DragonLance Forum

Forum dla fanów DragonLance, książek fantasy oraz RPG.

#41 2017-02-13 18:04:50

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Fistandantilus odrodzony

Rozdział 40
Firemont
Trzeci Misham, Reapember
374 AC

- Tam – bliźniacze szczyty, i ten dymiący krater pomiędzy nimi. To musi być to miejsce – oznajmił Foryth Teel.
   Podniecenie wywołane odkryciem wyraźnie przezwyciężyło zmęczenie, strach i gniew, które towarzyszyły kompanom w długiej, trudnej wędrówce przez bezdroża Wysokiego Kharolis.
   Przez chwilkę miał Danyal poczucie jakby złość i gniew, które odczuwał, rozciągnęły się również na osobę historyka z powodu jego bezstronności wynikające z powodów tylko jemu znanych. Chłopak szybko opanował takie emocję zachowując cały zapas niechęci dla rzeczywistego wroga.
- Jezioro paruje – dodał Kelryn Darewind – To musi być wrzące jezioro, które jest ukazane na tej twojej mapie.
   Nóż bandyty wciąż pozostawał dociśnięty do szyi Mirabeth, lecz i tak mężczyzna prowadził konwersację tak swobodnie jakby dziewczyny tam wcale nie było.
- Jama – i czaszka Fistandantilusa – muszą być gdzieś tam na zboczu góry.
- Zobaczmy – Foryth Teel nie wydawał się całkiem przekonany.
   Otworzył księgę i palcem powiódł po symbolach na stronie.
- Widać wrzące jezioro, oraz też bliźniacze stożkowe szczyty. Tylko co z lodowcem – powinien tu być lodowiec.
   Dłoń Danyala już po raz tysięczny zamknęła się na rękojeści sztyletu. Spojrzał nienawistnie w stronę Kelryna Darewinda. I jak zwykle, jakby w oczekiwaniu takiego zainteresowania, bandyta obrócił się. Mrugnął rzucając chłopakowi spojrzenie zimne i obojętne, zupełnie jakby patrzył na martwą, zimną rybę.
- Muszę przyznać, że to mi wygląda na to miejsce – oznajmił Emilio Haversack.
- Pewnie – Kelryn łatwo się z tym zgodził – Oba szczyty są szpiczaste. A ten nawet ma lodowiec na południowym zboczu, dokładnie jak na mapie. No, ruszajmy.
- Oznacza to, że wejście do jamy powinno znajdować się w połowie wysokości prawego szczytu.
   W głosie Forytha brzmiały nuty tryumfu i tyle pewności siebie, pomyślał sobie Danyal, jakby opisywał gdzie na wiejskim rynku jest sprzedawca arbuzów. Historyk jednak nie zamierzał dać się popędzać tylko uważnie badał widok górskich zboczy.
   Danyal mężnie walczył z mizerią i beznadzieją, które znów zagrażały jego postanowieniom. Jedynym marzeniem chłopaka było ocalić Mirabeth, wyrwać ją z rąk Kelryna na tak długo, by móc dokonać na nim zemsty.
   A potem… co potem?
   Nie wiedział. Och, co oczywiste, to przez osiem dni od czasu gdy opuścili zrujnowane Loreloch Danyal zaczął podzielać poczucie ważności misji jakie widać było w zachowaniu historyka. Miał w ponurej pamięci ostrzeżenie Forytha Teela na temat grozy, jaką może skutkować sukces Kelryna Darewinda.
   W rzeczy samej Dan spędził już wiele nocnych godzin na rozmyślaniach na temat tych skutków. Jeżeli okrutny bandzior pozyska moc podróżowania w czasie, to może tej mocy użyć do ustanowienia potwornego reżimu, miejsca oddanego przemocy i wielbieniu podłego, do cna zepsutego czarodzieja.
   Podróż była trudna. Całą piątko przedzierali się przez rumowiska i bezdroża górskiej krainy. Trudy życia na łonie gór bardzo ich jednak zahartowały. Nauczyły, że korzystać trzeba z takiego schronienia jakie uda się znaleźć. Obozować bez użycia ognia jeśli nie chce się przyciągać niczyjej, być może niechętnej, uwagi. Cała piątka obawiała się wielkiego, latającego węża którego jama była powodem i celem ich wyprawy.
   Przytuleni pod dwoma kocami przetrzymali pierwsze lodowate podmuch chłodów jesieni. Byli zdecydowani doprowadzić wyprawę do pomyślnego zakończenia.
   Trzykrotnie byli zmuszeni do dłuższego postoju gdy kender doznawał któregoś ze swoich ataków. Każdy z nich wyglądał, przynajmniej według Danyala, na trochę poważniejszy od tego, co przydarzył się poprzednio. Za pierwszym razem Kelryn Darewind był już gotów zabić nieszczęsnego kendera. I to tylko dzięki Mirabeth, która jasno dała do zrozumienia, że raczej poświęci własne życie niż na to pozwoli, cały pomysł bandyty wziął w łeb. Kelryn nie miał zamiaru pozbywać się zakładnika i właśnie wtedy, po raz pierwszy, Danyal dostrzegł, że były przywódca bandytów jest w rzeczywistości równie jak cała reszta przerażony samą możliwością samotności w tym terenie.
   Przez cztery godziny po tym ataku Emilio pozostawał półprzytomny. Oczy miał pełne przerażenia na skutek pamięci widoków, których nie mógł – lub nie chciał – dokładnie zapamiętać. Przy następnej okazji Kelryn acz niechętnie, a nawet niecierpliwie, to jednak czekał aż kender odzyska zmysły i możliwość ruchu.
   Na całe szczęście nie widzieli najmniejszego znaku obecności smoka. Jeżeli Flayze powrócił do jamy po zniszczeniu Loreloch to albo w niej teraz pozostawał, albo poleciał gdzieś delej w głąb kontrolowanego terytorium. Spoglądali teraz na wysokie góry. Byli już pewni, że monstrum żyje tam właśnie. Pełni zdenerwowania szukali najbezpieczniejszej drogi do wspinaczki.
   Danyal zastanawiał się przez chwilę, czy teraz, jak już znaleźli prawidłowe miejsce, Kelryn nie spróbuje ich pozabijać. Chłopak zdecydował, że bez walki mu się to nie uda. Najwyraźniej jednak bandyta był nadal przestraszony samą myślą o samotnej podróży.
- Idziesz przodem, z kenderem i historykiem – nakazał Kelryn Danowi – Dziewczyna i ja idziemy za wami, chcę być absolutnie pewny, że cała reszta z was zachowa się rozsądnie.
- Jeśli zrobisz jej krzywdę…- Danyal nie dokończył groźby, lecz 1)sciekłość gorzała mu w oczach.
   Kelryn ledwo wzruszył ramionami.
- Rozejrzyjmy się… możemy podchodzić na szczyt byle gdzie – Foryth nerwowo zmienił temat – Góra nie wygląda na specjalnie trudną jeśli chodzi o wspinaczkę.
- Sądzę, że powinniśmy posuwać się tamtym żlebem – zasugerował Danyal.
   Mówiąc to wskazywał ramieniem wąwóz głęboko wcinający się w surowy grunt nisko na zboczu góry.
- Przynajmniej nie będziemy widoczni z jamy.
   Ponieważ wszyscy zgodzili się z taką opinią więc resztę powoli gasnącego dnia wykorzystali na podejście do stóp stożkowego szczytu. Jezioro parującej wody było w pobliżu, po lewej stronie, i nawet z odległości ćwierci mili mogli dostrzec jak powierzchnia wody wrze, i to w wielu miejscach, bąble pary eksplodują a zrolowane pasy pary przekształcają się w mgłę. Z jeziora wznosiły się grube pióropusze pary i całunem omal wiecznej mgły spowijały dolinę. Byli wdzięczni za takie dodatkowe ukrycie pomimo, lepkie od wilgoci powietrze nie pozwalało skórze obeschnąć z potu, kołtuniło włosy a ubrania zmieniało w ciągle wilgotny bałagan.
   Pomimo gotującego się jeziora jednak powietrze, wraz z nastaniem nocy, gwałtownie pochłodniało. Zimny wiatr wiał prosto w dół z zimnych wyżyn górskich. Oddechy czwórki towarzyszy i ich brutalnego wroga zamarzały w powietrzu gdy rozpoczęli wspinaczkę. Przynajmniej wąwóz okazał dobrym wyborem drogi. Musieli co prawda od czasu do czasu okrążać większe skały czy też manewrować wokół gwałtownych dołów w dnie żlebu. Cała grupa mogła jednak, godzina po godzinie, cierpliwie wspinać w osłonie ścian przewyższających ich o dwadzieścia, czasem trzydzieści stóp po obu stronach. Szli w górę rzadka tylko robiąc kilkuminutowe przerwy dla złapania tchu. Po czym żywo podejmowali trud walki ze stromym dnem wąwozu.
   Zgodnie ze jednogłośną acz nigdy nie wypowiedzianą zgodą całą grupę prowadził Danyal. On i Emilio byli najbardziej zwinnymi piechurami, lecz przez ostatnie dni kender najwidoczniej wiele utracił ze swej śmiałej, beztroskiej natury. Dan nie był pewny, czy przyczyną były tu częste i coraz cięższe skutki powracającego zaklęcia, czy może coraz większa troska o Mirabeth. W każdym razie zmiana była dramatyczna i zasmucająca.
