   Chłopak pokiwał powściągliwe głową. Pamiętał jeszcze jak wnętrzności zaczęły mu się rozpuszczać w brzuchu na sam widok potwora. Nienawidził łez, które teraz wypełniały mu oczy. Kelryn na całe szczęście wziął ten pokaz emocji za nic więcej jak normalną reakcję po spotkaniu tak godnej podziwu istoty.
- Podejrzewam, że widziałeś czerwonego smoka znanego jako Flayze – oznajmił przywódca bandytów – Jest zmorą tych gór, znęca się i morduje wszystko – elfów, krasnoludów, ludzi. Nikczemny do gruntu. Nic nie sprawia mu większej przyjemności jak powolna śmierć wrogów. No chyba, że ma chętkę na nie całkiem zwęglone mięso.
- Znasz go?
   Danyal ze zdumieniem słuchał mężczyzny gadającego o latającym potworze z dużą dozą poufałości.
- W rzeczy samej. Ma coś, co cenię bardzo wysoko. Coś, czego bardzo pragnę. A co więcej, istnieją powody dla których nienawidzę go już od wielu lat.
- A co on takiego ma? – zapytał chłopak i natychmiast się odsunął.
   Oczy Kelryna stały się puste a twarz utraciła wszelki wyraz.
- Zawsze budź mnie widząc smoka! – ponownie naciskał Foryth jakby zdenerwowany faktem, że część rozmowy odbywała się niejako poza nim.
- Dlaczego? – marudnie odparł chłopak – Będziesz próbował go zabić?
- Oczywiście, że nie! – samo przypuszczenie było dla Forytha przerażające – Dlaczego? Przecież takie działanie strzaskałoby w gruzy pojęcie neutralności każdemu historykowi! Trudno wręcz pomyśleć o czymś bardziej niszczycielskim dla poprawnej roli obserwatora.
- Nie mówiąc już o tym, że zabicie smoka z pewnością nie należy do spraw najłatwiejszych – wtrącił Kelryn.
   Ton głosu ponownie był lekki i niedbały i Danyal, choć troszkę wbrew samemu sobie, poczuł lekką ulgę gdy taki oddalony, zdystansowany nastrój przywódcy szybko uleciał w dal.
- Jak można zabić smoka> - spytał młodzieniec.
   Niejasno pamiętał intencje, jakie przyświecały mu gdy ruszył w doliny z Waterton. Z dystansu doświadczeń paru ostatnich dni cel jakim było zabicie smoka wydawał się śmiesznie nierealny, by nie powiedzieć samobójczy.
- Najlepiej jest znaleźć drugiego, o wiele większego smoka, by zrobił to za ciebie – gorzko roześmiał się Kelryn – W ten sposób Mroczna Królowa została pokonana w czasie ostatniej wojny.
- Ale ten smok nie został zabity?
- Nie.
   Przywódca bandy poważnie potrząsnął głową rozważając swą odpowiedź.
- Jeśli uda ci się pożyć wystarczająco długo to stwierdzisz, że smoki wszelkiego rodzaju, wszelkich klanów i odmian koloru czy metali wciąż jeszcze żyją w ukrytych zakątkach Ansalonu.
- To jak to się dzieje, że nie rządzą światem?
   Danyal nie potrafił wyobrazić sobie niczego, co mogłoby powstrzymać Flayze jesliby potworowi wpadła do łba idea posiadania królestwa na własność.
- Dobre pytania. I coż by nasz historyk powiedział w tej kwestii?
   Foryth skrzywił się okropnie. Syknął parę razy. Poważnie rozważał pytanie. W końcu odparł.
- Wygląda na to, że chyba najpewniejszym powodem jest fakt, że po prostu tego nie chcą – powiedział na koniec – Gilean wie, że każdy z nich byłby zdolny do potwornego spustoszenia gdyby tylko zechciał. Walczą jednak głównie między sobą… przynajmniej wtedy, gdy nie śpią. A wielkie smoki sporo przesypiają. Czasem nawet dziesięć czy dwadzieścia lat trwa jedna drzemka. Każdy ze smoków jest bardziej zainteresowany własnymi wygodami niż czymkolwiek innym.
- A czy Rycerze Solamnijscy nie trzymają ich w szachu, no w jakimś sensie? – spytał Dan.
   Pamiętał wciąż połyskujące zbroje, potężne sylwetki i wielkie obycie, wręcz łaskawość, tych kilku opancerzonych jeźdźców jakich kiedykolwiek widział. Próbował sobie teraz wyobrazić ludzkiego wojownika walczącego z potężną, zabójczą siłą czerwonego smoka. Obraz był przerażający i Danyal poczuł się zmuszony przyznać, że taki zabójca smoków pewnie by jednak stanął wobec absolutnie niewykonalnego zadania.
   Kelryn i Foryth razem potrząsnęli głowami.
- Ba! – przywódca bandytów zmiął pod nosem jakieś przekleństwo – Rycerze to teraz stare baby, słabeusze obawiający się własnego cienia. Z czasów wojny nie pozostał już żaden z dzielnych lansjerów.
- To jest jednak dyskusyjne – zaczął historyk – Powinieneś jednak wiedzieć, chłopcze, że opowieści o konnych rycerzach zabijających smoki, nieważne jak bardzo ci ludzie mogli być odważni, jak czyste mieli serca i mocarne ręce, są tylko czymś na kształt legend i bajań. Nie, potężny smok nie bardzo ma się czego obawiać poza drugim potężnym smokiem.
- Ale musi być jakiś sposób! – Danyal upierał się tak mocno, że obaj mężczyźni popatrzyli nań z zainteresowaniem – No wiecie, trudno uwierzyć, że te wszystkie historie, wszystkie legendy o zabójcach smoków, o bohaterach i całej reszcie to tylko zmyślenia – zakończył nieco kulawo.
- Przypomnij sobie stare powiedzenie: nie wolno nie doceniać wyobraźni, pragnienia i barda – zauważył z lekkim chichotem Foryth – Większość opowieści o których wspomniałeś została wymyślona przez podróżujących minstreli, którzy po prostu potrzebowali niezłej opowiastki żeby zarobić na kolację czy kufel lub dwa niezłego ale. Takich poetów czy też artystów nie wolno mylić z prawdziwie studiującymi historię… a to znaczy, bezstronnych historyków.
- Psst!
   Ostrzeżenie nadbiegło gdzieś z poprzedzającego ich mroku. Danyal zesztywniał widząc jak schylona sylwetka Zacka znika z drogi. W jego ślady po chwili poszedł jeszcze jeden z bandy. Po chwili usłyszał kilka cichych, melodyjnych gwizdów. Wiedział już, że bandyci dopadli kolejną ofiarę.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#27 2017-01-05 19:50:02

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Fistandantilus odrodzony

Rozdział 26
Serce Krwi i Ognia
Około roku 374 AC
   Fistandantilusa dobiegł dźwięk. Przez uszy swego gospodarza usłyszał puls, Ten dźwięk był bliżej niż kiedykolwiek wcześniej. W bezcielesnym jestestwie krew zaczęła szybciej krążyć a przypomniany głód podrażnił język, wabił pamięć.
   Krwawy klejnot!
   Fistandantilus pożądał dotyku potężnego artefaktu. Wiedział, że dzięki niemu tajemne moce pozwolą mu okiełznać, a potem zniszczyć, tego diabelskiego kendera. Esencje czarodzieja ruszała się żywo… jak zresztą starał się przez dekady… byle tylko poczuć wreszcie moc.
   Po raz pierwszy na przestrzeni czasu swego uwięzienia był tak blisko sukcesu. W końcu zarówno krwawy kamień jak i kenderski gospodarz zbliżali się do siebie. Zbliżało się połączenie, które może otworzyć mu drogę do wolności i zemsty!
   Przez moment duch pławił się w wyczekiwaniu tortur swych ofiar, krwi, dusz i żywotów którymi będzie się karmił jak swą własnością. Był już całkiem zdecydowany zabić wystarczającą liczbę ofiar byle tylko zaspokoić głód, który go tak męczył przez niewyobrażalnie długie uwięzienie.
   Lecz wtedy jakaś inna moc wtrąciła się w jego tajemną świadomość. Moc, która przeszkadzała w prawdziwym połączeniu esencji czarodzieja z prastarym krwawym klejnotem! Jakaś tajemnicza obecność, cieniutka gaza spowijająca moc kontroli, maskująca jego siły. Była to jednak moc magiczna. Moc duchowa. Moc ducha. Walczyła o krwawy kamień z taką samą zajadłością, z takim samym poczuciem własności jakie napędzają wygłodniałą esencję czarodzieja.
   Mgliście wyczuwał, że ta moc była skupiona w pobliżu osoby człowieka, że rywalizowała z Fistandantilusem  i była wystarczająco potężna by blokować nadzieje maga na końcowy sukces.
   Kipiał ze złości, z nienawiści w stosunku do nowej komplikacji a mimo to wyczuwał, że krwawy klejnot wciąż się zbliża. Słyszał jego puls o głośnym, mocnym rytmie. Zagłuszał wręcz jego własny.
   I doprawdy, doprawdy był blisko! Talizman sięgał teraz do niego tak mocno, że nozdrzach czuł już jego ciepło, tak blisko, że niemal w zasięgu ręki. Mrowienie mocy i istnienia wywołało dreszcz w niematerialnym bycie maga. Rytm życie, będący tak długo tylko odległą sugestią teraz stał się ogłuszającym bębnieniem, ciągle rezonującym i napędzającym nienasycony głód i pragnienia.
   Tylko, że gorzkim faktem było iż krwawy klejnot był owszem w zasięgu, lecz zasięgu tylko żałośnie niesterowalnego kendera, osoby będącej niechcianym i niedopasowanym gospodarzem duchowej esencji Fistandantilusa przez więcej niż ostatnie stulecie.
   Ulotny duch miotał się w gniewie i kręcił, po omacku szukał najdrobniejszego choćby skrawka kontroli. Lecz wciąż znajdował przeszkodę, moc blokującą jego starania, konkurującą o moc klejnotu. Miast uzyskania władzy esencja zła mogła tylko rozpaczać gdy płomienny czar klejnotu zbliżał się tak, że już słychać było przesłanie witalności, nadziei a nawet samego życia.
   I nagle połączenie zostało strzaskane bez możliwości jego odbudowy, odrzucone przez tarczę jaka mógł wyczuć, lecz nie potrafił zidentyfikować. Rozwścieczony Fistandantilus obrócił całą moc swej uwagi w kierunku podróżnych. Szybko dostrzegł, że chodzi o ludzkiego chłopaka, osobę łatwo wyróżnialną z bezimiennej masy ludzkości.
   To był jego wróg. To było źródło maski tak potężnej, że zrównało się z mocą prastarego. Obecność, konkurująca esencja walczyła z nim i odsunęła go na bok. Przytłoczony Fistandantilus poczuł jak jego świadomość mu się wyślizguje.
   Kender znów był własnym panem.
   Natomiast inna osoba, ludzi chłopak, został dodany do listy tych, którzy muszą umrzeć.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#28 2017-01-10 18:28:36

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Fistandantilus odrodzony

Rozdział 27
Pogwizdujący Wędrowiec
Pierwszy Kirinor, Reapember 374 AC

   Danyal patrzył jak cała grupa bandytów skryła się w rowie podczas gdy Kelryn chwycił i pociągnął za sobą Forytha i jego samego za ramię prosto do kryjówki za wielkim głazem po drugiej stronie górskiej drogi. Zbocze za nimi było strome i skaliste podczas gdy po przeciwnej stronie grunt gwałtownie opadał i krył się w mroku. Chłopak zapamiętał jeszcze z dnia, że po przeciwnej stronie drogi teren opada gwałtownie i schodzi aż do górskiego potoku płynącego dużo niżej.
   Dan wpatrywał się w ciemność, lecz nie potrafił wypatrzeć niczego nadchodzącego ścieżką. Wszystko, co słyszał to tylko melodyjne pogwizdywanie, którego dźwięk narastał tym mocniej im dłużej czekali.
- Jak myślisz, kto to jest? – spytał Foryth a jego głos poniósł się daleko w powietrzu.
- Cisza! – syknął Kelryn ciągnąc historyka z drogi.
   Danyal w tym czasie niziutko przykucnął i zaczął wyglądać zza wielkiego głazu na drogę, by dostrzec pogwizdującego wędrowca.  Widział niewyraźne cienie zakapturzonych bandytów skrytych w rowie a światło księżyca czasem odbijało się od stalowych ostrzy. Chłopak przypomniał sobie ostrze Zacka. Przypomniał sobie bandycką chętkę do zanurzenia ostrej jak brzytwa broni we krwi właściwie kogokolwiek w zasięgu wzroku. Zaczął się modlić, by niczego nie świadomy wędrowiec nagle odwrócił się i zaczął uciekać w dół górską drogą.
   Dźwięki jakie po chwili usłyszał rozwiały wszelkie jego nadzieje, lecz jednocześnie wprawiły bandytów w wielką konsternację.
- Hej tam! Co wy tam robicie w tym błotnistym rowie? Tu na drodze jest doprawdy sucho!
    Ósemka bandytów Kelryna wyskoczyła na drogę i otoczyła szczelnym pierścieniem drobnego podróżnego, którego jako pierwszy dojrzał we mgle Danyal. Bandhci warczeli jak dzikie zwierzęta, lecz ich wygląd ani zachowanie nie zaskoczyły ani też nie wystraszyły samotnego podróżnika.
- Och, czekaliście na mnie? To bardzo miłe! Bardzo miło was poznać… Emilio Haversack, dp usług. A wy…?
- Kender! – oznajmił z obrzydzeniem Zack podchodząc jednocześnie bliżej do obcego, którego spokój wydawał kompletnie nie zmącony.
- Tak, oczywiście. Haversack to kenderskie nazwisko, poza tym… jedno z najlepszych, najstarszych i najbardziej poważanych spośród nazwisk wielu klanów, jeśli wolno mi tak o sobie powiedzieć. Co oczywiście zrobię bowiem nikt inny tego zrobi.
   Kender jakimś cudem wyminął otaczających go zbirów by swe ostatnie słowa wyrzec już prosto w stronę Kelryna, Forytha i Danyala. Nie wyszli oni jeszcze z ukrycia za wielkim głazem, co Danyal dostrzegł z lekkim zaskoczeniem, lecz drobny przybysz i tak podszedł prosto do nich.
- Emilio Haversach, do usług – powtórzył, ujął związane dłonie Danyala i entuzjastycznie nmi potrząsnął.
- Hej, on buchnął mi sakiewkę! – wrzasnął jeden z bandytów, krępy i ponury łucznik znany jako Bolt.
   Cała grupa obróciłe się w stronę kender.
- Co? O to ci chodzi? – Emilio dzierżył w dłoni niewielki, skórzany mieszek, sakiewkę o podzwaniającej zawartości – Musiałeś ją gdzieś zgubić. Łap!
   Kender cisnął sakiewkę w stronę Bolta, lecz ta w powietrzu się widać rozwiązała i wyleciał z niej strumyk srebra, który zaraz zaczął się toczyć i odbijać na drodze.
- Moja stal! – wrzasnął bandyta.
   Padł na kolana i starał się szybko pozgarniać monety z powrotem do sakiewki. Pozostali członkowie bandy ryknęli śmiechem i dołączyli do zabawy szybko zbierają i chowając do własnych kieszeni monety towarzysza.
   Zdumiony Danyal patrzył jak Emilio złapał dłonie Forytha w radosnym uścisku po czym głęboko skłonił przed Kelrynem Darewindem.
- Każdy potrafiłby dostrzec, że właśnie ty jesteś szacownym przywódcą tych śmiałych mężczyzn. Poznanie cię jest dla mnie zaszczytem. Emilio Haversack, do…
- Wiem, wiem – przerwał szybko Kelryn - … do moich usług. Tylko u licha, jakież to usługi może zaoferować kender? I dlaczegóż to miałbym je przyjąć, nawet gdyby zostały zaoferowane?
   Emilio dobrotliwie zachichotał.
- Dwa znakomite pytania. Tak naprawdę, to nie sądzę, żeby w okolicy było do spozycji wielu kenderów. Jeśli jednak jest coś co mógłbym dla ciebie zrobić to doprawdy z chęcią o tym pogadam.
- Zatrzymać tego przeklętego karła! – wrzasnął Bolt.
   Wciąż był chyba rozwścieczony utratą paru kawałków stali.
- Z gardła mu wyciągnę brakujące monety! – darł się na całe gardło.
- No wiesz, doprawdy – powiedział doprowadzony do szału Emilio – To ja ci tutaj oddaję zagubioną sakiewkę i doprawdy nie rozumiem takiego paskudnego sposobu postępowania. Obrażasz mnie!
   Wtedy właśnie Danyal spostrzegł, że jego więzy w cudowny sposób spadły z przegubów na ziemię. Pamiętając entuzjastyczny uścisk dłoni kendera pozdrowił teraz Emilio Havesacka z rosnącym podziwem.
   I z rosnącą uwagą. Tymczasem nieudobruchany Bolt zbliżał się do małego mężczyzny. Krótki miecz był już wyjęty a cała postać wyraźnie wskazywała, ze nie jest w nastroju do wysłuchiwania cwanych wyjaśnień.
- Hej! Mojej sakiewki też nie ma! – ryk oburzenia Zacka aż zatrzymał groźny marsz Bolta.
- To ta? – Emilio już trzymał kolejną, pełną monet, sakiewkę – Powinieneś być doprawdy bardziej uważny.
   Kolejna  sakiewka poleciała w powietrzu i ponownie deszcz monet, w towarzystwie okrzyków gniewu i radości, poleciał na ziemię gdzie potoczył się w trawę i korzenie drzew.
   Nawet Kelryn przystanął, opuścił dłoń na rękojeść miecza patrzył. W opinii Danyala patrzył z wyraźnym rozbawieniem w oczach. Przywódca bandy ruszył troszkę do przodu i stanął za plecami Emilio Haversacka. W końcu nie wytrzymał; oparł dłonie na biodrach zaczął głośno wyśmiewać błazeństwa swych ludzi.
   Chłopak rzucił spojrzenie na Forytha i spostrzegł, że historyk ze zdumieniem popatruje na luźne końce linki zwisające teraz z jego własnych przegubów. Dan poczuł już drgnienie nadziei, lecz szybko zostało ono przygaszone. Nawet uwolnieni z więzów nie zdołaliby raczej umknąć pogonie. Po krótkiej ucieczce zostaliby dogonieni i schwytani. Nie miał nawet ochoty myśleć, jakie środki ostrożności podjęliby bandyci gdyby ich dwójka okazała choć chętkę ucieczki. No a już w ogóle nie był zainteresowany reakcją Zacka, gdyby to on złapał uciekinierów.
- Hej, pozwólcie, że pomogę – zaoferował Emilio.
   Podszedł do mężczyzn, którzy na jego widok się cofnęli (każdy szybko choć bezwiednie sprawdził posiadane rzeczy wartościowe kładąc rękę na pasie, na sakiewce czy, w jednym przypadku, na cholewie buta).
   Kender zignorował widoczne zdenerwowanie i przeszedł przez całą bandę.
- Tutaj! – zawołał.
   Rzucił monetę w stronę Bolta.
- Jeszcze jedna!
   Tym razem błyszcząca moneta potoczyła się obok wyciągniętych rąk Zacka i, odbijając się po drodze, przetoczyła między nogami Bolta.
- To moja!
- Trzymaj te pazury z daleka!
   Dwójka bandytów skoczyła jednocześnie. Zderzyli się jeszcze w powietrzu i spadli razem na ziemię wymieniając ciężkie ciosy. Przetaczali się w te i we w te, pluli i klęli, tłukli się od jednego brzegu drogi do drugiego. W ciemności błysnęła stal i Danyal ujrzał jak Zack wydobył krzywy nóż.
- Żadnych noży!
   Wrzask Kelryna przetoczył się w nocy. Jednooki bandyta zaklął szpetnie, lecz cisnął sztylet daleko od siebie i miast tego zdrowo palnął Bolta w nos.
- Hej tam!
   Danyala aż obróciło w reakcji na niespodziewany dźwięk. O mało nie upadł ujrzawszy Emilio Haversacka stojącego tuż za plecami jego i historyka i popatrującego ciekawie w ich stronę.
- Nieźle tu namieszałeś – zauważył Danyal krzywiąc się na widok Bolta gryzącego przegub Zacka i wywołującego wycie wściekłości i bólu przeciwnika.
- Taaak – zgodził się kender ze skinieniem dumy – Właściwie to mógłbym tu postać i popatrzyć, lecz czy nie sądzicie, że czas nam już iść?
- Pst… jesteśmy tu więźniami – szepnął Foryth – Nie wolno nam…
- W tej chwili wcale nie jesteśmy więźniami! – syknął wściekle Danyal.
   Miał nadzieję, że kender pokrywał błazeństwami jakiś plan. Że nie chodziło tylko o to by wiać co sił w nogach w ciemną noc.
- Ma rację. Uciekamy!
- Lecz…
- Wiejemy! – upierał się Danyal.
   Złapał Forytha za ramię i pociągnął. Historyk niechętnie się zatoczył, rzucił okiem w stronę bandytów jakby miał wręcz nadzieję, że Kelryn zobaczy co się dzieje i takiemu nonsensowi jak ucieczka położy kres.
   Chłopak z kolei obawiał się, że ich sprzeczka i odejście przyciągnie uwagę bandytów, lecz szybkie spojrzenie w bok upewniło go, że i Kelryn dołączył do kręgu przyglądających się walce, która niedługo może się zakończyć. Zack właśnie wyrwał zakrwawioną rękę z zębów Bolta i teraz usiłował zacisnąć dłonie na szyi tęgiego przeciwnika.
- Tędy – powiedział Emilio i poprowadził w górę drogi – To miejsce wybrałem celowo.
   Dźwięki walki przycichały w miarę jak biegiem oddali się w ciemną noc. Danyal był napięty i wyraźnie wystraszony. W każdej chwili spodziewał się wrzasku podniesionego alarmu. Jednym dźwiękiem były jednak odgłosy toczonej bratobójczej walki, stawały się zresztą coraz bardziej intensywne.
- Tutaj.
   Emilio Haversack zatrzymał ich i wskazał na lukę pomiędzy dwoma głazami leżącymi na zboczu prowadzącym w dół od drogi.
- Siądźcie tu. Będziecie bezpieczni.
- Co? Jak?
   Danyal był zdumiony. W jego opinii miejsce było znakomite na kryjówkę, lecz co najwyżej dla jednej osoby. Dalsze obiekcje jednak przerwał dźwięk prawdziwego alarmu podniesione w dole drogi. Głos Kelryna  wyraźnie przebijał przez potężny chaos.
- Znaleźć ich! I do mnie z nimi!
- Ty pierwszy! Ja zaraz potem! – szepnął Emilio popychając Forytha do wskazanego miejsca.
   History ciężko westchnął i zszedł z drogi. I natychmiast zniknął z pola widzenia. Danyal usłyszał tylko wystraszone „uff”, lecz i ten dźwięk szybko ucichł.
- Teraz ty! – poganiał kender.
   Chłopak się nie wahał, zwłaszcza, ze tupot goniących mężczyzn był coraz głośniejszy. Postąpił w ślad Forytha i już po sekundzie stracił oparcie pod stopami. Znajdował się na śliskiej, gładkiej półce i już po chwili z niej leciał, ześlizgiwał się po błotnistej powierzchni z niesamowita szybkością. Z najwyższym wysiłkiem i dzięki zagryzaniu ust zdołał zdusić krzyk przerażenia, który dosłownie eksplodował mu w ustach.
   Skoncentrował się raczej na obserwacji otaczającego go zbocza. Cieniutka warstwa wody wypływająca z niewielkiego zagłębienia powodowała śliskość powierzchni po której teraz zjeżdżał nabierając coraz większej prędkości. Danyal zaczął się bać, że gdzieś tam w dole być Foryth, który będzie go usiłował zatrzymać i zostanie rozjechany przez taki niekontrolowany zjazd. A jeżeli jeszcze żleb przechodzi w jakiś wodospad? Wtedy tylko szybki bezceremonialny zjazd po oczekujących na dole twardych skałach.
   Ześlizg jednak trwał gładko i niespodziewanie długo. Poprzez szum, podskoki i poświsty wiatru Danyal jednak dostrzegł, że jeszcze jeden osobnik spada jego śladem. Przypuszczał – i miał taką nadzieję – że to Emilio mu towarzyszy. Modlił się, żeby kender który zaproponował taką trasę, miał jednak jakieś widoki na odniesienie sukcesu. Mimo wszystko, daleko było chłopakowi do zachwytu z powodu zjazdu. Przeskakiwał czasem nad jakąś kałużą błota, potem czuł twardą powierzchnię a czasem nawet kamienie darły go po grzbiecie.
   I nagle wyleciał w powietrze. Machał ramionami, kręcił w powietrzu jak oszalały i już był pewny smutnego końca. Nawet jednak wtedy instynkt kazał mu zachować ciszę.
   Wpadł do lodowatej i głębokiej wody. Impet uderzenia wybił mu dech z płuc. Gorączkowo wydostał się na powierzchnię chlapiąc wokoło byle tylko wynurzyć twarz i zaczerpnąć głęboki haust powietrza.
   Tuż obok do wody wleciał kolejny osobnik. O chwili Emilio wypłynął na powierzchnię i lekko rozcinał wodę ramionami. Dopiero teraz do uszu Danyala dobiegł dźwięk wyraźnie oznaczający czyjąś kotłowaninę i czkawkę. Dwaj pływacy złapali machające ramiona Forytha i pociągnęli go przez staw do miejsca gdzie już historyk mógł wydostać się na piaszczysty brzeg. Przez parę minut cała trójka leżała nieruchomo. Oddychali ciężko i starali się dojść do siebie . Powoli zaczęli sobie zdawać sprawę ze zmienionych okoliczności.
   Danyal zauważył, że nad głową zwisają mu liście wiecznie zielonych drzew. Chłopak uznał, że od strony drogi muszą być teraz kompletnie niewidoczni. Przebrnął przez płytką wodę by spojrzeć w górę. Ujrzał linię górskiego grzbietu majaczącą wysoko na nocnym niebie.
- Przypuszczam, że pomyślą iż dalej biegniemy drogą więc będą nas tam ścigać jakiś czas – wyjaśniał Emilio – Zjeżdżalnia, którą się tu dostaliśmy jest właściwie niewidoczna po nocy. Jeśli jednak będą tam jeszcze rano to z jej znalezieniem nie będą mieli wielu kłopotów. A wtedy znajdą i nasze ślady.
- A więc o świcie powinniśmy być już chyba gdzieś indziej – zasugerował Danyal – No i dzięki za uratowanie nam życia.
   Zadrżał gdyż chłód nocy dotarł do ciała przez mokrą odzież. Pomyślał teraz o wszystkich możliwych konsekwencjach długiej niewoli. Pomyślał o Zacku i jego nożu zawsze czekającym gdzieś w cieniu. Nie miał już żadnych wątpliwości. Kender naprawdę uratował im życie.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#29 2017-01-11 15:01:27

