DragonLance Forum

Forum dla fanów DragonLance, książek fantasy oraz RPG.

#1 2017-07-28 12:39:12

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Mrok i Światło

Oto początek nowego tomu Preludiów. Tłumaczenie niestety będzie dość powolne.




DragonLance
Preludia Część pierwsza
Mrok i Światło
Paul B.Thompson oraz Tonya R.Carter
* * *


Rozdział 1

Rozstanie

   Jesień malowała Solace żywymi kolorami. Każda weranda i każde okno wypchane były czerwonym, pomarańczowym czy żółtym listowiem bowiem wszelki domy i sklepy w Solace gnieździły się w otulinie potężnych konarów drzew vallen, gdzieś wysoko ponad omszałym gruntem. Gdzieniegdzie widać było wolne przestrzenie w nadrzewnym mieście. Były to publiczne place miasteczka, miejsca w których jednego tygodnia odbywał się jarmark a w drugim występy wędrownej trupy artystów.
   Na jednym z takich placów, aktualnie skąpanych w słonecznym świetle, stały trzy osoby – jedna kobieta i dwójka mężczyzn. Dwa miecz poruszały się żywo w te i wewte i ostro odbijały podające na ostrza promienie słońca. Dwie osoby ostrożnie się nawzajem okrążały i szermowały nagłymi wypadami nagich ostrzy. Trzecia osoba stała z tyłu i obserwowała. Miecze ostro zgrzytały w całusach rozzłoszczonej stali.
- Dobra robota! – powiedział obserwujący Caramon Majere – Wspaniała parada, Sturm!
   Wysoki, młody mężczyzna z opadającymi, brązowymi wąsami tylko odmruknął z krótkim potwierdzeniem. Był jednak raczej mocno zajęty. Przeciwnik właśnie skoczył do przodu mierząc mu prosto w pierś. Strurm Brightblade ciął ostro w atakujące ostrze i jednocześnie szybko się cofał. Uderzenie minęło go może cal. Przeciwniczka Sturma aż się zachwiała tracąc lekko równowagę i rozstawiając szerzej stopy.
- Spokojnie, Kit! – zawołał Caramon.
   Przyrodnia siostra odzyskała równowagę z gracją zawodowej tancerki. Zebrała razem pięty w cichym trzasku skórzanych butów i obróciła się do Sturma szczupłym profilem jako jedynym celem.
- A teraz, przyjacielu – powiedziała – zaprezentuję ci sztuczkę jakiej można się nauczyć tylko praktykując walkę za pieniądze.
   Czubkiem miecza zaczęła Kitiara wycinać kółka w powietrzu. Raz, dwa razy, trzy razy – Sturm tylko obserwował śmiertelnie groźne ruchy. Caramon gapił się z otwartą szeroko gębą. Miał tylko osiemnaście lat i choć osiągnął, lub nawet przewyższył, rozmiary dorosłego mężczyzny to jednak głęboko w środku duszy pozostawał jeszcze chłopakiem. Dzika i już otrzaskana ze światem Kitiara była jego idolem. Miała w sobie więcej entuzjazmu i energii niż dowolnych dziesięciu mężczyzn razem wziętych. Z miejsca, w którym teraz siedział, mógł Caramon dostrzec każdą rysę na ostrzu Kitiary jakby stanowiły one wspomnienia po ciężkich bojach. Boczna powierzchnia ostrza błyszczała od częstego i dokładnego polerowania. Miecz Sturma dla kontrastu był tak jeszcze nowy, że nawet na jego rękojeści wciąż były widoczne błękitnawe odcienie wywołane krystalizującym stal ogniem kuźni.
- Uważaj na prawą – zawołał Caramon.
   Wolną dłonią Sturm ujął gałkę rękojeści i już czekał, jak przystało na Rycerza Solamnijskiego, na atak Kitiary zwrócony do niej przodem.
- Ha!
   Kitiara zawirowała na jednej nodze i przecięła powietrze wznoszącym cięciem miecza. Caramon wstrzymał dech gdy jej cięcie wzniosło się do szczytu ruchu. Sturm stał nieruchomo. Miecz dziewczyny mógł zakończył łukowy cios prosto na jego karku. Caramon zamknął oczy – usłyszał nagle potężny brzęk zderzającej się stali. Poczuł się głupio więc otworzył znów oczy.
   Sturm sparował cios najprostszym sposobem, bez żadnej finezji, po prostu rękojeścią w rękojeść. Stał teraz blisko z Kitiarą, miecze mieli zablokowane ostrzami do góry. Kiście Kitiary zadrżały. Nacisnęła mocniej i wolną ręką ścisnęła rękojeść miecza. Sturm siłą zmusił ją do opuszczenia gardy. Twarz jej pobladła a potem gwałtownie poczerwieniała. Caramon już znał te objawy. Ta przyjacielska potyczka nie szła po jej myśli i Kitiarę zaczęło to złościć.
   Poirytowana stanęła mocnie, uniosła gardę i natężyła się przeciw większej masi i sile Sturma. A jednak rękojeść jej broni wciąż opadała. Ostro rżnięta garda nowego miecz Sturma ocierała się jej o policzek. Z ciężkim sapnięciem Kitiara przerwała wysiłki. Oba miecze opadły końcami w zielony mech.
- Dość – powiedziała – Dziś ja kupuję ale. Powinnam być mądrzejsza i nie pozwolić ci na taki blokowanie mojej gardy! Chodźmy, Sturm. Po kuflu najlepszego Otikowego!
- Brzmi cudownie – odparł.
   Zwolnił miecz i postąpił krok wstecz wciąż ciężko dysząc. Gdy tylko się ruszył Kitiara wpakowała płaz swej broni między jego kolana. Stopy Sturma się splątały a on sam padł grzbietem w zieloną trawę. Miecz wypadł mu z dłoni a tymczasem Kitiara już stała nad nim trzymając trzydzieści dwa cale ostrza wymierzone w jego gardło.
- Walka to nie zawsze sport – powiedziała – Miej zawsze oczy otwarte i miecz trzymaj krzepko, dłużej pożyjesz.
   Sturm popatrzył wzdłuż ostrza prosto w twarz Kitiary. Pot pozlepiał czarne kędziory na czole a naturalnie ciemne usta były mocno zaciśnięte. Powoli rozchyliły się w krzywym uśmiechu. Schowała miecz do pochwy.
- Nie bądź taki przygnębiony! To chyba lepiej gdy przyjaciel cię powali i potraktuje to jak lekcję niż żeby wróg miał cię pochlastać na dobre.
   Wyciągnęła rękę.
- Pośpieszmy się lepiej nim Flint i Tanis wypiją wszystko u Otika.
   Sturm pochwycił jej rękę. Dłoń była twarda i zrogowaciała od rękawic i rękojeści miecza. Kitiara podciągnęła go i w końcu stanęli nos w nos. Sturm był wyższy o głowę i co najmniej pięćdziesiąt funtów cięższy a i tak czuł się przy niej jak nieopierzony dzieciak. Jasne oczy dziewczyny i jej przymilny uśmiech zdołały jednak obawy rozproszyć.
- teraz rozumiem w jaki sposób udało ci się rozwijać jako wojowniczce – powiedział i pochylił by podnieść miecz.
   Oczyścił go i schował do pochwy.
- Dzięki za dobrą lekcję. Następnym razem dopilnuję by mieć stopy poza twoim zasięgiem!
- Hej Kit! – gorączkowo dopytywał Caramon – Pokażesz mi potem kilka twoich sztuczek?
   Miał przy sobie krótki miecz; prezent od uwielbiającej przygody siostry. Znalazła go na którymś z wielu pól bitewnych. Flint Fireforge, znający się na obróbce metali jak mało kto, twierdził, że miecz Caramona został wykonany w południowym Qualinesti. I tylko dzięki takim przypadkowym wiadomościom dowiadywali się co nieco o wędrówkach Kit.
- Czemu nie? – odparła – przywiążę sobie jedną rękę z tyłu, żeby było fair.
   Caramon już gębę otwierał do szybkiej odpowiedzi, lecz Kitiara zamknęła mu dłonią usta.
- A teraz do gospody. Jeśli szybko nie dopadnę kufla ale to się rozsypię!
   Kiedy wreszcie dotarli do korzeni wielkiego drzewa vallen wspierającego Gospodę Ostatni Dom spotkali starego druha, Flinta, siedzącego przy najniższych stopniach schodów. Krasnolud dzierżył w potężnych, węźlastych dłoniach całe naręcze drzazg i odcinał od nich cienkie jak włos płatki. Miał tylko mały, lecz bardzo ostry nożyk.
- Cóż, widzę, że skórę masz nienaruszoną – mruknął popatrując z ukosa na Sturma – Tak na poły myślałem, że własną głowę przyniesiesz pod pachą.
- Twoja ufność w moje siły jest niezwykła – kwaśno odparł młody mężczyzna.
   Kitiara zatrzymała się i oplotła ramieniem potężne barki Caramona.
- Lepiej uważaj, stary krasnoludzie. Obecny tu Mistrz Sturm dysponuje niezwykle silnym ramieniem. Kiedy zaś już oduczy się przestrzegania przestarzałego kodeksu rycerskiego…
- Honor nigdy nie jest przestarzały – wtrącił Sturm.
- I dlatego padłeś plackiem na plecy z moim mieczem na szyi. Gdybyś tylko…
- Nie zaczynajcie od nowa! – warknął Caramon – Jeżeli mam wysłuchiwać kolejnej debaty o honorze to chyba umrę z nudów!
- Nie mam zamiaru się kłócić – Kitiara poklepała brata po ramieniu – Swego dowiodłam.
- Flint, chodź z nami. Kitiara stawia – powiedział Caramon.
   Starszawy krasnolud uniósł się na przysadzistych nogach posyłają jednocześnie na ziemię całą kaskadę cieniutkich drewnianych płatków. Wyrównał odzież i schował nóż do buta.
- Żadnego ale dla ciebie – Kitiara zwróciła się w stronę Caramona z iście matczyną surowością. Za młody jesteś na picie.
   Caramon dał nura spod jej ramienia i skoczył w stronę Sturma.
- Kit, mam już osiemnaście lat.
   Twarz Kitiary wyrażała ciężkie zdumienie.
- Osiemnaście? Pewien jesteś?
   Jej „mały” braciszek był co najmniej cal wyższy od Sturma. Caramon popatrzył na siostrę z oburzeniem.
- Jestem, jestem. Po prostu nie zauważyłaś, że jestem już dorosłym mężczyzną.
- Dzieciak jesteś! – krzyknęła Kitiara i wyciągnęła miecz – Jeszcze chwila i dostaniesz klapsa!
- Ha! – krzyknął Caramon ze śmiechem – Nie dasz rady mnie złapać!
   To powiedziawszy skoczył naprzód i runął w górę po schodach. Kitiara schowała miecz i skoczyła za nim. Długie nogi Caramona szybko pokonywały strome schody. Wraz z siostrą, głośno się śmiejąc, zniknął za masywnym pniem drzewa.
   Flint i Sturm wspinali się wolniej. Lekki wietrzyk powiewał między konarami i posyłał wszędzie kolorowy deszcz liści zasypujących schody. Strurm spojrzał rozejrzał się poprzez gęstwę gałęzi w stronę pozostałych nadrzewnym domostw.
- Za kilka tygodni będzie wyraźnie już widać nawet drugą stronę wsi – mruknął.
- Racja – odparł Flint – Aż mi trochę dziwno, że o tej porze nie jestem gdzieś w drodze. Przez więcej lat niż dotąd, chłopcze, przeżyłeś przemierzałem drogi Abanasinii od wiosny do jesieni. Zajmowałem się handlem.
   Sturm przytaknął. Decyzja ogłoszone przez Flinta, że oto wycofuje się już z wędrownego kowalstwa zaskoczyła wszystkich wokoło.
- Teraz to już przeszłość – powiedział Flint – Czas już zawiesić własne nogi na kołku. Może zacznę uprawiać róże w ogródku.
   Wyobrażony widok krasnoluda zajmującego się ogródkiem różanym wydał się Sturmowi groteskowo nienaturalny. Aż potrząsnął głową byle się tej myśli pozbyć.
   Sturm przystanął na płaskiej platformie w połowie drogi do gospody i oparł się o poręcz. Flint postąpił jeszcze parę kroków, lecz też się zatrzymał. Koso popatrzył na Sturma i rzekł.
- O co idzie, chłopcze? Aż widać, że masz coś na języku.
   Flint niczego nie przegapiał.
- Muszę odejść – powiedział Sturm – Do Solamnii. Zamierzam odszukać swe dziedzictwo.
- I swego ojca?
- Jeżeli jest gdziekolwiek jeszcze jakiś jego ślad, to ja go znajdę.
- Długa podróż i niebezpieczne poszukiwania – powiedział Flint – Chciałbym iść z tobą.
- Nie o to chodzi – rzekła Sturm – To tylko moje zadanie. Moje poszukiwania.
   Sturm i Flint weszli w drzwi gospody w chwili dokładnie odpowiednie, żeby dostać w twarze całą lawinę ogryzków jabłek. Podczas gdy lepką pulpę wycierali z oczu cała sala gospody grzmiała głośnym śmiechem.
- Który to łajdak się ośmielił? – ryknął Flint.
   Niezgrabna, młoda dziewczyna, pewnie nawet nie miała jeszcze czternastu lat, z głową całą w rudych splotach, wręczyła ręcznik rozwścieczonemu krasnoludowi.
- Otik właśnie wyciskał nową porcję cydru i pewnie dopadli resztek – wyjąkała przepraszająco.
   Sturm wreszcie wytarł twarz do czysta. Kitiara z Caramonem padli na kontuar i chichotali jak banda zidiociałych dzieciaków. Stojący za barem Otik, korpulentny właściciel gospody, potrząsał głową z dezaprobatą.
- To jest pierwszej klasy lokal – powiedział – Jeśli zamierzacie ciągnąć dalej te psikusy to proszę na zewnątrz!
- Bzdura! – odparła Kitiara.
   Cisnęła na bar monetę. Caramon otarł łzy śmiechu i wytrzeszczył oczy. To była złota moneta. Niewiele takich widział.
- Może to cię uspokoi, co, Otik? – powiedziała Kitiara.
   Wysoki, zgrabny mężczyzna podniósł się zza stołu i podszedł do baru. W jego ruchach dało się widzieć jakiś dziwny wdzięk a wysokie kości policzkowe i złotawe oczy wyraźnie oznajmiały elfie dziedzictwo. Podniósł monetę.
- Co jest, Tanis? – spytała Kitiara – Nigdy nie widziałeś złotej monety?
- Tak dużej jeszcze nie – odparł Tanis Półelf i obrócił monetę – Skąd pochodzi?
   Kitiara podniosła kufel i pociągnęła łyk.
- Nie mam pojęcia – odparła – To część mojej zapłaty. A dlaczego pytasz?
- Napisy są elfickie. Powiedziałbym, że była bita w Silvanestii.
   Sturm i Flint podeszli bliżej i uważnie obejrzeli monetę. Flint orzekł, że delikatny napis jest definitywnie elficki. Dalekie Silvanesti nie miał praktycznie żadnych kontaktów z resztą Ansalonu tak więc zdumiewającym było, jak moneta mogła znaleźć się tak daleko.
- Łup – podpowiedział głos z naroża sali.
- Co mówiłeś, Raist? – spytał Caramon.
   W oddalonym kącie głównej sali gospody widoczna była blada postać. Był to Raistli, bliźniaczy brat Caramona. Był, jak zwykle zresztą, pochłonięty całkowicie studiowanie jakiegoś zakurzonego zwoju. Wstał teraz i podszedł do grupki przyjaciół; barwne światło filtrowane przez witrażowe okna gospody przydawało bladej skórze dziwacznych odcieni.
- Łup – powtórzył – Z rabunku, grabieży czy też zdobyczy.
- Wiemy wszyscy, co to słowo znaczy – szorstko odezwał się Flint.
- On po prostu uważa, że monetę prawdopodobnie skradziono w Silvanesti a potem znalazła się szkatułach dowódcy najemników, w tym i Kitiary – powiedział Tanis.
   Podawali sobie monetę z rąk do rąk, obracali na obie strony i sprawdzali ciężar. Poza swą czyto monetarną wartością moneta stanowiła głos mówiąc o odległym, magicznym ludzie.
- Pozwólcie zobaczyć – uparty głosik odezwał się skądś poniżej lady baru.
   Drobne, szczupłe ramię wystrzeliło do góry między Caramonem a Sturmem.
- Ooo, nie! – krzyknął Otik i porwał monetę z dłoni Tanisa – jeżeli kender położy łapę na monecie to możecie jej tylko posłać pożegnalnego całusa. Byle szybko!
- Tas! – zawołał Caramon – Nie widziałem jak wchodziłeś.
- Był tytaj przez cały czas – odparł Tanis.
   Tasslehoff Burrfoot, jak większość przedstawicieli tej rasy, był zarówno bardzo sprytny jak i bardzo drobny. Potrafił schować w najbardziej niemożliwych miejscach a poza tym znany był z, hmm, lepkich palców… on sam określał je ciekawskimi.
- Ale dla wszystkich – powiedziała Kitiara – Już wiadomo, że jestem wypłacalna!
   Z potężnego dzbana Otik napełnił szereg kufli więc przyjaciele zasiedli wokół okrągłego stołu pośrodku sali. Raistli, miast jak zazwyczaj zatopić się w lekturze zwoju, wziął krzesło i przyłączył się do reszty.
- Skoro jesteśmy tu wszyscy razem – powiedział Tanis – to ktoś chyba powinien wznieść jakiś toast.
- Za Kit, fundatora wspólnego święta! – zawołał Caramon wznosząc gliniany kufel cydru.
- Za złoto, które za to wszystko płaci – odpowiedziała siostra.
- Za elfów, którzy wybili monetę – zaproponował Flint.
- Za elfów to jestem w stanie wypić zawsze – powiedziała Kitiara.
   Patrząc znad kufla posłała uśmiech Tanisowi.
   Na jej ustach zaczęło się już kształtować pytanie, lecz nim je zdołała wymówić Tasslehoff wskoczył na krzesło i zamachał ramionami domagając się uwagi ogółu.
- Powinniśmy wypić za Flinta – zawołał – To jest pierwszy rok od czasów Kataklizmu, kiedy nie wyruszył w drogę.
   Wokół stołu rozległy się otwarte chichoty, które spowodowały, że stary krasnolud gwałtownie poczerwieniał.
- Ty szczeniaku! – zagrzmiał – Jak sądziśz, ile mam lat?
- Nie uuie liczyć do tylu – powiedział Raistlin.
- No cóż, mam już sto czterdzieści trzy lata i dałbym sobie radę z każdym; człowiekiem, kobietą czy też kenderem – oznajmił Flint.
   Palnął w stół ciężką pięścią.
- Ktoś ma ochotę sprawdzić?
   Nie było chętnych. Niezależnie od zaawansowanego wieku, czy też niskiej postaci, Flint był potężnie umięśniony. No, i był dobrym zapaśnikiem.
   Wznosili toasty i popijali dalej w dobrch humorach. Popołudnie przeszło w wieczór a potem i wieczór stał się nocą. Zamówili potężną kolację Otikową bo głód zaczął już doskwierać. Po chwili stół zaczął się uginać pod ciężarem tac z pieczoną dziczyzną, chlebe, serem oraz przesławnymi, Otikowymi pieczonymi ziemniakami.