   Chłopak niósł ze sobą pętlę z krótkiej liny. Jedną z niewielu rzeczy jakie uratowali z ruin Loreloch. Na bardziej stromych odcinkach wspinaczki owijał się nią będąc na górze a resztę zrzucał w dół jako dodatkowe zabezpieczenie dla reszty.
   Na takich odcinkach Kelryn Darewind wspinał się z pomocą tylko jednej ręki, w której ściskał nóż. W drugiej ręce trzymał Mirabeth. Jakikolwiek myśli o ciśnięciu liny szybko Danyalowi przeszły, z całą pewnością poraniłby dziewczynę a nie tylko przywódcę bandytów.
   Było już po północy kiedy, zaraz po zakończeniu piętnastostopowej wspinaczki, zatrzymali się po raz kolejny dla nabrania tchu. Danyalowi wydawało się, że są dopiero w połowie stromej, wysokiej góry. Zdusił w sobie strach, nie chciał wyobrażać sobie co może się stać jeśli pełne światło dnia odkryje ich daleko przed celem, całkowicie widocznych na stromej, nagiej skale.
- Pst – tu jest jakaś dziura – zmęczonym głosem rzekł Foryth – Omalże mogę ją poczuć.
   Nagła fala pary owiewająca twarz Dana była pierwszym wskaźnikiem, że gdzieś tu w dole wąwozu jest głębokie pęknięcie. Podążając za ciepłem chłopak okrążył skałę i ujrzał w ziemi czarną dziurę, otwór wystarczający dla człowieka – lecz absolutnie nie dla smoka – by można się było przecisnąć.
- To jaskinia! – zawołał Danyal.
- To może być dojście do smoczej jamy – zasugerował w zamyśleniu Foryth, który szybko podszedł do chłopaka.
- No to, chodźmy – zaproponował Dan.
   Ciepło owiewającego powietrza było tak kuszące, że na chwilę nawet zapomniał o uczuciach strachu i nienawiści, które kłębiły się wciąż w jego głowie.
   Pozostali kiwnęli głowami i chłopak znów został przewodnikiem. Danyal czołgał się na brzuchu. Czuł, że przejście się rozszerza w górę o kilka stóp w porównaniu do wejścia. Starał się poruszać w absolutnej ciszy. Odwrócił się tak, by posuwać się stopami do przodu. W ten sposób powoli ślizgał się na pośladkach. Dotarł do krawędzi głazu. Nawet w kompletnej ciemności wyczuł jakiś stopień, powierzchnię pod stopami, więc ześlizgnął się dalej i po chwili już stał na gładkiej, płaskiej skale.
   Pozostali dołączyli doń po kolei. Poruszali się bez jednego słowa. Każdy szept ubrań ocierających się o skałę, każde szurnięcie obcasem buta o skalną posadzkę wydawało się strasznym, rezonującym hałasem w ciemnej, zamkniętej przestrzeni. Kelryn zacisnął mocniej dłoń na Mirabeth co wywołało czerwień szału na twarz Dana. Dziewczyna popatrzyła nań błagalnie. Chciała, by pozostał spokojny i, dla jej dobra, zrobił tak.
   Docierało do chłopaka stopniowo, że w podziemnej komnacie nie było ani kompletnej ciszy, ani całkowitej ciemności.
- Idź! - syknął Kelryn – Prowadź dalej!
   Dźwięk monotonnego dudnienia było słychać tak, jakby jego źródłem była sama skała. To nawet nie był dźwięk, lecz raczej drżenie odczuwalne w powietrzu i sklepieniu. Samo podłoże wydawało się niestabilne. Dan zastanawiał się przez chwilę, czy przypadkiem jaskinia nie jest tuż przed zapadnięciem się. Ściany jednak wydawały się solidne. Praktycznie na to spojrzawszy, to taki hałas mógł raczej zamaskować te trochę przypadkowych dźwięków jakie mogli wydać intruzi. W dodatku widać było, pomimo wąskiego przejścia skrywającego liche światło nocy z zewnątrz, blade oświetlenie zaznaczające krzywe krawędzie wąskiej jaskini o kamiennych ścianach.
   W poświacie wyraźnie dał się zobaczyć odcień purpury, co sugerowałoby jej pochodzenie od płomienistego paleniska lub żaru. Niezależnie od pochodzenia Danyal był światłu rad. Ulżyło mu, że oto nie muszą przedzierać się przez mrok, lub co gorsza nieść jakiegoś rodzaju światło ze sobą co w oczywisty sposób ujawniłoby ich obecność każdemu mieszkańcowi, o ile miałby oczy.
   Bez jednego słowa jednak z pełną zgodą ruszyli ostrożnie wzdłuż jaskini. Podłoże było zaskakująco gładkie. Żadnego gruzu, czy luźnych kamyków jakich Danyal by się spodziewał a które spotykał w każdej jaskini do jakiej wchodził. Miast tego kamienne podłoże wyglądało jakby błoto tu napłynęło, stwardniało w zawijasach i spiralach i uczyniło przejście w gładkościennym korytarzu tak łatwym.
   Ciepłe, suche powietrze dmuchnęło im w twarze. Temperatura stopniowo wzrastał aż do ciepła wewnątrz piekarni a to sugerowało źródło wielkiego i piekielnego ognia. Oświetlenie też się zwiększało. Szli teraz purpurowo oświetlonym korytarzem a z przodu dopiekało im ogniste, wściekłe powietrze.
   Dotarli wreszcie do końca tunelu i znaleźli się w szczelinie może dwadzieścia stóp wyrastającej ponad skalną posadzkę. Ta komora była znacznie większa. Posadzka pod ich stopami porysowana była krzyżującymi się liniami jasnej czerwieni, podobnej żywym płomieniom, a w centrum komory stał wielki, czarny głaz jakby pień wyrastający z kamienia.
   Żadnego śladu obecności smoka. Danyal jednak zesztywniał, gdy Foryth dotknął jego ramienia i wskazał na zacienioną niszę w odległym krańcu jaskini.
   Spoczywała tam czaszka, ludzka czaszka, i witała ich spojrzeniem czarnych, bezokich oczodołów. Pomimo bezcielesnej nieżywości czaszki Danyal poczuł dreszcz obawy kiedy tak gapił się na kawał kości. Nie umiał pozbyć się uczucia, że te pozbawione wzroku oczy jednak nań patrzą.
- Tam jest! – szepnął Kelryn Darewind.
   Aż mu się twarz wykrzywiła w lubieżnym oczekiwaniu. Zacisnął dłoń na Mirabeth i odszukał wzrokiem Dana.
- Ty, chłopcze. Idź tam i przynieś ją do mnie!
   Splatanie odczuć Danyala – nienawiści do bandyty oraz niepokoju o życie Mirabeth – musiało utworzyć zabawny obraz na jego twarzy. W każdym razie Kelryn Darewind popatrzył nań się roześmiał dociskając nóż do skóry dziewczyny.
- Dlaczego się wahasz? Zaczynasz się bać?
   Kelryn, wciąż trzymając krzepko Mirabeth, postąpił do przodu zaganiając jednocześnie trójkę towarzyszy na krawędź spadku. Danyal dostrzegł wąską półkę i zaczął iść opadającą rampą. Przylgnął do ściany i posuwał się powoli, cal po calu, naprzód. Foryth, a potem i Emilio, ruszyli za nim. Bandyta, wciąż trzymając Mirabeth w zacisku łokcia, poszedł za nimi mając jednak nóż wciąż gotowy do zadania śmiertelnego ciosu.
   Dotarli wreszcie do posadzki właściwej jaskini. Szybko poczuli jak skała grzeje im stopy przez podeszwy butów i mokasynów. Przeszli niewielką grupą przez kamienny, łukowy most spinający brzegi rzeki. Łożysko rzeki wypełnione było czymś czerwonym a Foryth twierdził, że to Stopiny kamień.
   Zebrali się w końcu przed niszą w której spoczywała czaszka Fistandantilusa. Pozbawione wzroku oczy wciąż patrzyły a Danyal aż się skręcił z niesamowitych emocji jakie ten wzrok w nim wywołał.
   To Emilio tym razem postąpił do przodu, wspiął się po skale pod niszą. Patrzył na czaszkę z odległości stopy czy dwóch i Danyal wyczuł, że tak pozbawiony strachu kender tym razem drży.
- Pamiętam – powiedział Emilio ochrypłym szeptem – Widziałem już tą czaszkę wcześniej… był tam też krasnolud, nikczemny krasnolud…
- Weź tą czaszkę! Przynieś do mnie! – krzyknął Kelryn dociskając nóż do Mirabeth tak mocno, że aż wyrwał jej okrzyk bólu.
Kender powoli wyciągnął nieduże, sztywne dłonie. Przez chwilę się zawahał, lecz w końcu chwycił czaszkę dłońmi powoli uniósł ją z gładkiego kamienia niszy. Danyal zorientował się, że kompletnie wstrzymał oddech. Poza tym sądził, że za chwilę im na głowy cała jaskinie, lub może czeka ich jakaś potężna eksplozja.
   Zamiast tego zdało się nawet, że wibracje w głębi potężnej, ognistej góry nawet zmalały. Z westchnieniem ulgi Emilio klapnął na ziemi wciąż jeszcze dzierżąc groteskowe trofeum na wyciągniecie ramienia.
   W tym właśnie momencie powietrze w jaskini przeszył dudniący chichot, dźwięk jaki mógł oznaczać tylko jedną rzecz, całkowicie katastrofalną. Chłopak spojrzał w górę i w ciemności dojrzał wpatrujące się w nich żółte źrenice. Już wiedział… Flayzeranyx tu jest.