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Fistandantilus odrodzony

Rozdział 28
Tajemnicza dolegliwość
Pierwszy  Kirinor, Reapember 374 AC

   Danyala zaskoczyło nagłe poruszenie w zacienionych zaroślach. Obrócił się i machinalnie sięgnął do pasa po nóż rybacki, którego od dawna już tam nie było. Wytaężył wzrok by przebić ciemność, spojrzał i aż sapnął zaskoczony.
- Dziewczyna!
   Ukrywała się w cieniu wielkiego głazu nad brzegiem strumienia, lecz spostrzegłszy iż już została wykryta wyszła z pewnym wahaniem do przodu. Obronnym gestem ujęła Emiio pod ramię.
- To jest Mirabeth – powiedział kender z pełną powagi formalnością – Czekała tu na nas.
   W drobnej, szczupłej figurce, ledwie trochę wyższej od Emilia, było coś jakby znajomego. Danyal zobaczył kitkę, która rozdzielała się na dwie, długie wstęgi, spoczywające na obu ramionach. Miał już pewność.
- Nie jesteś po prostu dziewczyną. Jesteś tą kenderką, która opanowała Zmorę, i pokazałaś mi gdzie są jabłka!
- Tak… to byłam ja.
   Usłyszał jeszcze raz śpiewny głos, mięciutki i cichy a jednak tak przyjemny dla ucha.
- Wspaniale! Po prostu, wspaniale. Zaczekajcie… muszę to natychmiast opisać – oznajmił Foryth gorączkowo grzebiąc w sakwie – Karmiłaś naszego chłopaka jabłkami, tak?
- Zapomnij teraz o tej księdze! – syknął Danyal – Pamiętaj, że o świcie musimy być już daleko stąd!
- Chłopak ma rację – powiedział Emilio – Ostrożnie wybierałem dla was tą kryjówkę więc mamy pewien zapas czasu na starcie. Nie chciałbym jednak zwlekać tutaj za długo.
   Historyk wyglądał jakby miał zamiar się sprzeczać. Danyal wziął sprawy w swoje ręce i postąpił w stronę Emilio Haversacka. Sam poczuł się teraz jak jakiś kronikarz, taki tysiąc pytań cisnął mu się na usta a przede wszystkim; dlaczego kender miałby podejmować tak wielkie ryzyko? Miast tego jednak zmusił się do pomyślenia o sprawach bardziej praktycznych.
- W którą stronę mamy stąd iść? Gdzie mamy szansę na znalezienie jakijkolwiek kryjówki nim wzejdzie słońce?
- Jeżeli pójdziemy z biegiem strumienia to za parę mil dojdziemy do rzeki. Nie damy rady jej przeciąć, lecz w dolinie jest tam sporo gęstego lasu no i możemy iść brzegiem w lewo czy prawo. Marsz jest łatwy i sporo tam kryjówek.
- Więc będą przypuszczać ,że właśnie tam poszliśmy?
   Danyal starał się teraz dobrze wszystko przemyśleć. Pamiętał z jaką łatwością wykryto schronienie późno w nocy gdy spotkał Forytha Teel. W odpowiedzi Emilio tylko skinął głową.
- W górę strumienia jest też sporo lasów. Znajdziemy tam też wieczną zieleń, taką jak tu, osiki, i sporo łąk. Poza tym jest tam sporo urwisk gdzie strumień przekształca się w wodospad.
- Pamiętam.
   Rzeczywiście, Danyal spędził całą godzinę przed zachodem słońca obserwując tą właśnie dolinę. Co prawda patrząc z góry, z drogi na grzbiecie łańcucha, teren wokół strumienia na znacznie mniej niewdzięczny niż był w rzeczywistości. Nadal jednał chłopak nie uważał, że jakiekolwiek urwisko mogłoby być nie do pokonania.
- Powinniśmy pójść w górę strumienia – upierał się Danyal – W tamtej stronie raczej nas szukać nie będą a droga do doliny jest zbyt łatwa, zbyt oczywista.
- Zgadzam się – rzekł Emilio czym zdławił wszelkie obiekcje, jakie mógł wyrazić Foryth Teel.
   Ku zdumieniu wszystkich historyk także skinął głową.
- Loreloch jest gdzieś w tamtych górach wolałbym więc nie marnować czasu na marsz w dolinę.
   Danyal popatrzył na historyka z wyrazem kompletne zaskoczenia na twarzy.
- Nadal chcesz iść do Loreloch?
- Mój drogi chłopcze. Drobne komplikacje nigdy nie powinny odstraszać od poważnych badań prawdziwego, ciężko pracującego historyka.
- Komplikacje? Zostałeś schwytany! Na Gileana, trzymali cię żywego tylko z powodu okupu!
- Pst! Daje mi to wspaniałą okazję do kontynuowania wywiadu. Okazję, która bez mojej winy, została na jakiś czas odłożona. A teraz, jeżeli dobrze rozumiem powinniśmy już być w drodze?
- Dobrze gada – potwierdził energicznie kender.
   Prowadził Emilio mając obok Mirabet, zaraz za nimi człapał niezdarnie w ciemności Foryth. Danyal, wciąż jeszcze kiwając głową za zdumienia nad niepojętym uporem historyka, szedł w straży tylnej.
   Starali się wspinać w ciszy, lecz teren był ciężki, z mnóstwem zwisających nad głowami sosen, z dużą ilością skalistych urwisk więc często zdażało się niewłaściwe postawić nogę. W wyniku tego co i rusz ktoś się potykał na niewidocznych przeszkodach, strącał luźne kamienie po zboczu wprost do strumienia i ogólnie wytwarzając tyle hałasu, że według Danyala mogli pobudzić umarłych leżących spokojnie w mogiłach. Na całe szczęście nie spotkali żadnych znaków obecności w okolicy bandziorów. Emilio nawet zasugerował, całkiem  zresztą rozsądnie, że ci ludzie mogli najpierw ruszyć z powrotem drogą, i to nawet kawałek drogą, przypuszczając, że w ciemności uciekinierzy nie odważą się zaryzykować stromych zboczy, czy to w dół cz w górę od drogi.
   Utrzymanie tempa nie stanowiło problemu dla Danyala pomimo trudnego terenu. W rzeczy samej z niecierpliwością wypatrywał dalszej drogi gdy Foryth i Emilio zatrzymali się dla nabrania tchu. Przebyli nie więcej niż jedną milę więc młodziak stawał się coraz bardziej zaniepokojony, że wstające w końcu słońce musi wreszcie wychynąć zza horyzontu  i oświetlić wyraźnie błotnistą trasę ich ucieczki.
- Rozejrzę się trochę w przedzie – powiedział mijając historyka i kendera.
   Obydwaj usiedli już na kamieniach  nad brzegiem strumienia.
- Pójdę z tobą – powiedziała Mirabeth.
- Za minutkę dołączymy do was – przyrzekł Emilio a Foryth tylko skinął potwierdzająco głową.
   Kenderka nie wyglądała na zmęczoną gdy wspinała się dalej z Danyalem. Wybierali drogę pomiędzy wielkimi głazami. Łapali za korzenie i potężne gałęzie byle tylko wspiąć się wyżej. Chłopak w pewnym miejscu musiał wykonać niezły skok żeby znaleźć chwyt dla dłoni. Wspinając się potem po głazie ujrzał, że  odległość jest zbyt duża dla Mirabeth.
   Nie myśląc wiele wyciągnął się jak długi na kamieniu twarzą do dołu.
- Hej… złap mnie za rękę – szepnął.
   Ledwie pokonał głosem szmer płynącego niedaleko strumienia. Skoczyła i dosięgła jego dłoni zawisając na nie całym ciężarem ciała i mocno ściskając dłoń palcami. Miękkimi mokasynami błyskawicznie znalazła oparcie na skale i wspięła się na jej szczyt. Po chwili dołączyła do chłopaka.
- Myślisz, że powinniśmy może tu na nich zaczekać? – spytał Danyal obawiając się, że Foryth i Emilio mogą mieć problemy w tej części trasy.
- Tak – miękko odszepnęła Mirabeth.
   Oczy miała ogromne, omalże świecące w ciemności i – dokładnie jek wtedy gdy ujrzał ją po raz pierwszy przy koniu – Danyala uderzyło podobieństwo kenderki do ludzkiej dziewczyny.
- Podróżowaliście z Emiliem tego dnia gdy cię zobaczyłem nad strumieniem niedaleko Waterton? – zapytał.
- Szliśmy wtedy drogą – potwierdziła – Zobaczyłam wtedy sad i zachciało mi się jabłek. Emlio był zmęczony… spory kawał przeszedł tamtego dnia… więc się zdrzemnął gdy ja poszłam do drzew. Nie spodziewałam się tam ciebie, ani twojego konia.
- To nie był mój koń – odparł Danyal – Przynajmniej nie do czasu, aż go dla mnie powstrzymałaś.
   Odchrząknął i potrząsnął głową. Musiał odepchnąć falę melancholii. Nagle odczuł ciężkie uderzenie smutku, zatęsknił za niesforną i niewyszkoloną klaczą bardziej niż mógłby sobie wyobrażać.
- Gdzie ona jest… mam na myśli konia? Ci ludzie też ją dopadli?
   Cienkie brwi Mirabeth były wyraźnie zmarszczone ze zmartwienia. Na twarzy nagle pojawiły się linie wskazujące wiek, dawały się zauważyć w świetle księżyca.
   Danyal zachichotał z żalem, lecz i z pewną dozą satysfakcji.
- Tak naprawdę, to Zmora dopadła kilku z nich.
   Chichot chłopaka nagle się uciął, gdy tylko przypomniał sobie los Gnara, okulawionego kopnięciem konia i zamordowanego przez kompanów dla których jego dalsza obecność zaczęła stanowić niewygodę. Zastanawiał się co też mogło się ze Zmorą stać. Miał nadzieję, że koń ma się dobrze.
   Coś się niżej poruszyło i po chwili ukazali się obaj; Foryth i Emilio. Danyal pomógł obu dostać się na głaz po czy znowu ustawił się na końcu małej grupki uciekinierów. Szli dalej w górę pluszczącego obok nich strumienia.
   Po pewnym czasie stromizna przeszła w niewielką, trawiastą dolinkę. Grunt pod stopami stał bagnisty i miękki.  Poszli trochę bokiem doliny, śpiesznie maszerowali wzdłuż niskiego grzbietu skał gdzie teren był wciąż jeszcze otwarty, lecz spore kawały skal sterczały tu i ówdzie z dywanu traw i kwiatów. Strumień wyglądał jak srebrna wstążka, wciąż wijąca się meandrami na płaskim, niskim gruncie.
   Na koniec jednak skaliste ściany doliny się zamknęły a prąd wody wrócił do stromych i skalistych nurtów. Rosło tu znacznie więcej drzew. Danyal wciąż jeszcze obawiał się szybko nadchodzącego świtu więc taki parasol nad głowami bardzo go ucieszył. Weszli na jeleni szlak, wąski i kręty, lecz wolny od przeszkód jakie napotykali przez całą noc. Danyal człapał przez ciemny las i wciąż wysilał wzrok by nie stracić z oczu ciemnej szaty Forytha. Szedła za takim zamazanym kolorem bowiem teraz mogli się poruszać znacznie szybciej niż dotychczas.
   Ktoś aż sapnął z zaskoczenia, Foryth gwałtownie się zatrzymał a Danyal ostro wpadł mu na plecy.
- O co chodzi? – spytał chłopak odpychając na bok zmartwiałego historyka.
   Foryth cicho wskazał na coś na ziemi. Leżaca tam postać zwijała się i skręcała. Druga zaś, dzięki podwójnej kitce rozpoznawalna Mirabeth, klęczała obok i starała się uciszyć leżącego.
- Emilio! – krzyknął Danyal.
    Zapomniał w panice o ściszeniu głosu do szeptu. On też ukląkł obok kendera. Widział jak ich wybawca zwija się na wszystkie strony, wygina w łuk, rozszerza oczy i patrzy w dal.
- Co z nim? – szepnął Foryth kładąc dłoń na ramieniu Danyala.
- Nie mam pojęcia.
   Odpowiedział cichutko, lecz już przypomniał sobie mężczyznę w wiosce, który został chyba poddany czarom, miewał – jak nazywali to wieśniacy – „ataki”. Danyal strasznie się wystraszył, gdy ujrzał to jako malutki człopak, lecz dorośli odnosili się do sprawy z pełnym lekceważeniem. Dowiedział się już potem, że chociaż Starn wyglądał jakby przyszła nań ostatnia chwila, to po jakimś czasie „atak” mijał i mężczyzna budził się powoli bez widocznych szkód na zdrowiu. Po godzinie był już całkiem normalny.
   Objawy były tym razem bardzo podobne do tych, które wywoływało potężne zaklęcie. Kender dławił się i wydawał jakieś nienaturalne, gulgotliwe dźwięki wprost z głębi gardła. Danyal czuł się bezsilny patrząc jak Mirabeth ociera czoło Emilia po czym kładzie się obok niego i zaczyna uspokajająco szeptać prosto w ucho chorego kendera.
- Mogę w czymś pomóc?
   Danyal ukląkł obok kenderki, która nawet nie odwróciła wzroku od wyraźnie cierpiącego Emilia.
- Raczej nie – szepnęła – Często mu się to zdarza. Jedyne, co można zrobić to przeczekać i dopilnować , żeby sobie czegoś nie zrobił.
   Na koniec wciągnął kender długi, gwałtowny wdech i bezwładnie padł. Oddech zaczął mu się uspokajać, powoli przechodząc w rytm normalny dla osoby śpiącej. Kiedy jednak Danyal dotknął ręką czoła Emilia jego dłoń była natychmiast mokra od potu. Długa, brązowa kitka, teraz przepocona i lepka, zakrywała policzki kendera. Przez drobne ciało co i rusz przebiegały dreszcze i ciężkie drgawki.
- Musi tylko troszkę odpocząć – powiedziała Mirabeth – Po obudzeniu będzie kompletnie zagubiony ale myslę, że będzie mógł dalej iść.
- Zastanawiam się, czy nie powinniśmy gdzieś tutaj rozbić obozu – myślał głośno chłopak zauważywszy, że dość dokładnie schowani pod zielonym listowiem.
   Ledwie zadał takie pytanie a już zdał sobie sprawę, że wolałby zwiększyć jak najbardziej odległość pomiędzy nimi a miejscem ucieczki.
- Powinniśmy iść dalej jeśli tylko zdołamy – odparła kenderska dziewczyna.
   Parę minut później Emilio głośno jęknął a powieki zaczęły mu drgać. Na koniec otworzył oczy i nieprzytomnie rozejrzał się wokół. Spojrzenie kendera latało od Mirabeth do Danyala.
- Kim… kim wy jesteście? – spytał kender.
- Ja jestem Mirabeth a to jest Danyal. Ten mężczyzna tam dalej to Foryth. Jesteśmy twoimi przyjaciółmi.
   Danyal był zaskoczony taką oczywistością odpowiedzi, lecz dostrzegł, że Emilio doprawdy taką informację wchłania. A zatem nawet tego nie pamiętał!
- A ja… kim ja jestem?
- Jesteś Emilio Haversack, kender – odpowiedź Mirabeth była prosta i szczera – Z jednego z najstarszych, najszacowniejszych kenderskich klanów.
- Co… co się stało? Gdzie my jesteśmy?
   Emilio z wysiłkiem dźwignął się z ziemi, lecz para młodych musiała go przytrzymać w pozycji siedzącej.
- Jesteśmy w dolini jakiegoś strumienia Górach Kharolis – odparł Danyal – Dopadło cię zaklęcie. Czekamy teraz, aż ci się poprawi.
- Dopadło… zaklęcie? – kender był kompletnie zdumiony.
   Danyal potwierdził poważnym skinieniem głowy.
- Tak, ale wszystko będzie dobrze, nie martw się.
- Dzięki… ja…
   Nagle oczy kendera się wywróciły do wnętrza głowy. Wciągnął gwałtownie powietrze jakby się dusił i upadł plecami na ziemię.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#30 2017-01-14 11:39:32