   Obsługiwała ich stół czerwonowłosa, młoda dziewczynka. W pewnej chwili, ot tak dla żartu, Caramon włożył do kieszeni jej fartucha dobrze ogryzioną kość kurczaka. Oddała zaczepkę szybko i zabawnie gorący kawałek kartofla za kołnierz Caramona. Wystrzelił z krzesła jak oparzony, lecz dziewczyna już skryła się w kuchni Otika.
- Kim, u czarta, ona jest? – pytał Caramon wciąż jeszcze podrygując w staraniach szybkiego usunięcia kartofla zza kołnierza.
- Otik się nią opiekuje – odparł Raistlin – Na imię ma Tika.
   Noc powoli przemijała. Inni gości wchodzili do gospody i ją opuszczali. Zrobiło się późno więc Otik nakazał Tice zapalenie kandelabra świec na stole grupku przyjaciół. Wesoła zabawa wczesnego popołudnia ustąpiła miejsca dużo spokojniejszej, bardziej refleksyjnej rozmowie.
- Jutro wyruszam – ogłosiła Kitiara.
   W świetle świec opalona twarz dziewczyny przybrała złotawy odcień. Tanis obserwował ją i znów czuł jak wracają stare wyrzuty sumienia. Stała się najponętniejszą z kobiet.
- Dokąd ruszasz? – spytał Caramon.
- Chyba na północ – odparła.
- Dlaczego na północ – spytał Tanis.
- Powody, to już moja sprawa – powiedziała sucho, lecz delikatny uśmiech nieco ostrość odpowiedzi złagodził.
- Mogę iść z tobą? – pytał dalej Caramon.
- Nie, braciszku, nie możesz.
- Dlaczego nie?
   Siedząca między przyrodnimi braćmi Kitiara rzucił tylko okiem na Raistlina. Spojrzenie Caramona też powędrowało w stronę bliźniaka. No, oczywiście. Raistlin go potrzebował. Byli bliźniakami, lecz różnili się tak jak tylko bliźnięta mogą się różnić. Caramon był wielkim, serdecznym niedźwiedziem podczas gdy Raistlin przypominał pilnie studiujące widmo. Często chorował a ponadto miał niesamowitą zdolność robienia sobie wrogów wśród silniejszych od siebie. Ich matka nigdy nie odzyskała sił po urodzeniu bliźniąt więc to Kitiara walczyła o zdrowie Raistlina. Teraz zaś to właśnie Caramon pilnował bliźniaka.
- Ja też wyruszam – wtrącił Sturm – Na północ.
   Popatrzył na Kitiarę.
- Eeee – dodał Tasslehoff – Północ jest nudna. Byłem tam. Co innego wschód. Tam należy wędrować. Tyle jest do zobaczenia na wschodzie… miasta, puszcze, góry…
- Kieszenie do opróżniania, konie do „pożyczania” – wtrącił Flint.
   Kender wydął wargi.
- Nic na to nie poradzę, że znajdowanie rzeczy dobrze mi idzie.
- Któregoś dnia znajdziesz coś należącego do niewłaściwej osoby i  cię przez to powieszą.
- Muszę iść na północ – Sturm podparł brodę ręką – Wracam do Solamni.
   Wszyscy nań popatrzyli. Znali dobrze historię wygnania Sturma z ojczyzny. Dwanaście lat już minęło od czasu gdy chłopi Solamni powstali przeciwko swym rycerskim władcom. Sturm i jego matka zdołali uciec unosząc tylko własne życie. Rycerzami nadal gardzono w ich własnym kraju.
- Nie miałbyś nic przeciwko towarzystwu mocnego ramienia? – zaoferowała Kitiara.
   Oferta zaskoczyła wszystkich wokół stołu.
- Nie chciałbym zawracać cię z twej drogi – lekko wymijająco odparł Sturm.
- Północ to północ. Byłam już na wschodzie, na południ i zachodzie.
- A więc świetnie. Wędrówka w twoim towarzystwie będzie zaszczytem – Sturm odwrócił się w strone Tanisa – A jak to z tobą, Tan?
   Tanis wodził kromką chleba po resztkach swego posiłku.
- Też myślałem o wyruszeniu w drogę. Nic specjalnego, po prostu zobaczyć kilka miejsc których nie widziałem. Nie sądzę, żeby zawiodło mnie to na północ.
   Popatrzył na Kitiarę, lecz ta miał wzrok skierowany na Sturma.
- To jest myśl – raźno odparł Tasslehoff.
   Prawa ręka kendera zanurzyła się w kieszeni kamizelki i wydobyła płaski, miedziany krążek. Użwywał tego ćwiczenia aby utrzymać giętkość palców. Praktyki co prawda wcale nie potrzebował.
- Chodźmy na wschód, Tanis. Ty i ja.
- Nie.
   Szybka odmowa zatrzymała ruch miedziaka między zwinnymi palcami Tasa. Zmroziło go.
- Nie – powtórzył, tym razem dużo łagodniej, Tanis – To jest podróż, którą muszę podjąć samotnie.
   Wokół stołu znów zapanowała cisza. Nagle Caramon głośno czknął i wywołał huraganowy wybuch śmiechu.
- Wybaczcie! –zawołał Caramon i wyciągnął ramię w stronę kufla Kitiary.
   Nie dała się podejść. Gdy tylko ręka brata zamknęła się wokół pienistego kufla palnęła ją z całej siły łyżką. Caramon cofnął rękę.
- Ouć! – zaprotestował.
- Jak jeszcze raz spróbujesz to będzie znacznie gorzej – powiedziała.
   Caramon zacisnął dłoń w potężny kułak.
- Oszczędzaj energię, bracie – odezwał się Raistlin – Będziesz jej potrzebował.
- O co chodzi, Raist?
- Skoro każdy już tutaj podejmuje jakąś podróż, to w takim czas jest dobry, by oznajmić i moją wyprawę.
   Flint prychnął pogardliwie.
- Dwóch dni na drodze nie przetrzymasz.
- Pewnie nie – Raistlin złożył długie, wąskie palce.
- No chyba, że poszedł by ze mną mój brat.
- Gdzie i kiedy? – spytał Caramon gotów wyruszyć dokądkolwiek.
- Nie mogę jeszcze powiedzieć dokąd – odparł Raistlin.
   Blado niebieskie oczy wbił w leżącą przed nim tacę z prawie nie ruszonym posiłkiem.
- To może być długa i niebezpieczna wyprawa.
   Caramon aż podskoczył.
- Jestem gotów.
- Siadaj na tyłku – warknęła Kitiara.
   Pociągnęła za pasek kamizeli brata. Caramon klapnął na stołek. Flint wydał z siebie ciężkie westchnienie.
- Wszyscy mnie opuszczacie – powiedział – Nie wyruszam w trasę rzemieślnika na jesieni a wszyscy przyjaciele ruszają własną drogą.
   Westchnął tak mocno, że nawet światełka świec zadrżały.
- Ty stary niedźwiedziu – odparła Kitiara – Użalasz się teraz nad sobą. Przecież nie ma takiego prawa, króre by mówiło, że musisz pozostać w Solace zupełnie sam. Nie masz żadny krewnych, którym mógłbyś trochę ponarzucać/
- O tak – dodał Tasslehoff – Możesz przecież odwiedzić szaro brodą, to znaczy siwowłosą, starą matkę.
   Krasnolud wyryczał oburzenie. Ci, co siedzieli blisko Flinta – Caramon i Sturm – szybko odsunęli się od rozwścieczonego towarzysza. Flint machnął własnym kuflem posyłając strumienie ale na Tasslehoffa. Strumienie gęstego, złotego trunku spłynęły po nosie kendera i nasączyły brązową kitkę. Tas otarł oczy z zalewającego je piwa.
- Nikomu nie pozwolę kpić z mojej matki! – zawołał Flint.
- W każdym razie nie więcej niż raz – mądrze zauważył Tanis.
   Tas otarł rękawem twarz. Podniósł własny, porysowany (i pusty w tej chwili) kufel po czy umieścił go pod pachą jakby trzymał jakiś absurdalny hełm. Całym sobą wyrażał teraz urażoną godność.
- To wymaga pojedynku!
- Będę twoim sekundantem, Tas radośnie stwierdził Kitiara.
- A ja po stronie Flinta! – wrzasnął Caramon.
- Do kogo należy wybór broni? – spytał Tas.
- Flint został wyzwany; on wybiera – odparł z uśmiechem Sturm.
- I co wybierasz, stary niedźwiedziu? Ogryzki na dziesięć kroków? Chochle i pokrywki? – dopytywała Kitiara.
- Byle nie kufle piwa – cisnął Tas.
   Tym razem wyraz pyszałkowatej godności zastąpił zwykły grymas twarzy kendera. Głośny wybuch śmiechu przywołał Tikę.
- Ćśśś! Już późno! Moglibyście się wszyscy trochę uciszyć! – syknęła.
- Zmiataj, nim ktoś tu da ci klapsa – odpalił Caramon bez oglądania się w jej stronę.
   Tika prześliznęła się za jego zydel i straszliwie wykrzywiła twarzyczkę. Wszyscy wokół ryknęli głośnym śmiechem. Caramon był wyraźnie zdumiony.
- Co takiego śmieszego? – zawołał.
   Tika jednym zgrabnym ruchem wyjęła sztylet z pochwy wiszącej u pasa Caramona. Uniosła go nad głowę z potwornym wyrazem twarzy, zupełnie jakby zamierzała dziabnąć Caramona w plecy. Po twarzy Kitiary płynęły strumienie łez a Tas spadł ze swego stołka.
- Co jest? – krzyczał Caramon.
   Nagle obrócił głowę do tyły i przyłapał Tikę wykrzywiającą twarz w grymasie.
- Aha! – zawołał i ruszył w jej stronę.
   Dziewczynka zgrabnie uciekała omijając puste stoły. Caramon runął za nią wywalając stołki i potykając się o stoły.
   W drzwiach kuchni pojawił się Otik dzierąc w dłoni oliwną lampę. Nocną koszulę miał poprzekrzywianą a resztki siwych sterczały na wszystkie strony w komicznych kępkach.
- Co tu się dzieje? Czy tu już spokojnie się przespać nie można? Tika, dziecko, gdzieś się podziała?
   Rudowłosa dziewczynka wychyliła się zza krawędzi stołu.
- Miałaś ich podobno uciszyć, nie przyłączać się do zabawy.
- Ten mężczyzna mnie gonił – wskazała na Caramona, który właśnie z uwagą przyglądał się lichtarzom.
- Idź do pokoju. Już.
   Tika opuściła głowę i wyszła. Ostatnim spojrzeniem dopadła Caramona i wywaliła język w jego stronę. Kiedy do niej ruszył rzuciła mu sztylet, jego własny, który wbił się w podłogę i drgał teraz dosłownie o cal od jego stopy. Tika zniknęła w drzwiach kuchni przechodząc przez wahadłowe drzwi.
   Otik podparł się dłońmi o biodra.
- Flint Fireforge! Spodziewałem się po tobie czegoś lepszego! Jesteś wystarczająco dojrzały, by wiedzieć trochę więcej. A i ty, Panie Sturm; tak dobrze wychowany mężczyzna powinien leiej się zachowywać, a nie rozrabiać po nocy.
   Flint wyglądał na prawdziwie speszonego besztaniną. Sturm tylko przygładził dłonią wąsy i nic nie powiedział.
- Nie bądź takim starym zrzędą – odezwała się Kitiara – Tika była bardzo zabawna. Tak czy inaczej; to chyba nasze pożegnalne spotkanie.
- Wszystko może być zabawne dla ludzi, którzy w brzuchach mają po cztry dzbany ale – warczał Otik – A kto odchodzi?
- Cóż, chyba wszyscy.
  Otik odwrócił się w stronę kuchni.
- A więc przynajmniej na litość, idźcie po cichu! – i wyszedł.
   Caramon wrócił do stołu. Z rozdzierającym ziewnięciem nagle powiedział:
- Ta Tika to najbrzydsza dziewczynka w całym Solace. Stary Otik będzie kiedyś musia dać spory posag, żeby ją wydać za mąż!
- Nie bądź taki pewny – mruknął Raistli rzucając spojrzenie w stronę kuchni – Ludzie się zmieniają.
   Nadszedł czas rozstania. Nie było sensu opóźniać czegokolwiek i Tanis to szybko wyczuł. Wstał i złożył dłonie.
- Rozstajemy się teraz, przyjaciele, lecz naszej przyjaźni nie zniweczą ani czas, ani wielkie odległości. By jednak to koło druhów w naszych sercach utrzymać musimy się spotkać znowu. Każdego roku, tego samego dnai, w tej gospodzie.
- A jeśli to będzie niemożliwe! – zawołał Sturm.
- Wtedy za lat pięć od dnia dzisiejszego każdy z nas wróci tu, do Gospody Ostatni Dom. Bez żadnych wymówek. Uznajmy to za święte przyrzeczenie. Kto złoży je wraz ze mną?
   Kitiara energicznym ruchem osunęła zydel i prawą dłoń położyła samym środku stołu.
- Ja złożę przyrzeczenie – powiedziała wpatrując się Tanisowi w oczy – Pięć lat.
   Tanis opuścił dłoń na środek stołu i przykrył dłoń Kit.
- Pięć lat.
- Na mój honor, i na honor całego domu Brightblade – poważnie powiedział Sturm – przysięgam tu wrócić za pięć lat.
- Ja też – powiedział Caramon.
   Potężna dłoń właściwie zakryła dłoń Sturma.
- Jeśli będę pośród żywych, będę tutaj – z przedziwnym zaśpiwem w głosie odezwał się Raistlin i dodał łagodnym ruchem własną dłoń do dłoni brata.
- Ja też! Ja będę tutaj już na was wszystkich czekał!
   Mówiąc to, Tasslehoff wskoczył na zydel. Drobna dłoń spoczęła obok dłoni Raistlina, obie razem były mniejsze od wielkiej łapy Caramona.
- Mas irytujących nonsensów – mruczał Flint – Skąd niby mam wiedzieć ,co ja będę rozbił za pięć lat? Może to być coś o wiele ważniejszego od siedzenia w gospodzie i czekania na gromadę marnotrawnych urwisów.
- Och, daj spokój, Flint. Wszyscy skaładamy przyrzeczenie – powiedział kender.
- Hmpf – stary krasnolud pochylił się i starymi, spracowanymi dłońmi objął pozostałe – Reorx niech będzie z wami aż do naszego ponownego spotkania.
   Głos mu się załamał. Przyjaciele dobrze widzieli, że stary krasnolud oszukuje; był naprawdę sentymentalny.
   Zostawili Flinta przy stole. Bliźniaki wyszły. Tanis, Kitiara i Sturm skierowali się w stronę stromych stopni. Tasslehoff dziarsko ruszył w ich ślady.
- Powiem tylko; dobrej nocy rzekła Sturm rzucając spojrzenie w stronę Tanisa- Lecz nie żegnaj.
   Potrząsnęli dłońmi.
- Kit, mój wierzchowiec jest w stajniach na obrzeżu. Spotkamy się tam?
- Dobrze, jest tam i mój zwierzak. Jutro o wchodzie?
   Sturm skinął głową i rozejrzał się wokół szukając Tasa.
- Tas? – wypytywał – Gdzież on się podział? Chciałem się z nim pożegnać.
   Tanis wskazał na gospodę.
- Chyba tam wrócił. Tak przynajmniej sądzę.
    Sturm w milczeniu skinął głową i oddalił się w chłód nocy. Tanis i Kitiara zostali sami. Otaczał ich tylko hałas świerszczy śpiewających pośród potężnych drzew. Symfonia na tysiąc świerszczy.
- Pojdziesz ze mną? – spytał tanis.
- Gdziekolwiek zechcesz – odparła Kitiara.
   Pokonali parę tuzinów kroków od gospody nim Kitiara skorzystała z okazji i ramieniem objęła ramię Tanisa.
- Mam pomysł – stwierdziła chytrze.
- Co takiego?
- Mógłbyś tą noc spędzić u mnie. Może czekać nas pięć lat nim znowy się zobaczymy.
   Zatrzymał się i powolnym ruchem uwolnił ramię.
- Nie mogę – odparł.
- Ooo? A czemuż to? Nie tak dawno jeszcze nie potrafiłeś się beze mnie obejść.
- Tak, było to w tych przerwach między kolejnymi wyprawami, gdzie walczyłaś dla każdego kto tylko płacił.
   Kitiara uniosła podbródek.
- Nie wstydzę się tego, co robie.
- Niczego takiego nie oczekiwałem. Po prostu, zacząłe sobie coraz bardziej i bardziej zdawać sprawę, że ty i ja jesteśmy z dwóch różnych światów, Kit. I to światów, które nie mają nawet nadziei na jakieś połączenie.
- O czym ty gadasz?
- Kiedy cię nie było właśnie obchodziłem urodziny. Czy ty wiesz ile mam lat? Dziewięćdziesiąt siedem. Jestem dziewięćdziesięcio siedmio letnim elfem. Gdybym był człowiekiem byłbym zgrzybiałym starcen. Albo martwym.
   Z upodobaniem popatrzyła na smukłą sylwetkę mężczyzny.
- Nie jesteś nai zgrzybiały, ani prastary.
- I o to chodzi! Elfia krew przedłuży mi życie daleko poza zasięg ludzieko żywota.
   Tanis podszedł bliżej i ujął dłonie Kitiary.
- A w tym czasie ty, Kit, zestarzejesz się i umrzesz.
   Kitiara się roześmiała.
- Pozwól, że to ja się będę tym martwić!
- Przecież cię znam, Kit. Nic sobie z tego nie będziesz robić. Spalasz własną młodość jak świecę podpaloną z obu stron na silnym wietrze. Jak sądziśz co mogę czuć wedząc, że oto możesz zostać zabita w jakiejś bitiwe stoczonej dla przeciętnego wojownika podczas gdy ja będę żył i żył, i to bez ciebie? To musi się skończyć, Kit. Dzisiaj. Tu i teraz.
   Było dość ciemno a biały księżyc, Solinari, ukryty był za koronami potężnych drzew vallen. Pomimo to Tanis dostrzegł wyraz twarzy Kit, poczuła się dogłębnie zraniona. Trwało to tylko mgnienie oka. Opanowała się i przywołała wspaniały uśmiech.
- Może tak i lepiej – powiedziała – Nigdy nie chiałam być do uwiązana. Moja biedna, głupia matak taka była – nie potrafiła mężowi w oczy powiedzieć co jest co.o nie w moim stylu. Ja raczej przypominam ojca. Płonąca na wietrze, tak? I wspaniale! Winna ci jestem podziękowanie, Tanthalusie Pół-Elfie, bo potrzymałeś mi przed twarzą lustro prawdy…
   Przerwał tyradę pocałunkiem. Bardzo delikatnym, takim braterskim pocałunkiem w policzek. Kitiara zamarła.
- To nie jest to czego ja chcę, Kit – powiedział Tanis ze smutkiem w głosie – Tylko to, co musi być.
   Trzasnęła go w twarz. Kitiara była zapawionym w bojach wojownikiem, jej uderzenie nie bbyło lekkim pacnięciem. Tanis zachwiał się i przyłożył dłoń do twarzy. Cienka strużka krwi pokazała się w kąciku ust.
- Powstrzymaj piękne gesty – cisnęła – Zachowaj je dla następnej kochanki. Jeśli taką znajdziesz! I któż to będzie, Tanisie? Pełnej krwi elfia pana? Ależ nie, przecież elfowie gardzą tobą z powodu mieszanego pochodzenia. Potrzebujesz do kochania żeńskiej odmiany czym sam jesteś.
   Odstąpiła pozostawiając Tanisa z rozwartą gębą.
- Nigdy takiej nie znajdziesz! – zawołała Kitiara nim zniknęła w mroku – Nigdy!
   Pod wpływem wrzasku Kitiary nawet świerszcze ucichły. Po chwili wznowiły jednak nocny koncert. Tanis stał pośrodku nocy. Był sam a pieśń świerszczy nie przynosiła ulgi.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#2 2017-09-18 21:07:43