Ostatnio edytowany przez janjuz (2017-02-13 18:06:27)


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#42 2017-02-13 18:26:13

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Fistandantilus odrodzony

Rozdział  41
Odłamki Poskładane
Trzeci Bakukal, Reapember
374 AC

   Fistandantilus poczuł przypływ mocy gdy tylko ręce kendera dotknęły obu stron czaszki. Pierścień został zamknięty i potrzeba było jeszcze tylko eksplozji krwi i magii by zamysły i plan arcymaga wydały owoce. Jego wola, jego pamięć i jego obecność zjednoczone w jedną, potężną jaźń, jaźń z coraz większymi pozorami kontroli.
   I poczuł w tej chwili tętno, gorący puls krwawego kamienia. Nadchodził z bliska, a wraz z czaszką wreszcie dokona się scalenie.
   Jednak wciąż jeszcze ta przeklęta, nieprzenikniona ingerencja, która w jakiś sposób wiązała się z tym chłopakiem.
   Lecz i to się niedługo skończy!
   Kender już był jego niewolnikiem a czaszka dawała Fistandantilusowi dość mocy by przezwyciężyć ograniczone moce oporu. Nieszczęśnik będzie cierpiał przed śmiercią, lecz wpierw trzeba osiągnąć inny cel. Arcymag wciąż był skoncentrowany na swym celu i już czuł bliskość krwawego klejnotu. Zebrał moc, wskoczył w pozostałości umysłu kendera i przejął całkowitą kontrolę.
   Emilio Haversack skradał się bokiem aż wreszcie dotarł w pobliże leżącej postaci Kelryna Darewinda. Tam był krwawy klejnot a poprzez czaszkę mógł arcymag trzymać kendera pod pełną kontrolą.
   A Fistandantilus pożądał bliskości, pożądał zaspokojenia głodu zabijania.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#43 2017-02-14 17:11:48

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Fistandantilus odrodzony

Rozdział 42
Smoki, Kapłani i Magia
Trzeci Bakukal, Reapember
374 AC

   W ułamku sekundy Danyal pojął, że fala smoczego strachu jest bliska i nieunikniona. Już teraz nawet sama realność obecności czerwonego potwora zamieniała mu kolana w galaretę. Czuł się trupem, tyle że jeszcze żywym. Przerażony stękał i leżał bezsilnie na posadzce. Mirabeth, Foryth a nawet i Kelryn Darewind zaczęli się podobnie chwiać i padać na samo pojawienie smoka. Z tym, że bandyta upadł na dziewczynę i przycisnął ją do podłoża wagą ciała. Czworo ludzi, każdy w innym stanie przerażenia i znieruchomienia, gapiło się bezradnie wokół. Tylko Emilio wciąż stał. Danyal pamiętał nonszalancję kendera okazaną gdy smok latał na Loreloch. Nawet teraz, gdy ujrzał to po raz drugi, miał dowód przed oczami, wciąż nie mógł ani pojąć, ani uwierzyć, że jego towarzysz może tak stać wyprostowany, najwyraźniej niczym się nie przejmujący, w obliczu tak śmiertelnej i przytłaczającej istoty.
   Emilio natomiast, wciąż trzymając czaszkę, przespacerował się za plecy Kelryna Darewinda nie wykorzystując bynajmniej przewagi, ze był już za nim. Mógł przecież wydobyć Mirabeth i byłaby bezpieczniejsza! Miast tego odszedł od wszystkich z głową zwróconą w stronę potężnego smoka.
   Szyja wężowego potwora skręciła się lekko. Pozwoliło to jaszczurowi spojrzeć w dół. Obniżył łeb z chrzęstem suchych łusek aż wreszcie nozdrza znalazły się na poziomie podróżnych. Niewielki obłok czarnego dymu wydostał z ognistego nochala i Danyal zaczął od razu kaszleć. Keltyn Darewind, wciąż porażony smoczym strachem, potrafił się tylko gapić na potwora.
   Co dziwne, konwulsje kaszlu męczące płuca chłopaka pozwoliły mu odzyskać coś na kształt kontroli nad własnymi członkami. Dan zdołał się podnieść na czworaki.
   Podczołgał się w stronę Mirabeth, wziął ją za rękę wdzięczny za oddany uścisk palców dziewczyny.
- Teraz – szepnął.
    Mirabeth skinęła głową i Dan pociągnął jej ramię podczas gdy ona usiłowała wykręcić się spod przyciskającego ją cielska. Fałszywy kapłan jednak przełamał nieco własne odrętwienie. W każdym razie na tyle, by przerazić młodą dziewczynę ponownym naciskiem noża na plecy. Jęknęła z bólu a Dan zamarła z ponurym grymasem na twarzy.
- Patrz! – sapnęła Mirabeth.
   Dan obrócił się, lecz jej dłoni nie puścił. Tymczasem Emilio, najwyraźniej oszołomiony, stał tuż przed szerokim nosem smoka. Purpurowe szczęki lekko się rozchyliły ukazując całe szeregi ostrych zębów. Największy z nich był z pewnością większy niż nóż Danyala.
- Czaszka Fistandantilusa należy do mnie – syknął złośliwie smok.
- Nie. Czaszka nie należy do nikogo… chyba, że do samej siebie – odparł kender.
   A przynajmniej słowa wypowiedział Emilio Haversack, tyle, że głos był znacznie głębszy i potężny. Niepodobny do normalnej paplaniny kendera.
   Emilio wciąż badał kościsty, trzymany w dłoniach artefakt. Znowu podniósł głowę i spokojnie napotkał spojrzenie smoka.
   Rozważnym, ostrożnym ruchem kender schował czaszkę po pachą, tak by kościana twarz patrzyła do tyłu. Drugą ręką sięgnął do sakiewki u boku i wyciągnął złoty łańcuszek, na którego końcu wisiał znajomy klejnot.
- Mój klejnot! – wrzask Kelryna  był wąską, cienką klingą przecinającą powietrze.
   Wytrzeszczając oczy mężczyzna złapał koszulę lewą ręką. Prawa wciąż jeszcze trzymała nóż zaciśniętymi do białości palcami. Czubek noża boleśnie ranił plecy Mirabeth.
   Czaszka patrzyła czarnymi oczodołami i krzywiła zaciśnięte, sztywne zęby.
- Jeśliś mądry, czerwony smoku, natychmiast się wycofasz i będziesz miał szansę jeszcze pożyć.
   Słowa wyszły z ust kendera, lecz ponownie nie był to głos Emilia. Drobna figurka tuliła czaszkę pozwalając by płonący klejnot powiewał hipnotyzująco tam i z powrotem. Smok chrapnął a Danyal nabrał natychmiastowej pewności, że wszystkich obejmie i zabije śmiertelna eksplozja płomieni. Coś jednak – być może tylko pragnienie ochrony skarbów przed zniszczeniem – powstrzymało śmiertelny atak Flayze.
   Miast tego wielki wąż trzepnął pazurem uderzając Emilio w pierś i ciskając nim wstecz z potworną energią. Ciało kendera walnęło w kamienisty grunt, odbiło się i zderzyło z Forythem Teel. Historyk złapał bezwładne ciało Emilia i delikatnie ułożył na posadzce. W jakiś sposób zarówno czaszka jak i wisiorek pozostały z delikatnym ciałem w trakcie brutalnego ataku i teraz, gdy na dodatek z rannej piersi kendera sączyła się strużka krwi, wyszczerzona czaszka leżała pomiędzy stopami Emilia a wisiorek leżał obok na kamieniach. Blado zielone światło pulsowało z wnętrza klejnotu. Było jasne nawet w porównaniu do płomiennej iluminacji smoczej jamy. Kelryn Darewind gapił się na całe zajście z wyrazem przerażenia na twarzy. Teraz jednak dał nura w stronę kamienia, lecz obrócił się gdy Mirabeth skorzystała z szansy i odeń odskoczyła. Pognała po kamieniach ścigana przez bandytę, który jednak musiał się zatrzymać napotkawszy wielki nóż w dłoniach Danyala. W międzyczasie Foryth Teel delikatnie sprawdzał powagę ran na piersi kendera.
- Czy on…?
   Danya spoglądał na zakrwawioną postać. Był przerażony widząc białe mięso na żebrach Emilia wyzierające z rozdartej piersi.
- Żyje.
   Historyk ponuro wskazał na pulsujący mięsień a chłopak niejasno zdał sobie sprawę, że właśnie patrzy na jakąś część serca kendera. Foryth nagle uniósł głowę. Jego oczy wwiercały się w smoka a szczupłe ciało stało się sztywne i twarde w sposób, jakiego Danyal nigdy jeszcze nie widział.
- Przez całe lata dokładałem starań by pozostać bezstronnym. Pozwolić historii na tkanie swej opowieści bez mojego wpływu czy osądu.
   Ton głosu stwardniał. Potrząsnął w powietrzu zaciśniętą pięścią. Oczy Forytha stały się dzikie, czoło zrosił mu gęsty pot.
- Tego już za wiele. Los jest zbyt okrutny i was wszystkich, co historię kształtujecie, was za to obwiniam.
   Historyk wziął porządny oddech i wstał.
- Ten ci oto jest niewinny a użyto go w złej sprawie!
   Foryth Teel krzyczał głośno. Głos nabrał takiej mocy, że zdało się iż może zdławić wulkaniczne odgłosy rozwścieczonej góry.
- Jak śmiecie!
   Głos historyka łamała pasja a jego moc jak biczem gniewu chłostała potwornego węża.
   Flayze wyjąkał w odpowiedzi tylko rozbawione prychnięcie.
   Danyal w tym czasie dostrzegł postać nowego przybysza; niestabilny, niekonsekwentny obraz starego mężczyzny odzianego w szatę nieciekawej, szarej barwy. Obcy stanął niedaleko. Znajdował się całkowicie na widoku smoka, lecz wąż nie wyglądał na świadomego jego obecności. A potem, gdy jeszcze Foryth Teel omiótł spojrzeniem całą jaskinie to i on spojrzał poprzez człowieka bez najmniejszej oznaki zauważenia tajemniczego obserwatora.
   On jest obserwatorem! Zorientował się Danyal gdy obcy wzniósł ramię odkrywając przy tym, że dzierżył długi zwój pergaminu. Skrobiąc piórem zaczął notować a oczy spacerowały mu spokojnie w stronę smoka, historyka czy przywódcy bandytów. Dan czuł pewne zdumienia, że sam jest świadom a nawet akceptuje dziwną obecność; nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że mężczyzna w jakiś sposób przynależy do tego miejsca.
   Foryth Teel się ostro obrócił i oskarżycielskim gestem wskazał na Kelryna Darewinda.
- I ty!
   Danyalowi wydawało się, że cała samokontrola Forytha, przechwalona bezstronność, wszystko to znikło pod naciskiem wielkiego gniewu. Wzniósł pięści, odchylił się do tyłu i krzyknął w stronę wysokiego sklepienia jaskini.
- Wy wszyscy kapłani, a nawet i wy, bogowie! Paladine i Takhisis! I ty, Gileanie, słyszysz    mnie? Tyś ze wszystkich najgorszy!
  Słysząc to, obcy skryba obrócił się szybko w stronę kapłana. Oczy zmieniły mu się w cieniutkie szparki, po czym wrócił do obserwacji smoka.
- Chcecie być bezstronni, trzymać się na dystans, lecz jak możecie ignorować krzywdy i rany? – kontynuował historyk.
   Pogrzebał w sakwie u boku i wydobył swą Księgę Nauki i pogardliwie pomaczał nią w powietrzu.
- Wszyscy jesteście zepsuci! Potępiam wasze nieśmiertelne aspiracje!
   Ton głosu historyka opadł niżej, wciąż jednak był oskarżający.
- Rozumiem już, że sama obserwacja nie daje nic. Muszę zrobić co do mnie należy, muszę stać się częścią opowieści. I ma znaczenie, kto przeżyje a kto umiera. Tacy, jak ten kender to coś znacznie więcej niż tylko pionki. Zasługuje na coś więcej, niż tylko utratę życia w środku waszych zmagań!
   Foryth zdusił dźwięk dziwnego szlochu; wyprostował się.
- Nie potrafię niczego przeważyć; szkoda, że nie ma on mocniejszych druhów.
   Nagle cisnął księgą w skałę obok niszy, w której znaleźli czaszkę. Stronice uderzyły o ścianę i nagle garść iskier zatrzaskała po Pierzchni kamienia, cała ich kaskada, która przyciągnęła wzrok wszystkich obecnych bez jednego mrugnięcia okiem. Nawet Flayze patrzył, lekko przymrużywszy żółte oczy i częściowo obnażywszy kły.
   A na ścianie jaskini ukazały się litery, słowa magii i mocy. Foryth powoli opadł na kolana i rozpoczął modlitwę. Dłoń zbliżył do krwawiącej piersi Emilia a magia uzdrawiania spłynęła mu z rąk. Danyal ze zdumieniem dostrzegał jak otwarta rana na piersi kendera powooli się zamyka. Krew przestaje tryskać, a serce i potem żebra, gładko znikają pod czystą, gładką skórą. Drapanie pióra dziwnego obserwatora było, przynajmniej w uszach chłopaka, nienaturalnie głośnym dźwiękiem.
   Foryth podniósł wzrok.
- A teraz, Panie Bezstronności, daj mi moc by przegnać przeklęte siły z ciała i ducha mego przyjaciela. Przepędź ducha, co chce nad nim zapanować. Wypędź go z ciała niewinnego Emilio Haversacka.
   Niczym wybuchające nieczystości, śmierdzące, siarkowe gazy wystrzeliły z nieruchomej postaci. Zielona mgła skłębiła się w powietrzu, utworzyła chmurę otaczającą Forytha Teela i zaczęła unosić się nad wciąż nieruchomą postacią kendera.
   I wtedy też ujrzał Danyal, że krwawy kamień Fistandantilusa jaśnieje jaskrawą zielenią i pulsuje mocniej niż kiedykolwiek.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#44 2017-02-15 21:13:04