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Fistandantilus odrodzony

Rozdział 29
Dziwna choroba
Pierwszy Misham, Reapember 374 AC

- Mam go! – wołał Danyal klepiąc Emilio po twarzy.
   Usiłował wymusić jakąś reakcję ze sztywnego, nieruchomego kendera.
   Mirabeth ponownie przyklęknęła obok dotkniętego niemocą towarzysza i cichutko przemawiał w najbardziej uspokajającym tonie. Słyszeli wszyscy jak charczał, wydawał jakieś nieartykułowane dźwięki, chociaż Danyalowi zdawało się, że parę razy wyłapał słowo „czaszka”. Po kilku jeszcze konwulsjach kender nagle wziął głęboki wdech i zapadł w bardziej normalnie wyglądający sen.
Po dłuższym czasie kender się poruszył. Po chwili siadł i rozejrzał się wokoło wzrokiem pełnym zdumienia.
- Możesz iść? – spytał Danyal, który aż się wstrząsnął widząc kompletną pustkę w oczach kendera.
- Iść… tak… tak, mogę iść.
   Głos kendera powoli nabierał siły i wyrazu.
- Dobrze – Dan odwrócił się w stronę Mirabeth – Chcesz nas dalej prowadzić? Ja mogę pomóc Emilio.
- Chyba jednak powinnam zostać przy nim – cicho odparła dziewczyna – Może ty być popróbował znaleźć ścieżkę?
   Foryth pozostał jako tylna straż gdy chłopak ruszył przez las starając się stawiać stopy na gładkiej, krętej ścieżynce, którą zresztą ledwie mógł dostrzec. Czasem czuł ukłucie strachu, czasem moment melancholii i tęsknoty za bezpiecznym łóżkiem na poddaszu rodzicielskiego domu. Przeganiał takie wspomnienia wiedząc, że już nigdy nie będzie tam mógł wrócić. Starał się tylko przebić wzrokiem mrok. Skoncentrował się na wyszukaniu wygodnej ścieżki prowadzącej w górę doliny.
   Ruszał się teraz szybkim krokiem. Powoli docierało do chłopaka, że właściwie to coraz lepiej mu idzie wypatrywanie ścieżki. Podniósł wzrok i dojrzał pierwszy ślad wschodu słońca między dwoma stożkami świerków; różowe światełko przedświtu sięgało już daleko w niebo.
   Idąc dalej w dobrym tempie usiłował Danyal skupić się teraz na wypatrzeniu dobrego miejsca na dzienną kryjówkę. Drobne kępy drzew, które właśnie minęli zaczęły się kończyć. Grupka uciekinierów ruszyła truchtem przez łąkę porośniętą wysoką trawą i opadającymi, zroszonymi kwiatami. Strumień zniknął im z oczu gdzieś po lewej stronie wpadając w coś rodzaju kanału nieco tylko głębszego niż poziom gruntu. Po chwili osłoniły ich ramiona wysokich sosen. Weszli do znacznie pokaźniejszego zagajnika.
- Wygląda na to, że ten las ciągnie się wyżej po ścianie doliny – zauważył Danyal gdy cała czwórka przystanęła na moment dla złapania tchu – Może powinniśmy zejść ze szlaku i ukryć się gdzieś wyżej przynajmniej do zmroku?
- Czy my przed czymś uciekamy? Spytał Emilio.
  Oczy kendera już nie były zabłąkane, były całkiem przytomne, lecz pytanie zadał z całkowitą powagą.
- Przed pewnymi ludźmi… złymi ludźmi. Opowiem ci to wszystko, jak znajdziemy schronienie – odparła Mirabeth – Do tej pory musisz nam po prostu uwierzyć.
- Tak zrobię – zgodził się kender spokojnie żując koniuszek własnej kitki – Tylko dlaczego nic nie pamiętam? Nawet własnego imienia?
- Już ci mówiłam. Jesteś Emilio Haversack – stwierdziła poważnie kenderska dziewczyna – I jesteś naszym przyjacielem. Na razie musi ci to wystarczyć.
   Emilio w milczeniu skinął głową. Usta mu się poruszały gdy cicho wymawiał niepokojąco obce głoski własnego imienia. Kilkanaście razy. W międzyczasie Danyal skulił się pod gałęziami sosen i znalazł małe przejście pozwalające przemknąć się przez las.
- Idź przodem – powiedział do Mirabeth, która ruszyła naprzód z Emilio i Forythem – Ja zatrę gałęziami nasz trop na wypadek, gdyby ktoś nas chciał wytropić.
- Dobry pomysł! – przyznał historyk, jednocześnie poprawiając sobie sznurowadła u butów – Chciałbyś, żebym ci pomógł?
- Eee, nie – odparł chłopak.
   Foryth poszedł śladem dwójki kenderów podczas gdy Danyal cofnął się po własnych śladach do brzegu łąki. Trawa była zdeptana i bez wątpienie jeszcze przez parę godzin będzie oznajmiać ich trasę więc raczej zdecydował się na zamaskowanie drogi przez las.
   W wielu miejscach ujrzał odbicia stóp, głównie historyka, widoczne wyraźnie w miękkim gruncie pokrytym rozsypanym igliwiem. Zacierał je pracowicie gałęzią wracając stopniowo po własnych śladach. Nagle do głowy przyszedł mu pewien pomysł. Wyszedł na łąkę w miejscu gdzie widniały ostatnie ślady. Przedłużył trop własnymi stopami skręcając jednocześnie w stronę strumienia. Zdeptał trawę upewniając się, że zostawia wyraźne ślady.
   Kiedy doszedł na skraj wody dostrzegł, że brzegi są tu urwiste i wysokie, nawet troszkę wyższe od niego. Niedaleko niżej biegu strumienia woda szemrała wesoło po płaskim, żwirowaty dnie a głębokość nie przekraczała jednej, czasami dwóch stóp. Zeskoczył z wysokiego brzegu, ześlizgnął się niżej celowo zostawiając wyraźny ślad w błocie oraz odcisk stopy na samym skraju wody. Następnie opłukał stopy z błota i wspiął się na kilka głazów, w ten sposób dotarł aż na brzeg lasu. Uchwycił się sosnowego korzenia i wciągnął pod niskie gałęzie do bezpiecznego schronienia. Tuatj już stąpał ostrożnie aż wrócił do prawdziwego szlaku i dalej zaczął go zacierać. Dotarł wreszcie do miejsca gdzie pozostała trójka skręciła w stronę głębokiego lasu.
   Danyal starannie niszczył każdy ślad przejścia. Odczuwał czasem dreszcz emocji i przestrachu na myśl, że właśnie stara się oszukać Kelryna Darewinda, Zacka i całą resztę bandytów. Część osobowości chłopaka, ta poważna i praktyczna, wciąż obawiała się, że bandyci mogą jednak pójść ich tropem. Druga jednak krzywiła wykrzywiała twarz w grymasie zadowolenia; była pewna, że tak dokładne maskowanie z pewnością pokrzyżuje plany bandyckiemu przywódcy jak i całej grupie oprychów.
   Kiedy już tak przepracował ze sto albo i więcej kroków szlaku Danyal wcisnął gałąź pod drzewo i potruchtał za towarzyszami. Ich ślady były ledwo widoczne na gładkim poszyciu lasu. Niewiele brakowało, żeby przebiegł obok kępy kolczastej dzikiej róży rosnącej u podstawy skalistego zakątka. To chyba krzak go zawołał gdy był już blisko:
- Sssst! Dan… tędy.
   Zatrzymał się. Rozejrzał uważnie. W końcu dostrzegł skraj ciemnego przejścia do podstawy skalnego pagórka. Ostrożnie przesunął się obok kłujących krzaków. Omijał kolce a jednocześnie uważał, żeby nie zostawiać żadnego śladu wejścia.
   Foryth, Mirabeth i Emilio stłoczyli się w niewielkiej, skalnej alkowie. Miejsce było za drobne żeby nazwać je jaskinią, lecz oferowało dość miejsca by się tam mogli schronić. No, przynajmniej dopóki ktoś nie zechciałby się położyć i wyciągnąć nogi. Co jednak najważniejsze, byli ukryci nawet od strony lasu.
- Ty jesteś Danyal… przynajmniej tak mi powiedzieli – powiedział Emilio gdy tylko chłopak wcisnął się do kryjówki i w miarę wygodnie usiadł – Miło cię poznać… ponownie.
- Uhm, mnie również miło.
   Taka nagła utrata pamięci wydawała się chłopakowi bardzo dziwna, lecz i tak był zadowolony widząc jak wraca normalna żywotność Emilia. Dan bardzo chciał mu zadać jedno pytanie; skąd u licha wpadł mu do głowy pomysł, żeby ich ratować? Wątpił tylko, żeby kender w swym obecnym stanie znał odpowiedź. Z pewnością jeszcze nie teraz. Poza tym nie chciał przysparzać kenderowi większych jeszcze zmartwień z powodu uświadamiania mu jak wiele pamięci stracił. W każdym razie i tak wyszło na to, że to kender zaczął zadawać pytania.
- Foryth mówił mi, że podróżowałeś po górach samotnie a jeszcze Mirabeth wyjaśniła, że twoja wioska została napadnięta i spalona przez smoka. Bardzo mi przykro.
- Nie powinno ci być. Przecież to nie twoja wina.
   Odparł krótko Dan, sam zresztą zdziwiony własną, zjadliwą reakcją. Wiedział tylko jedno z całą pewnością; nie chciał litości. Gorzko się roześmiał na samo wspomnienie planów jakie żywił dawno temu – czy to było tylko cztery dni? – gdy jego cały świat uległ zagładzie.
- Byłem w drodze by zabić smoka – przyznał wstydząc się jednocześnie wcześniejszej, brutalnej reakcji – Przypuszczam, że nigdy nawet nie pomyślałem jak chcę tego dokonać. Wszystko co miałem to wędka i niewielki nożyk. A nawet tego już nie mam!
   Ponownie się szorstko roześmiał. Czuł, że jest już bardzo bliski płaczu.
- A jak to jest z tobą? – ku uldze Danyala Emilio zwrócił się teraz do Forytha – Czy te twoje studia często wyciągają cię tak daleko od biblioteki świątynnej?
- Err, nie – odchrząknął Foryth.
   Danyal wyczuł, że temat nie jest dla historyka zbyt wygodny, że tak naprzwdę to nie bardzo ma ochotę o tym rozmawiać. Tym bardziej jednak zaciekawił chłopaka, który teraz zapragnął poznać opowieść Forytha.
- Tak naprawdę to po prostu dano mi szansę, chyba ostatnią szansę, wyświęcenia na kapłana Gileada.
- To jest jakiś rodzaj testu? – zdziwił się Danyal – Dotrzeć do Loreloch?
- No może jednak nie dokładnie o to chodzi. Widzicie, studiowałem kapłańskie sekrety przez wiele lat, lecz nigdy nie byłem w stanie rzucić żadnego zaklęcia. Wznosiłem modły do Gileana, błagałem o wskazówki, o choć odrobinkę mocy. Nic z tego.
- A jeśli tego zaklęcia nie rzucisz…? – dociekał chłopak.
- To nigdy nie zostanę kapłanem. Cel mojego życia, wszystkie owoce moich prac, napisane woluminy… wszystko na darmo.
- Ooo, nie sądzę! – sprzeciwił się Danyal – Opowiedziałeś mi historię o Fistandantilusie. To była dobra historia. Przecież nie musisz rzucać zaklęcia, żeby słowa jakie zapiszesz na papierze, historie jakie opowiesz, coś znaczyły. Coś naprawdę ważnego.
- Lecz zawsze najbardziej szanowani historycy Krynnu byli przy tym kapłanami Gileana – jęknął Foryth – A wszystko, czego potrzebuję to możliwość rzucenia jednego, najprostszego zaklęcia, które dowodziłoby mojej wiary. A wtedy dołączę do wielkiego szeregu!
- No, w tym przypadku nie liczyłbym wcale na kapłanów Poszukiwaczy – kwaśno mruknął Danyal – No i nie wierzę, że nadal chcesz iść do Loreloch!
- Ważniejsze to teraz nawet bardziej niż przedtem. Po prostu muszę zobaczyć te pisma, zapiski Kelryna Darewinda. W jaki sposób arcymag stał się bogiem? Gdzie przebywa? Czy są może jeszcze inne aspekty tej wiary? A może jeszcze gdzieś na Krynnie są inne jego sekty? Takie pytania wymagają odpowiedzi.
   Historyk wciągnął głęboko powietrze. Zastanowił się i mówił dalej.
- Tylko niewiele detali na temat Fistandantilusa umknęło przed światłem pochodzi historyków. Niestety, szczegóły śmierci, czas powstania Skullkap i późniejsze zdarzenia zawsze domagały się dalszych badań. A wszystko teraz wskazuje na fakt, że okoliczności, których istnienia nawet nie podejrzewaliśmy, są niezmiernie ważne!
- No i zamierzasz badać te sprawy, lecz tylko trzymając się z dala, nie włączając się? – spytał Dan, pamiętając zresztą niepokój historyka, gdy mówił o swej interwencji gdy ratował mu życie.
- Eee… tak, oczywiście. To znaczy, no, muszę – podenerwowany Foryth potrząsnął głową – Moje wysiłki zostaną skazane na porażkę jeśli pozwolę sobie bliższe kontakty z osobami zaangażowanymi lub, co jeszcze gorsza, wezmę aktywny udział w rozwoju wypadków.
- Tylko jak takie studia, czy badania, mają ci pomóc w rzuceniu zaklęcia – Mirabeth zadała pytanie nad którym głowi się również Danyal – Mój ojcie mówił… to znaczy, gdzieś usłyszałam, że kapłan modli się o swoje zaklęcia, że otrzymuje je od boga.
   Ucichła zmieszana, lecz tylko Danyal zauważył zdenerwowanie kenderskiej dziewczyny.
- Jeśli mam być szczery, to wcale nie pomogą – przyznał Foryth i smętnie opuścił ramiona.
   Po chwili podniósł głowę a wąskim podbródkiem wycelował do przodu co nadało mu wyraz zdecydowania i determinacji.
- Nie wiem jeszcze, jak mam zdobyć zaklęcie, więc pomyślałem, że będzie całkiem sensownie jeśli szukając go zrobię przy okazji coś pożytecznego.
- Z tym nie da się spierać – Emilio zgodził się z wesołym chichotem.
   Niezależnie od faktu, że sam zgadzał się z tym zdaniem to jednak przynać musiał, że kender miał rację – decyzja Forytha była równie dobra jak każda inna.
- A więc, powodzenia – powiedział chłopak – mam nadzieję, że znajdziesz magię.
- A wiesz, w jakiś dziwny sposób zazdroszczę wam, kenderom – powiedział Foryth opierając głowę o skalną ścianę i popatrując to na Emilia, to na Mirabeth – Wasz lud pod wieloma względami to ulubieńcy Gileana. Prawdziwie neutralni, to właśnie kenderzy. Nie za bardzo dbają o ten świat, idą dokąd mają nastrój iść albo gdzie ich ciekawość niesie.
- O tym to ja nic nie wiem – poważnie odparł Emilio.
   W zamyśleniu przeżuwał czubek kitki.
- Oczywiście w tej chwili to ja nie wiem za dużo o czymkolwiek. Wydaje mi się jednak, że przejmujemy się wszystkim podobnie do ludzi. A to bycie takim prawdziwie neutralnym… wolę myśleć, że znamy różnicę między dobrem a złem.
   Po chwili dodał z uśmiechem.
- I bardziej praktykujemy to pierwsze niż to drugie.
   Ucichł na jakiś czas i przez moment cała czwórka towarzyszy po prostu odpoczywała. Podzielili się wodą z manierki Mirabeth a Danyal zdecydował się zapytać o sprawę, która ostro go nurtowała.
- A te twoje, no.. ataki – powiedział do Emilia – Miałeś to przez całe życie?
- Cóż, myślę, że tak. Tak chyba – odparł kender z kitką w zębach – Nie jestem pewny. Widzisz, ja wcale nie pamiętam dzieciństwa ani lat młodości. Te ataki mam od czasu jak sięgam pamięcią.
- A co pamiętasz jako pierwsze? Gdzie wtedy byłeś, kiedy to mogło być?
- Dobre pytania. Pamiętam, że byłem w Dergoth, na równinach niedaleko Skullkap. Spotkałem tam elfów, nakarmili mnie i dali mi wody. Mówili mi, że byłem już bliski śmierci na tej pustyni.
- Kiedy to było? – zapytał Foryth.
   Odezwała się w tym pytaniu żyłka prawdziwego historyka – Mówili ci może, w którym to było roku?
- A wiesz, że mówili. To był dwieście pięćdziesiąty któryś, o ile dobrze pamiętam.
   Danyal aż sobie gwizdnął.
- To przecież ponad sto lat temu. Nie sądziłem, że kenderzy mogą żyć tak długo… przy czy ty przecież nie wyglądasz staro. Tyle, że może właśnie w tym coś jest? Ty nie wyglądasz staro.
- Ponad sto lat? – mina Emila była nieco ogłupiała – Byłbym przysiągł, że to było ostatniej zimy, może troszkę wcześniej. Ale nie sto lat!
- A co pamiętasz z tego gdzie się podziewałeś, no i co robiłeś przez ostatnią zimę? – Foryth przejął dalszy wywiad – Czy ty i Mirabeth podróżowaliście wtedy razem?
- Wiesz… - Emilio zaczął wyglądać na przestraszonego.
   Spojrzał w stronę Mirabeth jakby trochę zaniepokojony.
- Wtedy jeszcze chyba cię nie znałem, prawda?
- Nie - odparła.
- Tylko… ale dlaczego ja nie pamiętam? Kiedy cię spotkałem/ Jak dawno?
- Tak naprawdę to dopiero kilka dni temu – odparła Mirabeth.
   Obróciła głowę i wyjaśniała dalej dwójce ludzi.
- Łazikowałam sobie sama… to znaczy, byłam sama przez jakiś czas. Można by powiedzieć, że miałam małe kłopoty i wtedy nadszedł Emilio i mnie z nich wyciągnął.
- Ciebie też uratował przed bandytami? – spytał, tylko częściowo żartując, Danyal.
- Nie, nic z tego – odparła z leciutkim śmiechem.
   Chłopak uznał, że bardzo mu się ten dźwięk podoba.
- Próbowałam rozbić obóz, lecz szałas się na mnie zawalił i śpiwór całkiem przemókł na deszczu. Nie umiałam rozpalić ognia i tak siedziałam w lesie, zęby mi dzwoniły, i czułam się coraz bardziej nieszczęśliwa. O mało ze skóry nie wyskoczyłam, gdy się nagle pojawił i powiedział…
- Emilio Haversack, do usług? – zgadywał Danyal.
   Mirabeth popatrzyła nań z ukosa.
- Przypuszczam, że wam powiedział to samo.
- No i rzeczywiście był… to znaczy, do usług. Doprawdy, uratowałeś nam życie – oznajmił chłopak – Chyba ci tego jeszcze nie powiedziałem, lecz to prawda. Zrobiłeś to.
- Och, cicho – wtrącił się Foryth – Muszę przyznać, że bycie tak związanym jest doprawdy nieprzyjemne, lecz nie sądzę, żeby Kelryn chciał nas wykończyć.
- To znaczy, że nie zwracałeś na nic uwagi! Przypomnij sobie Zacka… sposób w jaki lubił się bawić nożem? – na samo wspomnienie Danyal zadrżał – Nie zamierzał nas puścić wolno, nieważne co postanowiłby Kelryn.
   W duchu jednak, tylko sam przed sobą, musiał przyznać, że to Kelryn był najbardziej przerażającym osobnikiem.
- Wspomniałeś tego czarodzieja, Fistandantilusa – powiedział Emilio odwracając uwagę historyka od Dana – Mam cały czas wrażenie, że sporo o nim słyszałem. Tyle, że nic z tego nie pamiętam.
- Dużo tu jest do opowiadania – entuzjastycznie zakomunikował Foryth – Był on Panem Przeszłości i Teraźniejszości. To pierwszy czarodziej… jedne zresztą z bardzo małej grupki… który umiał podróżować w czasie. To arcymag, który manipulował historią zmieniając własne miejsce w Rzece Czasu. Przez wieki całe wpływał na losy elfów i ludzi, przez całą erę przed Kataklizmem…
- A potem w Skullkap i Dergoth – wtrącił kender potrząsając głową.
- Musiał być strasznie stary. Był człowiekiem, czy też elfem?
- Och, był człowiekiem, to oczywiste, i to człowiekiem hmm… wielokrotnym – Foryth uśmiechnął się ponuro – Widzicie, on absorbował esencję duchową innych ludzi, przeważnie bardzo młodych, którzy posiadali choć iskierkę zdolności magicznych. Takie ofiarne owieczki ulegały destrukcji natomiast moc arcymaga pozostawała a nawet rosła z upływem lat. W końcu doszedł do pożarcia esencji wielu ludzi a jego moc stała się większa od wszystkich magów w historii Krynnu.
- Jak?
   Chłopak miał trudności z wyobrażeniem sobie mocy magicznych czy pożerania ducha jakie właśnie opisał historyk.
- Mówi się, że używał do tego klejnotu – krwawego kamienia. To jedna ze spraw bardzo mnie ciekawiących, lecz Kelryn Darewind nie chce o tym w ogóle dyskutować.
- Raz widziałem krwawy kamień – powiedział Emilio.
   Danyal spojrzał na kendera i aż sapnął w szoku. Oczy Emilia stały się puste i pozbawione życia, pozbawione wszelkiej świadomości. Szczęka zwisła mu w dół a kender tylko westchnął smutno. Ramiona mu opadły zupełnie jakby wyszło z niego całe powietrze.
- Krwawy kamień?
   Foryth najwyraźniej nie spostrzegł nagłej nagłej, niespodziewanej zmiany jaka zaszła w osobie kendera. Dalej naciskał z widocznie rosnącym podnieceniem.
- Wiesz, one są bardzo rzadkie! Gdzie to było? Czy mógł to być…
- Pulsował… gorąca, gorąca krew…
   Emilio mówił chrapliwym głosem, najwyraźniej wyciskał z siebie z wysiłkiem poszczególne słowa. Wargi naprężyły mu się nad zębami a twarz wykrzywiła w dziwnym grymasie pomiędzy każdą, wystrzeliwaną z gęby frazą. Głos miał szorstki i głęboki, zupełnie niepodobny do normalnej, omalże dziecięco piskliwej wymowy kendera.
- Tak, pamiętam kamień. A potem stał tam portal, kolory… wirowały. Czułem magię. Ciągnęła mnie, wciągała!
   Oczy Emilia stały się dzikie. Oparł się o skalną ścianę i odsunął od trójki przerażonych towarzyszy.
- A potem tam była ona, śmiała się, czekała na mnie!
   Nagły wrzask przerażenia kendera odbił się od ściany jaskini. Danyal już sobie wyobrażał, że taki dźwięk rezonuje przez cały las i dolinę gdzieś daleko od ich kryjówki. Emilio zaczerpnął tchu, lecz wtedy chłopak do niego doskoczył, przycisnął do ziemi i zdecydowanym ruchem ręki zatkał mu usta. Puścił dopiero wtedy gdy poczuł jak drobne ciało pod nim się odpręża. Wrócił pod skałę i starał się teraz uśmiechem podtrzymać na duchu przerażonych towarzyszy.
   Mirabeth uklękła przy Emilio. Wzięła go za rękę i ramieniem objęła głowę. Oczy kendera pozostały puste, lecz tym razem Danyala wręcz ucieszył taki brak wyrazu. Lepsze to niż ten straszny, przerażający wyraz zgrozy, jakiemu poddał się przed chwilą Emilio Haversack.
   Słońce było już wysoko na niebie gdy wreszcie wszyscy się rozluźnili. Danyal wypił jeszcze łyk wody, oparł głowę o omszały pień i zapadł w lekki sen.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#31 2017-01-23 21:31:15