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Mrok i Światło

Rozdział 2

Wzniosła Korona

   Niebo jeszcze nie straciło odcienia fioletu gdy Sturm pojawił się przed zagrodą podkuwacza koni. Podkuwacz Tirien prowadził warsztat wewnątrz pnia drzewa vallen. Kręta rampa wiodąca do zakładu Tiriena była podwójnej szerokości i jeszcze potężnie wzmocniona. Musiała unieść konie. Tireirn, mężczyzna o twarzy poczerwieniałej od paleniska kuźni i ramionami o muskułach potężnie wyrobionych pracą młotem kowalskim, był już na nogach gdy rycerz doń zawitał.
- Sturm! – zahuczał basem – Chodź to, chłopcze. Właśnie prostuję parę hufnali.
   Pomocnik Tiriena, chłopak o imieniu Mercot, Wyciągnął obcęgami z paleniska rozżarzony do czerwoności gwóźdź. Położył go na płaskiej powierzchni kowadła Tiriena a potężny kowal uderzył dwukrotnie. Jednym ruchem Mercot wrzucił gwóźdź do cebra z wodą. Z cebra dobył się kłąb pary i wężowy syk.
- Potrzebuję swego wierzchowca, Tirien – powiedział Sturm.
- Jasne. Mercot, przyprowadź zwierzę Pana Brihgtblade’a.
   Oczy chłopca aż się rozszerzyły. Sadza na twarzy sprawiła, że wyglądem przypominał zaskoczoną sowę.
- Kasztanowaty wałach?
- Taa, i pośpiesz się! – powiedział Tirien i dalej gadał do Sturma.
- Zmieniłem podkowy jak chciałeś. Dobry wierzchowiec.
   Sturm zapłacił rachunek a Mercot przyprowadził Tallfoxa, jego wierzchowca. Zaprowadził go od razu na dolną platformę. Sturm kupił tego konia od barbarzyńcy z plemienia Que-Kiri ledwie parę tygodni temu i wciąż jeszcze uczył się jego obyczajów.
   Zarzucił na ramię śpiwór i podróżne sakwy i zszedł rampą do miejsca gdzie Mercot uwiązał wierzchowca. Zabrzmiał z tyłu młot Tiriena, i jeszcze raz, i jeszcze pokrzywiony hufnal zyskał prostotę i ostrość strzały.
   Sturm rozłożył bagaże po bokach Tallfoxa i na jego zadzie. Napełnił bukłak wodą i nagle usłyszał:
- Spóźniłeś się.
   Kitiara kuliła się pod okapem warsztatu. Po same uszy owinięta była w końską derkę.
- Czyżby? – spytał sturm – Słońce dopiero wschodzi. Kiedy tu przyszłaś!
- Już całe godziny minęły! Spałam tutaj – powiedziała i odrzuciła derkę.
   Pod derką miała wciąż na sobie to samo odzienie co poprzedniego wieczoru. Przeciągnęła się usuwając całą sztywność pleców.
- Dlaczego, na bogów, spałaś tutaj? – pytał Sturm – Myślałaś, że zapomnę i odjadę bez ciebie?
- Och nie, mój szlachetny druhu. To miejsce wydało mi się po prostu dobre, żeby się tu przespać. Poza tym, Pira potrzebowała nowego podkucia.
   Sturm sprowadził Tallfoxa na ziemię. Wskoczył na siodło i czekał swego towarzysza podróży. Kitiara zbiegła po rampie prowadząc trudną do oisania, biało – brązową, cętkowaną klacz.
- Coś nie tak? – spytał wsiadając na koń w pobliżu Sturma.
- Po prostu wyobrażałem sobie, że będziesz wolała jakiegoś ognistego ogiera – odparł – Ten, hm, osobliwy zwierzak wcale do ciebie nie pasuje.
- Ten osobliwy zwierzak będzie szedł równym tempem jeszcze długo po tym z twojego zostaną już tylko skóra i kości - odparła Kitiara.
   Widać było, że niespokojny i niewygodny sen nie poprawił jej humoru popsutego rozstaniem z Tanisem.
- Odbyłam już z Pirą sześć kampanii i zawsze zaniosła mnie do domu.
- Uniżenie przepraszam.
   Opuścili Solace jadąc na północny wschód. Wschodzące słońce oświetliło wzgórza wokół miasta i podgrzało powietrze. Sturm i Kitiara śniadanie zjedli proste, podróżne, kawałki suchego mięsa i woda. Piękny wschód słońca przeszedł w równie piękny poranek więc nastrój Kitiary wyraźnie się poprawił.
- Kiedy jestem w drodze, to po prostu nie mogę mieć złego nastroju – powiedziała – Tu jest za dużo do zobaczenia.
- No, mimo wszystko powinniśmy zachować czujność – odparł Sturm – Słyszałem, jak podróżni w gospodzie mówili, że grasują tu jakieś podejrzane typy.
- No wiesz! Piesi chłopi może i muszą się obawiać zwykłych opryszków. Ale dwójka wojowników, uzbrojonych i konnych to co innego – to już raczej ci rabusie powinni się bać!
   Sturm uprzejmie i z uśmiechem skinął głową na potwierdzenie, lecz wciąż wpatrywał się w horyzont a i rękojeść miecza miał na podorędziu. Trasa, jaką przemierzali, była nieskomplikowana. Kiedy tylko wyjechali ze wzgórz okalających Solace skręcili na północny zachód i ruszyli w stronę wybrzeża.
   Na brzegu Cieśniny Schallsea leżał niewielki rybacki port Zaradene. Kitiara i Sturm łatwo mogliby tam znaleźć okazję i przedostać się do do Caergoth w południowym Thelgardzie. Na północ od Thelgard leżała właściwa Solamnia, ich właściwy cel podróży. Taki był plan. Plany jednak, jak mawiał mądry czarodziej Arcanist, są jak rysunki na piasku: łatwo je narysować, lecz i łatwo zniszczyć.
   Wraz z upływającymi milami lasy i wzgórza Abanasinii stawały się coraz  rzadsze. Godziny wędrówki Kitiara wypełniała opowieściami o swych dotychczasowych przygodach.
- Mój pierwszy najem to Banda Mikkiana. Koszmarna grupa. Mikkian był nisko urodzonym facetem z okolic Lemish. Miał nieszczęście tracić coś w każdej potyczce, jakąś część ciała, raz oko, raz ramię a innym razem kawałek ucha. Był naprawdę paskudny. I podły. Wlazłam do jego obozu pewna swoich umiejętności szermierczych. W tamtym czasie udawałam chłopaka, w przeciwnym razie grubiaństwo wobec mnie byłoby codziennością – powiedziała.
- W jaki sposób można zostać najemnikiem?
- W bandzie Mikkiana był tylko jeden sposób: zabić jednego z jego ludzi. Mikkian miał jakby zamkniętą listę płac. Nie chciał dla nikogo powiększać bandy.
   Kitiara zmarszczyła nos na samo wspomnienie Mikkiana.
- Bezwartościowy łotrzyk! Spieszeni bandyci utworzyli koło i wpakowali do środka mnie i jakiegoś szczerbatego faceta z siekierą. Na imię miał? Jak on miał na imię? Pierwszy człowiek jakiego zabiłam? Trigneth? Drighnet? Coś w podobie. No więc ruszyliśmy na siebie. Siekira przeciw mieczowi. Powiadam ci, to nie była piękna walka. Musieliśmy stać w samym środku tego koła bo inaczej chłopaki Mikkiana kłuli by nas nożami i oszczepami. Ten Trighnet… Drighnet.. on walczył jak drwal, rąbał siekierą ciach, ciach, łup. Nigdy mnie nawet nie sięgnął ostrzem. Wzięłam go na sztych prosto w szyję.
   Popatrzyła na Sturma, który wyraźnie był zaszokowany.
- Długo byłaś w tej bandzie Mikkiana? – spytał na koniec.
- Dwanaście tygodni. Łupiliśmy obwałowane miasto obok Takar i Mikkian na koniec stracił część bez której już nie mógł się obejść.
   Sturm podniósł zdumione brwi.
- Głowę – powiedziała Kitiara – I to był koniec całej bandy. Każdy już dbał tylko o siebie a kompania się rozpadła wciąż jeszcze rabując i zabijając. Ludek miasta jednak zebrał się do kupy i zaczął walczyć. Rozwalili całą bandę. Poza twą towarzyszką, oczywiście.
   Uśmiechnęła się nieco złośliwie. Takich historii Kitiara miała w zanadrzu mnóstwo. Wszystkie podniecające i niemal tak samo krwawe. Sturm czuł się nieco zakłopotany. Znał już od dwóch lat i nadal jej w ogóle nie pojmował. Przystojna, inteligentna kobieta posiadająca zarówno sprawność jak i czar a jednak całkowicie opanowana urokami wojny w jej najpaskudniejszej postaci. Musiał przyznać, ze jest pod wrażeniem zarówno jej siły jak i sprytu – a jednocześnie jednak trochę się Kitiary obawiał.
   Droga zmieniła się w ścieżkę a po kilku milach i ta rozpłynęła się w bezmiarze piaskowej, porośniętej karłowatą sosną, pustki. Powietrze było nieruchome i aż ciężkie od wilgoci. Rozbili na noc obóz w takim pustkowiu a nocny wiatr przyniósł pierwszy odcień zapachu morza.
   Sosnowe szczapy w ognisku dymiły kwaśno. Podczas gdy Kitiara podsycała ognisko Sturm poszedł napoić koni. Wrócił w końcu do niewielkiego kręgu światła z ogniska i przysiadł na piasku. Kitiara wręczyła mu kawał zimnej baraniny. Sturm powoli przeżuwał mięso a Kitiara wyciągnęła się wygodnie ze stopami zwróconymi w stronę ogniska. Głowę ułożyła na zwiniętym w rolkę śpiworze.
- Tam jest Paladine – powiedziała – Widzisz?
   Palcem wskazała w niebo.
- Paladine, Mishakal, Branchala – kolejno przytaczała nazwy gwiazdozbiorów – Znasz się na niebie?
- Mój nauczyciel z chłopięcych lat, Vedro, był astrologiem – powiedział, wcale zresztą nie odpowiadając na pytanie, Sturm, i podniósł wzrok w niebo – Mówi się nawet, że że wolę bogów można wywnioskować z ruchów gwiazd i planet na niebie.
- Jakich bogów? – leniwym głosem pytała Kitiara.
- Nie wierzysz w bogów?
- A dlaczego miałabym wierzyć? Cóż takiego ostatnio dla świata zrobili? Czy chociażby dla mnie?
   Sturm uznał, że go dziewczyna podpuszcza więc zdecydował się porzucić ten temat.
- Co to za grupa gwiazd? – pytał – Dokładnie naprzeciw Paladine?
- Takhisis. Królowa Mroku.
- Aaa, tak. Smocza Królowa.
   Starał się dostrzec w niebie autorkę wszelkiego zła, lecz widział tylko rozproszone gwiazdy.
Biała kula Solinari powoli wspinała się coraz wyżej nad horyzontem. W jej blasku piaszczyste wydmy i pojedyncze sosny były tylko duchami własnych cieni z poprzedniego dnia. Po niedługim czasie, gdzieś w środkowym kwadrancie nieba, pojawił się czerwony kształt podobnych rozmiarów.
- Teraz to już wiem – rzekł Sturm – Lunitari, czerwony księżyc.
- Dla Ergothian to Luin, a dla ludu z Goodlund Czerwone Oko. Dziwny kolor, jak na księżyc, nie sądzisz? – powiedziała Kitiara.
   Odłożył na bok dokładnie ogryzoną kość baranią.
- Nie zdawałem sobie sprawy, że mogą istnieć kolory właściwe dla księżyców.
- Biały czy czarny są właściwe. Czerwony nic nie znaczy – uniosła lekko głowę i Lunitari znalazł się dokładnie przed jej oczami – Dziwne, że jest czerwony.
   Sturm wyciągnął się wygodnie w śpiworze.
- Podobno to decyzja bogów. Lunitari przestrzega równowagi, neutralności, jest bogiem magii neutralnej i iluzji. Vedrow wywodził, że jego kolor wziął się z krwi złożonych ofiar – zapodał Sturm z powątpiewanie w głosie – Inni filozofowie uważają, że kolor czerwony reprezentuje barwę serca Humy. Rycerza  z Solamni.
   Jedyną odpowiedzią na wykład była kompletna cisza.
- Kit? – spytał cicho.
   Dobiegające z cienia pochrapywanie dowiodło, że wykład nie był ciekawy. Kitiara spała.
*****
Wieś Zaradene była przysadzistą, brązową smugą na wzgórzu blisko biało szarego brzegu. Było tam pewnie z pięćdziesiąt domów różnej wielkości ciężko doświadczonych  burzliwą pogodą. Żaden z nich nie miał więcej niż dwie kondygnacje. Sturm i Kitiara zeszli po stromym zboczu wydmy  w kierunku wsi. Po drodze musieli przebić się przez linie zaostrzonych słupów. Wkopano je w piach i nachylono na zewnątrz. Tu i tam paliki były spalone przez ogień.
- Jeż – zauważyła Kitiara – Obrona przed kawalerią. Nie tak dawno ktoś musiał wieśniaków najechać.
   Zaraz za palikową przeszkodą był płytki rów gęsto poznaczy czarnymi plamami zaschłej krwi wsiąkającej w piach. Twarze ludzi z Zaradene nie parzyły przyjaźnie gdy Sturm i Kitiara jechali wąską, piaszczystą ścieżką, stanowiącą główną drogę we wsi. Wszędzie widać było tylko wrogie oczy zaciśnięte w pięść spracowane garści.
   Kitiara ściągnęła wodze i zsiadła z konia tuż przed szarą, zapadającą się gospodą o nazwie „Trzy Ryby”. Przed wejściem do gospody stała dziwaczna konstrukcja; biała balustrada wsparta na końcówkach wioseł. Sturm do tej balustrady uwiązał Tallfoxa. To były białe od słońca kości, kości jakiegoś dawno już martwego morskiego zwierza.
- Jak sądzisz, co to było? – spytał Kitiarę z widocznym zdumieniem.
   Kit rzuciła spojrzenie na kości i odparła.
- Może jakiś wąż morski. Chodź. Tam w środku będą właściciele łodzi.
   Jak na dość wczesną porę to tawerna „Trzy Ryby” była wypełniona ludźmi. Pierwszy z właścicieli łodzi do którego podeszła Kitiara tylko warknął:
- Najemnicy! – splunął jej pod nogi.
   Dziewczyna już sięgała po miecz, lecz powstrzymał ją uścisk dłoni Sturma na przedramieniu.
- Tnij tylko jednego z nich a będziemy musieli walczyć ze wszystkimi – mruknął – Cierpliwości. Musimy zdobyć łódź, żeby przebyć cieśninę.
   Próbowali rozmów już z pół tuzinem szyprów, lecz za każdym razem słyszeli grubiańską odmowę. Kitiarę zaczynało ponosić. Sturm był  zdumiony. Podróżował już sporo wcześniej i dobrze wiedział, że marynarze chcą mieć pasażerów na swych łodziach. Daje to im więcej pieniędzy niż połów ryb czy przewóz towarów, pasażerowie zajmują się sobą sami i nie zajmują wiele przestrzeni pokładowej. Zdumiewał go więc fakt otwartej wrogości szyprów z Zaradene.
   Podeszli do lady baru. Kitiara zawołała o ale, lecz oberżysta miał tylko ciemne wino z Nostar. Po jednym łyku gorzkiego napitku Sturm doszedł do wniosku, że już lepiej być spragnionym. Zdecydowanym ruchem odsunął czarkę.
   Kitiara położyła na ladzie jedną z silvanestyjskich monet. Nawet w tak mrocznym pomieszczeniu błysk złota przykuł uwagę oberżysty. Podszedł do miejsca przy ladzie, gdzie oparli się i Kitiara, i Sturm.
- Chcecie czegoś? – spytał.
   Po ogolonej czaszce spływał mu strumień potu.
- Parę słów – odparała Kitiara – Tylko parę słów.
- Za takie złoto, to możecie mieć tyle słów ile tylko chcecie.
   Oberżysta wpakował ścierkę pod pachę a Sturm zaczął się zastanawiać, co tu jest brudniejsze – szmata czy obszarpana koszula karczmarza.
- Co tu się wydarzył? – spytała Kitiara.
- Najemników się tutaj nie znosi. Jakieś dziesięć dni temu konni zaatakowali wioskę. Zabrali wszystko, co tylko zdołali chwycić, nawet parę kobiet i dzieci.
- Kim byli? – dopytywał Sturm – Nosili jakieś barwy?
- Niektórzy twierdzą, że to niw byli ludzie – odparł oberżysta – Powiadają, że mieli czarną, twardą skórę… rozejrzał się wokół, czy nikt zbyt uważnie nie słucha… i powiadają, że mieli ogony!
   Sturm już miał zadać kolejne pytanie gdy Kitiara powstrzymała go jednym, ostrym spojrzeniem.
- Musimy dostać się do Caergoth – powiedziała – Czy ktokolwiek z Zaradene nas tam zabierze?
- Nie wiem. Niektórzy w tym napadzie sporo potracili. Równie dobrze mogą wam gardła podciąć a ciała rzucić do morza.
   Podczas gdy oberżysta odszedł obsługiwać innych swym podłym trunkiem, Sturm zaczął się uważniej przypatrywać otoczeniu.
- Nie podoba mi się to – powiedział – Napastnicy z ogonami? Cóż to za dziwaczne stwory? Skąd?
- Takich opowiastek zbyt serio nie traktuj – powiedziała Kitiara – Im dalej znajdziesz się od bezpiecznej przystani jaką jest Solace, tym dziksze i dziwaczniejsze opowieści usłyszysz.
   Pociągnęła kolejny łyk Nostariańskiego wina i nawet się nie wzdrygnęła.
- Ogolony miał rację jednak co do jednej sprawy; nie mamy tutaj przyjaciół.
   Zza ich pleców dał się słyszeć spokojny głos.
- Nie bądźcie tego tacy pewni, moi drodzy.
   Sturm i Kitiara odwrócili się w stronę mówiącego te słowa. Był niższy od Kitiary o całą głowę, miał ostro zakończone uszy i gładką, niemal chłopięcą twarz… widoczne oznaki elfie krwi. Kitiara zobaczyła nawet odbicie twarzy Tanisa; takiej jak ostatnio widziała – krew na wardze, policzek zaczerwieniony od ciosu i szok w oczach.
- Tirolan Ambrodel, do waszych usług.
   Tutaj ukłonił się nisko.
- Marynarz, kartograf, jubiler i flecista.
   Tirolan sięgnął do dłoni Kitiary i podniósł ją do ust. Nie ucałował jej jednak a dotknął czołem. Uśmiechnęła się.
   Strurm dokonał wzajemnej prezentacji po czm spytał.
- Możesz zapewnić nam transport do Caergoth, Mistrzu Ambrodel?
- Z łatwością, panie. Mój statek, Wzniosła Korona, wiezie ładunek właśnie do tego portu. Będziecie tylko we dwójkę?
- I dwa konie. Podróżujemy bez bagażu – odparła Kitiara.
- Za dwójkę pasażerów o dwa konie winienem zażądać pięciu sztuk złota… za każdego z was.
   Sturm aż się zagapił słysząc horrendalną cenę, lecz Kitiara tylko pogardliwie zaśmiała.
- Osiem za oboje – sprzeciwił się Tirolan.
- Pięć – odparła – I płacimy monetą z Silvanesti.
   Łukowato wygięte brwi Tirolana zmarszyły się powyżej nasady nosa.
- Prawdziwe złoto El’i?
   Kitiara zabrała monetę leżącą na ladzie i błysnęła nią przed twarzą żeglarza. Delikatnie, nieomal pieszczotliwie, Tirolan sięgnął w stronę monety. Trzymał ją, gładził czule a jego palce przesuwały się delikatnie po lekko startych inskrypcjach.
- Piękne –powiedział – Czy zdajecie sobie sprawę z faktu, że ta moneta ma już ponad pięćset lat? Wybito ją tuż przed tym, jak Panowie Wschodu wycofali się w głąb lasu i zerwali wszelki więzy ze światem ludzi. Jak wiele z tych wspaniałych reliktów wydałaś już na mięsiwo i wino?
- Miałam tuzin – odparła Kitiara – teraz zostało pięć. Są twoje, jeśli dowieziesz nas na Caergoth.
- Zrobione!
- Kiedy odpływamy? – spytał Sturm.
- Odpływ zaczyna się wraz ze wschodem pierwszego z księżyców. Kiedy tylko srebrny księżyc uwolni się z uścisku morza podnosimy kotwicę! I w drogę.
   Tirolan wsunął monetę do zamszowej sakiewki u pasa.
- A teraz chodźcie za mną. Pójdziemy na Wzniosłą Koronę.
   Sturm rzucił na ladę kilka monet i razem już opuścili oberżę. Prowadzili Tallfoxa i Pirę ulicami Zaradene podążając za prowadzącym ich Tirolanem Ambrodelem. Jakiś staruch wymamrotał zaklęcie przeciw złemu losowi gdy Tirolan go mijał.
- Mieszkańcy są tu bardzo podejrzliwi – stwierdził elf – Dosłownie wszystko, i wszystkich spoza własnych granic uważają ostatnio za zagrożenie.
   Sturm obejrzał się za plecy i popatrzył na kręgi palików powbijanych w wydmy powyżej miasteczka.
- Chyba mają powody do obaw – powiedział.
   Zaradene posiadało tylko jedno, i to rozpadające się, nabrzeże. Sturm nie był pewny, czy spróchniałe deski zdołają utrzymać ciężar Tallfoxa, lecz Tirolan szybko go uspokoił stwierdzeniem, że na co dzień muszą wytrzymać ciężar znacznie większego ładunku.
- Gdzież twoja łódź? – spytała Kitiara.
- Statek stoi zakotwiczy dalej, tam za przylądkiem.
- Czemu kotwiczysz tak daleko? – dziwił się Sturm.
- Zarówno mój statek jak i załoga nie są mile widziani w Zaradene. Kiedy już muszę tu przypłynąć to kotwiczę na głębokich wodach, żeby tylko uniknąć kłopotów z miejscowymi.
   Do pomostu cumowała niewielka barka w kształcie muszli. Przy sterze przysypiał mężczyzna, którego twarz była skryta pod poszarpaną szmatą. Tirolan wskoczył do barki a wstrząs tym wywołany natychmiast obudził mężczyznę.
- Twoja to łódź? – powiedział Tirolan głosem donośnym a nawet radosnym.
- Eeech, taaa…
- No i dobrze, ruszaj więc. Możesz dziś zarobić na grog na cały tydzień.
   Wprowadzili konie na drewniany trap. Kitiara gadała coś uspokajająco do Piry i klacz bez większego problemu weszła do rozchwierutanej barki. Tallax jednak odmówił stanowczo wszelkiej współpracy. Sturm owinął wodze wokół nadgarstka  i próbował siłą wciągnąć przerażone zwierzę do łodzi.
- Nie, nie, nie. Nie w ten sposób – zaprotestował Tirolan.
   Wskoczył na wąskie nadburcie i ostrożnie podszedł do trapu.
- Mogę, Panie Brightblade?
   Sturm dość niechętnie wręczył mu wodze. Kiedy tylko dłoń Tirolana poklepała szyję ogiera, Tallfox zaczął się uspokajać.
   Tirolan zaczął mówić do konia spokojnym, cichym głosem.
- taki jesteś silny a boisz się wejść do łodzi na małą przejażdżkę? Ja się nie boję. Jestem może lepszy od ciebie? A może odważniejszy, co?
   Ku zdumieniu Kitiary i Sturma Tallfox energicznie zaprzeczył potrząsaniem łba. Na dodatek jeszcze parsknął.
- A więc – kontynuował spokojnie Tirolan – zajdź spokojnie i dołącz do reszty swych przyjaciół.
   Z lekkim wahaniem, lecz jednak ogier postukał kopytami po trapie i po chwili stał już cicho obok Piry. Końskie ogony wahały się unisono w rytm ruchu łodzi.
- Jak to zrobiłeś? – pytała Kitiara.
   Tirolan wzruszył ramionami.
- Zawsze mi dobrze szło ze zwierzętami.
   Jak tylko odbili od nabrzeża sternik podniósł połatany żagiel. Barka przemknęła obijając się po drodze o rybackie łódki i minęła parę większych statków handlowych w porcie. Załadowana łódka bez żadnych przeszkód dopłynęła do południowego cypla. Wtedy wiatr zdechł a sternik ułożył się do drzemki.
   Ciemne, wiśniowo fioletowe chmury zasnuwały południowy horyzont. Na błękitno zielonych wodach widoczny był biały kadłub  Wzniosłej Korony. Kształty statku wyraźnie różniły się wszystkiego, co stało przycumowane w porcie Zaradene. Ostra linia burty wznosiła się od niskiego dziobu w stronę wysokiej rufy. Pojedynczy, wysoki maszt był również pomalowany na biało a na lekko wzmagającym się wietrze powiewał zeń zielony proporzec.
- Mój statek – z dumą w głosie oznajmił Tirolan – czyż nie piękny?
- Nigdy jeszcze nie widziałem białego statku – powiedział Sturm.
- Wygląda pięknie – odparła Kitiara.
   Kiwnęła na Sturma i machnęła mu dłonią. Zeszli oboje w stronę zwierząt.
- To się robi coraz dziwniejsze – szepnęła Kitiara – Elfi kapitan unikany przez miejscowych, dziwny, biały statek zakotwiczony daleko od innych statków. To jest coś, czego na pierwszy rzut oka nie widać. Dobrze się stało, że skłamałam mu, ile jeszcze mam tych złotych monet.
   Sturm skinął potwierdzająco.
- Zgadza się. Sposób, w jaki ugłaskał Tallfoxa też nie był naturalny. Sądzę, że użył jakiegoś zaklęcia.
   Dla Sturma, wychowanego w tradycji Solamnijskiej, nie było niczego gorszego niż symptomy używania magii.
   Kitiara położyła mu dłoń na ramieniu i powiedziała.
- Trzymaj miecz w pogotowiu.
- Czy wszystko w porządku? – rzucił przez ramię Tirolan.
- W jak najlepszym – odkrzyknęła Kitiara – Twój statek jest naprawdę ogromny.
   Od statku byli oddaleni o kilkaset jardów a i tak widok Wzniosłej Korony wypełniał przestrzeń. Biały statek jednostajnie kiwał się na fali zakotwiczony zarówno z dzioba jak i od rufy. Pokład i takielunek były puste, niemniej jednak przez reling zwieszał linowy trap. Tirolan chwycił zwieszającą się linę i mocno zacumował barkę do Wzniosłej Korony”.
- Hej tam, moi drodzy! A pokażcie że się! – zawołał śpiewnym tenorem.
   Przejmująca pustka pokładu została nagle wypełniona tupotem bosych stóp i nawoływaniami. Tłum zwinnych żeglarzy, wszyscy bezbrodzi i z ostro zakończonymi uszami, wylał się na pokład. Sturm poczuł tylko jak chwyciły go mocne dłonie i już po chwili był na pokładzie. Tuż za nim znalazła się tam też Kitiara niesiona przez czwórkę uśmiechniętych żeglarzy. Śmiała się głośno gdy stawiali ją na nogi obok Sturma. Białowłosy, lecz wciąż młodo wyglądający żeglarz podszedł do Tirolana i nisko się skłonił
- Witaj, Kade Berun! – powiedział Tirolan.
- Witaj mi, witaj, Tirolanie Ambrodel!
- Dwa dobre konie są do wciągnięcia na pokład, Kade. Mógłbyś tego dopatrzyć?
- Konie! Nie widziałem koni od… - Kade berun rzucił okiem na Kitiarę i Sturma -… od czasu, gdy wyruszyliśmy z domu.
   Wykrzyczał w dziwnym języku kilka rozkazów i grupa żwawych żeglarzy podbiegła do relingu wyglądając barki. Popatrywali na Tallfoxa i Pirę z nieskrywaną admiracją. Wszelkie rozmówki ucichły.
- Wystawcie bom! – zawołał sternik barki – Zamocuję uprząż to będziecie mogli zwierzęta wciągnąć do góry!
   Załoga Wzniosłej Korony tak właśnie postąpiła i już po chwili na pokładzie był komplet pasażerów. W świetle szybko zachodzącego słońca załoga żwawo się ruszała i wkrótce już Wzniosła Korona była gotowa do wypłynięcia. Podniesiono wielki żagiel, ogromny trójkąt jaskrawo zielonej tkaniny. Wzniosła Korona zadrżała i wyruszyła zza cypla Abanasinii. Tirolan osobiście ujął ster i skierował dziób statku pod fale nadpływające z Przesmyku Schallsea.
   Kitiara zrzuciła czarny, skórzany kaftan. Świeża bryza zaczęła szarpać lekką, lnianą bluzką. Dziewczyna zamknęła oczy i palcami przeczesała krótkie, kędzierzawe loki. Kiedy otworzyła oczy ujrzała Sturma, który w zamyśleniu stał blisko bukszprytu.
- Rozchmurz się! – zawołała  i pacnęła go w plecy – Wiatr jest dobry a Tirolan wygląda na faceta znającego się na rzeczy. Szybko dotrzemy do Caergoth.
- Przypuszczam – odparł Sturm – Nie umiem jednak pozbyć się niepokoju. Na morzu byłem ostatnio jako chłopak. Na tamtym statku panowała magia. Matka i ja przeżyliśmy ciężkie chwile.
- Ale przecież przeżyliście!
- No tak.
- No, to spokojnie! Jesteś rycerzem we wszystkim poza jakąś tam ceremonią. Jedziesz zażądać przysługującego ci dziedzictwa.  Może nie zdajesz sobie sprawy, że ja też mam rodzinę w Solamni.
- Uth Matarowie?
   Skinęła potwierdzająco głową.
- Nie miałam z nikim z nich kontaktu od czasu jak nasz odszedł nasz ojciec. A i w podróżach nawet nie zawadziłam o Równiny Solamnijskie. Kiedy ogłosiłeś zamiar podróży na północ to pomyślałam sobie, że jest to czas równie dobry jak każdy inny żeby i tam trochę powęszyć – podniosła znacząco brew – Wiesz, że Uth Matarowie to również rycerski ród?
- Nie wiedziałem.
   Zdał sobie też sprawę jak niewiele właściwie o niej wie. Zostawiła go teraz przy bukszprycie i sama zeszła pod pokład. Sturm poluzował pasek hełmu i spokojnie go zdjął. Rożki z brązu na szczycie hełmu były lekko zaśniedziałe; trzeba będzie – pomyślał – jeszcze dziś je oczyścić. Teraz jednak przycisnął hełm do piersi i pozwolił by morski wiatr wiał mu w długich, splątanych włosach.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#3 2017-09-22 12:36:41