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Fistandantilus odrodzony

Rozdział  44
Fistanantilus Odrodzony
Trzeci Bakukal, Reapember
374 AC

   Gazowa chmurka kręciła się w powietrzu jak niewielki cyklon. Wznosiła się z wiru krwawego kamienia, zwijała przezroczyście gdy skłaniała się w stronę czaszki.
   Coś ją jednak powstrzymało.
   Smagnięcie wichru szarpnęło Danem. Chlastało włosami i rozwiewało odzież. Powiew był tak silny, że groził nawet przewróceniem chłopaka i wleczeniem po posadzce.
   Najmocniejsze szarpnięcia Dan czuł na swym pasie. Sięgnął bezwiednie do klamry i ze zdumieniem poczuł, że metal stał się ciepły i wibrował pod dotykiem palców. Szarpał potężnie w talii jakby jakaś siła chciała ten pas od chłopaka oderwać.
   I właśnie wtedy Danyala olśniło zrozumienie: stare dziedzictwo, klamra noszona przez przodków Thwaita, była jakoś związana z magią! Trąba powietrzna rozdzieliła się na dwie, bliźniacze kolumny wydając przy tym dźwięk uderzającego pioruna. Bliźniacze kolumny skręconego powietrza uwolniły się od siebie z nadnaturalną gwałtownością. Jeden z kształtów podobnych do cyklonu powiał w kierunku czaszki. Podniósł kość z posadzki i przeniósł przez niesamowity, amorficzny cień. To ten drugi jednak podążył w stronę Danyala. Chłopak gramolił się niezdarnie do tyłu, odsuwał od ryczącego wichru, lecz ten dopadł go, dusił swą miazgą, odbierał oddech, zaciskał się na gardle jak pas wokół talii. Wyczuł w tej śmierdzącej mgle uczucie nieodpartego pożądania. Zaczął się szamotać, przeklął upartą srebrną klamrę a nawet oparzył dłoń o nagle rozgrzany kawał metalu. Wreszcie klamra ustąpiła. Z szaleńczym pośpiechem ją otwierał aż wreszcie samo tarcie skóry pasa, wyślizgującego się z jego dłoni a ciągnionego przez sztormowy wicher, zaczęło parzyć mu skórę. Padł na posadzkę i drżąc na całym ciele patrzył dalej.
   Sam pasek z sykiem rozpadł się w nicość. Nienaturalny dotyk zielonej chmury zmienił go w popiół. Klamra zawisła w powietrzu, jakby zawieszona między dwoma cyklonami. Srebro zaczęło świecić jaskrawo.
   I nagle srebro zaczęło kapać, krople połyskującego metalu rozpłynęły się po posadzce. Pod niedowierzającym wciąż okiem chłopaka stopione krople zaczęły się zbiegać i wznosić w powietrzu. Kręcą się i płynąc krople uformowały błyszczący, perfekcyjny kształt: kształt srebrnej klepsydry.
   Dan nawet nie był pewny w jakim momencie nastąpiła zmiana, lecz oto bliźniacze cyklony zmiękły i zanikły. Przestrzeń jaką każdy z nich zajmował stała się czymś stałym i odrębnym.
   I nagle nie było już cyklonów a w ich miejscach stały dwie; odziane w czarne szaty, postacie. Twarze miały skryte pod głęboko pod kapturami z atramentowo czarnego aksamitu, lecz Dan nie miał wątpliwości; To dwaj czarodzieje czarnej magii, ściągnięci tutaj przez wzywające zaklęcie krwawego klejnotu, czaszki Fistandantilusa oraz srebrnej zapinki pasa Paulusa Thwaita.
   Jako pierwszy zareagował smok. Flayze ryknął głośno i cofnął się z wielki łopotem ogromnych skrzydeł. Uderzenie wiatru powaliło Dana i towarzyszy na twarze. Chłopak zdążył unieść ramię osłaniając twarz. W tej chwili też ujrzał jak rozwiera się paszcza smoka i już poczuł piekło ognia narastające w ogromnym, szkarłatnym cielsku.
   Mirabeth chwyciła go za ramię i razem padli na ziemię. Przyciągnął ją do siebie i starał się ramieniem osłonić przed morderczą chmurą, która bez wątpienia zaraz tu zahuczy. Pamiętał wciąż zwęglone ciała w swojej wiosce oraz pomordowanych bandytów na moście w Loreloch. W pewnym sensie można by rzec, że i jego przeznaczeniem jest napotkanie końca w ognistym oddechu smoka.
   Usłyszał jeszcze jeden dźwięk. Jak wypowiedź słowami krótkimi, warkliwymi, lecz ten dźwięk szybko został wymieciony ryczącym gorącem piekielnego paleniska. Danyalowi przypomniał się dźwięk kuźni kowala, kiedy to ogień jest rozpalony a miechy pracują. Było to podobnie głodne, trzaskające wycie, tyle że potężniejsze do niemożliwości, zupełnie jakby się gapić na ogień z wnętrza komina.
   Tyle, że nic go nie paliło!
   Prawda z trudem przebiła się przez oszołomione, zszokowane zmysły z nieśmiałym odwołaniem do świadomości. Danyal mrugnął. Czuł wciąż jak pod jego ramieniem drży Mirabeth. Spojrzał w górę i zobaczył przed sobą ścianę ognia. Gdzieś powyżej oleiste płomienie trzaskały i szalały na wszystkie strony, również na oba boki. Czuł  ciepło na skórze jakby patrzył prosto w płonący kominek, lecz ani on, ani Mirabeth nie doznali od płomieni żadnego uszczerbku.
   Z tego co widział, dotyczyło to też Forytha, Emilio, Kelryna oraz dwójki czarno odzianych czarodziejów. Jeden z nich właśnie uniósł dłoń wyglądającą jak dłoń szkieletu odziana w cienką skórę; była w tym geście moc. Dan pojął, że właśnie ten gest rozdzielił płomienie kierując śmiertelny oddech smoka na obie strony.
   Ogień gwałtownie ustał. Pod jego nieobecność jaskinia stała się zupełnie zimna i ciemna.  Chociaż powietrze wciąż jeszcze było nagrzane i podświetlone strumieniami rozpalonej lawy to jednak w porównaniu do smoczego ognia mogłaby to być teraz zimowa noc w jaskini.
   Drugi z czarodziejów, gestem szybkim i groźnym, wyciągnął ramię w stronę potwora. Dan miał dość czasu, by zauważyć, ze kończyny tego maga bardziej przypominały ludzkie niż szkieletowe odnóża pierwszego z nich. Wyciągnięte teraz palce były długie, szczupłe i wyraźnie zręczne. Bez wątpliwości też pokryte były ciałem opiętym różową, żywą skórą.
   Kolejne słowo przecięło powietrze jaskini. Warczący okrzyk, który wywołał dreszcz na krzyżach chłopaka. Wiedział już, że oto doświadcza jeszcze potężniejszej magii. Tajemne dźwięki charczały mu w uszach a uczucie jakie zostawiły w brzuchu całkiem przypominało odczucia po solidnym kopniaku.
   Z dłoni czarodzieja wystrzeliło bladoniebieskie światło. Utworzyło rosnący stożek w którego chłodnym świetle zamykający w swym wnętrzu większość postaci smoka. Chłodne światło rozszerzało się dalej aż na bulgoczącą lawę i dymiące ściany jaskini. Płynna skała natychmiast pociemniała i w jednej chwili zamrożona, popękała w zygzakowate szczeliny skręcające się teraz po całej powierzchni posadzki.
   W takim niesamowitym świetle zaklęcia poczuł Danyal gorzki, przeszywający chłód zimna, który przesączał się przez ubranie i skórę a wręcz docierał tak głęboko, że niemal zamrażał krew w żyłach. Nawet jednak odczuwając straszny chłód chłopak zrozumiał jeszcze jedno: zdołał zaabsorbować przenikający efekt obserwując zaklęcie – rzeczywisty chłód był mocą potężnej magii atakującej wszystko co było na drodze fali bladego, zimnego światła.
   Smok, uderzony prosto w pierś tajemnym a zaciekłym ciosem, cofał się teraz z głośnym wrzaskiem bólu i wściekłości. Czerwone łuski, dziwnie teraz obramowane szronem, spadały swobodnie jedna po drugiej z ogromnego cielska gdy tylko potężny wąż ruszał się chcąc uniknąć znienawidzonego zimna. Flayze chciał jeszcze zaatakować masywnymi skrzydłami. Wywołanym wichrem odrzucić czarodzieja, lecz skórzaste membrany stały się łamliwe i niezdarne, kalekie od ataku magicznego zimna.
   Danyal tylko mętnie zdawał sobie sprawę z obecności szaro odzianego obcego gdzieś w tle. Mężczyzna wciąż sporządzał notatki, pomimo, że nie okazywał zbytniego zainteresowania wydarzeniami dziejącymi się tuż przed nim. Obrócił srebrną klepsydrę; piasek teraz, świecący jak sproszkowane diamenty, zaczął się powoli przesypywać przez szyjkę.
   I nadal jeszcze za wyjątkiem Danyala nikt chyba nie zwracał uwagi lub nie widział obcego.
   Smok znowu jednak przykuł uwagę wszystkich. Flayze ryknął. Dźwięk podobny do trzasku potężnego grzmotu posłał towarzyszy i Kelryna Darewinda na ziemię. Toczyli się wstecz pod ciosem dźwięku. Tylko dwójka czarodziei wciąż stała. Czarne szaty łopotały im u nóg gdy tak przypatrywali się gotowej do skoku postaci rozwścieczonego smoka.
   Biczujący ogon walił wokoło jak purpurowy bat, lecz cielesny czarodziej wskazał palcem i warknął polecenie. Włócznia iskrzącej błyskawicy  zatrzęsła powietrzem, uderzyła ogon smoka rozszarpując połowę elastycznej kończyny. Z wyciem Flayze przyciągnął krwawiący kikut i zwinął wokół stóp.
   Skrzydła smoka zaczęły jednak odzyskiwać elastyczność z powodu zużywania się zaklęcia lodowej magii. Wielki łeb wystrzelił do przodu, potężne szczęki się otworzyły by skruszyć najbliżej stojącego maga czarnych szat. W mgnieniu oka kiedy to zamknęły się szczęki czarodziej zniknął z pola widzenia. Danyal obrócił się zaskoczony. Czarodziej przeniósł się tymczasem na drugą stronę jaskini. Wzniósł ramię i posłał kolejny grot błyskawicy, który z sykiem i sypiąc iskrami uderzył w bok smoka.
   Flayze odwrócił się wciąż rycząc. Danyal wyczuł jednak, że smok rusza się tylko właściwie reagując na ataki dwójki czarodziejów. I rzeczywiście, kiedy czerwone szczęki trzasnęły w stronę wroga, który właśnie strzelił błyskawicą, drugi z magów wskazał palcem – tym razem, co Danyal widział z pewnością, był to palec chudy jak w szkielecie – i wypuścił istną zaporę z jasnych, iskrzących się kul magii.
   Magiczne pociski uderzyły smoka. Trafiły w szyję, jeden po drugim przebijały ochronę pancernych łusek. Wielki wąż jęknął. Dźwięk to był dziwnie płaczliwy jak na tak potężną bestię. Flayze uderzył ponownie. Teraz już jednak słabiej. Chciał jeszcze sięgnąć wroga przednimi szponami, lecz tylko utracił w ten sposób nogę utrąconą ciosem kolejnej magicznej kul.
   Na koniec, wydając dudniący jęk, potężny czerwony smok padł na posadzkę i leżał tam spokojnie. Był martwy.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#45 2017-02-19 12:40:08