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Fistandantilus odrodzony

Rozdział 30
Mówiące ucho
214
Pierwszy Bakukal, Reapember 374 AC

   Danyal obudził się z głębokim przekonaniem, że jest już późne popołudnie. Powietrze poza skalną niszą było nieruchome. Wyraźnie słyszał cykanie koników polnych i ciągłe buczenie ciężkich, leniwych much. Pamiętał dobrze, to był Reapember, choć temperatura – oraz gorące, duszne powietrze – przypominały bardziej środek lata niż wczesną jesień.
   Spostrzegł, że Mirabeth też się już obudziła. Brązowe oczy dziewczyny przypatrywały się uważnie gdy się przeciągnął i powoli przechodził do pełnej świadomości otoczenia. Foryth i Emilio wciąż jeszcze spali oparci przeciwną ścianę skalnej niszy.
- Pomyślałam, że powinniśmy wyjść stąd i trochę się rozejrzeć… to znaczy zanim się ściemni – wyszeptała kenderska dziewczyna.
   Danyal przytaknął; jej sugestia dokładnie zgadzała się tym co i sam pomyślał. Najciszej jak to możliwe wyślizgnęli się pomiędzy skałą a kolczastymi krzakami, przykucnęli popatrując na lewo i prawo w las. Zapach bujnych sosen był czysty i przejmujący, zupełnie jakby chciał zaprzeczyć czyjejkolwiek niebezpiecznej obecności. Danyal nie był jednak w nastroju do podejmowania ryzyka. Poruszał się dalej w głębokim przysiadzie. Przemknął pod niskimi gałęziami sosny. Na szczęście poszycie było skąpe i poruszanie się było relatywnie proste. Leśny grunt zasypany był zbrązowiałymi igłami odłamanymi z licznych konarów. Niektóre z drzew, na przykład to którego teraz użyli jako ukrycia, były potężne podczas gdy inne stanowiły nieledwie sadzonki.
   Czuł jakby pod każdym z drzew mógł się kryć niebezpieczny przeciwnik.
   Mirabeth podczołgała się do chłopaka. Przez parę minut leżeli na brzuchach zachowując ciszę i intensywnie obserwowali las w poszukiwaniu czegokolwiek niezwykłego. W pewnym momencie kenderka szturchnęła Danyala w bok. Zrobiła to tak nagle, że omal nie wrzasnął ze strachu, lecz powstrzymał się widząc uśmiech na jej twarzy.
   Popatrzył we wskazanym palcem dziewczyny kierunku i dostrzegł łanię z jelonkiem ocierających się o drzewo ledwie parę rzutów kamieniem dalej.
   Dwójka obserwatorów pozostawała w kompletnej ciszy, ledwie oddychali, i podpatrywali parę jeleni przez zalegające wszędzie suche igliwie sosny. Cienie okraszały cętkami ciemno brązową sierść łani natomiast jasne cętki na grzbiecie jelonka przypominały połyskujące diamenty gdy młode zwierzę ruszało się w świetle słońca. Młody jelonek, już to spięty, już rozbawiony, ochoczo truchtał wokół matki na niepewnych nogach.
   Przez długie minuty zwierzęta przesuwały się w polu widzenia Dana i Mirabeth. Danowi ulżyło gdy pojął, że zwierzęta uciekłyby natychmiast gdyby wyczuły w okolicy najmniejsze choćby zagrożenie. Na koniec jednak jelenie się oddaliły i zniknęły za zasłoną drzew. Dwójka wędrowców powoli podniosła się na nogi.
- Starałem się zamaskować nasze ślady na łące za tym lasem – wyjaśniał Danyal – Upewnijmy się może jednak, że nikt idzie naszym tropem.
   Mirabeth skinęła głową i ruszyła naprzód z pełną gracji gibkością. Danyal poczuł lekkie ukłucie winy, bowiem popatrywał na nią z tyłu i myślał, że jest naprawdę ładna. Ruszała się jak dziewczyna, to znaczy ludzka dziewczyna, a przecież miała chyba ze sześćdziesiąt albo i siedemdziesiąt lat. A przynajmniej tak przypuszczał.
   W pewnej chwili odwróciła się i spojrzała czy za nią idzie. Chłopak wściekle poczerwieniał gdy skromnie się uśmiechnęła jakby podejrzewając, że sią w nią wpatrywał. Dan spuścił oczy i zaczął pilnie wypatrywać drogi przez las. Starał się iść najciszej jak umiał.
   Okrężną ścieżką oddalali się od swej kryjówki. Po chwili weszli do skalistego parowu. Parów ten kierował się prosto przez las w stronę wielkiej łaki, na której chłopak zaaranżował fałszywe tropy. Szli leśną, naturalną ścieżką przez kilkanaście minut aż wreszcie dostrzegli światło dnia przebłyskujące przez gęste gałęzie. Pomagając sobie korzeniami i pnączami wydostali się łatwo ze skalistego żlebu. Już na górze zaczęli się kryć i przeciskać w lesie aż wreszcie byli nieźle schowani pod wielkimi konarami sosny na samym brzegu lasu.
- Tam! – tchnęła cicho ostrzeżenie Mirabeth.
   W tej samej chwili Danyal już zdążył ich zauważyć. Na polanie kręciło się czterech niechlujnych mężczyzn. Postępowali ostrożnie szlakiem zostawionym przez czwórkę wędrowców poprzedniej nocy.
- Ciekawe gdzie jest reszta – cichutko szepnęła dziewczyna.
   Mężczyźni byli co prawda zbyt oddalenie, żeby można ich po twarzach rozpoznać, lecz z wyglądu zmierzwionych włosów i poplątanych, długich bród Danyal wywnioskował, że nieobecnym członkiem grupy jest z pewnością Kelryn Darewind.
- Poszli pewnie do miejsca, gdzie zacząłem ukrywać nasz trop – szepnął.
   Żołądek podszedł mu do gardła gdy mężczyźni zbliżyli się do linii lasu. Odetchnął w duchu dopiero gdy skierowali się w stronę strumienia. Teraz dopiero zdał sobie sprawę, że cały się trząsł.
- Zadziałało – sapnął z satysfakcją, lekko jednak zmąconą faktem, że niebezpieczeństwo wciąż jeszcze było bliskie – Idą fałszywym tropem!
   Słyszał wyraźnie wściekłe okrzyki bandytów, którzy właśnie doszli do brzegu wody, choć nie mógł zrozumieć co dokładnie wrzeszczą.
- To brzmi tak, jakby już raz szli tędy – dedukowała Mirabeth – Chyba sprawdzali trop już dwukrotnie… i właśnie tutaj go gubią.
   Danyal uznał, że Mirabeth ma rację.
- Musieli chyba wracać śladami od momentu, jak zgubili trop w strumieniu.
   Czy będą bardzo uparci w poszukiwaniu ukrytych śladów? Czy będą dalej szukać? No i gdzie jest pozostała dwójka?
   Część bandy pogrążona była w gorącej kłótni, wskazując to w dół, to w górę strumienia. Inni gotowi byli wracać do lasu.
- Musimy szybko wracać do jaskini i obudzić Forytha i Emilio, o ile jeszcze śpią – naciskał Dan – Czas się stąd zbierać!
   Ruszyli w stronę wąwozu poruszając się z maksymalną szybkością na jaką pozwalała konieczność zachowania przynajmniej pozorów ciszy. Skoczyli w dół lądując na gładkim mchu i ruszyli biegiem wzdłuż żlebu w stronę swego tymczasowego schronienia.
- Tutaj się trzeba się wspinać – powiedział Danyal wskazując na skałę rosnącą po lewej stronie – Nie wyglądało to tak wysoko, gdy skakaliśmy w dół.
- Możemy się wspiąć – zapewniał Mirabeth – Tu jest mnóstwo uchwytów.
   Z tym się Dan zgodził.
- Nie zaczynaj wspinaczki dopóki ja nie będę już na górze. Lepiej żebyś nie była pode mną gdybym zaczął zjeżdżać – zawołała kenderka przez ramię.
   Wbiła stopę w jakąś szparę w skale i sięgnęła jak najwyżej w poszukiwaniu uchwytu dla rąk. Podciągnęła się i już po chwili zaczęła gładko wspinaczkę. Po chwili była już blisko szczytu skały.
   Zdenerwowany Danyal dostrzegł, jak stopa dziewczyny ześlizguje się po skale. Napiął mięśnie i już był gotów by ją złapać. Usiłował przewidzieć dokąd może spaść, lecz giętka dziewczyna potrafiła z łatwością odzyskać równowagę i po chwili zniknęła za szczytem skały.
   Po ułamki sekundy jej krzyk przerażenia rozciął powietrze, rozdarł las i posłał w przestrzeń całe stada przerażonego ptactwa. Danyala wprawił dosłownie w panikę.
- Co tam się dzieje?
   Chłopak zaczął gorączkowo wspinać się skalnej ścianie, skakał, ślizgał się, a nawet spadał z powrotem na dno żlebu. Spojrzał w górę i poczuł, jak reszta wszelkiej nadziei go opuszcza.
   Stał tam Kelryn Darewind. W ramionach ściskał wyrywającą się, drobną postać Mirabeth. Dłonią zaciskał jej usta a jej szeroko otwarte oczy w panice patrzyły na Danyala Thwaita.
- A więc tu jesteś, młody przyjacielu.
   Przywódca bandytów pozostawał chłodny, wręcz obojętny, lecz taka wyniosłość tylko pobudziła nienawiść Danyala i rozpaliła ją potężnym płomieniem. Teraz jednak mógł tylko w bezsilnej furii słuchać jak Kelryn ciągnie dalej.
- Wygląda na to, że w nocy gdzieś się zabłąkałeś. Odnalezienie cię to doprawdy spora ulga.
   Danyal zadrżał. Z goryczą patrzył w górę wiedząc, że nawet gdyby się tam wdrapał to strącenie go na sam dół jedną nogą, jednym kopnięciem, nie stanowiłoby żadnego problemu dla bandyty.
- Tą małą zdobycz chyba sobie zabiorę do Loreloch! – kpił dalej Kelryn
   W tej chwili na szczycie pojawiła się jeszcze jedna postać. Obok dowódcy stanął Zack. Nożownik gapił się na Danyala i połyskiwał złowrogo jedynym okiem.
- Uciekaj! – Mirabeth zdołała oswobodzić usta z nacisku łapy Kelryna – On chce cię zabić!
  Danyala zamurowało, nie mógł nawet nogą ruszyć. Krzyknął głośno gdy ciężka łapa fałszywego kapłana spadła na usta kenderki. Kiedy jednak Kelryn skinął na nagląco na Zacka chłopak wyczuł prawdziwe zagrożenie i zerwał się do ucieczki.
   Zza pleców doszedł go ciężki odgłos lądowania na dnie wąwozu. Nie musiał się odwracać, żeby być pewnym, że właśnie Zack wylądował tuż za nim. Tupot bandyty był ciężki i głośny. Gnał za chłopakiem, który nie potrafił wstrzymać szlochu przerażenia czując potworną obecność za plecami. Gnał, jak tylko umiał najszybciej. Sprintem pokonywał kolejne zakosy żlebu i desperacko szukał miejsca w którym mógłby jakoś wspiąć się na górę.
   Świadomość, że właśnie zostawił Mirabeth w bezlitosnych łapach Kelryna Darewinda został gdzieś za plecami.
   Za plecami chłopaka rozległ się grzmot okrutnego, szyderczego śmiechu Zacka. Dan zdawał sobie sprawę, że bandyta jest o kilka stóp od niego. Chłopakowi ciemniało w oczach, lecz jeszcze pomyślał o pozostawionej Mirabeth. Przeraziła go sama myśl o dziewczynie schwytanej przez bezlitosnych bandytów. Przerażenie to jednak, co było co najmniej dziwne, wydało mu się bardziej realne i bardziej porażające niż ewentualność jego własnej, nadciągającej nieuchronnie śmierci. Zwalczył kolejny paroksyzm szlochu. Narastał mu w duszy smutek bowiem zdawał sobie sprawę z faktu, że nie jest w stanie przyjść Mirabeth z najmniejszą pomocą.
   Usiłował skoczyć nad  skalnym odłamem blokującym dno wąwozu, lecz sił chyba już zabrakło. Omsknął się o cal, stopy miał już na szczycie głazu, lecz nagle się zachwiał, stracił równowagę i całym ciężarem poleciał twarzą na piaszczystą łachę. Odtoczył się szybko pod skalną ścianę i spojrzał do góry. Z okrutnym uśmiechem wpatrywała się weń twarz Zacka.
- Cóż, chłopaszku – chyba jednak znów zamoczę swój nóż!
   Danyal rzucał się na boki w poszukiwaniu czegokolwiek, choćby kamienia, czego mógłby użyć jako broni. Dłonie zagarniały tylko suchy, zbity piasek.
    Zack odrzucił w tył głowę i ryknął śmiechem … był to jego ostatni dźwięk w życiu. Ciężki kawał granitu, poszarpany i ostrych krawędziach, ciśnięty gdzieś z góry walnął nożownika w sam środek czoła. Głowa Zacka wydała głośny trzask a on sam przewrócił się jak kamienna statua. Danyal ledwo dosłyszał jeszcze odgłos uderzenia głowy bandyty w skalisty grunt.
   Wtedy dopiero popatrzył w górę mrużąc jednak oczy bowiem słońce go oślepiało. Ujrzał jak Foryth Teel wychyla się znad skały i patrzy do wąwozu. Historyk oczyszczał z kurzu ręce, potrząsał w podnieceniu głową, był wyraźnie rozeźlony.
- Ty to rzuciłeś? – spytał Danyal.
  Popatrzył jeszcze raz na solidny kawał granitu, który strzaskał właśnie łeb Zacka.
- Obawiam się… no, właściwie, tak , ja – smutno przyznał Foryth.
   Westchnął ciężko jakby właśnie dokonał potwornej zbrodni.
– Doprawdy nie potrafiłem utrzymać się na wodzy i nie interweniować. Err, czy on jest martwy?
   Danyal postąpił w stronę nieruchomej postaci Zacka. Z wahaniem rzucił nań okiem, na twarz bez wyrazu, na puste i nie widzące już oczy. Kopnął stopą kolano bandyty. Żadnej reakcji.
- Tak, trup.
   Miał się już odwrócić i odejść gdy w oko wpadł mu tęgi nóż. Wspaniałe ostrze połyskujące żywym srebrem w świetle słońca. Broń leżała tam gdzie cisnął ją upadający Zack, pomiędzy kamieniami. Danyal chwycił ją pod wpływem dziwnego impulsu i podniósł. Rękojeść była gładka i w dłoni leżała wygodnie. Ostrze było dobrze wyważone i z całą pewnością śmiertelnie niebezpieczne.
   Na samą myśl o śmieci dopadła go nagła błyskawica strachu.
- Co z Mirabeth? – krzyknął – Musimy jej pomóc!
- Spotkamy się tam dalej! – odkrzyknął Foryth.
   Danyal już gnał z powrotem w dół wąwozu. Kiedy dobiegł do miejsca gdzie kenderka została schwytana wetknął nóż za pas i zaczął się wspinać najszybciej jak potrafił. Wdrapał się na skraj przepaści gdy Foryth dobiegł do niego.
- Poszli tamtędy – powiedział historyk wskazując na las.
   Danyal już miał tam pognać gdy w oko wpadło mu coś kompletnie nienaturalnego, co leżało właśnie u jego stóp.
   Niewielki klin z ciemnego wosku. Podniósł i natychmiast ujrzał do czego jest to podobne.
- To czubek fałszywego ucha… szpiczastego ucha! – krzyknął kompletnie ogłupiały.
- Myślisz, że… to znaczy, mogła to zgubić Mirabeth? – spytał Foryth.
- Tak!
   Przed oczami miał obraz kenderki o rozdwojonej kitce, szpiczastych uszach i siateczce zmarszczek, linii wieku wokół ust i oczu. Umysł Danyala aż się kłębił pytaniami.
- Tylko po co miałaby to nosić… takie szpiczaste końce uszu?
   W głowie zaświtała oczywista odpowiedź, lecz jeśliby jeszcze była jakakolwiek wątpliwość, to właśni pojawił się Emilio Haversack, który popatrzył na czubek ucha w dłoniach Dana, popatrzył pytająco na Forytha i chłopaka po czym kiwnął głową potakująco.
- Teraz pamiętam – stwierdził kender – Tak naprawdę, to Mirabeth jest człowiekiem.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#32 2017-02-03 17:10:42