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Mrok i Światło

Rozdział 3

Odcięta głowa

- Witaj, kapitanie Tirolan – rzekł Sturm mrużąc oczy w jaskrawym świetle poranka.
- Witaj, witaj, Sturmie Brightblade! Dotarliśmy do cypla Caer w świetnym czasie. Dobrze odpoczęliście.
- Całkiem nieźle. Dlaczego kotwiczymy tak daleko od portu? – spytał Sturm.
   Kade przyniósł kapitanowi luźny płaszcz z kapturem. Tirolan chętnie się okrył.
- Tutejsi mieszkańcy są jeszcze mniej zachwyceni elfami niż ci z Zaradene. Jeden z moich ludzi już wraca z barką dla was – odparł.
- Powiem Kit, że już jedziemy.
   Podniósł skobel od drzwi i wpadł do środka… zastał Kitiarę rozbudzoną i właśnie się ubierającą. Lniana bluzka, pięknie haftowana czerwienią i błękitem, właśnie opadała na nagie ramiona. Zmieniła już ciężkie, sztruksowe nogawice przeznaczone tylko do konnej jazdy, na workowate spodnie o Ergothiańskim kroju. Nic nie mógł poradzić, że się na nią po prostu gapi.
- Prawie jestem gotowa – powiedziała – Jak wygląda miast?
   Wciągnął haust powietrza i  odparł.
- Jesteśmy o jakąś milę czy dwie od portu. Tirolan obawia się anty elfickich sentymentów w Caergoth. Powiosłuje na brzeg a ja z nim.
- Dobrze.
   Podniosła pas od miecza i szybko się opasała.
- Też jestem gotowa.
   Wspólnymi siłami i za pomocą bloków i talii opuścili konie. Kade potrzymał linę falenia gdy Tirolan, Sturm i Kitiara schodzili do łodzi. Pierwszy oficer ich odcumował a Tirolan zaczął wiosłować.
   Poranek był bardzo parny, gorętszy od zapamiętanych w tej podróży, a duszne powietrze dosłownie stało nad wodą. Nikt się nie odzywał podczas gdy Tirolan wiosłował w stronę zamglonego wybrzeża.
   Caergoth było wielkim portem. Tłum na wodzie gęstniał w miarę jak się bardziej zbliżyli. Łódki i szalupy, kecze i pinasy, wszystko przepływało we wszystkie strony wyładowane rybą, krabami i małżami. Większe jednostki przejmowały towary z dużych statków zakotwiczonych w porcie.
   Tirloan ciągnął ramionami wiosła jakby nie czuł najmniejszego zmęczenia, manewrował zręcznie pomiędzy większymi jednostkami w porcie. Kitiara mocno wygięła kark byle tylko spojrzeć w górę na na Ergothiański targ. Czwórka żeglarzy w wełnianych kapturach wychyliła się przez reling i ostrą na nią gwizdała. Wesoło pomachała im w odpowiedzi a do Sturma odezwała się żartobliwie.
- Mogłabym sprawdzić, czy są tacy śmiali gdy spotkają kogoś z mieczem w dłoni.
   Wypłynęli wreszcie z pierwszego tłoku statków w awanporcie a wtedy ich oczom ukazał się statek dziwaczny właśnie doholowany do doków głębokich. Był wysoki i prostokątny. Po obu stronach miał coś w rodzaju sporych kół. Krótki maszt był zadziwiająco gruby a z jego wierzchołka unosił się dym, chyba sygnałowy. Chmura gęstego dymu powoli odpływała daleko od ohydnego statku.
- A co to u licha może być? – zastanawiał się Tirolan.
   Kiedy troszkę bardziej się zbliżyli zauważyli ciężki bom wystawiony na zewnątrz sterburty. Spora barka stała bokiem przy burcie statku. Na pokładzie barki spoczywały dwie, ogromne skrzynie drewniane. Spuszczono je ze statku. Trzecia skrzynia, wielkości co najmniej Tirolanowej łódki, była właśnie powoli podnoszona z pokładu dziwacznego, dymiącego staku.
- To spadnie – rzekła Tirolan – Tylko popatrzcie.
   Kiedy bom wychylił się trchę bardzie można było dostrzec, że skrzynia jest zapakowana w sieć służącą do przenoszenia ładunków. Sieć zaczęła się naciągać a przez jej oka wystawał coraz to większy narożnik skrzyni. W końcu skrzynia się uwolniła i spadła prosto do wody ledwie mijając o parę cali burty załadowanej barki. Łańcuch niedużych postaci, wrzeszczących coś piskliwie, hurmem rzucił się do burty. Tirolan zachichotał głośno.
- Powinienem się był domyśleć – rzekła – To gnomy.
   Jedyne co Sturm o nich wiedział to ich, dość marna, reputacja. Nieustannie coś majstrowali, tworzyli dziwaczne maszynerie i przedstawiali nigdy nie kończące się teorie wszystkiego. Odrzucając magię stali się żarliwymi wyznawcami technologii. Najżarliwszymi na Krynnie. Przez całe stulecia gnomy i Rycerze z Solamnii podtrzymywali układ o wzajemnej pomocy jako, że obie te grupy nie wierzyły w skuteczność magii.
   Tirolan powiosłował wokół rufy statku gnomów. Kitiara wskazała nie kończącą się linię liter wymalowaną w poprzek rufy, wzdłuż burty i dalej wokół dziobu. Była to nazwa statku. Odczytała część rufową: PodstawyHydrodynamicznejKompresjiorazEterycznejNiestabilności, KontrolowanePrzezNajbardziejGenialnySystemprzekładniWynalezionyPrzezWspaniałegoWynalazcęTegoCoOkreśliłWspółczynnikiWielomianuMinimalnegoPrzezSen… i tak to dalej szło i szło.
- Może powinniśmy jakoś pomóc? – spytał Sturm.
- Nie! No chyba, że pragniesz być mokry – odparła Kitiara.
   Miała rację. Gnomy znajdujące się na barce, które starały się wyciągnąć linę nośną skrzyni zdołały tylko wszystkie wypaść za burtę. Tirolan powiosłował dalej.
- Ciekawe, co też było w tej skrzyni – zastanawiał się Sturm gdy już gnomie pandemonium zostało daleko za rufą.
- A któż to wie? Może nowa maszyna do obierania i wydrążania jabłek? – odparł Tirolan – O, tam jest dok.
   Elfi kapitan zręcznie wciągnął wiosła na pokład i łódź spokojnie dobiła do nabrzeża. Sturm przeciągnął dziobową cumę przez knagę i już całą trójką wspięli się po krótkiej drabinie na platformę. Znów musieli użyć bloków i talii zamocowanych do doku dla rozładowywania i załadowywania cargo na statki, lecz po chwili już oba konie bezpiecznie wylądowały na brzegu.
- Dokąd teraz? – pytał Sturm.
   Cały rządek tawern i miejsc wyszynku grogu ciągnął się wzdłuż pirsu. A nawet dalej, aż do wielkich magazynów.
- Nie wiem, jak wy, panowie – odparła Kitiara wpatrując się jednocześnie w linię knajp – Lecz ja umieram z głodu.
- Nie możesz troszkę poczekać? – sprzeciwiał się Sturm.
- A to dlaczego?
   Poprawiła pas miecza, żeby ostrze spoczywało pod prawidłowym kątem i ruszyła przed siebie ciągnąc za wodze konia. Tirolan i Sturm, acz z pewnym wahaniem, jednak ruszyli w jej ślady.
   Z niewiadomych powodów, być może w ogóle bez powodu, Kitiara wybrała tawernę o nazwie Odcięta Głowa. Kitiara uwiązała wierzchowca na zewnątrz, kopniakiem otworzyła drzwi  i rozejrzała się po sali. W zaciemnionej przestrzeni widać było kilka postaci. Dziwaczna, cuchnąca woń wypłynęła przez drzwi.
- Fuj! – powiedział Tirolan – Ten zapach nie pochodzi od ludzi.
- Chodź, Kit, to nie miejsce dla nas.
   Ujął ją za łokieć i chciał jakoś wymanewrować na zewnątrz. Dziewczynie to najwyraźniej nie odpowiadało. Wyrwała ramię i weszła do środka.
- Mam już dość jałowych dróg i nudnych statków – powiedziała – A to przynajmniej wygląda na interesujące miejsce.
- Zachowaj czujność – mruknął Sturm w stronę Tirolana – Kitiara to dobra przyjaciółka, lecz długie miesiące cichego życia w Solace pozbawiły ją ostrożności a przydały brawury.
   Tirolan mrugnął i poszedł za Kitiarą.
   Odcięta Głowa nie była właściwie barem, lecz tylko zbiorowiskiem stołów i ław, bezładnie zresztą porozrzucanych. Kitiara dumnie podeszła do stołu blisko środka całej izby i jedną nogę przerzuciła nad oparciem ławy.
- Barman! – wrzasnęła.
   Głowy w ciemności powoli zwróciły się w jej stronę. Sturm ujrzał niejedną parę z nich świecącą w mroku. Były czerwone, przypominały węgle żarzące się w palenisku.
   Sturm i Tirolan usiedli nieufnie na ławie. Przy łokciu Kitiary ukazała się jakby przykucnięta, pokryta krostami kreatura. Oddychała głośno jak nieszczelny miech a każdy oddech niósł falę obrzydlistwa.
- Uhh? – powiedział krostowaty stwór.
- Ale! – cisnęła Kitiara.
- Uh-uh.
- Ale!!! – wrzasnęła głośniej.
   Stwór potrząsnął górną częścią korpusu wyraźnie czemuś przecząc. Kitiara ze złością klasnęła dłonią w blat stołu.
- To przynieś co tam macie najlepszego – powiedziała.
   To już wywołało pomruk potwierdzenia. Służący potoczył się wkoło.
- I pośpiesz się! – krzyknęła za nim.
   Stwór odszedł spacerowym krokiem. W zacienionym kącie tawerny podniósł jakiś dryblas. Wyprostowany był na pewno o pół głowy wyższy od Sturma i jednocześnie ze dwa razy szerszy. Człapiący drągal podszedł do ich stołu.
- To nie miejsce dla was – powiedział.
   Głos miał głęboki i beznamiętny.
- No, nie wiem – lekko odparła Kiriara – Bywałam w gorszych.
- To nie jest miejsce dla was – powtórzył typ.
- Może jednak powinniśmy odejść  - szybko podpowiedział Tirolan – Jest tu przecież mnóstwo tawern.
   Rzucił okiem w stronę drzwi jakby mierzył odległość do nich.
- Już zamówiłam. Siadaj.
   Dryblas pochylił się i oparł dłoń o blat stołu. Była czteropalczasta i wielka jak talerz obiadowy. Była też sucha i łuskowata.
- Wy iść, albo ja was za drzwi! – powiedział.
   Tirolan skoczył.
- Nie ma powodu do niepokoju…
   Drugie ramię stwora sięgnęło szybko złapało elfa za odzież na klatce piersiowej. Tirolan się zachwiał. Z głowy zleciał mu kaptur odkrywając elfią naturę mężczyzny. W całej oberży dał się słyszeć syk wciąganego powietrza. Ten syk wystarczył, by włosy na karku Sturma się zjeżyły.
- Kurtrach! – zawołał groźny stwór.
   Sturm i Kitiara wstali szybko i zwinnie. Miecze dobyte z pochew jasno błysnęły. Tirolan wydobył krótki miecz elficki i już cała trójka stała razem chroniąc nawzajem plecy.
- W coś ty nas wciągnęła? – pytał Sturm trzymając miecz w pogotowiu.
- Chciałam tylko trochę rozrywki – odparła Kitiara – O co chodzi Sturm? Chcesz żyć wiecznie, czy co?
   Z ciemności nadleciał ciśnięty trójnożny stołek. Sturm odbił go w bok uderzeniem miecza.
- Wiecznie to nie, lecz parę lat jeszcze byłoby miło!
   Gdzieś głęboko w mroku błysnęła stal.
- Ruszajcie do drzwi – warknął Tirolan – Za dużo ich tutaj żeby zacząć walkę.
   Gliniany dzbanek rozbił się o belkę nad ich głowami i obsypał wszystkich drobnymi okruchami.
- Ledwie ich widzę!
- Przydałaby się jakaś świeca, albo i dwie – przyznała Kitiara.
   Jakaś wielka postać ruszyła z mroku prosto w jej kierunku. Trzymało to klinge szerokości jej dłoni, lecz zdołała sparować cios, odbić i rzucić się w ciemność. Poczuła jak jej miecz wbija się w ciało. Atakujący ją stwór zaskrzeczał.
- Świeca? Mam coś lepszego w zanadrzu! – powiedział Tirolan.
   Obrócił się i wbił swój miecz w sam środek stołu. Zaczął śpiewać w Elfickim, szybko i drżąco. Po chwili klinga zaczęła błyszczeć czerwienią.
   Dwa stwory zaczęł podchodzić do Sturma. Odbijał ich broń, o wiele cięższą od własnej, robiło to wiele hałasu, lecz skutki były żadne.
- Tirolan! – warknął – Potrzebujemy cię!
   Elf dalej śpiewał. Krótki miecz praktycznie stał się biały. Z blatu stołu dobywały się smugi dymu. W jednej chwili stół rozbłysnął płomieniami.
   Wrogoie zatrzymali się na pierwszy blask płomieni. Było ich ośmiu. Wielkie, krzepkie, jaszczurko podobne stwory ciasno owinięte ubraniami. Blask światła je oślepiał. Cofnęli się o kilka kroków. Kitiara wydała z siebie bojowy okrzyk i runęła do ataku. Uniknęła cięcia potężnego przeciwnik i zgrabnie ostrzem trafiła w jego ramię. Wielki miecz zabrzęczał na podłodze. Kitiara ujęła broń oburącz i mocnym sztychem uderzyła w pierś przeciwnika. Stwór zawył z bólu i wściekłości po czym spróbował sięgnąć jej pazurzastą łapą. Odskoczyła po czym zadała kolejny sztych. Stwór zawył po raz drugi i upadł na twarz.
   Sturm tymczasem odcinał się dwójce napastników. Płonący stół wypełnił izbę dymem więc stwory zaczęły się cofać ciężko dysząc. Tirolanowi, walczącemu po prawej ręce Sturma, nie szło najlepiej. Odzyskał już, teraz całkiem chłodny, swój krótki miecz. Jednak w porównaniu z długą bronią wroga był zbyt krótki do walki. Tylko wspaniała zręczność i biegłość wciąż ocalała mu życie.
   Wreszcie, z wielkim hukiem, stwory wywaliły drzwi tawerny i wyleciały na zewnątrz. Płomienie już objęły nogi stołu i powoli podpalały wysuszone dechy podłogi.
- Wiać, biegiem! – wrzeszczał Sturm.
   Kitiara wciąż jeszcze walczyła więc  Sturm chwycił ją za kołnierz kaftana i zaczął odciągać.
- Puszczaj! Odczep się!
   Zamierzyła się na niego łokciem, lecz szybko zablokował cios i potrząsnął Kitiarą.
- Słuchaj wreszcie! Tu wszystko ci się koło uszu pali! Wiejemy! – wołał.
   Z trudem oprzytomniała. Dym wydobywający się z okien pierwszego piętra zdołał już zgromadzić cały tłum zdumionych obywateli Caergoth. Tirolan, Sturm i Kitiara wypadli na ulicę tuż przed goniącymi ich płomieniami. Sturm rozejrzał się po zgromadzonym tłumie, lecz dziwaczne, jaszczurko podobne stwory już zniknęły.
   Trójka wojowników wsparła się wzajem na sobie i usiłowała wykaszleć gęsty dym z płuc. Po chwili Sturm zorientował, że panuje wokoło dziwna cisza. Podniósł głowę i spostrzegł, że oczy wszystkich zgromadzonych są zwrócone na Tirolana.