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Fistandantilus odrodzony

Rozdział 45
Ambitny kapłan
Trzeci Bakukal, Reapember
374 AC

- Panie mój! Fistandantilusie! – krzyknął Kelryn i rzucił się do stóp bliższego z magów – Ukazałeś w odpowiedzi na moje modlitwy!
   Wyciągnął ramiona jakby chciał nimi objąć nogi postaci, lecz nagle zawahał się, uniósł na kolana i z nadzieją spojrzał w górę.
   Czarno odziana postać go zignorowała. Osłoniętą cieniem twarz obróciła w stronę drugiej równie zakapturzanej sylwetki. Obie postacie były niemal identycznie odziane i właściwie tego samego wzrostu, lecz bliższa z nich wydawała się troszkę bardziej cielesna, jakby troszkę konkretniejsza. Niż druga.
   Obie natomiast, przynajmniej w opinii Danayal, były równie przerażające.
   Bardziej oddalony z czarodziejów odrzucił swój kaptur i ukazał koszmarny wizerunek. Danyal rozpoznał czaszkę Fistandantilusa, tyle że teraz koścista twarz była umocowana na szkieletowej szyi i dalej aż do niby to ciała, lub raczej jego szkieletu. Ramiona poruszające rękawami wydawały się niematerialne i bezcielesne, podczas gdy twarz nosiła wyraz ten sam co zawsze, wyszczerzonej, martwej czaszki jaką towarzysze już widywali. Dłonie obciągnięte skórą wydawał y się odłączone od reszty kości i chyba pływały tylko dziko na końcach rękawów.
   Oczy czaszki, co Danyal zrozumiał z uderzeniem ciężkiego przerażenie, jednak się zmieniły. Miast zimnego cienia pustych oczodołów, teraz w każdym z nich połyskiwała iskra ogina, purpurowy punkt płonącego ognia jaki przenikał skórę Danyala i kurczył mu wnętrzności mocą nienawiści, przemocy i okrucieństwa. Jak gdyby właśnie czyste zło tego stwora skondensowało się w tym świetle i ze złośliwą jasnością połyskiwało podle z martwych oczodołów.
   Chłopak ledwie zdawał sobie sprawę z faktu, że ta piekielna inspekcja wcale nie była skierowana tylko przeciwko niemu. Te oczy patrzyły wszędzie, lecz cała postawa szkieletowej postaci wskazywała na absolutną koncentrację na osobie drugiego czarno odzianego użytkownika magii.
- Kim jesteś?
   Pytał czaszko gęby czarownik swego przeciwnika głosem toczących się głazów, głosem przenikającym skały góry.
- Jestem Fistandantilus! – odwarknęła druga, bardziej cielesna, postać a w jej głosie wyraźnie brzmiała radość.
   Ten arcymag też odrzucił kaptur i Danyal ujrzał surową twarz mężczyzny dojrzałego, lecz bynajmniej nie starego. Włosy miał długie i czarne surowa twarz skupiała się wokół jastrzębiego nosa. Zimne, mroczne oczy błyszczały intensywnie gdy wskazał palcem postać kościstego i zawołał.
- A ty jak się zwiesz! – zawołał.
- Jestem Fistandantilus! Jem jest lisz ze Skullkap, ten co przetrwał nikczemne knowania Królowej Mroku – z kościstych ust dobiegł ryk, gdy szczęki szeroko się rozwarły – Tyś jest oszust… i tyś jest zgubiony!
   Danyal oderwał od nich wzrok. Ujrzał teraz Kelryna wpatrującego się dziko to w jednego, to w drugiego maga w czerni. Mirabeth i Foryth gapili się pełni podziwu podczas gdy Emilio Haversack  obserwował konflikt z wyrazem zdumionego zaciekawienia na twarzy. Chłopak rozejrzał się wokół i dostrzegł szaro odzianego obserwatora. Stał ciągle w tym samym miejscu i pilnie notował. Piasek wciąż przesypywał się w klepsydrze choć w jak dotąd jego poziom nie zmienił się zbyt zauważalnie.
- Bezstronny.
   Dan przypomniał sobie nagle to słowo. Pamiętał jak Foryth Teel wciąż je powtarzał jako określenie ideału do którego uparcie dążył – wiedział, że to określenie wprost doskonale pasuje do cichej, trzymającej się na uboczu postacie.
- Czekajcie! – to polecenie wyszło z ust Kelryna Darewinda.
   Kapłan Poszukiwaczy, wciąż jeszcze na kolanach, przesuwał się w pobliżu bardziej ludzkiego Fistandantilusa.
- Obaj pojawiliście jako odpowiedź na me błagania! Obaj razem stanowicie arcymaga!
- Nie potrzebuję razem, ani żadnej natrętnej pomocy! – zawołała postać w czarnych szatach.
   Nawet na moment nie odwrócił wzroku od postaci śmierci, która zresztą też skupiała się wyłącznie na oponencie.
- Jestem sobą. Potężny i nienaruszalny. Wróciłem na Krynn. Jestem gotów zacząć swą zemstę.
- O rany… możesz popatrzyć na to?
   Głos Emilia, szepczący prosto w ucho Dan, był jak kubeł zimnej wody wylany na zdrętwiałego, młodego człowieka. Był wdzięczny za wskazanie jakiejkolwiek normalności. Obrócił się by ujrzeć co takiego pokazuje kender.
   Emilio wskazywał na podłogę, gdzie leżał chwilowo zapomniany, krwawy klejnot Fistandantilusa. Danyal spostrzegł, że zielony klejnot pulsuje światłem, którego chorą iluminację emanuje w ciemności. Zielonkawe, przymglone światło pozostawało jakby nie zauważone przez ostro debatujące postacie. Niewyraźna poświata wirowała w powietrzu i powoli przyjmowała kształt płaskiego dysku zawieszonego pionowo nad posadzką. Klepsydra znajdowała się poniżej dysku a mglisty obraz jakby przyjmował pozycję centralną nad srebrnym czasomierzem. Na oczach Danyala gazowa esencje zaczęła przyjmować kształt bardziej zdecydowany. Wirując zaczęła przybiera kształt będący niczym innym, tylko oknem. Spojrzeniem przez przestrzeń do miejsca zielonej mgły przypominającej rosę w mglisty poranek. Widmowe okno utrwaliło się nad klepsydrą i Dan już był pewien, że oto patrzy w całkowicie inny świat.
- To jest moc kamienia i czaszki. Otwierają okno na inne płaszczyzny, inne światy! – sapnął Foryth – Brama przestrzeni  i czasu.
   Tymczasem bandyta nadal był skupiony na dwóch czarodziejach.
- Przybyliście tu bowiem ja was wołałem! Ja was wezwałem! – wołał Kelryn Darewind wstając na równe nogi i zwracając się to do jednego, to do drugiego z nich.
- Cisza! – warknęła ludzka wersja Fistandantilusa.
   Przez chwilę popatrzył na Kelryna, mrugnął oczyma i i ujrzał coś innego.
- Ach, mój klejnot! – oznajmił arcymag ujrzawszy kamień na posadzce jaskini.
   Zrobił krok w kierunku pulsującego artefaktu. Danyal obserwował, jak migające okno przyjmuje stabilniejszy kształt.
- Stój! – wrzasnęła szkieletowa wersja Fistandantilusa.
   Groteskowa osobowość nagle znikła by pojawić się ponownie dokładnie przed swoim duplikatem. Kelryn podszedł bliżej i stał się trzecim wierzchołkiem trójkąta.
- Pamiętam!
   Głos Emilio Haversacka przypominał szept zdumienia.
- Pamiętam wszystko, cokolwiek mi się przydarzyło. Zaczęło się z czaszką, dawno, bardzo dawno temu. Widziałem ją tam, w ciemności… Krasnolud mnie nią uderzył i wtedy straciłem pamięć.
   Spojrzał na Dana a oczy mu się rozszerzyły podziwem i nagłym zrozumieniem.
- To stąd wzięła się moja choroba… to zabrało moje wspomnienia! Moje życie, cała przeszłość! A teraz wszystko wróciło!
   Emilio podskoczył jakby gotów był do natychmiastowego tańca radości.
- Przyszedłem z Kenderówka i… i pamiętam czasy przed Kataklizmem! I jeszcze… i dziękuję za pomoc, za utrzymanie mnie przy życiu, za wyzdrowienie!
- Też nas przecież ratowałeś, przecież pamiętasz – odparł Danyal.
   Kender skrzywił twarz.
- Ten kamień i ta czaszka… nie powinny być razem, co?
- Nie, nie powinny!
   Mirabeth objęła kendera w ciasnym uścisku gdy tym czasem Danyal dalej obserwował dwóch magików i ich proroka. Kelryn wrzeszczał przenikliwym, piskliwym głosem to w kierunku jednego Fistandantilusa to drugiego.
   A przez cały ten czas krwawy klejnot leżał na posadzce pulsując równomiernie w rytmie narzuconym przez zielono obramowane okno. Tajemniczy portal wirował w powietrzu wciąż pozostając nad srebrną klepsydrą.
- Moc jest moja – krwawy kamień należy do mnie! – wrzask Kelryna był tyleż przenikliwy co daremny.
- Jesteś mój! – oznajmił lisz głosem wiatru ze świeżo otwartej krypty.
   Obrócił w końcu uwagę stronę bandyckiego przywódcy patrząc płonącymi, przerażającymi oczodołami.
- Zbyt już długo używałeś mego talizmanu jak własnej zabawki, grałeś tylko rolę kapłana. Moja moc cię podtrzymywała, teraz ty podtrzymasz mnie.
   Kelryn odsunął się krok wstecz. Pod spojrzeniem nieumartego maga z twarzy uciekły mu wszystkie kolory.
- Jego życie należy do mnie! – wtrącił drugi z czarodziejów – To moja esencje powstrzymywała efekty starzenia, pozwoliła mu przeżyć tak długi czas.
   Każdy z czarno odzianych magów złapał bandytę za ramię. Światło przypiekało atmosferę wewnątrz jaskini a skwiercząca aura obramowała kręcącą się, wyrywającą postać zimną jaskrawością. Danyal patrzył zdumiony widząc iluminację mocy i widząc jak moc ta zaczyna się dzielić.
   Życiowa siła, sama jego esencja, została teraz wyssana z ciała Kelryna Darewinda a jego ciało skręcało się i wiło w niewyobrażalnej agonii. Osłabł szybko, wyjąc wciąż i załamując się między dwoma potężnymi magami. Wszelka żywotność zanikła w jego oczach a Danyal omalże mógł zobaczyć jak ciepło krwi wysysane z żył odpływa w równych częściach do dwóch wersji czarno odzianego maga.
   Na koniec dwójka magów rozluźniła chwyt szponiastych rąk, zaciśniętych dotąd wysychającej ofierze. Kelryn Darewind przewrócił się na posadzkę. Był już tylko pustą skorupą, bez krwi, bez żywotności, bez życia. Zwłoki jeszcze leżały na posadzce gdy dwa wcielenia Fistandantilusa zaczęły drżeć pod zaciekłym atakiem odnowionego życia i odbudowanej mocy.
   Sieć zielonej poświaty jaśniała w przestrzeni między czarodziejami. Kosmyki mocy łączyły się w płonącą siatkę nadnaturalnej, złowrogiej potęgi.
- Razem… razem go wchłonęli! – szeptał zdumiony Foryth Teel.
- Co to oznacza? Co się teraz stanie? Pytał Danyal.
- Nie wiem, lecz tylko popatrz… żaden z arcymagów nie jest w stanie oderwać się od swego drugiego wcielenia. Myślę, że jeśli którykolwiek z nich zwycięży to albo stanie się w rzeczywistości nie do ruszenia, albo też zostanie zgubiony.
   Sama góra zaczęła się trząść z powodu ledwie co pomieszczonej mocy. Kawałki skały zaczęły odłamywać się od sklepienie i spadać w dół, roztrzaskując się na kawałki na posadzce. Ostre odłamki kamieni przelatywały wszędzie dokoła, lecz uwaga Danyala była wciąż skoncentrowana, wręcz pochłonięta przez osoby pary magów. Wysilali się teraz najwyraźniej usiłując oderwać się od siebie nawzajem. Przeważająca moc zapadającej się góry stanowiła jednak straszliwe tło. Obie formy magów niepowstrzymanie się do siebie zbliżały.
   Przez cały ten czas wibracje mocy wciąż kotłowały się wokół i poruszały samą ziemią. Luźne kamienie wciąż spadały ze sklepienia a jęzory ognia wznosiły się w górę wypełniając powietrze dymem i pyłem. Cała jaskinia poruszała się na wszystkie strony wypełniając powietrze wyciem katastrofy i zniszczenia.
   Danyal już wiedział, że góra Flayze umiera.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#46 2017-02-20 12:29:04