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Fistandantilus odrodzony

Rozdział  31
Ścigając ścigających
Pierwszy  Bakukal, Reapember 374 AC

- Więc ona jest człowiekiem, dziewczyną! – Danyal aż sapnął.
   Pamiętał własne wrażenia na widok kołyszącego się chodu Mirabeth, nieśmiałego uśmiechu i wręcz melodyjnej słodyczy głosu.
- Tak, lub raczej… tak naprawdę, młodą dama – Emilio zmarszczył brwi.
   Chłopak zastanawiał się czy też jego towarzysz nie stara się przypomnieć sobie dalszych szczegółów. Zorientował się szybko, że wyraz twarzy kendera jest raczej związany z jego własnymi nowinami.
- Jej historia, w pewnym sensie oczywiści, przypomina twoją – powiedział Emilio do Dana – Jako jedyna przeżyła katastrofę. Morderczą napaść, która spowodowała śmierć całej jej rodziny, łącznie ze służbą i gośćmi. Mirabeth miała szczęście że zdołała umknąć a udało się jej tylko dlatego, użyła przebrania.
- Jako kender? D;aczego?
- Ehmm… - wtrącił Foryth w bardzo dystyngowany sposób – Nigdy nie ignoruję szczegółów ciekawej opowieści, lecz zastanawiam się czy nasza dysputa nie powinna zostać odłożona do sposobniejszego czasu. Czy nie powinniśmy raczej skupić uwagi na pościgu?
- Masz rację – odparł Danyal.
   Chłopaka przytłoczyło poczucie  bezsilności, lecz napięcie muskułów i szybkie walenie serca brało się również z innych uczuć; czuł palącą go furię, wręcz wściekłość która mogła doprowadzić go do okrucieństwa i przemocy. Gdy sobie pomyślał jak spokojnie, wręcz lodowato zachowuje się Kelryn Darewind równocześnie siejąc śmierć wokół to pragnął już tylko jednego – zabić go.
   Nienawiść do bandyckiego przywódcy wybuchła mu w duszy ryczącym płomieniem. Człowiek ten niejako rep rentował własną osobą  wszystko co przerażające, straszne i nieuczciwe w całym świcie. Był śmiertelnie groźnym wrogiem, lecz – przynajmniej w odróżnieniu od smoka Flayze – nie był bynajmniej nienaruszalny.
   I miał w łapach Mirabeth.
- W którą stronę z nią pognał? – spytał Foryth – Widziałem go tutaj, na brzegu skały wraz z Zackiem, lecz potem pobiegłem za tobą, Dan. Obawiam się, że straciłem go z oczu.
- Widzieliśmy jego kompanów w dole strumienia. Jestem pewny, że tam ją zabrał.
   Danyal ruszył najprostszą z możliwych dróg w stronę otwartej przestrzeni. Omijał drzewa i ramionami odchylał gałęzie drzew na boki. Słyszał jak Foryth i Emilio biegną za nim i już po niespodziewanie krótkim czasie zobaczył zalaną słońcem łąkę.
   Zatrzymał się instynktownie i kucnął. Gdy tylko dwójka pozostałych towarzyszy doń dołączyła natychmiast począł się dalej skradać by rozejrzeć się bez ujawniania własnej obecności.
   Z drugiej strony łąki dał się słyszeć głośny okrzyk. Zobaczył jak Kelryn Darewind wlecze jedną ręką wciąż jeszcze szarpiącą się Mirabeth. Machnął drugą ręką i natychmiast jeden po drugim pozostali bandyci zaczęli się pojawiać. Wspinali się teraz po rzecznym urwisku i dołączali do przywódcy na krawędzi lasu.
- Naliczyłem siedmiu – cicho oznajmił Foryth Teel – Nie licząc młodej damy, oczywiście.
   Po chwili wszyscy zniknęli w lesie i truchtem zaczęli się oddalać. Danyal zdał sobie sprawę, że on i jego towarzysze będą musieli nieźle wyciągać nogi i to przez dłuższy czas.
   Musieli spróbować. Podniósł się już z klęczek i był gotów runąć poprzez łakę i ścigać porywaczy w lesie kiedy nagle poczuł na ramieniu powstrzymującą dłoń. A właściwie dwie dłonie na obu ramionach.
- Czekaj! – syknął Emilio.
- Właśnie. A może oni zostawili kogoś by obserwował drogę ucieczki? – spytał Foryth.
   Dla Danyala wyglądało to jak jakaś naukowa ciekawość historyka. No, można się wściec; w takiej chwili.
- Dlaczego? – cisnął chłopak – Dostał co chciał. On teraz…
- Dokładnie o to mi chodzi – ciągnął historyk – Co on takiego chce? Wiedząc to, moglibyśmy przygotować własne plany. Między innymi.
- Gdyby tak wiedzieć, czy oni chcą nas wciągnąć w zasadzkę, czy też nie –dodał Emilio.
   Danyala, na samą myśl, że jakiś tchórzliwy bandyta kryje się gdzieś na brzegu lasu dosłownie szlag trafiał. Jednakże spokojniejsza i cichsza część jego natury – rodzaj spokojnego głosu – sugerowała, że towarzysze mają racje. Spojrzał z dala, poprzez otwartą przestrzeń łąki, w stronę leżącego po przeciwnej stronie zagajnika. Ocenił, że od kepy drzew gdzie ich trójka odbywała naradę wojenną do brzegu wysokiego lasu dzieli ich otwarta przestrzeń stu, albo i więcej kroków.
- Możemy przez tą łąkę polecieć we trzech, razem – impulsywnie zasugerował mając na względzie wielki nóż, który obciążał mu pas.
- Pst… przyjemna myśl, a w każdym razie odpowiadająca mojemu poczuciu śmiałej przygody. Tylko co, jeśli tam czeka ich dwóch, albo i trzech? – wysuwał sprzeciw historyk – Albo i łucznik.
- O ile dobrze widziałem to jeden, czy nawet dwóch ma krótkie łuki – wspomniał Emilio.
   Frustracja Danyala narastała. Jednocześnie narastała w nim również potrzeba rozwagi. Rzucił okiem w lewą stronę; dojrzał tylko łagodny stok i spokojnie wznoszące się, zielone od trawy zbocze po prawej stronie strumyka w dolinie. Spojrzał w prawo gdzie był całkowicie niewidoczny stąd nurt ukryty między wysokimi brzegami.
- Strumień! – wyszeptał – Lasem dojdźmy do strumienia. Potem pójdziemy z jego biegiem w ukryciu wysokich brzegów aż wreszcie dotrzemy na drugą stronę tej łąki!
- Cudowna myśl! – entuzjastycznie sapnął Foryth.
   Emilio już zaczął się wycofywać z otwartej przestrzeni. Już po chwili gnali wszyscy pokonując krótki odcinek przez las byle tylko dostać się jak najszybciej w ukrycie wysokich drzew. Niedługo potrwało a usłyszeli szmer wody płynącej gdzieś przed nimi. Dopadli strumienia, który płynął to po kamienistym podłożu w ukryciu wąwozu o głębokości pięciu czy sześciu stóp. Po lewej widzieli jak woda wcina się głęboko w ziemię płynąc przez łąkę.
   Danyal się nie wahał. Poprowadził dalej po gładkim, błotnistym brzegu. Emilio i Foryth szli tuż za nim. Tylko historyk co i rusz potykał się w błotku i chlapał rękami i kolanami w strumieniu. Wstawał jednak natychmiast i dołączał do reszty.
   Przeciskając się przez płycizny porośniętego brzegu Danayal czuł się jakby szedł jakimś tunelem. Wyniosłe drzewa zbiegały się koronami nad wąskim strumieniem tak gęsto, że mowy nie było o zobaczeniu choćby skrawka nieba. W porównaniu do cienistego biegu wody jasne, jaskrawe światło słońca nad łąką zdawało się jeszcze jaśniejsze. No i nagle wyszli z lasu. Choć nadal jednak szli łożyskiem strugi. Brzegi były co prawda znacznie wyżej niż głowa chłopaka, lecz i tak Dan instynktownie pochylił się niżej. Niziutki Emilio nie miał się czego obawiać, lecz Foryth, wyraźnie z całej trójki najwyższy, pochylił z przesadną ostrożnością i dalej chlapał za ich plecami.
   Chłopakowi serce waliło jak oszalałe. Zastanawiał się, czy bandyci pomyśleli o obserwacji nie tylko łąki lecz strumienia… a nawet, czy miał rację sądząc, że jeden czy dwóch bandytów w ogóle zostało z tyłu. Nie mógł przestać się zamartwiać, że byli w błędzie i te wszystkie środki ostrożności to tylko strata czasu pozwalająca na większe oddalenie od Mirabeth podczas gdy cała trójka niedoszłych ratowników stara się przekraść potajemnie przez pustą łąkę.
   Gałęzie drugiego zagajnika zamknęły się im nad głowami i poczuli szybko przyjemny chłód cienia drzew. Danyal wciąż prowadził. Trząsł się przy tym cały rozdarty między potrzebę niewidzialności a strach przed potencjalną obecnością śmiertelnych wrogów.
   Chłopak wypatrzył wgłębienie, niszę w piaszczystym, urwistym brzegu. Pewnie utworzyły ją mocne, napierające korzenie drzew. Wycięły one karb w urwisku. Dwa kroki i już jest u góry, czołga się z zakrzywionym nożem w dłoni. Chłopak pozostał pochylony, starał się stać wręcz niewidzialny, wykorzystywał wszystkie sztuczki, jakie poznał podchodząc króliki. Prześlizgiwał się od jednego drzewa do drugiego pozostawiając po lewej łąkę. Zbliżał się ostrożnie do miejsca w którym zniknęli w lesie bandyci.
   Zaskoczył powiew smrodu. Kwaśny odór potu i dymu obozowego ogniska. Miał już pewność; wróg czai się blisko. Wnętrzności skręciło mu uderzeni energii, wszelkie wątpliwości znikły, był gotowy a nawet chętny na spotkanie niebezpieczeństwa. Emilio poruszał się bezdźwięcznie. Dołączył do chłopaka kryjąc się za potężnym pniem sosny podczas gdy Foryth trzymał się parę kroków z tyłu. Kender zmarszczył nos; wyraźnie poczuł wroga w pobliżu. Podsunął palec do ust po czym wskazał na siebie i na prawo; następnie wskazał na Danyala i na lewo. Chłopak skinął głową i tylko spojrzał jak jego towarzysz wyciąga nóż. Nóż omal tak długi jak ten co go chłopak zabrał Zackowi.
   Foryth tymczasem uzbroił się w tęgi kij. Kij omal tak długi jak on sam i posiadający zgrubienie, tęgi węzeł maczugi na jednym końcu. Wskazał w ciszy, że będzie się posuwał naprzód za dwójką towarzyszy idąc w środku. Emilio zniknął bez śladu za drzewami. Danyala zaskoczył fakt, że oto palce miał sztywne od skurczu mięśni zaciśniętych na rękojeści noża. Zmienił dłoń i powoli porozciągał obolałe palce. Jednocześnie, z najwyższą ostrożnością, zaczął posuwać do przodu z wysuniętym przed siebie ostrzem. Był gotowy.
   Po chwili dostrzegł człowieka… cz też raczej gwoli ścisłości, jego buty… wystające zza drzewa. Sądząc z położenia butów bandyta leżał na brzuchu i bez wątpienia obserwował polanę rozciągającą się przed jego oczami. Obserwator na nic nie zareagował, najwidoczniej kryjąca się trójka przyjaciół pozostawał niewidoczna.
   Danyal już nie gratulował sobie szczęścia gdy dotarło do niego, po raz pierwszy zresztą, że oto stoi przed realna perspektywa wpakowania kawałka ostrej stali trzymanej właśnie w ręku prosto w czyjeś ciało. Praktycznie rzecz biorą, cel nietrudny. Nadal nikt go nie obserwował; wystarczyłoby skoczyć i Spa z nożem w ręku na plecy obcego. Jeden szybki cios i przeciwnik martwy, nieprawdaż? Chłopak nagle poczuł się słaby. Kiszki znów skręciły mu się w desperacji gdy tylko zaczął się zastanawiać, czy umiałby, było nie było, zamordować człowieka z zimną krwią. Jeśli jednak nie będzie umiał to kto pójdzie na pomoc Mirabeth?
- Psst!
   Chrapliwy, ledwo słyszalny szept przeciął leśne powietrze. Dan omal nie jęknął. Był już pewny, że któryś z towarzyszy został schwytany. Skulił się tylko w schronieniu drzew. Z zaskoczeniem obserwował, że bandyta leżący pod drzewem zaczął się powoli czołgać do tyłu nie wykazując żadnych oznak alarmu. Na koniec zresztą się uniósł na kolana, twarz odwrócił od strony gdzie ukrywał się chłopak, i odparł z podobną podejrzliwością.
- Taa? Co tam?
   Wtedy dopiero Danyal dostrzegł drugiego bandziora; wąsatego łucznika zwanego Kal. Mężczyzna podczołgał się bliżej i wskazał na otwarte pole.
- I co, ani dychu?
- Iii, nie.
  Odpowiedź była krótka i pełna wstrętu.
- U mnie też nic. Nawet nie próbowali iść brzegiem lasu, wypatrzyłbym.
- Może powinniśmy już iść do Loreloch, a przynajmniej spotkać Reda na moście, co?
   Łucznik warknął krótkim chichotem.
- Szef kazał czekać do wieczora. Ja tam mu się nie mam zamiaru sprzeciwiać.
- Taa, dobra.
   Trzask suchej gałązki rozbrzmiał w uszach Danyala niczym grzmot. Dźwięk, który przyćmił wszystko wokół. Dobiegł gdzieś z tyłu gdzie chłopak ostatni raz widział Forytha.
- Co to było?
   Łucznik już miał strzałę na cięciwie. Broń była napięta a on sam wpatrywał się w gęsty las.
- Idź sprawdź.
- Ja?
   Kucający mężczyzna był początkowo oburzony. Popatrzył jednak na broń kolegi i wyciągnął własny, krótki miecz. Najwidoczniej doszedł do oczywistego wniosku; towarzysz może ubezpieczać go strzałami podczas gdy jego broń dobra tylko na krótki dystans.
   Uzbrojony w miecz mężczyzna wstał i podszedł do drugiej strony pnia za którym ukrył się Danyal. Chłopak nie ośmielił się nawet oddychać. Rzucił tylko okiem między gałęziami i ujrzał łucznika, który przesuwał się teraz byle tylko uzyskać lepszą pozycję do strzału.
- Kto tam jest? – warczał miecznik tnąc gałęzie i otwierając szerszy widok – Nie zmuszaj mnie, żebym tam do ciebie polazł!
- Pst!
   W polu widzenia pokazał się nagle Foryth Teel. Wyszedł spomiędzy drzew wciąż dzierżąc w dłoniach tęgą maczugę. Danyal nie widział za wiele, lecz dostrzegł, że historyk się trzęsie patrząc rozszerzonymi oczami na bandytę.
- A może byś tak cisnął tą lichą pałkę – zasugerował miecznik z ponurym uśmieszkiem – Albo najpierw utnę ci obie ręce.
   Historyk runął do przodu w nagłym ataku. Dzierżący miecz bandyta krzyknął zaskoczony.
- Hej!
   Ostrze błyskające prosto w pierś szarżującego Forytha upadło nagle na ziemię a powietrze rozdarł krzyk bólu. Emilio Haversack odtoczył się swobodnie a jego sztylet pokryła purpura krwi.
- Ty mały…!
   Łucznik skoczył naprzód z łukiem gotowym do strzału. Lecz strzały już nigdy nie wypuścił. Nie dokończył nawet rozpoczętego przekleństwa. Gdy mijał drzewo nagle Danyal wybiegł z kryjówki z okrzykiem wściekłości na ustach. Był Tag blisko łucznika, że czuł już nawet smród bijący od brudnych łachów. Nie wahał się i ręki nie wstrzymał. Wymierzył w miejsce gdzie łachmaniarska kamizela była związana kilkoma poszarpanymi rzemykami.
   Ciężki nóż wbił się mocno w pierś bandyty, który teraz obracał się na pięcie. Na jego twarzy widać było szok niedowierzania. Łokieć bandyty palnął Danyal w podbródek i chłopak się zachwiał. Poczuł, że rękojeść noża, jedynej posiadanej broni, wyślizguje mu się z dłoni. Padł na plecy i tylko czekał aż strzała przybije go do ziemi.
   Nie doczekał się. Łucznik wypuścił z broń i gwałtownie złapał się za pierś. Bezskutecznie starał się uchwycić rękojeść noża, który, co Danyal dopiero teraz spostrzegł, wbił się naprawdę głęboko.
   Danyal patrzył jak sparaliżowany gdy mężczyzna się załamuje, patrzył jak jego paciorkowate oczy okrywa mrok. Dopiero jednak gdy bandyta padł ciężko na ziemię Danyal odważył się zaczerpnąć powietrza. Spostrzegł dopiero teraz, że cały się trzęsie, że nie ma sił nawet na to by ustać na własnych nogach.
- Dobra z nasz szajka – powiedział Emilio pomagając Forythowi wstać.
   Po zwycięskiej szarży historyk padł niezdarnie na ziemię jak długi. Danyal widział jak kender i mężczyzna ściskają sobie dłoni i pojął, że niezdarność Forytha był zaplanowana! Foryth działał jako odwrócenie uwagi, dywersja, i dał szansę kenderowi na niespodziewany atak na wiele większego miecznika. Sam chłopak też wykorzystał podobną szansę gdy łucznik wyszedł na pomoc towarzyszowi.
- Rzeczywiście dobra – zgodził się Dan.
   Podszedł do zabitego przez siebie mężczyzny. Czuł tylko absolutną pustkę w duszy. Zrobiło mu się niedobrze gdy miał wyciągnąć nóż ze strasznej rany. Zakrztusił się, nieledwie zwymiotował na widok strumienia krwi wypływającego z rany gdy wreszcie wyjął nóż. Kiedy jednak się odwrócił, nabrał powietrza jednym spazmem i pomyślał o Mirabet, spokój i zdecydowanie powróciły.
- Jest jeszcze jeden bandyta o imieniu Red, czeka na moście – powiedział i dodał jeszcze w stronę Forytha – A Mirabeth zabierają do miejsca, które tak cię interesuje; do Loreloch.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#33 2017-02-07 12:01:12

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Fistandantilus odrodzony

Rozdział 32
Lorloch
Drugi Palast, Reapember 374 AC

   Bandytę o imieniu Red trójka przyjaciół znalazła ciężko chrapiącego na miękkim brzegu przy następnym moście. Danyal, Emilio i Foryth podeszli na odległość kilku stóp lecz mężczyzna się nie poruszył. Kiedy wiaterek lekko zawiał trójka towarzyszy wyczuła lekki zapach brandy  i natychmiast domyśliła się co było powodem, że ciężko odziany miecznik chrapał tak donośnie.
- Powinniśmy go chyba zabić, co? – spytał Danyal.
   Przeklinał własną niechęć do takich czynów gdy patrzył na bezbronnego. Powtarzał sobie, że gdyby to był Zack lub Kelryn to bez najmniejszych wahań zadałby śmiertelny cios. Czy była to prawda, czy też nie, nie umiał powiedzieć, lecz był całkiem pewny, że nie zdoła dziabnąć nożem tego pijanego mężczyznę.
- Eee – Foryth też się wahał – Może raczej go zignorujmy i przejdźmy bokiem. Nawet nie będzie wiedział, że tędy przechodziliśmy.
   Historyk wskazał drogę ciągnącą się po drugiej stronie mostu.
- Do Loreloch, według mojej mapy, to w tamtą stronę. Może po prostu tam się skierujmy?
- Trochę to ryzykowne, tak go tu zostawić za plecami – zastanawiał się Emilio – Chociaż za dużo to ja o tym nie wiem. Tak właściwie to chyba byśmy nie chcieli żeby za nami polazł.
   Danyal już zamierzał się dalej sprzeczać gdy nagle zza pleców dobiegł ich dźwięk stukotu po kamieniach. Odwrócili się i zobaczyli sylwetkę wielkiego, czarnego konia cwałem nadbiegającego kamienną drogą.
- Zmora! – wrzasnął chłopak.
   Choć to kompletnie głupie to jednak był zachwycony widokiem wielkiego konia. W tej chwili i Red się poruszył z głośnym chrapaniem. Usiadł na ziemi i pierwsze, co zobaczył to ogromne zwierzę nadbiegające w stronę mostu. Trójka podróżnych przypadła do ziemi nad brzegiem rzeki, byle tylko dalej od bandyty, który chwiejnie podniósł się na kolana i gapił się w kompletnym oniemieniu.
- Bogowie, demoniczny koń! – wrzasnął Red i zerwał się na nogi.
   Koń grzmiał kopytami coraz bliżej, przytłaczał czernią i własnym ogromem gdy tak galopował w stronę mostu. Wielkie podkowy młóciły drogę a Danyal odczuwał jak każde ich uderzenie rozlegało się gruncie mocnym echem.
   Red okręcił się na pięcie. W ogóle nie dojrzał trzech postaci zalegających po drugiej stronie drogi. Szeroko otwartymi oczami spojrzał jeszcze przez ramię wstecz i zerwał się do ucieczki. Zmora zagrzmiała na kamiennym mostku chrapiąc pogardliwie w stronę trzech podróżnych. Danyal zerwał się na nogi i skoczył do uzdy konia, lecz nim zrobił dwa kroki zwierzę zerwało się do szaleńczego galopu i pognało naprzód. Uderzenia kopyt ucichły w oddali.
- Skąd się tu wzięła? – pytał Danyal gapiąc się sfrustrowany za koniem.
   Poczuł się nieco opuszczony co było tym bardziej bolesne gdy pomyślał o schwytaniu Mirabeth. Nie miał wątpliwości, że dziewczyna umiała by konia z łatwością zatrzymać.
- Ma dobre wyczucie czasu – spostrzeżenie Emilia było bardziej praktyczne.
   Foryth Teel popatrzył na mapę w swej książce.
- No i patrzy na to, że Red ucieka od Loreloch. Nie przypuszczam, żeby śpieszył z powrotem do domu po tym jak opuścił posterunek.
- A Zmora poszła w stronę Loreloch. Może gdzieś tam ją spotkamy – powiedział Dan.
   Zbyt wielkich nadziei sobie na to jednak nie robił. Ruszyli w kierunku wskazywanym przez mapę z księgi, w której tylko historyk mógł się jako tako połapać. Z ponurą determinacją w duszach trójka przyszłych ratowników wyruszyła przez górską krainę poruszając się nico powyżej po zboczu nad górską drogą. Chcąc uniknąć niebezpieczeństwa woleli poruszać się poza niekoniecznie przyjazną obserwacją.
   Trójka towarzyszy stanowiła teraz całkiem groźny zespół, mogli być niebezpieczni. Danyal miał nadal ciężki nóż a poza tym zabrał zabitemu przez siebie bandycie łuk i cały kołczan strzał. Umiał takim łukiem trafiać króliki wokół Waterton więc czuł się zupełnie pewien, że i znacznie bardziej niebezpieczny cel też może zostać trafiony celną strzałą.
   Foryth Teel przywłaszczył sobie krótki miecz od bandyty, który już raczej nie będzie potrzebował tak praktycznego narzędzia. Zawiesił sobie broń u pasa, lecz początkowo tylko potykał się o pochwę miecza. Drugiego dnia jednak nauczył się wędrować z tym ostrzem w miarę spokojnie. A poza tym pojął jak szybko wyciągnąć miecz i to manewrem, który co prawda wyglądał imponująco, lecz w prawdziwej walce chyba by się na wiele nie przydał.
   Trzymali się górskich grzbietów powyżej drogi miast poruszać się łatwym, lecz i łatwo kontrolowanym szlakiem. Dwukrotnie już nocowali na wietrznych zboczach nie ważąc się na rozpalenie ognia, który mógłby ułatwić wykrycie ich kryjówki.
   Na pierwszym z takich obozowisk Emilio podzielił się resztą opowieści o Mirabeth, a przynajmniej taką jej częścią jaką zdołał zachować w pamięci.
   Była córką groźnego Ryzerza z Solamni, Sir Harolda Białego. Człowiek ten uczynił zaprowadzenie pokoju w tych oolicach Gór Kharolis swoim prywatnym obowiązkiem. W końcu też stał się zbyt bolesnym cierniem w boku Kelryna Darewinda i przywódca bandytów dokonał zemsty brutalnym i morderczym atakiem na dom rycerza.
- Powinienem się był domyślić! – powiedział Danyal – Kiedy ich pierwszy raz spotkałem to bandyci Kelryna właśnie wracali po mordzie na jakiejś rycerskiej rodzinie!
   Po wymordowaniu jej całej rodziny, Kelryn postawił sprawę jasno; znaleźć i zabić jedyną córkę rodziny! Znalazł ją Emilio i było dokładnie tak jak powiedziała: nieszczęśliwa i samotna w głuchej dziczy. Wiedząc mniej więcej gdzie bandyci się poruszają wpadli na pomysł specjalnego przebrania – razem wykonali woskowe szpice by zmienić kształt jej uszu. Emilio z kolei pomógł jej zmienić fryzurę na podobieństwo kitki, tak ulubionej przez kenderów. Mirabeth natomiast wiedziała już wystarczająco dużo o sztuce makijażu, że sama potrafiła nakreślić sobie na twarz, zwłaszcza w okolicy ust i oczu, zmarszczki wskazujące na dojrzały wiek.
   Wiedza, że życie dziewczyny nie będzie warte funta kłaków jeśli tylko Kelryn odkryje jej tożsamość stanowiła dodatkowy bodziec dla ekipy ratunkowej. Świadomość taka powodowała, że Danyal tylko kręcił się i wiercił każdej niekończącej się nocy. Był przerażony możliwością, że łotrowski przywódca przejrzy przebranie Mirabeth. Miał tylko nadzieję, że jej włosy – a może jeszcze jakieś inne czynniki – będą mogły ukryć prawdziwy kształt uszu dziewczyny.
   Drugiej nocy pościgu Emilio przydarzył się kolejny atak. Całkiem taki sam jak wtedy gdy cierpiał pierwszej nocy gdy poszedł im na ratunek na drodze. Dan i Foryth starali się utrzymać kendera gdy tak trzepał się po trawie a w końcu zesztywniał. Rozbudził się znowu niewiele pamiętając i nie rozpoznając otoczenia. W ciągu dnia zaczęła mu jednak wracać normalna świadomość.
   Na koniec takiej ostrożnej wędrówki mieli cel w zasięgu wzroku. Budynek dworu wyrastał jak niewielki szczyt na grzbiecie czegoś, co w istocie okazało się całkiem sporą górą. Pojedyncza wieża strzelała wysoko ponad murami a nad obwałowaniem widać było kilka szpiczastych dachów. Większość budynków skrywała się jednak za stromymi murami otaczającymi część szczytu. Dawało to temu miejscu wygląd niewielkiego, lecz doprawdy wspaniałego zamku.
   Trójka towarzyszy obserwowała cel z miejsca położonego na sąsiednim grzbiecie i natychmiast też zaczęła się rozglądać za najlepszą drogą dotarcia do celu. Dopiero kiedy zaczęli rozpatrywać przeróżne możliwości czy też proponować inne chłopak się zorientował, że jeszcze tydzień temu sama myśl o takich podchodach napełniłaby go kompletnym przerażeniem, już nie mówiąc o samym pomyśle wślizgnięcia się do takiej fortecy! Teraz jednak takie wyzwanie tylko umocniło w nim poczucie ponurej determinacji. Rozpalało wręcz żar nienawiści jaki tlił się zresztą bez przerwy gdzieś pod powierzchnią świadomości.
- Patrzy na to, że jedynym sposobem wejścia jest ten mostek – powiedział Danyal.
   Wskazał palcem na łukową konstrukcję, która przekraczała stromy żleb oddzielający samo Loreloch od sąsiednich wyżyn. Sam dwór był otoczony gładkimi murami a wiele mniejszych, lichszych zabudowań było jakby przyklejone do głównego budynku. Niektóre z nich siedziały jakby na grzędzie, umieszczone na samej krawędzi gwałtownego spadku zbocz podczas gdy pozostałe tworzyły cienką linię prowadzącą od mostu do wejściowej bramy imponującego gmachu. Brama była zamknięta.
- Kiedy już się tam przedostaniemy to trzeba będzie poszukać innej drogi niż ta brama żeby dostać się do środka – stwierdził Emilio.
- Może zostawią otwarte drzwi pomywalni – pomyślał głośno Foryth – W klasztorze zdarza się to co i rusz. I to nawet gdy wszystko powinno być zawarte na głucho. Kucharz, który ma do wyrzucenia mnóstwo resztek i śmieci zazwyczaj nie lubi się przejmować mnóstwem zamków i zasuw.
- Coś w tym chyba jest – przyznał Danyal – Za godzinę będzie już ciemno. Możemy tu trochę odpocząć i wyruszyć po zachodzie słońca, prawda?
   Wszyscy się zgodzili więc teraz przeczekiwali niespodziewanie długi okres czasu aż wreszcie słońce schowało się za horyzont a niebo zaczęło powoli czernieć. Sugestia Danyala, żeby trochę wypocząć okazała się tylko marzeniem ściętej głowy. Miast tego dokładnie przyglądał się górskim umocnieniom, szukał jakiegoś słabszego punktu w czymś, co najwyraźniej zostało pomyślane jako niewielka forteca. Okien było sporo, lecz wszystkie umieszczono bardzo wysoko w kamiennych ścianach. Jedynym światełkiem w ciemności okazał się fakt, że na moście nie było żadnych straży.
   Danyal wypatrywał aż zapadła noc. Nie udało się znaleźć nic, co przynosiłoby jakąkolwiek wizję nadziei, lecz i tak nie miał zamiaru czekać tu dłużej. Całą trójką ruszyli w dół, w stronę drogi. Później wypatrzyli wąską ścieżkę prowadzącą na wzgórze i to bliziutko płytkiego rowu, który mógłby służyć za awaryjne schronienie gdyby groziło im nagłe wykrycie. Doskonale wszyscy wiedzieli, że największą szansą mają pozostając niewykryci. Poruszali się więc szybko, lecz jak osobniki niewidzialne.
   Niespodziewanie dużo czasu zabrało im dotarcie do mostu. Kiedy zaś tam dotarli to Danyal zdał sobie sprawę, że budynek Loreloch jest znacznie większy niżby się to z daleka zdawało. Przynajmniej to dobre, że nadal nie było żadnej straży na końcu mostowego przęsła. Nikt też nie zajął się rozpaleniem pochodni ani lamp na zewnątrz od kręgu ruder i niewielkich zagród otaczających dwór strzeżony kamiennym murem.
   Przykucnęli za niskim obmurowaniem mostku i całą trójką posuwali się ostrożnie do przodu po wąskim, nisko obwałowanym skrzyżowaniu. Danyal jeszcze nigdy w życiu nie był tak wysoko nad powierzchnią gruntu i teraz musiał jakoś stłumić lęki, gdy tylko wyjrzał na wałem w dół wąwozu.
   Byli wreszcie po drugiej stronie. Byli o jeden krok od pierwszych, obskurnych bud. Za nimi wznosił się kamienny dwór. Większość mniejszych budynków była już ciemna i cicha choć w niektórych oknach jeszcze błyskały świece. Natomiast z wysokiego dworu wciąż jeszcze widać było światło, i to w wielu oknach.  Czasami nawet dobiegały okrzyki i chrapliwy śmiech.
- Już prawie północ – mruknął Foryth patrząc na gwiazdy – Ciekaw jestem czy za chwilkę nie ucichną.
   Danyal nie chciał dłużej czekać. Musiał jednak przyznać, że całe to miejsce jeszcze nad wyraz aktywne. Ostry kontrast w porównaniu z wioską w której się wychował. Tam już dwie godziny o zachodzie słońca wszystko spało. Mimo wszystko już chciał powiedzieć historykowi żeby może podejść bliżej gdy Emilio po cichutku zgodził się z historykiem.
- Dajmy im jeszcze z godzinę czy coś koło tego. Proponowałbym, żebyście we dwóch obeszli mur na prawo. Może znajdziecie drzwi pomywalni. Ja pójdę w drugą stronę i rozejrzę się za czymś, czego by można użyć do odwrócenia uwagi.
   Trójka nieproszonych gości przekradła się wokół kilku rozklekotanych budynków przy końcu mostu. Znaleźli w końcu niewielki parapet leżący poniżej linii świateł, który osłaniał ich zarówno przed oczami ze wsi jak i z dworu. Tu mogli poczekać bez strachu o przypadkowe wykrycie. Rozsiedli się wygodnie i czekali w ciszy. Czas mijał choć dłużył się niesłychanie. W końcu jednak ośmielili się podnieść głowy i stwierdzili, że większość pochodni w budynku zgasła. Zaczęli nasłuchiwać, lecz i głosów już nie dało się słyszeć.
- Odczekam chwilkę zanim narobię jakiegoś hałasu – powiedział Emilio – Nie ma chyba sensu narozrabiać za wcześnie. Jeżeli jednak będzie wyglądał na to, że w środku są kłopoty to spróbuję wszystkich stamtąd odciągnąć.
- Jak? – spytał Danyala.
   Kender w odpowiedzi tylko wzruszył ramionami.
   Chłopak skrycie poprowadził Forytha wokół krawędzi stromej góry. Słyszeli hałaśliwe chrapanie dobiegające z jednej z chat więc wykonali szeroki obchód tego miejsca. Odejście na odległość wystarczającą by stracić z oczu most zajęło im kwadrans. Cały czas Danyal czuł się wystawiony na wszelką możliwą obserwację. Na domiar złego wciąż pamiętał o przepaści rozpościerającej się po prawej stronie i potężnym, jakby nieprzenikalnym murze dworu po lewej.
- Zalatuje tak, jakbyśmy byli blisko jakiejś kuchni – szepnął Foryth.
   Danyal też wyczuł odór psujących się resztek, lecz nie jakoś tego nie powiązał z kuchnią. U podstawy muru, ku swemu zdumieniu, zobaczyli zacieniony obrys niewielkich drzwi. Poniżej lichej osłony rozpościerała się wielka stromizna zbocza. W tym miejscu kucharz po prostu wywalał w przepaść cokolwiek tam mu zostało w wielkiej kuchni dworu. Odgłosy bieganiny i drapania nagle ich zaalarmowały. Nawet spostrzeżenie, że to tylko szczury, całe tuziny szczurów żerujących na wysypisku, nie bardzo ich rozluźniło.
   Danyal zaczął się rozglądać za jakimś znakiem obecności straży gdy tymczasem Foryth po prostu śmiało podszedł do drzwi i sięgnął do zasuwy. Serce Dana zaczęło walić głośno w oczekiwaniu na natychmiastowy alarm lub może walkę.
   Miast tego jednak drzwi się po prostu otworzyły z lekkim skrzypieniem. W otworze okazało się spore pomieszczenie lekko oświetlone przez dogasające węgle. Chłopak podreptał za historykiem i z wahaniem dołączył doń wchodząc jednocześnie do twierdzy Kelryna Darewinda.
   Kuchnia zalatywała sadzą i tłuszczem. W kiepskim świetle mogli dostrzec tylko kilka, wielkich stołów, spore sterty naczyń i ceglane palenisko na którym wciąż jarzyły się nie wygaszone węgle.
- Gdzież ona może być? - zastanawiał się Foryth – To w końcu całkiem wielkie domostwo.
- Kelryn mówił, o ile pamiętasz, że ma tutaj lochy. Chyba powinniśmy przeszukać najniższy możliwy poziom jaki uda się znaleźć.
- To ma sens – zgodził się historyk – Nie powinniśmy się rozdzielić?
   Danyal ostro pokręcił głową. Nie tylko dlatego zresztą, że wcale nie chciał zostać sam. Zwłaszcza w tym miejscu.
- Jak będziemy w dwóch różnych miejscach to dwa razy łatwiej nas złapią – powiedział.
   Foryth się z tym zgodził.
   Drzwi kuchni stanowiły potężną przeszkodę z drewna obitego żelazem, lecz ich zawiasy były dobrze naoliwione więc otworzyły się z lekkim tylko szeptem. Stanęli na wełnianym chodniku wiodącym przez cały, szeroki korytarz. Po każdej stronie korytarza widać było kilkanaście par drzwi. Ściany były pokryte ciemnymi płytami. Para świec w świecznikach z uporem usiłowała rozproszyć mrok, lecz bez większego powodzenia. Widać tylko było jeszcze, że łukowe sklepienie korytarza umieszczono doprawdy wysoko.
   Po lewej stronie korytarz się rozszerzał i po chwili zakręcał za rogiem. Dan uchwycił kątem oka widok kilku gobelinów zwieszających się z wysokich ścian. Przypomniał sobie, że Kelryn wspominał coś o zamawianiu wyrobów artystycznych upamiętniających chwałę Fistandantilusa. Z tamtej strony światła były najbardziej widoczne więc Danyal, logicznie rozumując, wybrał drogę przeciwną. Rozumował, że lochy będą oddalone od głównych sal zebrań i pomieszczeń mieszkalnych dworu. Minął kilkoro drzwi mniejszych od drzwi kuchennych a posiadających zawiasy z brązu wypolerowane niemal do barwy złota. Ciągnąc dalej swe dedukcje stwierdził, że drzwi te raczej nie prowadzą do, jak je sobie wyobrażał brudnych sal podziemnych. Po kolejnym tuzinie kroków korytarz zakręcał za ścianą z ledwie obrobionego kamienia; za zakrętem były tęgie, obite żelazem drzwi.
- Tutaj jest fundament wieży – szepnął Foryth i wskazał na okrągłą, kamienną ścianę – Drzwi chyba prowadzą do schodów wiodących do góry.
- Skąd to wiesz? – pytał zdumiony chłopak.
- Oceniłem, tak z grubsza, położenie gdy jeszcze byliśmy na zewnątrz – odparł skromnie historyk – Taka masa kamienia musi mieć potężny fundament. I oto on.
   Danyal zorientował się, że historyk pewnikiem ma rację. Poszedł dalej. Pod stopami miał teraz kamienne płyty a nie chodnik. Po chwili znalazł kolejne drzwi, też obite żelazem, a kiedy przyłożył do nich twarz poczuł zapach omszałej wilgoci. Serce mocnie mu zabiło, odwrócił się do Forytha by powiedzieć o odkryciu, lecz w pobliżu nie było najmniej oznaki obecności historyka! Spanikowany Dan podreptał wstecz po własnych tropach.
   Drzwi znajdujące się u podstawy wieży były lekko uchylone a przez szparę widać było trochę światła. Chłopak pamiętał, że kiedy tędy szli drzwi były zamknięte na głucho. Jedyne, co Dam mógł przypuszczać to to, że Foryth Teel poszedł tędy i pewnie właśnie teraz wspina się po kamiennych schodach wieży.
   Po raz pierwszy tej nocy poczuł Danyal przypływ rozpaczy. Nie śmiał tracić czasu na pościg za włóczącym się towarzyszem i nie umiał podjąć ryzyka by go wołać. Zamruczał tylko w duchu i pognał do drzwi, które jak podejrzewał, prowadziły na sam dół. Ciężka zasuwa w drzwiach, zabezpieczająca przed otwarciem z drugiej strony, tylko potwierdzała jego podejrzenia.
   Uniósł skobel najostrożniej jak umiał i pociągnął drzwi. W półmroku dostrzegł schody wiodące w dół prosto w ciemność. Rozejrzał się gorączkowo wokół i dostrzegł kilka niezapalonych świec w kandelabrach podobnych do tych, które były w korytarzu z gobelinami. Złapał jedną i odpalil o płomienia zapalonej świeczki. Tak uzbrojony wkroczył w drzwi.
   Tuż przed wyruszeniem w dół wilgotnych, kamiennych schodów usłyszał zza kamiennej ściany jakiś łomot. Ludzie zaczęli krzyczeć więc domyślił się, ze Emilio rozpoczął akcję odwracania uwagi. Miał nadzieję na jej skuteczność. Teraz jednal skupił się na ciemności przed nim i poniżej.
   Powietrze było przejmująco chłodne. Przenikało chłodem aż gdzieś do samych kości. Chłopak skradał się na palcach zaciskając dłoń na rękojeści noża. W drugiej dłoni trzymał świecę i usiłował oświetlić długie, ciągnące się w dół schody.
   Na samym dole schodów mroczny korytarz rozdwajał się na lewą i prawą odnogę. Chłopak poczuł nagły przypływ paniki bowiem nie miał pojęcia, którą odnogę wybrać. W końcu zdał się na los szczęścia i ruszył jedną z nich trzymając świecę wysoko  i mijając poszczególne cele.  Metalowe drzwi tych cel były pootwierane więc szybko rzut oka wystarczył by stwierdzić, że są również nie zasiedlone. Podszedł w końcu do drzwi zamkniętych, uniósł świecę i starał się dojrzeć przez szparę czy ktoś jest w środku.
- Kto tam jest? – zawołał ostro żeński głos.
   Głos był znany i wywołał u Danyala szybkie bicie serca.
- Mirabeth! To ja, Danyal! – szepnął chłopak z nagle obudzoną nadzieją na sukces.
- Możesz mnie stąd wydostać? – spytała.
   Podbiegła w stronę drzwi i weszła w krąg światła świecy. Z ulgą dostrzegł, że wyglądała na osobę, której nic złego się nie stało. Na jednym uchu nadal miała woskowy czubek. Drugie ucho było skryte pod jedną z kitek by zamaskować brak czubka.
   Przez chwilę Danyal mocował się z prymitywnym zamkiem. Po paru uderzeniach serca Mirabeth mogła go uścisnąć a on szybko objął ją w pasie. Przynajmniej objął na tyle, na ile pozwalał wciąż trzymany w dłoni nóż a w drugiej świeca.
- Chodźmy! – naciskał – Musimy cię stąd szybko wydostać!
- A dokąd to zamierzacie się potem udać, co? – warknął szyderczy głos z ciemności.
   Danyal ten głos rozpoznał natychmiast. Należał do Kelryna Darewinda.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#34 2017-02-07 12:37:21