- Elf – stwierdził ktoś krótko i zabrzmiało to, jakby właśnie zaklął.
- Chciał spalić nasze miasto – ktoś dodał.
- Z nimi zawsze kłopoty – dodał trzeci.
- Gnaj do łodzi – mruknął Sturm do Tirolana – I strzeż pleców.
   Kitiara chciał już zapłacić Tirolanowi umówioną kwotę, lecz przyjął tylko połowę. Po chwili ruszył ostro gdy tylko Sturm i Kitiara dosiedli wierzchowców. Nagle zatrzymał się, obrócił i wcisnął w dłoń Kitiary niewielki, purpurowy, rzeźbiony klejnocik. Mrugnięcie okiem wywołało uśmiech na usta Kit.
- Prezent – powiedział tylko tyle.
   Trójka znajomych się rozstała.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#4 2017-09-22 21:55:22

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Mrok i Światło

Rozdział 4

Odcień purpury

   Kitiara i Sturm podążali krętym szlakiem w stronę piaszczystych klifów górujących nad zatoką. Z tej odległości Wzniosła Korona skurczyła się do rozmiarów zabawki. Spojrzeli jeszcze ostatni raz na elfi statek po czym obrócili konie w stronę lądu.
   Szybko dotarli do drogi poza murami Caergoth. Od sklepikarzy i handlarzy obsiadających obie strony drogi pod miastem szybko kupili chleb, mięso, suszone owoce i ser. Droga ograniczona krawężnikiem i brukowana porządnymi kamieniami była jednym z niewielu artefaktów robót publicznych jakie pozostały całe po Kataklizmie. Kitiara i Sturm jechali obok siebie środkiem drogi. Oba pobocza zajęte były przez dość gęsty tłumek pieszych wędrowców. Tak było przez chyba dziesięć mil od miasta. Gdzieś w połowie popołudnia byli już sami na drodze.
   Mało mówili. W końcu to Kitiara przerwała zapadającą ciszę.
- Dziwne to, że nie ma tu żadnych podróżnych zmierzających do Caergoth.
- Też mnie to zdumiewa -  odparł Sturm – Pusta droga to zwykle zły znak.
- Albo wojna, albo rabusie blokują drogę.
- Nie słyszałem żadnych plotek o wojnie, więc chyba to drugie.
   Zatrzymali się na skraju drogi na czas wystarczająco długi, żeby przywdziać kolczugi. Nie było najmniejszego sensu w dostaniu strzałą będąc już tak blisko Solamni.
   Takie przerażające w swej istocie spustoszenie ciągnęło się aż do końca dnia. Co chwila mijali spopielone szczątki jakiegoś wozu czy też pobielałe kości zabitych koni i wołów. Kitiara jechała już z mieczem przełożonym przez kolana.
   Zmęczeni byli poranną przygodą i całym dniem jazdy. Postanowili wcześnie rozbić obóz. Znaleźli przyjemną polanę obramowaną dębami jakieś sto jardów od drogi. Tallfoxa i Pirę uwiązali do sporej linki tak, by mogły paść się na trawie i mietlicy. Sturm znalazł niewielkie źródło i przyniósł wody natomiast Kitiara przygotowała ogień. Posiłek składał się z bekonu i sucharów opieczonych nad ogniem. Zbliżała się noc więc siedli bliżej ognia.
   Dym ogniska unosił się wąską spiralą w stronę gwiazd. Księżyce były już widoczne. Solinari i Lunitari. A dusze – pomyślał Sturm – wznoszą się jak ten dym do niebios.
- Sturm.
   Głos Kitiary wyrwał go z tego bujania w obłokach.
- Tak?
- Musimy spać na zmianę.
- To pewne. Och, biorę pierwszą wartę, dobrze?
- Pasuje mi.
   Kitiara wstała, wzięła swój śpiwór i okrążyła ognisko. Rozłożyła posłanie obok Sturma i się położyła.
- Obudź mnie, gdy srebrny księżyc wzejdzie – powiedziała.
  Popatrzył w dół na tą masę czarnych loków obok swych kolan. Kitiara, weteran, szybko odpłynęła w sen. Sturm dorzucał do ognia jakieś patyki ze zgromadzonego zapasu i siadł w z nogami skrzyżowanymi z mieczem na kolanach. Kitiara w pewnym momencie poruszyła się nieco i coś niewyraźnie zamamrotała. Sturm, choć jednak z pewnym wahaniem, ostrożnie dotknął jej włosów. Odpowiedziała bezwiednym ruchem przysunięcia się bliżej aż w końcu jej głowa na skrzyżowanych kostkach mężczyzny.
   Nawet nie poczuł, gdy opanował go letarg. W jednej chwili Sturm był całkowicie przytomny, nawet obserwował leżącą na ziemi śpiącą Kitiarę, by w następnej chwili leżeć twarzą na ziemi. W ustach miał pełno darni, lecz z jakiegoś powodu nie mógł jej wypluć. Co gorsze nawet to nie mógł się poruszyć nawet odrobinę. Jednym okiem leżał przyciśnięty do ziemi. Z nieludzkim wysiłkiem otworzył drugie. Ujrzał, że ognisko ciągle jeszcze się pali. Wokół ognia zgromadziło się kilkanaście par nóg odzianych w skórzane nogawice. Wokoło roznosił się dziwny, bardzo nieprzyjemny, odór – coś na podobieństwo przypiekanej skóry czy smażących się włosów. Kitiara była tuż obok, leżała na plecach z zamkniętymi oczami.
- Ni ma nic, tylko żarcie – powiedział jakiś chrapliwy, basowy głos – Ni ma nic ta torba tylko podle żarcie!
- Ja! Ja! – zawołał piskliwy głos – Ja znalazł piniąndz!
   Jedna para nóg zniknęła z pola widzenia Sturma.
- Gdzie ten piniondz?
   Usłyszał brzęk metalu. Jedna z ostatnich silvanestyjskich monet Kitiary upadła na ziemię.
- Ai! – wrzasnął cienki głosik a postać padła na kolana i ręce.
   Teraz już Sturm wiedział kim… a raczej czy… są napastnicy. Nie było mowy o pomyłce. Szpiczaste łby, kwadratowa postura, szara skóra, czerwone oczy… to były gobliny. Smród też był charakterystyczny. Sturm zebrał wszystkie siły usiłując wstać, lecz poczuł jakby na plecach leżała mu góra ołowiu. Widział na tyle dobrze i tak też czuł, więc wiedział, że nie jest związany. To wszystko, oraz nagłość z jaką został pokonany oznaczało, że ktoś rzucił czar na niego i Kitiarę. Tylko kto? Gobliny to przecież zwykłe ciemniaki. Im brakuje nawet zwykłej koncentracji umysłu, tak niezbędnej przy rzucaniu zaklęć.
- Dosyć tych głupot, szukajcie! – powiedział czysty, ludzki głos.
   Aaa, to tak! Gobliny nie są same. Twarda, koścista łapa złapała go za ramię i odwróciła całe ciało. Jedno, otwarte oko Sturma patrzyło prosto w twarze dwóch rozbójników. Jeden z nich był szczerbaty, stracił większość zębów przednich. Drugi nosił szramy na szyi, jakby po nie udanym wieszaniu.
- Ai! On oko otworzył! – szczeknął szczerbaty – On. Widzieć!
   Szramowaty wydobył paskudny, poszczerbiony nóż.
- Ja naprawić – powiedział.
   Zanim jednak zdążył pchnąć bezbronnego Sturma inny z rabusiów głośno wrzasnął. Pozostali szybko go dopadli.
- Ja znalazł! Ja znalazł! – bełkotał goblin.
   To, co znalazł, to był klejnocik, ametyst wręczony Kitiarze przez Tirolana. Przewiązała go rzemieniem i nosiła na szyi. Znalazca podniósł i doczłapał od reszty towarzystwa. Poczłapali za nim usiłowali odebrać purpurowy kamień.
- Przenieście, niech go zobaczę – powiedział człowiek.
   Tańcujący goblin skruszonym gestem podał ametyst w cień poza ogniskiem.
- Śmieć – rzekł mężczyzna – Połamany kawałek kryształu.
   Purpurowy grot poleciał w powietrze. Upadł na ziemię pomiędzy Sturmem a Kitiarą i odbił się od bezwładnej, otwartej dłoni Kit. Gobliny ruszyły by go odzyskać.
- Zostawić to! – rozkazał człowiek – Bez wartości.
- Ładne, ładne! – zaprotestował szczerbaty – Zatrzymać ja.
- Powiedziałem zostawić! A może mam złapać ródżkę?
   Gobliny – Sturm uznał, że jest ich czwórka – cofnęły się i zadrżały.
- Zabieramy pieniądze i konie. Resztą zostawić – rozkazał ludzki szef bandy.
- A co miecze? – zapytał Szramowaty – Dobry żelaz.
   Trzymał teraz miecz Sturma tak, by przywódca mógł go obejrzeć.
- Tak, za dobre dla was, zabieramy. Kupiec Lovo dobrze za to zapłaci. Kobietę też zabieramy.
   Szczerbaty nachylił się nad Kitiarą. Kopnął na bok jej ramię i odwrócił ją, żeby dosięgnąć miecza leżącego pod dziewczyną. Gdy tylko to zrobił dłoń Kitiary zamknęła się na jego kostce.
- Łaa? – powiedział szczerbaty goblin.
   Kitiara wyszarpnęła nogę spod goblina, który natychmiast padł na ziemię z głośnym hukiem. W tej samej chwili dziewczyna była na nogach i z mieczem w dłoni. Szczerbaty sięgnął po sztylet, lecz nigdy go nie wydobył. Jednym cięciem Kitiara posłała paskudny łeb goblina daleko w ciemność.
- Brać ją! Brać ją, wy żałosne gnojki! Trzech was na jedną! – wrzeszczał człowiek z cienia.
   Szramowaty ściągnął z ramienia hakowate ostrze i zaatakował. Kitiara z łatwością odpierała niezdarną broń. Dwa pozostałe gobliny usiłowały zajść ją od tyłu, lecz obróciła się tak, że za plecami miała ogień.
   Sturm wściekał się na zaklęcie, które pozostawiało go tak bezradnym. Stopy goblinów przelatywały w zasięgu jego ręki a on nie mógł nawet palcem ruszyć, żeby pomóc Kitiarze. Nie, żeby potrzebowała pomocy. Kiedy tylko Szramowaty wytknął swoją broń do przodu, po prostu ścięła mu hak z drzewca. Goblin patrzył ogłupiały na skróconą broń a Kitiara przebiła go jednym sztychem.
- Teraz już dwóch na jedną! – warknęła.
   Przeskoczyła ognisko lądując między dwoma rabusiami. Wrzasnęli ze strachu i cisnęli sztylety. Pierwszego ścięła zanim jeszcze ruszył z miejsca. Ostatni goblin dobiegł do krawędzi polany. Sturm słyszał jego śmieć pomiędzy dębami. Były jeszcze inne dźwięki; tupot stóp, głośne sapanie i wrzask bólu.
- Myślałeś, że zdołasz zwiać, co? – powiedziała Kitiara.
   Dopadła ukrytego w cieniu magika i zaciągnęła do ogniska. Był to dość mizerny mężczyzna ze dwa razy starszy od Sturma ubrany w poszarpaną, szarą szatę. Przedmioty jego rzemiosła zadyndały mu u pasa; różdżka, torebka z ziołami, amulet kute w ołowiu i miedzi. Kitiara posłała go na ziemię jednym kopniakiem poniżej kolan. Czołgał się teraz obok Sturma.
- Zdejmuj zaklęcie z mego przyjaciela – rozkazała Kitiara.
- Ja… ja nie mogę.
- Mówisz, że tego nie zrobisz! – dźgnęła go czubkiem miecza.
- Nie, nie! Nie wiem jak! Nie wiem jak zdjąć zaklęcie! – wyglądał na zawstydzonego – Nigdy nie musiałem zdejmować zaklęcia paraliżu. Gobliny zawsze podcinały gardła.
- Bo im kazałeś!
- Nie! Nie!
   Kitiara splunęła.
- Jedyną rzeczą gorszą od złodzieja, jest jest głupi słabeusz jako złodziej.
   Podniosła miecz do ramienia.
- Jest tylko jeden znany mi sposób złamania zaklęcia.
   Miała rację. Kiedy magik był już martwy to i ołowiany ciężar znikł z członków Sturma. Usiadł pocierając zesztywniały kark.
- Na wszystkich bogów, Kitiara, jesteś bezwzględna – powiedział.
   Rozejrzał się po obozowisku przypominającym teraz raczej krwawe pole bitwy.
- Musiałaś ich wszystkich zabić?
- W dowód wdzięczności dla ciebie – powiedziała i wytarła klingę o szatę magika – Oni z radością podcięli by nam gardła. Czasem doprawdy cię nie rozumiem, Sturm.
   Przypomniał  sobie sztylet goblina przed swą twarzą.
- Masz całkowitą rację. Tyle, że zabicie tego niechlujnego magika nie było zbyt honorowe.
   Wsunęła miecz do pochwy.
- Nie robiłam tego dla honoru – powiedziała – To było po prostu praktyczne.
   Pozbierali swoje rzeczy z pobojowiska, były zdrowo porozrzucane przez gobliny. Sturm ujrzał jak Kitiara podnosi ametystowy naszyjnik.
- Popatrz – powiedziała – Jest bezbarwny.
   Sturm ujrzał w świetle ogniska, że purpurowy ongiś kamień jest teraz odłamkiem zwykłego, przezroczystego kwarzu.
- To wszystko wyjaśnia – rzekł – Mogłaś się zacząć ruszać gdy ametyst upadł ci na dłoń, prawda?
   Pojaśniała zrozumieniem.
- Prawda. Nosiłam go na bluzie i pod kolczugą…
- Kiedy dotknął twojej skóry to zaklęcie paraliżu zostało złamana. Rozproszenie zaklęcia wywabiło z kamienia całą barwę. Teraz to już tylko kawałek kwarcu w formie grotu strzały.
   Kitiara przełożyła rzemienną pętlę klejnotu przez głowę.
- Zatrzymam go. Nawet w tym stanie. Tirolan pewnie nigdy się nie dowie, że dając mi ten kamyk uratował nam obojgu życie.
   Kiedy pozbierali bagaże Sturm zaczął zbierać wyschłe drewno z otaczającej ich dębiny i układać stos obok ogniska.
- Dlaczego to robisz? - pytała Kitiara.
- Robię stos pogrzebowy – odparł – Nie możemy zostawić tak tych trupów.
- Sępy się nimi zajmą.
- Nie robię tego z poczucia szacunku dla nich. Źli czarodzieje, nawet tacy kiepscy jak ten, mają nieszczęsny zwyczaj wracać jako nieumarli i polować na żywych. Pomóż mi zbudować ten stos, jego zło spłonie wraz z nim.
   Zgodziła się i po chwili gobliny i ich mistrz zostali umieszczeni w płomieniach. Popioły Sturm zasypał ziemią po czym oboje dosiedli koni.
- Skąd ty tyle wiesz o magii – spytała Kitiara – Myślałam, że gardziskażdą jej formą.
- I to prawda – odparł – Magia jest najgorszym zagrożeniem dla porządku na świecie. Wystarczająco trudno jest żyć w prawdzie i honorze bez pokus sił magicznych. Lecz magia istnieje i wszyscy musimy się nauczyć, jak sobie z nią dać radę. Jeśli o mnie chodzi, to dużo rozmawiałem z twoim bratem. Nauczyłem się całkiem sporo, może nawet dość by się kaoś obronić.
- Mas na myśli Raistlina? – spytała a Sturm potwierdził – Jego lekcje magii zawsze mnie usypiały.
- Wiem – powiedział Sturm – Strasznie łatwo zasypiasz.
   Obrócili konie w stronę wschodzącego właśnie słońca i pojechali.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#5 2017-09-30 12:35:00