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Fistandantilus odrodzony

Rozdział 46
Rozstania, Żywi i Martwi
Trzeci Bakukal, Reapember
374 AC

   Zielony wir magii wciąż jeszcze wisiał nad klepsydrą. Wirował jak ciekłe lustro. Teraz jednak, miast zwykłego odbicia, towarzysze mogli ujrzeć przebłyski rzeczywistych miejsc. Dan zobaczył las a potem pas gładkiej, omywanej falami plaży. Dwójka magów tymczasem mocowała się magicznie. Naprężali wszystkie siły w zmaganiach z zieloną siecią.
   Kolejny wstrząs potrząsnął jamą Flayzeranyx. Danyal omal nie stracił równowagi gdy kawał sklepienia rozbił się o posadzkę tuż koło niego. Korytarz, którym tu wszyscy dotarli, już został unicestwiony. Zniknął pod zwałami gruzu.
- Biegiem! – Foryth usiłował przekrzyczeć chaos i jednocześnie wskazywał jaśniejącą szczelinę – To miejsce jest zgubione! A to nasza jedyna szansa!
   Dan zobaczył diamentowy piasek wciąż magicznie połyskujący jak przesypywał przez wąską szyjkę klepsydry. Szaro ubrany mężczyzna opuścił pióro a wzrok utkwił w grupie przyjaciół. Danyal wyczuł, że zacznie pisać natychmiast gdy zdecyduję się na jakieś działanie.
   Tylko co takiego powinni zrobić?
   Syk energii głośno trzasnął gdy Fistandantilus – lisz starał się oderwać na bok swe drugie ja. Ludzka wersja arcymaga umocniła się na stopach i rozczapierzyła palce przyzywając ryczącą spiralę zielonego ognia, którego płomienie strzeliły wysoko i natychmiast przesłoniły obie postacie. Krzyki dobiegające z kokonu magii były zimne i nienaturalne, każdy brzmiał jak uwolniona z łańcucha furia i zemsta.
   Wir prowadzący do zewnętrznych światów kręcił się jak kalejdoskop. Kender wpatrywał się weń wyraźnie zafascynowany.
- Co za miejsce na włóczęgę… tyle miejsc przeróżnych – wołał w zachwycie – Tam jest łańcuch błękitnych gór… i popatrzcie! Miasto, całe miasto wciśnięte do jednej wielkiej wieży!
- Idźcie więc. Zobaczcie te wszystkie miejsca! – naciskał historyk – Uciekajcie póki możecie! Przeżyjcie i wędrujcie!
- Przyjaciele… ja idę! – zawołał Emilio podjąwszy szybką decyzję.
   Mirabeth uścisnęła go mocno.
- Idź już! – wołała przez łzy.
- Żegnajcie wszyscy… i dzięki! Zawołał Emilio Haversack.
   Zawadiacko pomachał trójce ludzi.
   Dwójka walczących wciąż magów, dalej jeszcze zawinięta w magię, nie zwracała uwagi na towarzyszy.
   Nim Danyal zdążył krzyknąć cokolwiek w odpowiedzi, kender już dawał nura w… i przez … magiczne lustro. Chłopak ujrzał jeszcze przebłysk zatłoczonej ulicy, miasto o dziwnych, wysokich ścianach a potem widok przesunął się i pokazał sklepienie zimnego, gwiaździstego nieba.
   Wizje w tajemnym oknie wciąż się zmieniały. Następne miejsce wyglądało na znajome – górska dolina przecięta niewielkim, bulgoczącym strumieniem. Dan nawet rozpoznał drogę, którą szli w stronę Loreloch a potem ujrzał i poczerniałe ruiny. Po chwili coś się tam poruszyło i dojrzał znajomą sylwetkę.
- Tam jest koń! Krzyknął.
   W polu widzenia pojawiła się czarna klacz, elegancko kłusująca wzdłuż drogi.
- Zmora! – krzyknęła Mirabeth – Słyszysz nas? Chodź tutaj!
   Scena nagle się uniosła, zawirowała bliżej w zawrotnym tempie, i nagle koń pojawił się tuż przed nimi. Jednym kopnięciem, jednym odbiciem zwierzę skoczyło i nagle Zmora przeszła przez migotliwe okno i znalazła się w jaskini tuż obok nich. Teraz zaś mijała poszczególne głazy na posadzce.
- Zabierze was w bezpieczne miejsce. Musicie gnać za kenderem! – ostro naciskał Foryth ujmując Mirabeth i Danyala za ramiona – Fistandantilusa zostawcie mnie!
- Nie! – wrzasnął Dan – Nie opuszczę cię!
   Rozumiał, że pozostawanie w zapadającej się jaskini to głupota, lecz odczuwał gorącą lojalność wobec historyka, który już zdążył udowodnić swą przyjaźń.
- Ja też zostaję! – oznajmiła Mirabeth biorąc za rękę chłopaka i patrząc nań z podziwem.
   Skały góry jęknęły z wysiłku. Odłamek skalny wywołał długie rozcięcie trafiając Forytha w głowę. Wywołało to potok krwi i zachwiało mocno trafionym człowiekiem. Cofnął się o dwa kroki.
   Zielona zasłona nagle opadła z obu postaci Fistandantilusa i arcymag zatoczył się i rozdzielił. Ludzka postać wzięła głęboki wdech podczas gdy lisz powoli wyciągał się i prostował do zupełnie pionowej pozycji.
- Idźcie… nim będzie za późno! – upierał się historyk ze złością wymachując na Dana i Mirabeth.
   Dwójka młodych ludzi potrząsnęła przecząco głowami i objęła się ramionami. Zaznaczyli w ten sposób wspólną decyzję: zostaną aż do ostatecznego rozstrzygnięcia. Mirabeth jedną ręką sięgnęła w bok i chwyciła wodze Zmory. Widać dotknięcie okazało się uspokajające bowiem koń stał zaciwiająco spokojnie pośrodku chaosu i zniszczenia. Foryth zignorował obecność upartych towarzyszy i zwrócił się w stronę dwóch arcymagów. Rozognieni wchłonięciem życiowej energii Kelryna Darewinda patrzyli na niego ze światłem głodu widocznym ledwie w kącikach płonących oczu. Sieć zielonego światła wciąż świeciła między nimi a Dan łatwo mógł teraz ujrzeć napięcie, naciągnięcie tego połączenia między dwiema osobowościami. Równowaga mocy między nimi wisiała na włosku. Czuć wręcz było, że żaden z nich nie może sobie pozwolić na moment odprężenia bowiem wtedy zwycięstwo przeciwnika będzie absolutne.
- Możecie stać się czymkolwiek chcecie. Wiecie o tym – zaryzykował Foryth – Prawdziwa fuzja was obu, z pomocą krwawego kamienia, da w rezultacie moc bliską bogom.
- Nie ugnę się przed trupem! – syknął bardziej mięsisty arcymag.
- Ani ja nie ulegnę śmiertelnemu! – wrzasnęła koścista wersja maga.
- Ależ już to zrobiliście… obydwaj – odparł Foryth Teel a nauczycielski ton głosu był już bardzo wyraźny – Jesteście w rzeczy samej jednością, tylko przyniesieni tutaj z różnych segmentów Rzeki Czasu. Jeśli o tym tylko pomyślicie to szansa na zlanie się z sobą samym jest niebywałą okazją. To kombinacja jakiej jeszcze nie było w historii Krynnu.