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Fistandantilus odrodzony

Rozdział 33
Oczy Czaszki
Drugi Palast, Reapember 374 AC

Flayzeranyx wpatrywał się w czaszkę wyczuwając tam jakieś pożądanie. Przez długie lata wpatrywał się w martwe oczodoły, słyszał przytłumiony głos wszeptujący mu prosto do umysłu i sugerujący idee, pomysły i życzenia. Zdawał sobie sprawę, że czaszka stara się go użyć do własnych celów, zatrudnić smoka do zaspokojenia własnych, mrocznych apetytów.
   Tyle że trzewia czerwonego smoka grzmiały własnym głodem. A oczodoły bezcielesnej czaszki patrzyły, nie mrugały powiekami, i wciąż patrzyły przez tak wiele dekad. Patrzyły na ogniste piekło jakim była jama Flayzeranyxa, patrzyły, i wciąż czekały.
   Przez długi czas był tam tylko dym, bulgocząca lawa i sycząca para. Kłębiły się chmury sadzy, zbijały się w gniewne obłoki a jęzory ognia lizały powietrze. Nic tam nie wyglądało na żywe aż do chwili gdy pojawiły się w ciemności purpurowe łuski a skórzaste skrzydła jednym ruchem poruszyły powietrze posyłając uderzenia wichru przez całą jaskinię. W górę eksplodował żółty ogień jakby wyrażał podniecenie swego pana gdy potężny skrzydlaty wąż uniósł łeb i szyję ponad powierzchnię gładkiej, utwardzonej lawy swego legowiska.
   Smok zbadał wzrokiem czaszkę i wyczuł potrzebę. Dojrzał jasnozielony obraz i poczuł iskry purpury płonące w jego wnętrzu. I głód, i pożądanie czaszki stawało się nieomal namacalną mocą.
- I gdzież jest talizman? – spytał smok jedwabisty głosem.
   Wbijał wzrok w czaszkę, gapił się żółtymi tęczówkami penetrując głębię pustych oczodołów.
   Wąż nagle dojrzał zmianę obrazu. Poczuł prawdę gdy ujrzał ludzką jamę w górach.
- twoje serce krwi i kamienia jest tam!
   Wyrazu twarzy czaszka nie zmieniała. Flayze jednak jakby dostrzegł kpiący uśmieszek w wiecznie skrzywionych zębach.
- Znam to miejsce – szepnął – Twierdza na szczycie gór… widziałem ją już, i tolerowałem istnienie… przez wiele lat.
   Czaszka wciąż milczała. Tyle że teraz to mroczny wzrok martwych oczodołów penetrował całe jestestwo smoka.
   Flayze wręcz instynktownie znienawidził tamto miejsce. Znienawidził potężny urok przyciągającego uwagę artefaktu. Czszka pożądała kamienie potężną, desperacką mocą. Z drugiej strony, czerwony smok posiadał wiele skarbów. Stać go było na wzgardzenie szansą dodania jeszcze jednego kawałka do kolekcji.
   Rozłożył skrzydła. Smok obrócił się w stronę świata i był gotów do lotu. Za jego plecami pozostała czaszka, patrzyła cicho i jak zawsze w bezruchu. Białe zęby miała zaciśnięte w wiecznym grymasie.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#35 2017-02-08 21:23:32