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Mrok i Światło

Rozdział 5

Mistrz chmur

   Dzień po ataku rabusiów okazał się potwornie duszny. Tallfox i Pira potrzebowali pojenia dosłownie co chwila. Inaczej zwieszały łby a ich chód powoli zamierał i tracił rytm. Wjechali teraz w okolicę pełną ogrodów i farm dzięki czemu mieli z drogi szeroki widok na całą okolicę. Oboje, i Kitiara, i Sturm zmienili kolczugi na koszule, lecz już w południe Kitiara koszulę poluzowała i zwązała jej poły w talii. Tak ochłodzeni przystanęli na posiłek z figowym zagajniku.
- Szkoda, że jeszcze są zielone – powiedziała Kitiara ściskając w palcach niedojrzały owoc fogowca – Lubię figi.
- Bardzo wątpię czy właściciel ogrodu podzieliłby twój entuzjazm jeżeli nie zapłaciłabyś za wszystko, co zjadłaś – odparł Sturm.
   Wydrążył kawał suchara i wypełnił powstały otwór rozdrobnionymi, suszonymi  owocami i serem.
- Och, daj spokój. Nigdy nie podkradałeś jabłek czy gruszek? Nigdy nie podwędziłeś kurczaka, żeby go upiec na ognisku podczas gdy farmer polował na ciebie z ostrym rożnem?
- Nie, ngdy.
- A ja tak. Niewiele rzeczy w życiu smakuje tak dobrze jak żarcie zdobyte sprytem.
   Odrzuciła gałązkę figowca i dołączyła do Sturma pod drzewem.
- Pewnie nigdy nie rozważałaś, co też twoje malutkie sprytne złodziejstewka mogą oznaczać dla rolnika, co, Kit? Może on sam lub też jego rodzina chodzili głodni spać z powodu twego podwędzonego posiłku?
   Tym razem się najeżyła.
- To bardzo łatwo powiedzieć, Panie Brightblade. A kiedyż to musiałeś zapracować na posiłek wędrujący do twego brzucha? Synkowi rycerza łatwo mówić o sprawiedliwości wobec biednych, kiedy samemu nigdy biednym się nie było.
   Sturm siedział cicho aż gniew dziewczyny trochę przygasł.
- Pracowałem – powiedział –Kiedy moja matka, jej pokojówka Carin i ja przybyliśmy do Solace matka miała ze sobą przywiezione trochę pieniędzy. Szybko to się jednak rozeszło i zaczęły się poważne kłopoty finansowe. Moja matka była kobietą niesłychanie dumną więc nigdy nie przyjęłaby wsparcia. Panna Carin i ja wykonywaliśmy dziwne prace w Solace żeby tylko jakieś jedzenie pojawiało się na stole. Nigdy tego nie powiedzieliśmy matce.
   Kolczaste zachowanie Kitiray jakby trochę zmiękło.
- I co robiłeś?
   Wzruszył ramionami.
- Ponieważ umiałem czytać i pisać to dostałem pracę u Skryby Derimiusa, kopiowałem zwoje i manuskrypty. Nie tylko zarabiałem pięć sztuk srebra na tydzień, lecz jeszcze mogłem czytać mnóstwo różnych tekstów.
- Nigdy o tym nie słyszałam
- Tak naprawdę to w zakładzie Derimiusa poznałem Tanisa. Przyniósł księgę główną, jaką przetrzymywał dla Flinta. Na ostatnie strony rozlało mu się trochę atramentu i chciał, żeby Derimius wymienił je na nowy pergamin. Wtedy też Tanis dostrzegł szesnastolatka piszącego coś piórem szarej gęsi i zapytał o mnie. Porozmawialiśmy i zostaliśmy przyjaciółmi.
   Ostatnie stwierdzenie zostało wypunktowane i zaznaczone głośnym, dalekim grzmotem. Parne powietrze zebrało masy burzowych, granatowo czarnych chmur na zachodnim nieboskłonie. Szybko szły na wschód. Sturm szybko zgryzł ostatni kęs swego posiłku i skoczył na równe nogi. Coś tam jeszcze usiłował wymamrotać, lecz usta miał zapchane chlebem i serem.
- Co takiego? – dopytywała Kitiara.
- ….konie. Muszę zabezpieczyć konie!
   W tym momencie ognista lanca błyskawicy uderzyła we wzgórza pośród których napadli ich rabusie. Z góry zawiał wicher ciskając piach w oczy Sturma i Kitiary. Uwiązali Tallfoxa i Pirę do drzewa figowego a sami pośpiesznie rozpinali plandeki tworząc tymczasowe schronienie przed deszczem. Na oddalonej drodze Kitiara dostrzegła ściane deszczu, która sunęła w ich kierunku.
- Oto nadchodzi! – powiedziała.
   Burza runęła na zagajnik figowców z potężną furią. Deszcz uderzył lichawe plandeki niczy potężnym młótem i już po paru sekundach Sturm i Kitiara byli kompletnie przemoczeni. Woda zbierała się we wszystkich zagłębieniach między drzewami i już wypełniała dziury. Woda sięgała Kitiarze do kostek i wciąż rosła. Tallfox nie umiał tego przetrzymać. Ogier, z natury już nerwowy, zaczął się szarpać i wierzgać gdy burza zaczęła huczeć wokół niego. Jego przerażenie udzieliło spokojne zazwyczaj Pirze. Oba konie zaczęły walczyć z więżącymi je uprzężami. W tej chwili grot błyskawicy uderzył w największe drzewo zagajnika i rozwalił je na miliony rozpalonych kawałków. Spanikowane do granic wytrzymałości konie zerwały więzy i galopem uciekły. Tallfox gnał na wschód a Pira runęła w stronę północy.
- Za nimi! – Sturm przekrzykiwał hałas.
   Runęli natychmiast biegiem za swoimi wierzchowcami. Tallfox był długonogim sprinterem i galopował w prostej linii. Pira była zwrotna jak królik. Wywijała między liściastymi drzewami zmieniając kierunek z tuzin razy na każde dwadzieścia kroków. Kitiara gubiła krok i się potykała przeklinając jednocześnie przyrodzoną zwinność klaczy.
   Ogród kończył się wąwozem. Kitiara ześlizgnęła się po błotnistym zboczu i wpadła do dość głębokiej wody.
- Pira! – wrzeszczała – Pira, ty łbie grochem wypchany, gdzie jesteś!?
   Jedynym efektem wrzasków były usta pełne wody. Przyjrzała się obu brzegom wąwozu w poszukiwaniu śladów. W nagłym błysku pioruna dostrzegła coś bardzo dziwnego. Jakiś kanciasty, czarny kształ, coś w podobie tarczy wojownika, majaczyło w odległości około czterdziestu stóp. Oślepiający blask zgasł, lecz nie tyle szybko by nie zdołała zobaczyć długiej linki ciągnącej się od kształtu po ziemi. Kitiara zaczęła się gramolić naprzód nie wiedząc wcale z czym ma się spotkać.
   Tallfox z łatwością umknął swemu panu, lecz Sturm był w stanie śledzić jego tropy odbite w błocie. Ciasn rosnąca ściana cedrowego młodnika blokowała koniec ogrodu. Była tam tylko jedna, wąska luka jaką koń mógł wykorzystać do ucieczki i tam właśnie Sturm znalazł ślady ogiera. Zanurkował w caisną plątaninę wiecznie zielonych drzewek. Połamane sadzonki wyraźnie wskazywały drogę ucieczki Tallfoxa.
   Błyskawice nad głową wykazywały niespotykaną aktywność. Trzaskały i rozbłyskiwały od chmury do chmury. Jeden dłuższy rozbłysk oświetlił przed oczami Sturma prawdziwe dziwadło; niezwykły ptak trzepotał na wietrze. Ptak chybotał ze strony na stronę, lecz wcale nie odlatywał. Kiedy rozbłysla kolejna z błyskawic Sturm ujrzał dlaczego tak się dzieje. Do stóp ptaka ktoś przywiązał linkę.
   Kitiara mozolnie wspięła się na ziemiste wzgórze. Włosy oblepiały jej ciasno głowę a ubranie ciążyło jakby wchłonęło co najmniej tonę wody. Będąc już na szczycie wzgórza mogła spojrzeć w dół, w stronę polany. Nigdzie ani śladu Piry. Było jednak dużo innych spraw do zobaczenia.
   Na samym środku otwartej przestrzeni było coś, czego Kitiara jeszcze nigdy w życiu nie widziała. Było Toś na kształt wielkiej łodzi z ogromnymi, skórzanymi żaglami po obu bokach. Nie było masztów, lecz dziób był wydłużony i ostry, wręcz ptasi, no i były jeszcze koła pod tą niby łodzią. Ponad łodzią, uwiązana na linowej siatce, była wielka torba z materii. Ogromna jajo podobna torba kręciła się teraz i miotała na wietrze jak żywe stworzenie. Tą niby łódź otaczał tłum niewielkich ludzi. Za ich plecami wyrastało z ziemi kilka długich pali. Z ich czubków powiewały teraz liny a na ich końcach było jeszcze więcej tych „tarcz”, które Kitiara już widziała.
   W tej samej chwili spośród cedrów po przeciwległej stronie polany wychynął Sturm. Wpatrując się w tą samą rzecz rozdziawił gębę. Bez słowa ruszył w tamtą stronę.
   Nieduży człek w błyszczącym kapeluszu i długim płaszczu pozdrowił rycerza.
- W-w-witam i sz-sz-szczęścia ż-ż-życzę – powiedział radośnie.
- Witam – odparł kompletnie zdezorientowany Sturm – Co się tu dzieje?
   Jeszcze nie skończył mówić gdy kolejny grom uderzył w uwiązanego „ptaka” (tą samą rzecz, którą Kitiara pomyliła z tarczą). Biało błękitne światło rozbłysło wzdłuż liny w stronę kotwiczącego ją pala. Od pala światło rozbłysło wzdłuż innej liny rozciągniętej na ziemi aż wreszcie dotarło do niby łodzi gdzie znikło. Łódź zachwiała się na kołach po czym stanęła normalnie.
- Dz-dz-dzieje? No widzisz sam, ł-ł-ładowanie – odparł nieduży człeczek.
   Kiedy odchylił nieco szeroki rondo kapelusza Sturm ujrzał jasne oczy i krzaczaste, brązowe brwi. Zdał sobie sprawę, że ma do czynienia z gnomem.
- To d-d-doprawdy w-w-w-wspaniała burza. M-m-m-mamy szczęście!
   Kitiara szła wokół dziwacznie wyglądającej rzecz, dla ostrożności trzymając się od niej na dystans. W świetle jednej z bardziej jaskrawych błyskawic ujrzała Sturma rozmawiającego z niedużym człowieczkiem. Złożyła dłonie do ust i zawołała.
- Sturm!
- Kit! – odkrzyknął.
   Dołączyła do niego.
- Znalazłeś nasze konie?
- Nie, miałem nadzieję, że poleciały w twoim kierunku.
   Zamachała rękami.
- Wpadłam w jakiś rów!
- To widać. Co my teraz zrobimy?
- Ekhm – wtrącił gnom – Cz-cz-czy mam r-r-rozumieć że o-o-oboje straciliście ś-ś-środki transportu!
- Dokładnie – zgodnym chórem odparli oboje.
- Sz-sz-szczęśliwe zdarzenie! Być może p-p-p-pomożemy sobie n-n-n-nawzajem.
   Obniżył znowu rondo kapelusza. Cienki strumyk wody spłynął na płaszcz.
- Cz-cz-czy mogę p-p-prosić za mną?
- A dokąd idziemy? - spytał Sturm.
- J-J-Jak na r-r-razie to do schronienia przed p-p-p-pogodą – odparł gnom.
- To ja idę! – powiedziała Kitiara.
   Gnom poprowadził ich do góry rampą na lewą stronę niby łodzi. Wnętrze było mocno oświetlone, ciepłe i suche. Ich przewodnik zdjął kapelusz i płaszcz. Teraz było już widać, że to mężczyzna swej rasy, z długą białą brodą i różową łysiną. Wręczył Kitiarze i Sturmowi po ręczniku – co prawda były to ręczniki na miarę gnomów, więc ludziom wydały się wielkości ściereczki do rąk. Sturm wytarł dłonie i twarz.Kitiara najpierw usunęła zsibie troszczę błota po czym wyżęła ręcznik i zawiązała sobie coś w roszaju turbanu na głowie.
- P-p-proszę za mną – powiedział gnom – Moi k-k-koledzy dołączą p-p-później. Zajęcie t-t-teraz zbieraniem b-b-błyskawic.
   Zaskoczenie takim oświadczeniem było kompletne. Gnom jednak się nie przejął i poprowadził ich długim, wąskim przejściem między dwoma zespołami maszynerii o niepojętym przeznaczeniu. Wszelkiego rodzaju dźwignie, korby czy mechanizmy były wykonane bardzo dokładnie. Wszędzie tylko żelazo i brąz. Doszli wreszcie do niewielkiej drabiny po której wspięli się wyżej. Górny pokład na którym teraz byli był podzielony na niewielkie kabiny. Hamaki wisiały na hakawokół pełno było pudeł, skrzynek i wielkich, szklanych gąsiorów. Dosłownie każdy cal kwadratowy podłogi był wykorzystany. Pozostawiono jedynie wąziuteńką ścieżynkę pozwalającą przejść środkiem.
   Wspięli się po kolejnej drabinie i znlaźli się w domku zbudowanym w środku pokładu. W ścianach były bulaje więc Sturm mógł dostrzec deszcz wciąż chłoszczący świat. Nadbudówka pokładowa podzielona była na dwa pokoje. Pierwszy, do którego właśnie weszli, urządzony był jak normalna sterówka na statku. Koło sterowe znajdowało się bliżej części dziobowej, która była dosłownie pokryta wielką ilością szklanych tafli. Od podłogi do powały, wszędzie można było dostrzec różnego rodzaju dźwignie oraz przedziwne mierniki z napisami taki jak: Wysokość, Wskazywana Prędkość Wiatru a nawet Natężenie Rodzynek w Śniadaniowych Muffinkach.
   Kitaira przedstawiła oboje gnomowi. Jego oczy się wyraźnie rozszerzyły a na twarz wypłynął dobrotliwy uśmiech gdy dowiedział się, że Sturm jest potomkiem starej Solamnijskiej rodziny. Z czystej, gnomie ciekawości, zaczął wypytywać o przodków Kitiary. Całkowicie zignorowała wypytywanie i opisała mu dotychczasową podróż obojga, jej cele oraz ogólną frustrację spowodowaną utratą wierzchowców.
- B-b-być może b-b-będę mógł pomóc – powiedział gnom – Moje imię brzmi TenKtóryJąkaSię
PrawieZawszeWPołowieTechnicznychWyjaśnień…
   Sturm przerwał, znając już długość gnomich imion.
- Proszę! Jak nazywają cię ci co do rasy gnomów nie przynależą?
   Gnom westchnął i powiedział bardzo powoli:
- Nazywają mnie cz-cz-często Stutts co jest zupełnie niewłaściwym skrótem mego prawdziwego imienia. We wspólnej mowie brzmi Jąk!
- Posiada jednak zaletę zwięzłości – powiedział Sturm.
- Zwięzłość, mój szanowny rycerzu, nie jest zaletą w oczach tych, co kochają wiedzę dla niej s-s-samej.
   Stutts zaplótł serdelkowate palce na okrągłym brzuchu.
- Chciałbym zaoferować wam p-p-posadę, jaką, w zaistniałej sytuacji, będziecie zainteresowani.
- Jakiego rodzaju posadę? – spytała Kitiara.
- Moi k-k-koledzy i ja dzisiaj przyjechaliśmy z Caergoth.
   Natychmiast przypomnieli sobie dziwaczne zdarzenia na gnomim statku w porcie Caergoth.
- P-p-przyjechaliśmy do tego regionu, bowiem Solamnia słynie z wszystkim z-z-znanych potężnych burz.
   Sturm otarł wysychający wąs wierzchem dłoni.
- Szukaliście burz?
- D-d-dokładnie. Błyskawice są niezbędne do prawidłowej pracy naszej m-m-machiny.
   Stutts uśmiechnął się i czule poklepał oparcie krzesła.
- Czyż nie jest p-p-piękna?  Nazywa się Mistrz Chmur.
- A co takiego robi?
- L-l-lata.
- Oh, oczywiście – Kitiara lekko zachichotała – Gnomy są takie pomysłowe. Tylko co to ma wspólnego ze Sturmem i ze mną?
   Nieiwelka buzia Stuttsa pokryła się głębszym odcienie różowego.