   Podczas gdy czarodzieje przypatrywali się sobie nawzajem Danyal spostrzegł, że Foryth Teel podniósł złoty łańcuch i wiszący na nim zielony wisiorek.
- Kluczem jest zagadnienie, że tylko jeden z was oczywiście może dzierżyć krwawy klejnot. Macie!
   Foryth nagle zawinął klejnotem w powietrzu i cisnął go między dwóch magów. Prze chwilę wydawało się Danowi, że czas stanął w miejscu. Artefakt spadł i zakręcił się w miejscu. Złoty łańcuch błysnął w zawrotnym wirze. Dwa wizerunki magów sięgnęły przed siebie. Każdy z nich złapał część łańcucha i ciągnął cenny artefakt w swoją stronę.
   Ogniwka rozciągnęły się, pocieniały a dwóch magów walczyło ze sobą o prastary metal. Dźwięk grzmotu przetaczał się po jaskini. Jasne błyski światła, jak zielone włócznie, strzelały z obu postaci i zmuszały ludzi do cofania się. Powietrze w jaskini natychmiast stało się popsute, pełne smrodu śmierci. Wirujący sztorm eksplodował dokoła. Czegoś takiego jeszcze Danyal nie słyszał. Pociągnął do siebie Mirabeth i oboje przygarbili się i odwrócili od nienaturalnego wichru. Skrzywili się gdy wiatr  ich chłostał niemal fizyczną potęgą, szarpał włosy, ubrania i skórę.
   I nagle czarno odziani czarodzieje zniknęli. Obydwaj rozwiali się w trzasku zielonego dymu. Burza ucichła natychmiast choć drżenie umierającej góry wciąż trzęsło posadzką i posyłało ze sklepienia jaskini strumień ostrych odłamków.
- Co… co się stało? – pytał zdumiony Dan.
   Jaskinia co prawda nadal trzęsła się od podziemnych naprężeń to jednak po odejściu arcymagów wydawało się, że zapadła w niej martwa cisza.
- Obie wersje Fistandantilusa znów są rozrzucone, ich odłamki poniewierają się na całej długości Rzeki Czasu. Wiele upłynie stuleci nim ta moc ponownie się pojawi na świecie.
   Ton głosu Forytha był właściwie smutny, zupełnie jakby żałował że arcymagowie odeszli zanim zdążył z nimi dokładnie porozmawiać.
- Ale jak oni… dlaczego było ich dwóch? I dlaczego jeden z nich przyszedł zabrać moją klamrę?
   Foryth Teel pokiwał głową.
- Myślałem już o ty i mam pewną ideę. Ale najpierw odpowiedz mi na pytanie: czy twój przodek nie był jubilerem w Haven, czy miał na sobie ten pas gdy spotkał w bitwie czarodzieja?
- Tak mówi legenda rodzinna, tak.
- Sądzę, że Fistandantilus sam zaaranżował sobie schronienie w metalowym przedmiocie, a klamra pasa była właśnie pod ręką, kiedy jego poprzedni gospodarz – mag czarnych szat o imieniu Whastryk, został zabity. Duch arcymaga był więc zmagazynowany w srebrze, uśpiony przez całe stulecia.
- Później, po straszliwych wydarzeniach w Skullkap, Fistandantilus przetrwał w innej formie, formie nieumarłego. To był lisz. Gdy duchowa esencja została przegnana z ciała naszego przyjaciela, kendera, to weszła w czaszkę i utworzyła stwora. W tej samej jednak chwili musiała się podzielić rozdarta na dwoje przez prastare zaklęcie zmagazynowane w srebrnej klamrze.
- Dwójka arcymagów to chyba jedyne stworzenia na Krynnie zdolne do pokonania jeden drugiego. Na szczęście walka między nimi była nieunikniona skoro obydwaj potrzebowali tego samego artefaktu. I właśnie ta walka doprowadziła do ich obopólnego zniszczenia.
   Kolejny rumor wstrząsnął jaskinią. Wielkie części sklepienia zaczęły spadać tuż obok i omal ich nie zgniotły. Trójka ludzi pochyliła się kryjąc głowy przed latającymi odłamkami kamieni. Wir, okno światów, wciąż kręcił się przed oczami trójki. Klepsydra wciąż pod nim stała i wciąż jeszcze zmiana poziomu piasku przesypującego się przez wąską szyjkę była niezauważalnie mała.
- Wasza dwójka też już powinna iść. Gnajcie za Emilio, lub obierzcie własną drogę. Ten portal to jedyna, bezpieczna droga ucieczki stąd. Odejdźcie, póki jeszcze możecie!
- A co z tobą? – z uporem dopytywała Mirabeth.
- Ja zostanę. Jest ważne, żebym zapisał wypadki ostatnich dni…
- Tak, wiemy… dla historii – wtrącił Dan – Tylko, czy nie mógłbyś pójść razem z nami i zapisać wszystko tam, gdzie jest trochę bezpieczniej?
- Sądzę, że ten kto przejdzie przez to okno, ten tutaj już nigdy nie wróci. Tylko, że tam będą nowe światy, nowe przygody oczekują. A wy oboje jesteście dobrze przygotowani na ich spotkanie
- Ależ ty tu zginiesz!
- Być może… jeżeli tak postanowią bogowie. Jeżeli nie, to przeżyję… i napiszę.
   Zmora głośno zarżała. Cofnęła się gdy kolejny kamień poleciał ze sklepienia. Po drugiej stronie konia postąpił o krok szaro odziany mężczyzna. Stał teraz i patrzył z wyrazem poważnej cierpliwości.
   Danyal nagle zrozumiał, że Forthowi Teel nic nie grozi.
- Okno nie będie to wiecznie czekać. Idźcie! – wołał historyk i tym razem chłopak się z nim zgadzał.
   Szybko uścisnął Forytha, zaczekał aż Mirabeth zrobi to samo a potem dołączył do dziewczyny na podskakującego wierzchowca.
   Wstrząsy wprawiły w drżenie posadzkę a okno czasu zaczynało się chwiać. Mirabeth wpakowała pięty w końskie boki. Potężnym skokiem Zmora wystrzeliła do przodu i już przeszli… odeszli w wirującej mieszance czasu i przestrzenie.
   W kolejnej chwili cały chaos zniknął. Danyal i Mirabeth znaleźli się na drodze, drodze dobrze brukowanej gładkimi kamieniami. Chłopak obejrzał się szybko, lecz za nimi nie było żadnego śladu magicznego okna.
   Zmora lekko truchtała naprzód, w stronę brodu przez czysty strumień. Po drugiej stronie wznosił zamek, zamek tak wspaniały, że jeszcze nigdy nie widzieli piękniejszego. Srebrzyste wieże strzelały prosto w niebo a wielokolorowe chorągwie trzepotały i połyskiwały w wiosennym wiatrze.
- Popatrzmy, kto tu mieszka – powiedział chłopak
   Delikatnym ruchem stóp pokierował klacz do przejścia płytkiego brodu.