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Fistandantilus odrodzony

Rozdział 34
Tobie, Mistrzu Loreloch
Drugi Majetog, Reapember 374 AC

- Zastanawiałem się, jak też długo może wam zejść niż przyjdziecie tu po nią. Jestem, oczywiście, też pod wrażeniem faktu, że jak widać łatwo poradziliście sobie z Zackiem Jestem jednak głęboko rozczarowany faktem, że nie wdarliście do Loreloch ostatniej nocy. Uważałem, że ruszycie naprzód z ogromną nonszalancją byle uratować piękną kenderkę.
   Danyal na moment zamarł, zmroził go znany, niebezpieczny głos. Wyobrażał sobie jak Kelryn Darewind skrada się w ciemności. Dokładnie jak stary kot co ujrzał dwie bezbronne myszy poza ich dziurą w ścianie. Świeca w dłoni Dana świeciła mdłym płomienie. Mógł jednak dojrzeć jak oczy Mirabeth, jeszcze przed chwilą pełne nadziei, teraz wypełni mieszanina strachu i rozpaczy.
   Również i Dan powoli wpadał w stan takiej beznadziei. W tym samym jednak czasie głowił się skąd też ten mężczyzna wiedzieć mógł, gdzie go oczekiwać. Przypomniał sobie hałas, jaki usłyszał zza murów dworu i zaczął się zastanawiać, czy też przywódca bandy nie został zaalarmowany być może przedwczesną akcją Emilia. W każdym razie był tu teraz, w ciemności, obserwował ich i się z nich śmiał.
   W tym momencie zwyciężyły instynkty Danyala: wyszarpnął Mirabeth z celi i ruszył w głąb zatęchłego korytarza, byle tylko dalej od tego spokojnego, nienawistnego głosu.
- Stać!
   Kelryn warknął tylko jedno słowo i natychmiast stopy Danyal przestały się poruszać. Starał się jeszcze zmusić do ruchu Mirabeth, lecz szybko pojął że i jej stopy są w tej chwili jakby przyklejone do kamiennej posadzki. Oboje kręcili i wysilali, lecz butów unieść nie mogli. To była magia, jak pomyślał upadając coraz bardziej na duchu, chłopak. Wiedział już, że to jakieś zaklęcie z piekła rodem utrzymuje ich teraz w bezruchu.
- Wiecie co, i tak nie mieliście żadnej szansy na powodzenie z tą ucieczką… najmniejszej szansy – oznajmił przywódca bandytów spacerem wyłaniając się z zakamarków piwnic.
   Nagle stał się dla nieszczęsnej dwójki widoczny, lecz wcale nie z powodu świecy wciąż jeszcze jasno świecącej w drżących dłoniach Danyala.
   Wyglądał raczej na to, jak się chłopak szybko zorientował, że to jakieś przejmujące grozą światło emanowało z samej postaci Kelryna Darewinda. Postać mężczyzny była wręcz obramowana jasnozieloną poświatą, iluminacją nawet troszkę przypominającą naturalną fosforescencję jaką Danyal widywał wśród niektórych mchów rosnących w zacienionych okolicach Waterton.
   Tyle, że ta poświata znamionowała czystą, niesamowitą moc i to w sposób w jaki naturalne siły nigdy nie zrobią. Wyglądało to wręcz tak, jakby z tej zielonkawej luminescencji dobiegał rzeczywisty zapach tajemnej mocy, jakiejś ukrytej mocy dzięki której znieruchomieli w jednej chwili. Kiedy przywódca bandy podszedł bliżej zobaczyli jak uśmiecha. Połyskujące, białe zęby w tym świetle wyglądały przejmująco.
- Wiedziałem, że to właśnie dzisiaj jest ta noc, w której po nią przyjdziecie. Wiedziałem o tym nawet wcześniej, zanim jeszcze twój mały kompan narobił paskudnego harmidru poza murami.
   Teraz Dan dostrzegał, że to dziwne, jasne światło połyskiwało pomiędzy palcami mężczyzny i rozpościerało taką wręcz chorą poświatę na całe ręce Kelryna i dalej, na cały loch. Trzymał coś w dłoniach. Trzymał przedmiot wystarczająco nieduży by zmieścić go między zwiniętymi palcami, lecz to właśnie ten przedmiot pulsował tajemną, przerażającą mocą. Co więcej, przedmiot był straszliwie, wręcz nienaturalnie jaskrawy, lecz nie ognisty. Był przecież wystarczająco chłodny by trzymać go gołą dłonią.
- Krwawy klejnot Fistandantilusa.
   Przywódca bandy wzniósł złoty łańcuch, pozwalając by blady kamienny klejnot dyndał i kołysał prze ich oczami.
- Fatalnie, że nie ma tutaj waszego przyjaciela, tego historyka. Wiem, że sam widok klejnotu by go podekscytował.
   Danyal gapił się na krwawy klejnot i nie mógł się poruszyć. Czuł moc klejnotu zawartą w strasznym świetle, czuł już jak jego własne oczy… i jego umysł… są niszczone a mimo to był zmuszony trzymania oczu otwartych, bez mrugnięcia powieką. W umyśle nawet nie postała wątpliwość; oto ten kamień przytwierdził go w miejscu, zmusił do posłuszeństwa wobec rozkazu, który ze wszystkich sił pragnął odrzucić.
- To właśnie dzięki klejnotowi zdołałem go zwieść, zmusiłem go do myślenia żem prawdziwym kapłanem!
   Bandyta chichotał z dumą z własnego sprytu. Danyal chciał coś powiedzieć, wykrztusić słowo, rzucić wyzwanie, lecz usta i wargi nie słuchały jego woli.
- Och, co tam. Możecie się odprężyć, tylko nie próbujcie ucieczki – Kelryn mówiąc to schował klejnot.
   Nagła ciemność stanowiła ogromną ulgę, zupełnie jak powiew świeżego powietrza wywiewający smród otwartej krypty. Ich stopy już nie były przytwierdzone do posadzki. Mirabeth i Danyal aż się zachwiali gdy zaklęcie wygasło. Chwycili się siebie nawzajem szukając równowagi i bezpieczeństwa. Chłopak desperacko pragnął uciekać. Znał już jednak moc klejnotu więc nie ośmielił się ryzykować, przynajmniej jeszcze nie.
- Ten klejnot to klucz do mego sukcesu. On nie tylko przywołuje do posłuszeństwa tak niechętnych słuchaczy jak wy, lecz również chroni mnie przed tymi, którzy chcieliby mi wyrządzić krzywdę. Były czasy gdy sprawiał, że ludzie rzeką płynęli do mej świątyni. A niedawno pojąłem… to znaczy parę dekad temu… że klejnot Fistandantilusa daje mi również moc uzdrawiania. Och, zgoda, niezbyt doskonałą, oczywiście, nie taką jak zaklęcia prawdziwego kapłana. Ale sami widzieliście, to działa.
   Kelryn Darewind zaczerpnął głęboko powietrza i potrząsnął głową jakby był zdumiony.
- Krwawy klejnot ma własną duszę, i ta dusza mi pomaga! Przez wieki pożarła niezliczone życia i skumulowała potężną moc. Nauczyła mnie bardzo wiele. Ukazała mi dziwy historii, w które inni nigdy nie uwierzą!
   Dan już chciał zapytać, czy to kamień go tak zdeprawował, uczynił go złym i okrutnym.
- Ha! – Kelryn nagle warknął głośno – A ten głupi historyk nawet nie zdaje sobie sprawy z ogromu własnej ignorancji. Ja wiem bowiem istnieje głos, duch wiedzy, który do mnie przemawia poprzez klejnot.
   Mężczyzna podszedł bliżej. Popatrzył z góry na dwójkę schwytanych A Dan natychmiast wyczuł, że Kelryn chce do nich mówić, chce sprawić by zrozumieli. Chłopak nienawidził tą gładką gębę, ten spokój a twarzy, nienawidził z całych sił. Pragnął uderzyć, pragnął dobyć noża i zatopić jego ostrze w złowieszczym sercu Kelryna Darewinda.
- I to właśnie dzięki klejnotowi wiedziałem, że właśnie dzisiaj przybędziecie. No a zrozumienie celu wędrówki było już bardzo prostą sprawą.
   Kelryn nagle się zmarszczył. Ponownie pozwolił by zielonkawe światło przesączyło się między palcami. Badał postać Mirabeth.
- Co prawda sądziłem, że to kender osobiście przybędzie po swoją kenderkę.
   Nagle zmrużył oczy jakby ujrzał Mirabeth po raz pierwszy w życiu. Wyciągnął rękę i odgarnął jej włosy z okrągło zakończonego, ludzkiego ucha. Ostro trzepnął dłonią w czubek umieszczony na drugim uchu wywołując tym natychmiastowy krzyk protestu z ust Danyala. Czubek jednak odleciał. Bandyta potrząsnął głową i głośno się roześmiał.
- Jesteś nią! Córka Sir Harolda, jedyna, co zdołała uciec! – krzyknął radośnie – Byłaś w moim lochu od paru dni a ja nic nie wiedziałem. Co za wspaniały żarcik! Jakaż cudowna ironia!
   Warknął, na twarz wypełzł nagle wyraz nagiego okrucieństwa.
- Twój ojciec był dla mnie utrapienie, zagrożeniem co trwało zbyt wiele lat. Dobrze wiedzieć, że wkrótce dołączysz do niego, w śmierci.
   Danyal poczuł porywającą falę straszliwej furii. Jednocześnie też poczuł zamierającą świadomość własnej bezsilności. Właściwie to oboje byli już martwi, zdawał sobie z tego sprawę, a na dodatek czuł się kompletnie bezradny, niewładny zmienić nadciągający los. Palce świerzbiły by chwycić nóż u pasa podczas gdy rozważał jeszcze jakie ma szanse. Czy zdąży dobyć noża i go w ciele wroga nim Kelryn przywoła magię krwawego kamienia? Wiedział, że nie da rady.
- Podnieść łapska, oboje – krótko zakomenderował mężczyzna jakby czytał w myślach Danyala.
   Danyal zmagał się z poleceniem pragnąc się mu oprzeć, lecz mimo to, mimo całego wysiłku woli ręce same wzniosły się nad głowę i już po chwili stał tak z ramionami bezradnie uniesionymi. Broń mógłby mieć teraz równie dobrze gdzieś na dnie morza, szanse jej wyciągnięcia były podobne.
- Sądzę, że dokonamy tego na modłę ulubioną przez moich ludzi – oznajmił przywódca bandy wyraźnie rozbawiony – Popatrzmy… a może by tak skłonić was do skoku z najwyższych blanków prosto na skały. To sus na co najmniej sto stóp. Tak, to by było bardzo efektywne i efektowne. No i bardzo dramatyczne, pewnie się ze mną zgodzicie.
   Kelryn nagle się zmarszczył jakby nagle napotkał głęboko denerwujący problem.
- Tylko czy powinienem sprawić byście skakali razem czy też jedno po drugim? No po prostu nie wiem.
   Głos Kelryna Darewinda zdradzał, że trudność wyboru stanowiła dla niego bardzo poważny problem.
   Serce Dana waliło niczym grzmot. Chłopak czuł jak pot spływa mu po brwi, lecz nie mógł uczynić ani gestu, ani nawet najmniejszego dźwięku protestu.
- Cóż, tak na dobry początek, to możemy zacząć wspinać się na górę z tych lochów. Ty, dziewczyno, idziesz pierwsza. Chłopak ma iść za tobą a ja trzymam tylną straż. A teraz naprzód, powoli.
   Posuwali się naprzód jak martwe manekiny. Szurali nogami po posadzce ciemnego lochu. W pewnej chwili chłopak chciał się zatrzymać, sprzeciwić rozkazowi bandyty. Tyle, że stopy, jeszcze parę chwil temu tak niechętne do ruchu teraz odmawiały zatrzymania. Maszerowały w stronę przeznaczenia jakie wybrał dla nich Kelryn Darewind. Jasny, świecący kamień w dłoniach Kelryna był niczym fizyczny, namacalny bat za plecami obojga. Mimo, że Dan wysilał się ze wszech sił by obrócić, by się sprzeciwić rozkazowi to i tak nieodwołalnie szli w stronę nieuniknionej egzekucji.
- Powinno to być jedno z was na jeden raz – mruczał bandzior zaskakując ich nagłym powrotem do tematu morderstwa – Widok twarzy tego, który jeszcze żyje to skarb jakiego nie ośmieliłbym się stracić. Tylko które pierwsze? Doprawdy pragnąłbym w tej sprawie usłyszeć wasze sugestie.
   Palce Kelryna mocniej zacisnęły się na klejnocie a zielone światło szerzej rozeszło się po całym lochu. Dan dostrzegł jak klejnot pulsuje coraz większą mocą.
   Usta Danyala się rozwarły a i język zatrzepotał bezwładnie. Gęgał jakieś słowa, które chyba wyciągała moc krwawego kamienia. W gardle narastała kula. Pluł, kaszlał, w końcu  potrząsnął głową co wywołało tylko westchnienie rozczarowania z piersi fałszywego kapłana Fistandantilusa.
- Teraz w górę – warknął, gdy dotarli do podstawy schodów.
   Mirabeth była wciąż na przedzie, Danyal odczekał aż wespnie się na kilka stopni nim ruszył za nią. Raz jeszcze pomyślał o jakimś oporze choć ramionami nadal nie mógł władać. Czy umiałby sam siebie rzucić wstecz? Zwalić przywódcę bandy na sam dół stromych schodów? Może by go nawet poważnie poranił? A może by go i zabił!
   Podniesiony na duchu nagłym przypływem nadziei Dan zaczął ciężko pracować nad obrotem głowy, by rzucić okiem na postać porywacza. Z wielkim niepokojem dostrzegł, że Kelryn Darewind idąc za nimi dobył już swego miecza. Każdy manewr jaki mógłby chłopakowi teraz przyjść do głowy skończyłby się tylko krwawą raną.
   Zrozpaczony, lekko się załamał, więc ponownie zwrócił uwagę na powolną wspinaczkę. Każdy stopień jakby wyłaniał się z mgły przed twarzą chłopaka. Ujrzał jak jego stopy wznoszą się bez i wspinają bez udziału jego woli.
   Doszli wreszcie na szczyt schodów gdzie Mirabeth barkiem pchnęła ciężkie drzwi. Szurając weszli do wielkiego korytarza za drzwiami. Danyal wciąż był drugi a za jego plecami wszedł Kelryn. Wciąż jeszcze dzierżył miecz, lecz uwagę miał wyraźnie zwróconą w stronę klejnotu zielono połyskującego między palcami.
- Idźcie tędy – zakomenderował wskazując na zakręt za którym, jak pamiętał Dan, był hall wejściowy z gobelinami obwieszającymi ściany.
   Przedtem korytarz oświetlała tylko para świec, lecz teraz paliło się z tuzin albo i więcej a poza tym były również pochodnie w łańcuchach rozmieszczone wzdłuż ścian. Chłopak nie widział żadnego z pozostałych bandytów, lecz z zewnątrz dobiegały jakieś krzyki; mógł mieć tylko nadzieję, że przynajmniej Emilio znalazł się w bezpiecznym miejscu. Z bólem serca pomyślał, co też mogło się stać z Forythem.
- Te tutaj przedstawiają wspaniałe chwile w historii mojej świątyni – oznajmił nagle niedoszły kapłan wskazując na długie pasma tkanin.
   Artystyczne dzieła mogły być nawet kiedyś wspaniałe. Teraz jednak jaskrawe kolory wyblakły a krawędzie gobelinów wystrzępiły się i pokryły mchem i pleśnią.
   Danyal miał wciąż jeszcze ramiona wzniesione wysoko nad głową, w tej sytuacji nie mógłby już być mniej zainteresowany gobelinami pokrytymi zresztą teraz sadzą. Rozciągając jednak wciąż drętwiejące palce i starając się myśleć o czymkolwiek, dosłownie czymkolwiek użytecznym do zrobienia w tej sytuacji wpadł nagle na pewien pomysł.
- Ten obraz – wskazał chłopak podbródkiem na najbliższy gobelin.
   Zrobił krok w prawo w jego kierunku mętnie tylko rozpoznając scenę wyobrażającą tłum na placu przed wielkim budynkiem.
- Co to jest?
- Ten gobelin przedstawia budowę naszej świątyni w zewnętrznych murach Haven – Kelryn mówił ze wzruszeniem i widocznym zainteresowaniem – Widzisz tutaj> Tutaj stoję ja i nadzoruję prace.
   Mężczyzna podszedł do haftowanej ilustracji. Wskazał na postać obramowaną zielonkawym światłem stojącą jak słup na szczycie niewielkiej piramidy prostokątnych, kamiennych bloków. Kapłan Poszukiwaczy wpatrywał się wręcz miłośnie w ręczną robotę a chłopak wyczuł, że jego uwaga i zainteresowanie na moment przeniosło się do wspomnienia czasów chwały.
   Dan dostrzegł szansę. Ręce miał wciąż wzniesione więc chwycił górny brzeg gobelinu i odskoczył wstecz. Całą masą zrozpaczonego ciała pociągnął starą tkaninę.
   Poddaj się! Modły chłopaka były desperackie, żarliwe i najwidoczniej skuteczne: Długi pas tkaniny rozdarł się u szczytu  a wtedy potężny, zakurzony zwój potoczył się na dół grzebiąc zarówno Kelryna jak i jego klejnot pod sobą.
   Gdy tylko bandyta zniknął pod zwałami tkaniny ramiona Danyal opadły. Został uwolniony z zaklęcia a i zielone światło się rozproszyło. Natychmiast chwycił nóż i już był gotów ciąć postać, która teraz usiłowała wydostać się spod spowijających ją zwojów tkaniny.
-Danyal… tędy! Szybko!
   Mirabeth chwyciła go za ramię i pociągnęła nim zdołał zaatakować. Słychać już było kroki i widać światło pochodni od strony kuchni.
   Jęknął ze złości, lecz w pełni rozumiał potrzebę natychmiastowej ucieczki. Pognał za dziewczyną przez hall wejściowy. Bramy dworu, co było dlań sporą niespodzianką, były otwarte na oścież. Między lichymi budami na zewnątrz świeciły tu i ówdzie pochodnie. Przypuszczał więc, że paru ludzi, poruszonych dywersją Emilia, musiało pognać na zewnątrz i sprawdzać co się dzieje.
   I nagle oboje znaleźli się za bramą gnając w dół nachylonego stoku poza murami. Danyal ostro szarpnął Mirabeth i zeskoczyli z drogi prowadzącej do mostu wprost w cień za jakąś stodołą. Ciężko dyszeli, lecz starali się oddychać jak najciszej. Chłopak zaczął się rozglądać, badać otoczenie.
   Nie spodziewał się jednak widoku postaci, jak nagle wyrosła tuż po jego prawej ręce. Wykonał szybki obrót, uniósł nóż, odepchnął na bok Mirabeth i zadał cios.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#36 2017-02-09 15:48:11

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Fistandantilus odrodzony

Rozdział 35
Ucieczka lub Zguba
Drugi, Reapember
374 AC

- Czekaj!
   Znajomy głos ugodził Danyala. Ledwie zdążył powstrzymać śmiertelny cios jaki już zaczął zadawać.
- Emilio? – Danyal aż osłabł z wrażenia i pozwolił by dłoń ze sztyletem opadła bezwładnie – Ja… ja omal cię pomyliłem z wrogiem! Mogłeś zostać… ja mógłbym…
- Daj spokój. To ja, i jestem cały. Widzę, że usłyszeliście jak narozrabiałem, Oh, cześć Mirageth! – zawołał kender – Wspaniale znowu cię widzieć!
- Dziękuję… dzięki wam wszystkim… że po mnie przyszliście – odparła dziewczyna.
   Rozejrzała się wokoło jakby jeszcze kogoś wypatrując w tej prowizorycznej kryjówce w cieniu stodoły.
- A gdzie jest Foryth? – spytała.
- Przypuszcza, że ciągle tam w środku – Danyal z rozpaczą potrząsnął głową – Mówiłem mu, żebyśmy szli razem… żeby był ostrożny… zgubił się gdzieś nim minęło dziesięć minut od naszego wejścia!
- Nie wiem, czy możemy sobie pozwolić na czekanie tu na niego – powiedział smutno Emilio – To tak jakby gubi cały nasz plan.
- A jaki mamy wybór, poza czekaniem w tym miejscu? – sprzeczał się chłopak – Widziałeś ilu ludzi gromadzi się przy końcu mostu?
   Gestem wskazał na tłum pochodni na końcu niewielkiego zaułka gdzie kłębiła się grupa bandytów.
- Tak – Emilio nie wyglądał na zaaferowanego – Tak naprawdę, to nie przypuszczam, żeby tam sterczeli za długo.
- A to czemu? – spytał zdumiony chłopak.
   Kender nie odpowiedział. Miast tego zaczął pilnie nasłuchiwać, zupełnie jakby oczekiwał jakiegoś hałasu.
   Już po kilku chwilach ciemną noc rozdarł dźwięk wielkiego gromu, który echem odbił się od górskich zboczy a jednocześnie cała kaskada pomarańczowych płomieni wystrzeliła w powietrze spod jednej z odleglejszych ścian dworu. Ciężkie drżenie przebiegło ziemią pod ich stopami. Kamienne odłamki podskakiwały a gdzieś dalej ogień zamieniał noc w fałszywe światło dnia.
- Ty to zrobiłeś? – pytał zachwycony i zdumiony Danyal.
- Zaraz za twierdzą stała szopa – powiedział zadowolony z siebie Emilio – Ciekawe, czy jeszcze kiedykolwiek będą trzymać w jednym miejscu cały zapas oleju do lamp!
   Banda mężczyzn pilnująca dotąd końca mostu ruszyła całym tłumem w stronę miejsca eksplozji. Płonący olej utworzył ogromny okrąg wokół miejsca wybuchu co spowodowało, że sąsiednie zabudowania i stogi siana szybko zajęły się ogniem. Strażnicy dołączyli do mieszkańców dworu i po chwili już wszyscy walczyli z pożarem. Sypali piasek w ogień lun, choć znacznie rzadziej, lali drogocenną wodę w najbardziej zagrożone a cenne miejsca.
- Myślisz, że to może zająć ich uwagę? – nonszalancko zapytał kender.
   Wychylił się zza ściany stodoły i obserwował teraz bramę dworu. Płomienie rozgorzały na całego i wystrzeliły w niebo jak wielka pochodnia.
- Biegnijmy do mostu! – krzyknęła Mirabeth.
   Wskazała dłonią na całą, teraz już wolną od przeszkód drogę. Biegli w pochyleniu i starali się jednak trzymać cienia. Cała trójka szybciutko podreptała do ostatnich zabudowań osiedla. Na koniec dopadli ostatniej chaty, lecz od mostu wciąż dzieliło ich jeszcze dwadzieścia kroków. Cała ta przestrzeń była dobrze widoczna od strony dworu choć w tej chwili iluminacja właśnie tam była najjaskrawsza.
- Nie ma sensu czekać aż w końcu ktoś nas znajdzie – powiedział Danyal sprawdziwszy, że bandyci Kelryna są wciąż mocno zajęci przy pożarze.
   Całą trójką pognali w stronę mostu. Nie odważyli się nawet na jedno spojrzenie wstecz tylko zmuszali stopy do lotu nieomal. Gnali po kamiennych płytach tak szybko jak tylko siły im pozwalały. Już po chwili po obu stronach biegnących przyjaciół rozwarła się czarna przepaść, czarna czernią nocy rozpadlina ziała w ich stronę a chłodne powietrze z jej głębi zmyła im z twarzy najlichszy nawet okruch ciepła jaki mogli nieść z pożaru wioski.
   Pierwszy krzyk podniesionego alarmu dopadł ich gdy byli już w połowie mostu, lecz i tak było to straszliwie szybko. Danyal dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Wiedział już, że ich ucieczka została dostrzeżona więc zmusił przyjaciół do podwojenia wysiłków. Sam miał zamiar zatrzymać się, dobyć sztyletu i zdobyć dla nich choć odrobinę czasu. Mirabeth chyba wyczuła jego zamiar bowiem chwyciła go za ramię i ostro pociągnęła za sobą.
   Byli wreszcie na końcu mostu. Uciekli z otwartej przestrzeni prosto w zabłoconą dróżkę. Doszedł ich teraz odgłos rozwścieczonego tłumu, krzyki i wrzaski i wspólne nawoływanie gdy cała banda odskoczyła od dogorywającego ognia w twierdzy i ruszyła w pościg. Danyal aż czuł żądzę krwi w tych głosach i już wiedział, że cała trójka przepadła o ile zostaną schwytanie.
- Nic z tego!  Wszyscy nie damy rady uciec! – sapnął – Biegnijcie!
   Znowu chciał zostać, odwrócić się i kupić im trochę czasu na ucieczkę, lecz Mirabeth była twarda.
- Ty też z nami!
  Pobiegli wszyscy. Kender i dwójka młodych ludzi gnali przez cienie górskiego zbocza podczas gdy tuziny morderczo nastawionych bandytów zbliżało się biegiem do mostu.
   Potężna fal strachu omywająca całe jestestwo Danyala, mimo że już znajoma, wciąż była przerażająca.
- Smok! – sapnął przerażony, lecz zdołał skoczyć naprzód.
   Kolana się pod nim załamały. Potknął się, zachwiał i padł na twarz a Mirabeth zwinęła się i skryła twarz w dłoniach tuż obok niego. Emilio ślizgiem zatrzymał się tuż obok i podniósł twarz w niebo.
- Co za widok, nie uważacie? – głos miał pełen zachwytu – Smok!
   Danyal nie chciał podnosić oczu, lecz musiał wiedzieć. Spojrzał w górę. Ujrzał przelatującego nad nimi węża, węża tak wielkiego, że przysłaniał cielskiem światło gwiazd. Purpurowe łuski lśniły niczym rubiny odbijając światło płomieni z drugiej strony przepaści. A kiedy dwa mocarne skrzydła uderzyły, poczuli wszyscy jak potężny wicher podnosi kurz z drogi.
- Kryć się! – krzyknął chłopak.
   Sięgnął z głębi błotnistego rowu w zboczu i złapał przegub Emilia. Pociągnął kendera do siebie i Mirabeth. Miał nadzieję, że znajdują się wystarczająco daleko od świateł wokół Loreloch, że umkną uwadze smoka. Leżeli całą trójką w chłodnej wodzie i błotnistej mazi patrząc ze zgrozą jak skrzydlaty kształt, dotąd wiszący nad ich głowami, nagle rusza i nurkiem schodzi w stronę budynku Loreloch.
   Większość ze ścigających ich bandytów zdążyło już dopaść połowy mostu. Teraz jednak, gdy mieli zmierzyć się z latającą śmiercią, obrócili się wszyscy w popłochu i pognali z powrotem do dworu.
   Smok jednak był o wiele szybszy. Wielki wąż połknął odległość jednym, potężnym i zwodniczo powolnym ruchem ogromnych skrzydeł. Obniżyła się wtedy wielka głowa a wtedy noc rozbłysła jaskrawo piekielnym uderzeniem płomienia. Smok leciał naprzód za sobą pozostawiając kakafonię trzaskających płomieni, wrzeszczących ludzi i wiejącego wichru gdy piekielne ognie połykały chłodne powietrze nocy.
   A potem Flayze poszybował do dworu. Rozwalił jedną ze ścian mocnym uderzeniem potężnych szponów. Kolejna pożoga płomieni wystrzeliła z okrutnej paszczy. Tym razem zmieniła wszystko w obrębie murów dworu w rozpalone interno. W niebo wzniosła się chmura płomieni. Rozdęła się na kształt płomienistego grzyba gdy spopielała stajnie.
   Smok obleciał wokoło wielkiego budynku. W przelocie, omal mimochodem, rozwalił zabudowania i stodoły we wsi uderzeniami płomieni i szponów a czasem zwykłym biczowanie wielkiego ogona. Ponownie odetchnął i tuzin pomniejszych domostw stanął w płomieniach.
   Na koniec smok wylądował na ziemi w pobliżu twierdzy. Kilkoma rozdzierającymi uderzeniami potężnych szponów zwalił resztę murów. Uderzył raz i drugi w krzepką wieżę, lecz najwidoczniej uznał, że twarda budowla nie jest warta wysiłku niezbędnego do jej zniszczenia. Miast tego smok skoncentrował się na zburzeniu każdego jeszcze stojącego budynku w zasięgu, spaleniu wszystkiego, co nadawało się do spalenia i zamordowaniu wszystkiego co tylko poruszało się jeszcze w morzu ruin, które kilka minut temu stanowiły Loreloch.
   Dopiero po dokonaniu zniszczeń, które smok uznał za całkowite mogły się ogromne skrzydła rozwinąć. Flayze złapał wznoszący prąd powietrza, pochodzący od pożarów jakie przed chwilą wzniecił jego oddech. Wystrzelił prosto w nocne niebo i po chwili zniknął w mroku nocy.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#37 2017-02-09 17:53:24

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Fistandantilus odrodzony

Rozdział 36
Skarbnica
Drugi Majetog, Reapember
374 AC

  Lata później, kiedy proszono mnie o wyjaśnienie decyzji o wspinaczce na wieżę w Loreloch, nie byłem w stanie odtworzyć dokładnie procesu myślowego, który poprowadził mnie z dla od młodego towarzysza podróży prosto do wyniosłej wieży ufortyfikowanego dworu. Przypominam sobie tylko odczucie, poczucie takie jakby jakaś muza śpiewała do mnie z samego szczytu schodów, bogini historyków i kronikarzy oczekująca mojej wizyty w komnatach na górze. Bez najmniejszej wątpliwości również i moje przemyślenia na temat rewelacji Kelryna – mówił przecież, że jego biblioteka mieści się w najwyższym punkcie fortecy – pomogły mi podjąć taką decyzję.
   Byłem już w każdym razie w połowie długich, spiralnie skręconych schodów gdy uprzytomniłem sobie, że być może powinienem poinformować chłopca o swych zamiarach. Było już jednak stanowczo zbyt późno. Ryzykowałbym wykryciem nas obu gdybym teraz ruszył na dół go odszukać. Miast tego ruszyłem dalej na górę.
   Nim doszedłem do szczytu schodów zarówno podniecenie jak i niecierpliwość zaszły już tak daleko, że przeważyły wszelkie wcześniejsze obawy. Ujrzałem, że spiralne schody kończą się niewielkim przedsionkiem, przedsionkiem oddzielonym od górnego pokoju wieży grubymi, bezpiecznymi drzwiami. Byłem absolutnie pewny, pewny jak jeszcze niczego wcześniej w życiu, że za tymi drzwiami odnajdę klucze otwierające zakamarki nigdy jeszcze nie zapisanej historii.
   Setki pytań kłębiło mi się w głowie gdy tak stałem i przypatrywałem barierze z drewna i stali. To było serce Loreloch. Byłem tego pewny. Natomiast Loreloch i Kelryn Darewind stanowiły klucze do zrozumienia tajemnic Fistandantilusa. Co stało się  z arcymagiem po nicującej świat na lewą stronę eksplozji, która wykreowała Skullkap?
   Wszystkie odpowiedzi, nie miałem żadnych wątpliwości, są do odnalezienia za tym potężnym portalem. Miałem jednocześnie nieodparte wrażenie niebezpieczeństwa. Wiedziałem, że nie mogę tak sobie po prostu otworzyć drzwi i wejść.
   Stukot zwariowanego, grzmiącego hałasu zatrząsł nocnym powietrzem na górze górskiego budynku. Natychmiast też usłyszałem przekleństwa dobiegające z pokoju i ledwie zdążyłem rozpłaszczyć się na ścianie wieży gdy drzwi się rozmachem otworzyły i wypadł z nich nie kto inny, lecz Kelryn Darewind we własnej osobie! Skryty w cieniu zauważyłem grymas jego gęby; szczękę miał zaciśniętą w wyrazie okrucieństwa i wilczego, okrutnego oczekiwania. Z drgnieniem obawy pomyślałem o Danyalu i Mirabeth zabłąkanych gdzieś w tym wielkim domu i już wiedziałem, że są w wielkim niebezpieczeństwie.
   Ujrzałem też kapłana Fistandantilusa – dopiero później dowiedziałem się że był, jak początkowo myślałem, zwykłym szarlatanem – dzierżącego coś jasno świecącego i zielonkawego. Ściskał to w dłoniach gnając w dół po spirali schodów. Nie dojrzał mnie ukrytego w cieniu drzwi. W rzeczy samej, w pośpiechu nie zatrzasnął nawet drzwi za sobą! Nie traciłem czasu tylko wykorzystałem takie niedopatrzenie. Gdy tylko przywódca bandytów zniknął mi z oczu wślizgnąłem się przez otware drzwi i znalazłem się w czymś, co z pewnością stanowiło pracownię. Były tam, na pólkach poukładane, liczne tomy i zwoje. Półki ciągnęły się wokół pomieszczenia. Pokój miał trzy okna, niewielki otwory w grubym, kamiennym murze wieży. Każde z nich było zabezpieczone ciężką, drewnianą okiennicą pasującą dokładnie do otworu okna.
   Jedna jeszcze, praktyczna sprawa mi przeszkadzała: pomyślałem, by zatrzasnąć drzwi nim zabiorę się do pracy. Pojedyncza świeca wciąż jeszcze dawała trochę światła więc jej płomienia użyłem do zapalenia kilku lamp. Mając jasne światło zasiadłem do czytania i po chwili zostałem dosłownie pochłonięty masą leżącej przede mną informacji.
   Dowiedziałem się, że Kelryn Darewind nie był kapłanem, a ten Fistandantilus nie był bogiem. Kłamał – niedoskonała, ograniczona moc uzdrawiania pochodziła od krwawego kamienia. Przekonałem się też, że esencja arcymaga w jakiś sposób przetrwała przez całe stulecia i, że on teraz pragnie powrócić na Krynn.  Czy stał się nieumarłym liszem, czy egzystował jako bezcielesny duch – tego, na razie, nie zdołałem ustalić. Dowiedziałem się jednak więcej… Fistandantilus mógł nie zostać unicestwiony w eksplozji Skullkap, lecz rozpocząć plany, które niebezpiecznie zbliżają się do wydania owoców. Jeśli osiągnie sukces to wiedziałem dobrze, że jego zemsta rozpocznie królestwo terroru i ciemności zbliżone do najboleśniejszych epok w historii.
   Ręce mi się zatrzęsły gdy dotarłem do prawdziwego sekretu. Tajemnicy artefaktu otwierającej wrota zrozumienia. Po raz pierwszy zrozumiałem potencjał – i ogromną moc, i wielkie zło – czaszki. A wtedy ujrzałem prawdziwe niebezpieczeństwo planu arcymaga.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#38 2017-02-10 16:42:19