- Ekhm. M-m-m-mieliśmy niewielkiego p-p-pecha. Rozumiecie, kalkulując o-o-optymalny stosunek udźwigu d-d-do masy Mistrza Chmur, k-k-ktoś zapomniał uwzględnić efekt posadowienia na glebie w zaawansowanym stopniu n-n-nawodnienia.
- O czym ty gadasz!
- U-u-utknęliśmy w błocku – powiedział Stutts i znów się zaczerwienił.
- I teraz chcesz, żebyśmy was z tego wyciągnęli? – spytała Kitiara.
- W zamian z-z-za co z wdzięcznością was dostarczymy drogą p-p-powietrzną do dowolnego punktu na Krynnie. Enstar, B-B-Balifor, czy też dalekie Karthay…
- Zmierzamy na Równiny Solamnijskie – odparł Sturm – Tylko tam zamierzamy dotrzeć.
   Kitiara wbiła łokieć w żebra Sturma.
- Chyba nie bierzesz tego małego lunatyka serio, co? – syknęła samym kącikiem ust.
- Znam gnomy – odparł – Ich wynalazki działają, i to z zadziwiającą regularnością.
- Ale ja nie…
   Stutts lekko podskoczył.
- Pewnie będziecie ch-ch-chcieli to o-o-omówić. Sugeruję toaletę, d-d-dobry posiłek a potem decyzja? Na pokładzie mamy toalety jakich jeszcze nigdy nie w-w-widzieliście.
- Tego jestem pewna – mruknęła Kitiara.
   Zgodzili się najpierw na kąpiel a potem będą mogli zjeść obiad z gnomami. Stutts pociągnął za lekki łańcuch zwieszający się z powały nad kołem sterowym. Głęboko gardłowe AH..OO..GAH! rozbrzmiało echem przez cały ten latający statek. Młody gnom w przetłuszczonym odzieniu oraz z bardzo czerwonymi, krzaczastymi brwiami pojawił się na wezwanie.
- N-n-naszym gościom pokaż stanowisko oczyszczania – powiedział Stutts.
   Krzaczasto brewy gnom zagwizdał w odpowiedzi całą serię dźwięków.
- N-n-nie, jedno na raz – odparł Stutts.
   Krzaczasty zagwizdał ponownie.
- On zawsze tak gada? – dopytywała Kitiara.
- Tak. Mój k-k-kolega … (tutaj zarecytował około pięciominutowo brzmiące imię)… opracował teorię mówiącą, że jezyk mówiony p-p-pochodzi od ptasich treli. Możecie go zwać… Stutts przerwał i popatrzył na gwizdującego gnoma, który zaćwierkał i zacykał. Stutts kontynuował .. Birdcall.
   Birdcall zabrał Sturma i Kitiarę pod pokład, w stronę rufy. Tam też, ciągle pogwizdując i wymachując rękami, wskazał dwie kabiny po dwóch stronach korytarza. Na drzwiach obu kabin był identyczny napis:
SZYBKIE I HIGIENICZNE STANOWISKO OCZYSZCZANIA
UDOSKONALONE I DOSTARCZONE DO LATAJĄCEGO MISTRZA CHMUR
PRZEZ GILDIĘ MISTRZÓW HYDRODYNAMIKI I PODRÓŻY
ORAZ PRAKTYKANTÓW Z
GÓRY NIEWAŻNE
POZIOM DWUNASTY
SANCRIST
ANSALON
KRYNN
   Sturm popatrzył od drzwi na Kitiarę.
- Myślisz, że to działa?- spytał.
- Jest tylko jeden sposób – odparła.
   Zrzuciła z głowy brudny ręcznik i cisnęła go na podłogę. Wkroczyła do kabiny przez otwarte drzwi a one zamknęły się za nią z cichym trzaskiem.
   Płytki na ścianie wewnętrznej stanowiska oczyszczania były pokryte napisami. Kitiara rzuciła kątem oka na tą pisaninę. Niektóre napisy szły w poziomie, lecz inne były napisane pionowo. Większość z nich dotyczyła prawidłowej technicznie procedury kąpieli. Inne były kompletnie nonsensowne – znalazła nawet linijkę tekstu deklarującego, że „absolutną wartością gęstości występowania rodzynek w doskonałych muf finkach jest szesnaście”. Inne napisy byłu bardziej brutalne: „wynalazca tej stacji ma gnój zamiast mózgu”.
   Ściągnęła zwierzchnie odzienie i położyła je na wygodnie umieszczonym wiklinowym koszu. Weszła na lekko wzniesioną drewnianą platformę. Rozległ się dziwny, szorująco syczący dźwię i nagle woda zaczęła ją spryskiwać z rury umieszczonej nad głową. Zakoczyło ją to, więc szybkim ruchem zacisnęła rękę na tryskającym końcu rury. Jak tylko przerwała jeden natrysk to natychmiast zaczął się drugi, tym razem ze ściany po lewej stronie. Zatkała go palcem. No i wtedy zaczęła się prawdziwa bijatyka.
   Twarz zalewała jej woda, spływało po niej błoto, lecz zdołała posłyszeć podzwanianie i skrzypienie za plecami. Obróciła się szybko i to bez konieczności uwolnienia rynny. Kwadratowa część ściany była otwarta odkrywając połączone metalowe części, które zostały uwolnione i teraz sięgały właśnie do niej. Na końcu tych metalowych części był okrągły i szybko się obracający kłąb wełny. Ruch owczego runa wywołany był kołami i dźwigniami umieszczonymi na bokach metalowych części.
- Żeby teraz być bez miecza! – głośno powiedziała Kit.
   Metalowy pręt się zawahał lecz jednak się do niej zbliżył. Na decyzję miała tylko chwilę. Podjęła wyzwanie i uwolniła rury. Woda runęła na nią zmywając szybko całe błocko z ciała. Kitiara tymczasem mocowała się z wirującym kłębem wełny chwytając go mocno oburącz. Bloczki zaskomlały a przewody brzęknęły.
   W końcu udało się jej przełamać metalowy pręt na pierwszym złączu. Woda przestała się lać. Kitiara stała ciężko dysząc a woda szybko spływała przez otwory odpływowe w podłodze. U drzwi dało się słyszeć głośne pukanie.
- Kit? – wołał Sturm – Skończyłaś?
   Zanim zdążyła odpowiedzieć na głowę jej zleciał spod sufitu ciężki kawał materiału. Wrzasnęła i wyprowadziła błyskawiczny cios pięścią w kierunku domniemanego napastnika, lecz uderzyła tylko powietrze. Ściągnęła z głowy materiał. To był ręcznik kąpielowy. Wytarła się dokładnie i owinęła kawałem materii. Sturm stał na korytarzu podobnie jak ona owinięty materiałem.
- Co za miejsce – powiedział a uśmiechał się szerzej niż Kitiara kiedykolwiek widziała.
- Muszę zamienić ze Stuttsem parę słów! – stwierdziła.
- Coś nie tak?
- Zostałam tam zaatakowana!
   Pojawił się Stutts.
- Jakiś p-p-problem?
   Kitiara już miała wykrzyczeć swoje żale gdy zorientowała się, że Stutts wcale nie mówił do niej. Krzątał się teraz przy otwartym panelu w ścianie. Wewnątrz leżał na podłodze splątany z trójnogim stołkiem gnom wyglądający na ciężko udręczonego. Na poziomie pasa gnom miał przymocowaną korbę ręczną oznaczoną jako StacjaOczyszczaniaNumer2… UrządzenieSzorowaniaRotacyjnego.
- Czy ja z tym walczyłam? – spytała Kitiara.
- Na to wygląda – odparł rozweselony Sturm – Biedny facet po prostu wykonywał swoją robotę. Ten kłąb wełny wygląda na myjkę, on tylko szorował.
- Sama potrafię się szorować, dzięki serdeczne – kwaśno odparła Kit.
   Stutts otarł twarz rękawem.
- To wszystko t-t-takie stresujące. Muszę prosić, Pani Kitiaro, żeby n-n-nie niszczyła pani maszynerii. Będę musiał teraz pisać raport i to w p-p-pięciu egzemplarzach do Gildii Aerostatyki.
- Będę miał na nią oko – powiedział Sturm – Kit ma tendencję do rozwalanie rzeczy, których nie rozumie.
   Korytarzem nadchodził Bircall coś wściekle wygwizdując. Stutts gwałtownie się rozjaśnił.
- Och, d-d-dobrze. Czas na o-o-obiad.
   Gnomy spożywały obiad w rufowej części nadbudówki. Długi, deskowy stół był opuszczany z powały zupełnie jak na statkach oceanicznych, tyle że gnomy troszkę „poprawiły” żeglarski system i krzesła do siedzenia też wisiały na linach. Wszyscy więc radośnie kiwali się na wszystkie strony. Sturm i Kitiara musieli wcisnąć się w taki wąski szereg krzeseł byle tylko jakoś znaleźć się przy stole. Obiad był dość zwyczajny: fasola, szynka, muf finy i słodki cydr. Stutts przepraszał gorąco: otóż nie mają technicznie wykształconego kucharza na pokładzie. Dwójka wojowników była za to wdzięczna niebiosom.
   Gnomy jadły pośpiesznie i bez rozmów (tak było bardziej efektywnie). Widok dziesięciu kiwających się, łysych głów któremu towarzyszył dźwięk łyżek skrobiących o dna talerzy był nieco denerwujący. Sturm odkaszlnął o rzekł.
- Sądzę, że oboje powinniśmy się przedstawić…
- Wszyscy wiedzą, kim jesteście – odparł Stutts nie podnosząc głowy – R-r-rozesłałem memorandum gdy byliście oczyszczani.
- Więc może ty przedstawisz całą załogę – rzekła Kitiara.
   Stutts gwałtownie się wyprostował.
- T-t-to nie załoga! Jesteśmy k-k-kolegami!
- Proszę o wybaczenie! – Kitiara wywróciła oczami.
- Wybaczam – szybko wsunął w usta ostatnią fasolę – Jeżeli jednak naciskasz…
   Stutts ześlizgnął się z wiszącego krzesła i przemaszerował wzdłuż linii wciąż jeszcze jedzących gnomów. W spaób wywołujący tylko ziewanie zaczął opisywać profil działania i imię każdego z kolegów dołączając do tego krótkie imię jakiego mieli używać „ci, co nie należą do rasy gnomów”.
   Sturm szybko wydestylował z tego słowotoku to co należało zapamiętać:
Birdcall, główny mechanik odpowiedzialny za silnik,
Wingover, prawa ręka Stuttsa, rządzi wszystkim w czasie lotu,
Sighter, astronom i gwiezdny nawigator,
Roperong, ekspert od lin, linek, cięgieł, materiałów i tak dalej,
Fitter, praktykant u Roperinga,
Flash, odpowiedzialny za przechowywanie i zbieranie lamp,
Bellcrank, główny metalurg i chemik,
Cutwood, główny cieśla, stolarz i odpowiedzialny za wszystko co nie jest metalowe,
Rainspot, meteorolog i lekarz z powołania.
- Jak doszło do tego, że zbudowaliście to, ekhm, „urządzenie” – pytał dalej Sturm.
- A to juest część mojego Życiowego Dzieła – odparł Wingover, gnom troszkę wyższy od średniej dla gnomów i z jastrzębio wygiętym nosem – Całkowita i udana nawigacja powietrzna – to moje zadanie. Po latach eksperymentów z latawcami spotkałem naszego przyjaciela Ballcranka, który niezwykle rozrzedzone powietrze, które z kolei zamknięte w specjalnej torbie, lata i podtrzymuje inne ważące obiekty.
- Niedorzeczność! – rzekła Sighter – To całe eterealne powietrze to zwykły humbug!
- No, tylko posłuchajcie tego gwiazdogapidła – kpiąco rzekł pulchniutki Bellcrank – Jak sądzisz, jakim sposobem dolecieliśmy aż tutaj z Caergoth, co? Magicznie>
- Wspierają nas skrzydła! – odparł gorączkowo Sighter – Współczynnik udźwigu jasno wskazuje…
- To było eterealne powietrze! – zgromił go Rainspot siedzący obok Bellcranka.
- Skrzydła! – wrzasnęła chórem strona stołu po której siedział Sighter.
- Powietrze! – zawołali sprzymierzeńcy Bellcranka.
- Koledzy! K-K-Koledzy! – wołał Stutts prosząc o ciszę wzniesionymi ramionami – celem naszej ekspedycji jest określenie z naukową dokładnością m-m-możliwości Mistrza Chmur. Nie spierajmy się więc niepotrzebnie na tematy teoretyczne niż d-d-dane nie będą dostępne.
   Gnomy siadły w ponurej ciszy. Deszcz wciąż dudnił o dach nad stołem za którym zapadła teraz ambarasująca cisza. Nagle Rainspot wzniósł oczy ku górze, spojrzał na ciemne panele powały i powiedział.
- Deszcz zaraz przestanie.
   Kilka sekund później ustało ciągłe dudnienie deszczu o dach.
- A ten skąd to wiedział! – spytała Kitiara.
- teorie są tu różne – powiedział Wingover – Nawet teraz komitet obraduje na Sancrist i rozpatruje talent naszego kolegi.
- jak mogą studiować jego talent gdy on jest tutaj? – zdumiewał się Srurm, lecz jego zdumienie zostało całkowicie zignorowane.
- To chodzi o jego nos – powiedział Cutwood.
- Jego nos? – pytała Kitiara.
- Z powodu jego wielkości a także kąta zawartego pomiędzy nozdrzami Rainspota może on wyczuwać zmiany zachodzące w ciśnieniu powietrza i jego wilgotności po prostu oddychając.
- Bzdury! – stwierdził Ropering.
- Bzdury – zabrzmiał jak echo Fitter, siedzący obok Roperinga najmniejszy i najmłodszy z gnomów.
- Chodzi o jego uszy – ciągnął Ropering – Może słyszeć jak krople deszczu przestają spadać z chmur zanim jeszcze ostatnie z nich sięgną gruntu.
- Duby smalone! – to znów odezwał się Sighter – Każdy głupek dostrzeże, że to jego włosy. Może odczuć jak korzonki włosów się skręcają gdy wilgotność powietrza…
   Bellcrank, siedzący dokładnie naprzeciw Sightera, złapał muf finkę ze stołu i trzepnął nią rywala w brodę. Flash i Fitter dopadli potrzaskanej muffinki i ją otworzyli.
- Dwanaście, trzynaście, czternaście – liczył Flash.
- Co on wyczynia – spytał Sturm.
- Liczy rodzynki – odparł Stutts – To jego obecny projekt badawczy: określić światową średnią gęstość występowania rodzynek w muf finkach.
   Kitiara oparła twarz o dłonie i lekko zawyła. Skończyło się fiasko obiadowe więc gnomy opuściły latający statek by zdemontować ekwipunek na łące. Kitiara i Sturm, teraz już wysuszeni i ubrani, ruszyi do swego obozowiska w figowym zagajniku żeby pozbierać swe rzeczy. Burza się już wyszalała i nawet pomiędzy postrzępionymi chmurami zaczęły błyskać gwiazdy.
- Czy my dobrze robimy? – pytała Kitiara – Przecież te gnomy nawet własnych sznurowadeł nie pamiętają zawiązać.
   Sturm popatrzył wstecz i przyjrzał się machinie leżącej teraz zagrzebanej w błotnistym polu.
- Im rzeczywiście brakuje zdrowego rozsądku, lecz są niezmordowani i twórczy. Jeżeli są w stanie dostarczyć nas wysoko na Rownini Solamni w jeden dzień, to ja na ten przykład, nie mam żadnych obiekcji w pomaganiu im w wygrzebywaniu się z błota.
- Nie wierzę, że ta rzecz ogóle może latać – odparła – Nie widzeliśmy jak lata. Z tego, co można przypuszczać to burza ją tu przywiała.
   Dotarli do rozmokłych szczątków swego obozowiska i pozbierali rozproszone rzeczy. Kitiara zarzuciła na ramię siodło Piry.
- Cholera z tym koniem – powiedziała – Od źrebaka ją chowałam, lecz ona nigdy się nawet nie obejrzała gdy wreszcie zdołała się wyrwać. Założę się, że jest teraz w połowie drogi do Garnet.
- Obawaim się, że Tallfox mógł mieć na nią zły wpływ. Tirien ostrzegał mnie, że to płochliwe zwierzę.
- Kto wie, czy Tallfox nie miał racji – zastanawiała się Kit.
- Jak to?
   Dziewczyna przywiązała mokry śpiwór do siodła.
- Jeżeli gnomy mogą choć w połowie tyle, co gadają, to możemy jeszcze żałować, że też nie uciekliśmy przed tą burzą.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#6 2017-10-05 11:26:58