Epilog
Do Jego Ekscelencji Astinusa,
Kronikarza Krynnu

Ekscelencjo,
   Jak tego ode mnie wymagałeś postarałem się przypomnieć wszelkie odczucia moje w sprawie czaszki i klejnotu. Oto ich rezultat. Dwójka młodych ludzi odeszła. Widziałem jak odchodzili do idyllicznego królestwa. Oboje to sieroty, niewiele za sobą zostawili, a wiem, że tam prosperować będą. Wiedza ta dała mi pewną ulgę podczas gdy góra wokół mnie wciąż się trzęsła. Kendera już nigdy nie widziałem, lecz przypuszczam, że ma się dobrze. Należy do rodzaju istot, które potrafią przetrwać. A teraz na domiar wszystkiego został jeszcze uwolniony od koszmarnego ciężaru, jaki nieświadomie dźwigał przez tak wiele lat.
   W potrzaskanych szczątkach całkowitej destrukcji ujrzałem postać dojrzałego, pełnego godności mężczyzny. Podszedł do mnie. Był dobrze odziany, cały w różnych odcieniach szarości. Poznałem po tym, że mam do czynienia z samym Gileanem. Bóg neutralności ujął mnie za rękę wyrzekając się mego zamiaru natychmiastowego przyklęknięcia.
- Dowiodłeś swej wartości wiele, wiele razy, mój wierny kronikarzu – rzekł łagodnie – Wiedz, że jeślibyś zechciał powrócić do klasztoru, to już teraz dowiodłeś, żeś zdolny do służby jako kapłan.
- Jeślibym zechciał… - zaskoczony byłem, lecz szybko dostrzegłem co Pan mój wcześniej już widział – A jeżeli nie takiego wyboru dokonam? A jeśli mym przeznaczeniem nie jest kapłaństwo?
   Stary mężczyzna tylko się uśmiechnął.
- A wtedy mam inną pracę dla ciebie. Ważną pracę, i taką, do której jesteś znakomicie przygotowany.
   Czekałem.
- Musisz udać się do Palanthas, a tamże do Wielkiej Biblioteki.
   Poczułem jak serce mi łomocze. Wszak na całym Krynnie nie ma miejsca dającego tyle możliwości i zadowolenia dla rzeczywiście zdeterminowanego historyka.
   Sięgnął w dół i z posadzki podniósł srebrną klepsydrę – przedmiot, którego wcześniej nie zauważyłem, chociaż był już w połowie przesypany – i dał go mnie.
- Zasłużyłeś na to. Dla historyka to skarb. Bezcenne narzędzie, jakie pozwala podróżować przez przeszłe królestwa. Teraz będziesz mógł obserwować historię w trakcie jej trwania, wszystkie prądy wielkiej rzeki w jej wielkim łożysku.
- O panie, nie jestem godzien takiego skarbu!
   Byłem przerażony i potężnie poruszony ogromem odpowiedzialności związanym z takim skarbem.
   Machnięciem ręki bóg odpędził mój protest.
- Mój kronikarz, Astinus, potrzebuje doświadczonego historyka pracującego w terenie, badacza mogącego podróżować daleko po świecie. Nie tylko w czasie rzeczywistym, lecz i w przeszłych czasach. Zdającego dokładnie sprawę z dokonanych odkryć.
- Lecz, mój Panie… - pokorą natchnął mnie dar, lecz wciąż nie czułem się go wart – Czyż nie zawiodłem w sprawach obiektywizmu i bezstronności, beznamiętnej uwagi, która jest prawdziwym darem historyka?
- Ba – Gilean wręcz zachichotał – Zdystansowanie jest mocno przecenione. Nie, mój synu, nauczyłeś się, że prawdziwy historyk musi stać się częścią swej historii. Inaczej z pewnością zagubi zrozumienie i podłoża prawdy w opowieści.
  Tak więc, Ekscelencjo, przybyłem do Wielkiej Biblioteki i oczekuję Twych rozkazów

W oddaniu prawdzie

Foryth Teel


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

Stopka forum

RSS
Powered by PunBB
© Copyright 2002–2008 PunBB
Polityka cookies - Wersja Lo-Fi


Darmowe Forum | Ciekawe Fora | Darmowe Fora
www.smoczalanca.pun.pl xiaolinn forumarena ts2