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Fistandantilus odrodzony

Rozdział 37
Ślady z Popiołów
Drugi Kirinor, Reapember
374 AC

   Świt przebijał się na niebie gdy Danyal, wciąż znieruchomiały z podziwu, patrzył na płonące ruiny Loreloch. Czasami jakiś kamień spadał ze sterty będącej ongiś wysoką ścianą, toczył się przez resztki wsi by spaść ze szczytu góry i odbijając się od zbocza, z trzaskiem spadać w dół długiej, nachylonej ściany. Dwie kamienne budowle pozostały mniej więcej nienaruszone – most wiodący do dworu i strzelista wieża wyrastająca spośród wysokich dawniej murów.
- Foryth! – jęknął głośno chłopak – On wciąż tam jest. Nie mógł tego przeżyć!
   Emilio smutno pokiwał głową.
- Nie widziałem go już od chwili gdy obaj poszliście dookoła muru ostatniej nocy.
   Danyal z trudem powstrzymywał łzy. Lapnął na powrót na ziemię w rowie. Poczuł jak gardło mu się zaciska i już poczuł, jak niechciana wilgoć zalewa mu oczy.
- Dlaczego musiał się gdzieś włóczyć? – mamrotał – Powinien zostać ze mną; byłby tu teraz z nami wszystkimi!
- Pewnikiem racja – przyznał Emilio.
   Oczy kendera wciąż były skupione na ruinach budowli więc i Danyal zwrócił się w stronę i patrzył w kierunku wzroku towarzysza.
   Smok napracował się nad zniszczeniem Loreloch z równie metodyczną surowością jak wtedy gdy niszczył Waterton. Podobnie jak most i wieża, również parę kominów, kamiennych ścian a czasem jakiś magazyn sterczały w miarę całe w pożodze płomieni choć głodny ogień jeszcze ruiny przeszukiwał i wypatrywał resztek opału. Zniszczenie wydawało się kompletne. Niemożnością było sądzić, że ktokolwiek tam mógł pozostać przy życiu.
- Nie sądzisz, że powinniśmy już wyruszać? – spytał spokojnie kender – Tak na wypadek, gdyby ktoś z ludzi Kelryna był tu gdzieś w pobliżu.
   Danyal ostro potrząsnął głową.
- Jeszcze nie – powiedział krótko.
   Wiedział, że jest rzeczą nie do pomyślenia by ktoś mógł przeżyć taki atak. Tyle, że na dobrą sprawę, po prostu nie był gotów opuścić miejsce gdzie po raz ostatni widział Forytha Teela.
- Może gdzieś tam leży ranny, a może wpadł w jakąś pułapkę.
   Zdumiewał go fakt, z którego właśnie zdał sobie sprawę. Otóż niezależnie od grymaśnej natury i kompletnie nie praktycznych celów bardzo się przywiązał do człowieka aspirującego do kapłaństwa. Poza tym wiedza Forytha, jego wyczucie sposobu myślenia innych ludzi, a zwłaszcza przywódcy bandytów i byłego kapłana Poszukiwaczy, stawały się bronią nie do przecenienia wobec lichoty ich arsenału.
- Więc się tam rozejrzyjmy – zgodził się Emilio.
   Drugi koniec mostu był dosłownie zasłany sczerniałymi i zwęglonymi zwłokami. Niezależnie od faktu, że jeszcze parę chwil temu ci ludzie bardzo pragnęli utoczyć mu krwi, Dan jednak poczuł ponury żal z powodu utraty życia tych ludzi. I to jeszcze w tak zawzięty mataku ognia, który spadł wprost z nieba z tak morderczym skutkiem.
- Smok nawet zniszczył zabudowania wioski – cicho powiedziała Mirabeth – ludzie tam spali, a teraz są już martwi.
   Oczy miała suche, lecz twarz bladą jak mgła duchów.
   Kolejny kamień z rumorem potoczył się po ruinach. Trójka towarzyszy spojrzała w kierunku wieży spodziewając się widoku dalszej dewastacji Loreloch. Miast tego ujrzeli niewielką okiennicę powoli powiewającą na zewnątrz. Twardą, drewnianą płytę, która zabezpieczała niewielki okienko w grubej, kamiennej ścianie wieży.
- Tam jest ktoś żywy! – szepnął Danyal.
   W sercu o lepsze walczyły strach z nadzieją gdy ujrzał szczupłą rękę wychylającą się z okna. Nim jeszcze ręka zaczęła wymachiwać już rozpoznał rękaw zwisający ze szczupłego przegubu.
- To Foryth! – krzyknął.
   Wyskoczył z rowu i wspiął się na drogę nie zważając na palce kendera, który usiłował go trochę spowolnić.
- Foryth! – krzyknął znowu.
   Tańczył na końcu mostu, wymachiwał ramionami z radości.
- Wszystko w porządku?
   Odpowiedzi nie mógł usłyszeć, lecz już sobie wyobrażał ciche „pst” gdy historyk wychylił się z wąskiej szczeliny. Foryth zamachał znowu i cała trójka zrozumiała wreszcie o co mu chodzi.
- Chce, żebyśmy do niego poszli – Mirabeth wypowiedziała na głos oczywistą prawdę – Na górę wieży.
- Ale… - Danyal mógł wymyślić tysiące powodów do sprzeciwu, lecz żaden nie był w stanie przemóc radości z odzyskania przyjaciela żywego – Sądzę, że uważa, że znalazł coś co musimy zobaczyć – skonkludował.
- No to zobaczmy.
   Emilio już spacerkiem pokonywał most. Danyal i Mirabeth poszli w jego ślady. Dwójka młodych ludzi zwolniła jednak znacznie gdy zbliżyli się do masy zwęglonych ciał na końcu otwartej przestrzeni.
- Zastanawiam się który z nich jest – lub raczej był, jak trzeba by stwierdzić – Kelrynem Darewindem?
   Danyal ujął dłoń Mirabeth. Uścisnął ją lekko i ucieszył oddanym uściskiem palców. Starali się nie patrzeć na zwłoki gdy poruszali się wzdłuż brzegu mostu. Chcieli ominąć plac zagłady. Zapach spalonego mięsa, osmalonych włosów i śmierci był jakby fizyczną przegrodą na drodze. Wstrzymując oddech i kuśtykając weszli w końcu na pokryte gruzem połacie Loreloch.
   Pozwolili by to Emilio wyszukiwał ścieżkę między gruzami i wkrótce już osiągnęli podnóże wieży. Danyal pomógł kenderowi usunąć kamienie blokujące drzwi do wieży. Potężny portyk wejściowy był srodze uszkodzony mocą ataku smoka.
   Szybko wspinali się po spiralnych schodach wewnątrz wieży.
- Foryth! – krzyknął Dan gdy wpadli na górny poziom.
   Eszli na górę i wskoczyli w otwarte drzwi. Znaleźli się w niewielkiej bibliotece. Historyk siedział przy sporym stole na którym leżała otwarta księga. Tuż obok stała sterta licznych woluminów a na drugim końcu stołu leżały zwoje. Jeden z nich był rozwinięty i przytrzymywany przez parę ciężkich obciążników.
- A, tu jesteście – wesoło zawołał Foryth – Słyszałem na zewnątrz jakieś zamieszki. Ciszę się, że udało wam się z tego uciec.
- Dlaczego tak ni z tego ni z owego dałeś nogę? – zawołał Danyal nagle rozzłoszczony nonszalancją historyka – Mogłeś zostać zabity! Mieliśmy przecież trzymać się razem! W ogóle nie uważałeś?
- Co? A, tak. Przypuszcza, że nie. To jest… pst! Popatrz chłopcze. Znalazłem coś absolutnie fascynującego!
   Pomimo ogromnego podniecenia Dan nachylił się nad stroną wskazaną przez Forytha. Nie zaskoczyło go, że nie jest w stanie zrozumieć wypisanych tam symboli.
- A to co może znaczyć? – dopytywał chłopak.
- No przecież tutaj to stoi – historyk nie umiał ukryć własnego podniecenia – Tutaj piszą, że jest czaszka! Czaszka Fistandantilusa wciąż istnieje!
- A dlaczego to takie ważne? – pytała Mirabeth.
- Ponieważ jeśli Kelryn Darewind dopadnie obu talizmanów, to rezultatem tego… cóż, będzie to tak straszne, że lepiej nawet o tym nie mówić, ot co.
- No jak to! Kelryn przecież nie żyje! – sprzeciwiał się Dan – Smok go z pewnością zabił!
- Pewnikiem. Tyle, że zagrożenie pozostało. Jeżeli ktokolwiek kierując się niegodziwymi ambicjami dopadnie zarówno czaszki jak i krwawego kamienia, to uzyska moc nie do pomyślenia.
- Jaką moc?
- Będzie mógł podróżować w czasie – stanie się Mistrzem Przeszłości i Teraźniejszości, jak właśnie Fistandantilus w innej epoce. To znaczy, uważam, że kombinacja czaszki i klejnotu pozwala posiadaczowi na podróżowanie w czasie, dokładnie jak czynił to Fistandantilus.
- A co złego w tym dla Krynnu? – pytała głośno zdumiona Mirabeth.
- Jeżeli taki podróżujący w czasie jest zły, niemoralny, a na dodatek wystarczająco ambitny to nie będzie żadnych ograniczeń dla szkód jakie może wyrządzić. Kelryn Darewind mógłby z łatwością zostać właściwie nieśmiertelnym dyktatorem, władcą królestwa większego niż Solamnia. I byłby zupełnie, absolutnie nienaruszany bowiem tej samej mocy użyłby do przewidywania wszelkich ataków przeciw niemu nim jeszcze byłyby ustanowione!
- Gdzie jest ta czaszka? – spytał Dan.
- Ta właśnie tajemnica powstrzymała Kelryna Darewinda, nie pozwoliła mu gonić za czaszką. I dobrze się stało dla świata można dodać.
- Jak powiedziałeś. Ale czy to oznacza, że i ty nie masz pojęcia gdzie ona jest? – chłopak był już wyczerpany niejasnymi odpowiedziami historyka – Jeśli tak, to dlaczegóżby nie mielibyśmy stąd odejść?
- Pst. Powiedziałem, że Kelryn Darewind nie wiedział. Tylko, że jemu brakowało wzroku badacza, umiejętności dostrzegania ukrytych znaczeń. Ja jednak dokonałem pewnych dedukcji.
- Chyba już rozumiem… - Emilio Haversack w zamyśleniu żuł koniec kitki – Czaszka…
- Dokładnie! – historyk nie potrafił się powstrzymać – Musi być w jamie smoka!


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#39 2017-02-10 20:39:37

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Fistandantilus odrodzony

Rozdział 38
Znowu Schwytani
Drugi Kirinor, Reapember
374 AC

- Natychmiast wyruszę do smoczej jamy – powiedział Foryth Teel – Sprawdziłem to już w mojej księdze. W miarę dokładne przybliżenie położenia jest na mapie, strona dwanaście tysięcy sześćset czterdzieści siedem.
- Oszalałeś! Zawołał Dan – Widziałeś co ten potwór zrobił z Loreloch! Nawet nie zdołasz się zbliżyć do czaszki, a jeszcze mniejszą masz szansę na wykonanie jakiś durnych badań!
- Poczucie obowiązku zmusza mnie do podjęcia próby – sztywno odpalił historyk.
- Dlaczego? Abyś mógł nauczyć się zaklęcia i stać kapłanem? A co dobrego z tego wyniknie skoro będziesz martwy?
   Foryth Teel ciężko westchnął.
- Nie. To nie jest powód. Zdałem sobie sprawę, że samego siebie okłamuję. Nie mam natury kapłana. Tak naprawdę, to właśnie wy pomogliście mi w decyzji. To znaczy, staliście się dla mnie kimś bardzo ważnym. Tak bardzo, że już nigdy nie będę bezstronnym kronikarzem… może też nigdy nie byłem.
   Zamilkł, odchrząknął niezręcznie. Wraz z resztą towarzystwa schodził z wysokiej wieży aż w końcu przeszli przez most. Stanęli na jego końcu pośród ruin Loreloch. Historyk zdecydował się kontynuować.
- Ja, pst ,to znaczy, myslę, że najlepiej będzie jeśli reszta z was uda się do jakiegoś bezpiecznego miejsca.
- Powinieneś pójść razem z nami! – upierał się Danyal.
- Odważny z ciebie chłopak i dobry przyjaciel. Ja jednak mam swoje do zrobienia, a ty swoje. Musisz dopilnować losu Mirabeth i Emilia, prawda?
- Ja… ja idę z tobą – oświadczył nagle Emilio.
- Ależ niebezpieczeństwo… - zaczął swój sprzeciw Foryth, lecz kender twardo potrząsnął głową.
- Nie wiem dlaczego, lecz mam takie uczucie, że czegoś ważnego mogę się od  czaszki dowiedzieć… jakbym ją już wcześniej widział, i to było ważne.
- To ja też idę! – wtrąciła Mirabeth – Nie będziesz wiedział co robić jeśli Emilio… to znaczy, jeśli…
   Przerwała i zakryła twarz dłońmi cicho szlochając.
- Nic mi nie będzie – powiedział kender – Powinniście stąd uciekać!
- Oczywiście, przynajmniej ty i chłopak. Idźcie do Haven, nawet do Palathas. Tylko zmykajcie z tych gór gdzieś do jakiegoś bezpiecznego miejsca. Możecie dostarczyć wieści o śmierci Kelryna Darewinda i zniszczeniu Loreloch.
- Myślisz, że krwawy kamień został zniszczony? – spytał Danyal patrząc z drżeniem na zniszczoną twierdzę.
   Następny dźwięk doszedł zza ich pleców. Czwórka towarzyszy obróciła się jak na komendę na dźwięk chrapliwego, suchego śmiechu dobiegającego z ciemności.
- Krwawy klejnot nie został zniszczony. Wciąż go mam, bezpieczny i mocny!
   Głos Kelryna Darewinda zszokował Danyala i wywołał okrzyk przerażenia Mirabeth. Jedną ręką trzymał już bandyta dziewczynę z siłą mogącą kruszyć kości. Drugą ręką trzymał nóż. Ostry koniec przytknięty był do gardła młodej damy.
   Kelryn ruszył naprzód. Podciągnął Mirabeth tak wysoko, że ledwie palcami stóp dotykała ziemi. Dan, Emilio i Foryth ujrzeli, że ongiś wytworny bandyta teraz wygląda potwornie. Większość włosów miał spopieloną a czerwona szrama zakrywała czoło i jeden policzek. Ubrania miał brudne, pokryte sadzą i śmierdzące spalenizną.
   Spostrzegając niedowierzające spojrzenia Kelryn gorzko zachichotał.
- Wiedziałem, że smok się zbliża, miałem kilka sekund wcześniej odpowiednie ostrzeżenie. Kidy moi ludzie pognali na most, ja wskoczyłem do rowu. Byłem już na wpół zagrzebany w błocie zaczął się ogień!
- No i masz rację, historyku. Czaszka musi być w jamie smoka! – Kelryn napawał się chwałą – Najwyraźniej nie jesteś takim durniem za jakiego cię uważałem. A teraz mnie tam zaprowadzisz!
   Dłoń Danyala już zaciskała się na rękojeści długiego noża a kolana miał przygięte, gotowe do natychmiastowego skoku w stronę znienawidzonego bandyty, który jakoś zdołał przeżyć i dalej ich prześladować. Nim jednak mógł zaatakować, dostrzegł jeszcze jedną rzecz w niesamowicie czerwonym świetle.
   Malutka kropelka krwi wyciekała z niewielkiej rany na szyi młodej dziewczyny. Dokładnie z miejsca, gdzie przytknięty był czubek ostrego noża. Mirabeth zachowała absolutny spokój. Dan zdawał sobie sprawę, że cięcie musiało ją boleć, lecz nie zdradziła najmniejszym poruszeniem strachu ani niewygody. Miast tego spojrzała na chłopaka z wyrazem twarzy błagającym go o pozostanie spokojnym, by słuchał i myślał.
   Przezwyciężył furię i przerażenie. Usiłował słuchać i myśleć. Mimo to, warknął ostrzeżenie.
- Jeśli ją zranisz, zabiję cię. Na bogów przysięgam, nie dbam czy będzie mnie to kosztować życie. Umrzesz!
   Kelryn skinął akceptująco głową jakby pasja chłopaka była najnaturalniejszą sprawą na świecie.
- Po prostu nie rób niczego co doprowadziłoby do jej śmierci – powiedział tonem lekkiej konwersacji.
- A teraz – dodał w stronę Forytha – Słyszałem, żeś coś gadał o jakiejś mapie. Cóż, wyjmij ją, historyku. Musisz nas zaprowadzić do czaszki Fistandantilusa!
   Danyal patrzył niedowierzająco, lecz to Foryth zadał pytanie.
- Skąd mogłeś dowiedzieć się o smoku?
- O co ci chodzi?
   Groźny bandyta był wyraźnie zaskoczony pytaniem. Wydobył jednak krwawy kamień, wciąż jeszcze wiszący na złotym łańcuchu, spod tuniki.
- On mi powiedział… duch klejnotu, który oczekuje mego nadejścia, moich modlitw!
- Fistandantilus?
   Foryth zadał pytanie tonem naukowego zainteresowania.
- Tenże sam. Na koniec doprowadził mnie do was, gdzie moje przeznaczenie i jego będą szły razem!
- Czego ty chcesz? – dopytywał Danyal – Mocy? Wiedzy?
   Kelryn się roześmiał.
- Wiedziałem, że historyk odkryje moje zapiski, no i podejrzewałem, że rozwiąże zagadkę, dowie się gdzie jest jama smoka.
- Oraz czaszka – odparł Foryth.
   Kelryn potwierdził czym ośmielił historyka do kontynuowania.
- Z notatek jakie zobaczyłem w bibliotece wynika, że wierzysz iż kombinacja czaszki i krwawego kamienia obdarzy cię jedną wielkich mocy Fistandantilusa.
- Moc podróży w czasie! – Kelryn nie umiał już powstrzymać radości – Czaszka pokaże drogę, a klejnot będzie katalizatorem mego lotu!
- Tylko po co? – Danyal był kompletnie zdezorientowany.
   Potrafił zrozumieć żądzę bogactw, czy ziemi, dostrzegał nawet niejasno przyczynę żądzy władzy nad ludźmi, stania się przywódcą czy nawet królem. Takie pragnienie nie miało jednak dlań sensu.
- Nie ma większego narzędzia dla kogoś, kto pragnie oddalić własny koniec – zaczął Foryth Teel – Człowiek, który wie co stanie się nazajutrz może to wykorzystać dla pognębienia wrogów. Obawiam się, że miałem uprzednio rację; może być nie do powstrzymania.
- I takim będzie! – napawał się Kelryn – Moja moc w Haven, to jeszcze przed nadejściem smoków, była mała żałosna wobec potęgi jaką posiądę stając się Mistrzem Przeszłości i Teraźniejszości!
- A teraz prowadź w góry, historyku. Idziemy zdobyć czaszkę!


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#40 2017-02-10 21:17:35

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Fistandantilus odrodzony

Rozdział 39
Nitki
Reapember, 374 AC

   Był już teraz tak blisko – krwawy klejnot był tuż. Mógł  już prawie poczuć, prawie dotknąć i posmakować potężnego talizmanu, będącego samym sercem jego nieśmiertelnej egzystencji.
   Wciąż jednak coś przeszkadzało, mgła tajemniczej mocy maskująca się wspaniale choć konkurująca o ten artefakt. Jak tarcza, która odmawiała mu przejścia, odmawiała ostatecznego triumfu.
   To nie był ten chłopak, który stał się powodem jego frustracji: teraz był już tego pewien. Nie, nie, to była jakaś tajemna moc, tajemnicza i niezwykle potężna esencja, która z jakiegoś powodu koncentrowała się wokoło, lecz nie wewnątrz, ludzkiego chłopaka.
   Posiadał talizman tajemnej mocy, który robił wszystko, by udaremnić wolę i intencje arcymaga. A nawet jeszcze gorzej: było coś dziwnie znajomego w tej konkurującej mocy, coś w każdym detalu równego mocy własnej arcymaga.
   A to znaczyło, że najpewniej należało się tego bać.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

Stopka forum

RSS
Powered by PunBB
© Copyright 2002–2008 PunBB
Polityka cookies - Wersja Lo-Fi


Darmowe Forum | Ciekawe Fora | Darmowe Fora
pupiland.eu