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Mrok i Światło

Rozdział 6

1,081 godzin i
29 min

- Wyżej! Wyżej! Wstawić tą belką na miejsce! – Sturm stękał wobec potężnego ciężaru latającego statku gnomów. Siłowali się teraz wraz z Kitiarą z z ledwie obrobioną drewnianą belką, jaką wykonali wbrew protestom gnomów. Surowa dźwignia! Protest gnomów był bardzo glośny. Bellcrank dowodził, że najmarniejszy z gnomów potrafiłby zaprojektować urządzenie do podnoszenia ciężarów co najmniej dziesięć razy lepsze. Wymagałoby to oczywiście zaangażowania komitetu w celu przeanalizowania wytrzymałości lokalnego frewna oraz wyliczenia prawidłowego punktu podparcia dla podniesienia staku.
- Nie! – upierała się Kitiara – Jeżeli chcecie naszej pomocy przy wydobyciu statku z błota to zrobimy to na nasz sposób.
   Gnomy zaczęły wzruszać ramionami i drapać się po nagich policzkach. Ludzie zawsze robią wszystko najbrutalniejszą metodą; jak im zaufać?
   Do kadłuba statku gnomy przytoczyły kikanaście potężnych kamieni. Będą stanowić punkt podparcia. Kiedy tylko Sturm i Kitaiara zdołali doprowadzić statek do poziomu gnomy wpakowały podeń grubą belkę by zacząc całość podnosić. Była to powolna, ciężka i wymagająca wiele potu robota, lecz już w południe następnego dnia po burzy latający statek stał na równej stępce.
- Problem jest – oznajmił Wingover.
- Co znowu? – spytała Kitiara.
- Podwozie lądujące statku musi mieć zapewnioną mocną nawierzchnię po której będzie się toczyć. Koniecznym więc jest zbudowanie drogi. O patrz; wykonałem obliczenia jak wiele kruszywa i cementu będzie trzeba…
   Kitiara wyrwała mu paier z rąk i podarła na strzępy.
- Nieraz już robiłam utwardzanie błota – powiedziała – po prostu pakując słomę i gałęzie w koleiny.
- Może zadziałać – powiedział Sturm – Chociaż to coś jest cholernie ciężkie.
   Pogadał chwilkę ze Stuttsem, który natychmiast odsunął wszystkie gnomy od jakże ważnych (acz kompletnie bezużytecznych) prac „usprawniających” i posłał je do zbierania połamanych po wichurze gałęzi drzew i krzaków. Wszyscy ruszyli poza Bellcrankiem, który zajęty był swymi dzbanami z proszkiem i butlami śmierdzących płynów.
- Muszę się zająć najważniejszym obowiązkiem, wytworzeniem eterealnego powietrza – powiedział napełniając żelazne naczynie z beczułki – Gdy powietrze w worku stanie się lżejsze pomoże zmniejszyć ciężar statku.
- Zrób tak – odparła Kitiara.
   Oparła się o kadłub i obserwowała. Nigdy nie przepadała za wyczerpującą pracą. Praca jest dla tępaków i prostaków jak mawiała. Nie dla wojowników.
   Gnomy wróciły z niezbyt imponującym naręczem gałązek krzewów.
- Dziewięciu was i tylko tyle zdołaliście zebrać? – zdumiewał się Sturm.
- Ropering i Sighter nie potrafili uzgodnić jakiego rodzaju patyki są potrzebne a więc działając zgodnie z duchem współpracy nie zbieraliśmy żadnego z rodzajów o jaki się spierali – powiedział Wingover.
- Wingover – błagalnym tonem rzekł Sturm – proszę, powiedz Roperigowi i Sighterowi, że rodzaj drewna nie odgrywa żadnej roli. Po prostu potrzebujemy czegoś suchego żeby koła mogły po tym jechać.
   Najwyższy z gnomów cisnął wiązkę patyków i poprowadził resztę z powrotem pomiędzy drzewa.
   W międzyczasie Bellcrank zdołał wciągnąć Kitiarę do pomocy w rozpaleniu torby powietrznej Mistrza Chmur. Na ziemi, blisko statku, ustawił ceramiczną rurę o średnicy około pięciu stóp. Nasypał sproszkowanego żelaza i innych kawałków metali i wygładził wszystko wokół krawędzi.
- Odsuń to teraz! – powiedział do Kitiary.
   Obniżyła drewnianą kopułę wyglądającą jak nakrycie baryłki, na górną krawędź ceramicznej rury. Bellcrank od razu zaczął się uwijać i uklepywać wokoło złączenia natłuszczoną taśmę ze skóry.
- Musi być szczelne – wyjaśnił – Albo powietrze et realne ucieknie na boki i nie wypełni torby.
   Podniosła gnoma i posadziła go na szczycie baryłki. Korkociągiem wyjął wielki korek ze szczytu beczki.
- Daj mi tamten wąż – powiedział.
- To? – spytała Kitiara podnosząc wiotką rurę z takniny.
- Dokładnie to.
   Podałs mu a on zawiązał go na szyjce krućca.
- A teraz – zawołał – czas na witriol!
   W wysokiej trawie czekały już trzy, spore szkalne balony. Kitiara podeszła by podnieść jeden z nich.
- Uff! – sapnęła – Śmierdzi jak beczka starego ale!
- To jest skoncentrowany witriol. Bądź ostrożna; nie rozlej bo się możesz ciężko poparzyć.
   Podniosła ciężki balon i umieściła obok węża.
- Nie spodziewasz się chyba, że zajmę się nalewaniem tego świństwa, co?
- Oczywiście, że nie! – odparł Bellcrank – Opracowałem najwydajniejszą metodę, która pozwoli obejść tą paskudną robotę. Czy mogłabyś podać mi Wspaniały Syfon Bezustnikowy?
   Kitiara zaczęła się rozglądać, lecz nie dostrzegła niczego, co mogłoby być Wspaniałym Syfonem Bezustnikowym. Bellcrank wskazał palcem.
- Tam, tam. To coś co wygląda jak miech.. Tak.
   Podała mu ten bezustnikowy syfon. Bellcank wsadził dziób miecha do balonu i jednym pociągnięciem roszerzył jego uchwyty. Poziom złowrogiego płynu w balonie opadł o jakiś cal.
- O właśnie! – tryumfalnie zawołał gnom – Żadnego zasysania do węża. Żadnego rozlania.
   Wsadził dziób miecha w otwór beczki w którym uprzednio był korek i wypchnął cały witriol.
- Ha, ha! Technika gnomów po raz kolejny pokonała ignorancję!
   Takie syfonowanie Bellcrank powtórzył jeszcze czterokrotnie nim Kitiara zauważyła, że ze skórzanych miechów Wspaniałego Syfona Bezustnikowego wydostają się jakieś opary.
- Bellcrank! – zaczęła z niejakim wahaniem.
- Nie teraz! Proces rozpoczęty i teraz musi być kontynuowany w równym tempie!
- Ale syfon…!
   Kropla witriolu wyciekła przez dziurę jaką mocny kwas wyżarł w ściance syfonu i chlapnęła na but Bellcranka. Nie zachowując już żadnej ostrożności cisnął precz syfon i zaczął skakać wokoło na jednej nodze jednocześnie starając się desperacko ściągnąć z drugiej but. Witriol zdążył już przeżreć sznurówki więc potężnym kopniakiem posłał Bellctrank swój but w powietrze. Nos powracającego Fittera but minął ledwie o włos.
- Och, na Reorxa! – smutno westchnął bellcrank.
   Wspaniały Syfon Bezustnikowy był już tylko kupką dymiących fragmentów.
- Nieważne – powiedziała Kitiara.
   Objęła ramionami mocno kolejny dzban z witriolem i twardo stanęła na stopach.
- Hej – jup! – warknęła i podniosła balon do poziomu Bellcranka.
   Skierował od razu otwór balonu prosto do beczki i po chwili stały strumień kwaśnego płynu popłynął do generatora powietrza eterealnego. Wąż prowadzący od beczki do torby powtrznej zaczął się wypełniać. Obwisła na razie torba zaczęła się wypełniać i powoli rosła we wszystkich kierunkach. Po chwili już całkowicie napięła sieć w jakiej była umieszczona. Napięły się wszystkie liny i bloki. Wielka torba zaczęła silnie szarpać więżącymi ją linami. Na sygnał Bellcranka Kitiara opuściła ciężki balon.
   Wokół dziobu przeszła gromadka gomów na czele ze Sturmem.
- Koleiny są pełne gałęzi – powiedział.
- Torba jest pełna powietrza eterealnego – odparł Bellcrank.
- Moje plecy mnie zamordują – powiedziała Kitiara – Co teraz?
- L-l-lecimy – odparł Stutts – Wszyscy k-k-koledzy na stanowiska lotne!
   Stutts, Wingover i dwoje ludzi przeszło do przedniego końca nadbudówki. Pozostałe gnomy ustawiły się w linię przy relingu.
- Uwolnić balast! – zawołał Wingover.
- Uwolnić b-b-balast! – krzyknął Stutts w otwarty bulaj.
   Gnomy złapaly długie, ciężkie, wyglądające jak kiełbasy torby zwisające po drugiej stronie relingu. Ich dolne końce zostały otwarte a pisek wysypano. Gnomy wyrzucały pisek za burtę zasypując sobie jednako oczy jak i wywalając połowę gdzie trzeba. Trwało to trochę, lecz nagle Sturm poczuł, że pokład pod jego stopami się unosi. Kitiara otworzyła szeroko oczy i natychmiast chwyciła się brązowego pałąka biegnącego wokół koła sterowego na wysokości barków przeciętnego gnoma.
- Rozłożyć przednie skrzydła – zawolał Wingover.
- R-r-rozłożyć przednie s-s-skrzydła! – powtórzył do otwartego bulaja Stutts.
   Oparł się od razu o dźwignię wielkości samego Stuttsa i popchnął ją do przodu. Zadzwoniło, zaskrzypiało i skórzaste „żagle” jakie ludzie zauważyli przy burtach poprzedniego dnia rozłożyły się w długir, trochę nietoperzowa te, skrzydła. Kozi skóra pokrywajaca żebra skrzydeł była brązowa i przezroczysta.
- P-p-przednie skrzydła rozłożone – raportował Stutts.
   Skrzydła złapały wiatr i dziób uniósł się o cal, może dwa nad poziom gruntu.
- Rozłożyć tylnie skrzydła!
- R-r-rozłożyć tylnie skrzydła!
   Nieznacznie szersze i dłuższe skrzydła rufowe dosłownie rozkwitły z tyłu nadbudówki.
- Postawić ogon!
      Gnomy na pokładzie przyniosły długie drzewce i  zamocowały je na rufie. Ropering i Fitter wdrapali się po nim i liny do bloków z hakami. Rozwinęli zestaw żeber w kształcie wiatraka, również jak żaglae, pokrytych kozią skórą. Przez cały ten czas Mistrz Chmur tylko się kiwał i uderzał o ziemię.
   Wingover zdjął pokrywkę z gadającej rury.
- Hej, Birdcall, jesteś tam?
   Odpowiedział mu ćwierkający gwizd.
- Powiedz Flashowi, żeby uruchomił silnik.
   Najpierw coś zaskwierczało a potem rozległ się głośny trzask i pokład pod stopami widocznie zdrał. Wingover obrócił rączkę brązowego pierścienia i nacisnął kolejną dźwignię. Wielkie skrzydła uniosły się powolnie w tym samym tempie. Mistrz Chmur utracił kontakt z ziemią. Skrzydła opadły składając się do dołu też jednocześnie. Latający statek skoczył do przodu a jego koła wydostały się z błota i teraz uderzały o połamane gałęzie. Wingover chwycił koło sterowe w obie, niewielki dłonie i pociągnął. Koło przesunęło się w jego stronę a dziób statku został zadarty, skrzydła klapały jak rozwścieczone i nagle Mistrz Chmur uniósł się w powietrze prosto w błękit popołudniowego nieba.
- Hurra! H-H-hurra! Wołał Stutts nieprzytomnie podskakując.
   Mistrz Chmur piął się ciepliwie do góry. Wingover odsunął do przodu koło i dziób statku zanurkował. Kitiara krzyknęła i stracił oparcie dla stóp. Sturm puścił reling starając się ją złaspać i również upadł. Potoczyli się oboje w stronę jednej z dźwigni i wytrącili ją z dotychczasowego położenie co natychmiast zatrzymało ruch skrzydeł. Mistrz Chmur zachwiał się i ruszył ostro do ziemi.
   Nastąpiło kilkanaście sekund kompletnej paniki. Sturm zdołał jakoś wyplątać się z zamieszania i pociągnął przesuniętą dźwignię w poprzednie położenie. Skrzydła aż zaśpiewały gdy napięta skóra zagarnęła powietrze. Stutts i Kitiara, wciąż jeszcze uwikłani w dziwnym splocie, poturlali się w stronę rufy. Drżący Wingover wyrównał lot.
- Sądzę, że pasażerowie powinni opuścić sterówkę – głos Wingovera jeszcze wciąż pobrzmiewał przerażeniem – Przynajmniej do czasu, aż nabędą „powietrznych nóg”.
- Pełna zgoda – powiedział Sturm.
   Jeszcze klęcząc uchwycił się klamki u drzwi i wydostał na pokład. Kitiara i Stutts wyczołgali się tuż za nim.
   Na pokładzie wiał silny wiatr, lecz mocno trzymając się relingu a wręcz oń opierając Kitiara była w stanie utrzymać się na nogach. Skrzydła poruszały się w dół i w górę w zgodnej harmonii. Kitiara powoli wyprostowała nogi. Ostrożnie wyjrzała za burtę.
- Wielki Ojcze Bitew! – krzyknęła – Musimy być parę mil ponad ziemią!
   Stutts dociągnął się jakoś do relingu i wystawił zań głowę.
- N-n-nie aż tak wysoko – zaznaczył – W-w-wciąż jeszcze możesz zobaczyć n-n-nasz cień na ziemi.
   To była prawda. Ciemny owal przesuwał się szybko po koronach drzew. Pojawił się na pokładzie Sighter z lunetą i od razu oznajmił, że znajdują się na wysokości 6,437.5 stopy.
- jesteś pewien? Domagała się Kitiara.
- Błagam – powiedział Sturm – Uwierz mu.
- Dokąd się kierujemy, Sighter? – pytała dalej.
- Dokładnie na wschód. Pod nami znajduje się Las Lemish. Za kilka minut znajdziemy się nad morzem Newsea.
- Ależ to jakieś siedemdziesiąt mil stąd – odezwał się siedzący na pokładzie Sturm – Naprawdę lecimy aż tak szybko?
- W rzeczy samej, a powinniśmy jeszcze przyśpieszyć – odparł Sighter.
   Pospacerował do burty, przytknął lunetę do oka i uważnie obserwował świat poniżej.
- To jest cudowne! – krzyknęła Kitiara i głośno roześmiała się na wiatr – Nie umiałam uwierzyć, że tego moecie dokonać, lecz wy to zrobiliście. Uwielbam to! Powiedz temu gwizdaczowi, żeby gnał najszybciej jak może!
   Stutts był chyba równie co ona podekscytowany, zgodził się. Obrócił się już, żeby wrócić do sterówki gdy zawołał go i powstrzymał Sturm.
- Dlaczego kierujemy się na wschód? – pytał – Dlaczego nie na północny wschód, w stronę Rownin Solamnijskich?
   Stutts odparł natychmiast.
- Rainspot m-m-mówi, że wyczuwa w tym kierunku jakieś turbulencje. U-u-uważa, że byłoby nieroztropnie przelatywać przez nie.
   Powiedziawszy to zniknął w sterówce.
- Sturm, popatrz tylko! – gadała Kitiara – To przecież wioska! Można dostrzec szczyty dachów i dymy z kominów… i bydło! Ciekawe, czy też tamci ludzie ,ogą nas dostrzec? Ale byłaby zabawa gdyby tak zlecieć im nad głowy zagrać na trąbach.. ta, ta, ta! Wystraszyć na najbliższe dziesięć lat!
   Stuem wciąż siedział na pokładzie.
- Nie jestem jeszcze gotowy, żeby wstać – powiedział nieśmiało – Nigdy jeszcze nie odczuwałem lęku przed wysokością. Drzea, wieże, szczyty gór mnie nigdy nie poruszały. Ale to…
- To jest cudowne, Sturm. Złap się relingu i spojrzyj w dół.
   No, muszę jednak wstać – pomyślał Sturm. Reguła wymaga aby rycerz patrzył w twarz niebezpieczeństwa z honorem i odwagą. Solamnijscy Rycerze nigdy jeszcze nie rozważali prawidłowego zachowania w czasie podróży powietrznych. Muszę dowieść Kit, że się nie boję. Sturm chwycił reling.
   Ojciec mój, Lord Angriff Brightblade, nie bałby się – powtarzał w myślach zbliżając się do relingu i podnosząc na kolana. W uszach waliło mu oszalałe tętno. Moc miecza, dyscyplina w bitwie niewiele mogły tu pomóc. To była cięższa próba. Stanąć oko w oko z nieznanym.
   Sturm wstał. Świat poniżej kręcił się jak rozwijająca się wstęga. Na horyzoncie już pobłyskiwały wody Newsea. Kitiara szalała na widok dostrzeganych już łodzi. Sturm wziął głęboki wdech i pozwolił by strach spadł z niego jak upaprane ubranie.
- Cudowne! – znowu wołała Kit – Mówię ci Sturm. Odwołuję wszystko, co kiedykolwiek nagadałam na gnomy! Ten latający statek jest przewspaniały! Można się nim dostać absolutnie wszędzie na świecie! Wszędzie! A pomyśl tylko, czego mógłby dokonać generał dowodzący armią takich staków. Żaden mur nie byłby dość wysoki. Żadna strzała nie mogłaby tu dosięgnąć. Żadne miejsce na Krynnie zdołałoby się obronić przed flotą takich latających statków.
- To byłby koniec świata – odparł Sturm – Miasta zburzone i splądrowane, farmy poniszczone, ludność pomordowana – byłoby chyba równie źle jak podczas Kataklizmu.
- Ty to zawsze znajdziesz ciemną stronę wszystkiego – odparła.
- To się już kiedyś zdarzyło. Dwukrotnie już smoki Krynnu usiłowały atakami z nieba podporządkować sobie świat. I dopiero Huma zdobył Smoczą Lancę i je pokonał.
- To było bardzo dawno temu. No i ludzie różnią się jednak od smoków – powidziała Kitiara.
   Sturm nie był tak całkiem przekonany.
   Cutwood i Rainspot wdrapali się po drabinie na dach sterówki. Stojąc na nim wypuścili ogromny latawiec. Trzepotał teraz na wietrze pochodzącym od skrzydeł i wiercił jak właśnie schwytany na wędkę pstrąg.
- Co ci dwaj tam robią? – spytała głośno Kitiara.
- Próba błyskawic – odparł Cutwood – Rainspot czuje błyskawice w chmurach.
- A to nie jest niebezpieczne? – spytał Sturm.
- Eh? – Cutwood przyłożył dłoń do ucha.
- Pytałem, czy to nie …
   Jaskrawo biały, rozwidlony pocisk pioruna uderzył w latawiec nim Sturm zdołał skończyć pytanie. Co prawda świeciło słońce a powietrze było czyste, to jednak z pobliskiej chmury wyskoczyła błyskawica i zmieniła latawiec w kupkę popiołów. Piorunowy pocisk gnał dalej po lince latawca i szybko przeskoczył na brązową drabinkę. Mistrz Chmur zatrząsł się a skrzydła opuściły jedno uderzenie. Po chwili jednak wróciły do stabilnego rytmu.
   Przypalonego Rainspota przenieśli razem do pokoju obiadowego. Twarz i ręce miał czarne od sadzy. Buty zostały zrzucone ze stóp a i skarpety udały się w ich ślady. Wszystkie guziki kamizelki były stopione. Cutwood przyłożył ucho do piersi Rainspota.
- Serce ciągle bije – orzekł.
   Zabrzmiał alarm okrętowy głośnym AH-OO-GAH! A z tuby głosowej dało się słyszeć:
- Wszyscy koledzy i pasażerowie udadzą się natychmiast do maszynowni.
   Stutts i reszta gnomów hurmem ruszyli do drzwi a ludzie poszli za nimi. Nagle Stutts się zatrzymał.
- A c-c-co z nim? – powiedział wskazując na nieprzytomnego Rainspota.
- Możemy go zanieść – powiedział Sighter.
- Możemy zrobić nosze – zawołał Cutwood i już sprawdzał kieszenie w poszukiwaniu papieru i ołówka by naszkicować odpowiedni projekt.
- Ja to zrobię – powiedział Sturm i zakończył dyskusję.
   Wziął na ręce niedużą istotę i ruszył.
   Na dole, w maszynowni zebrała się już cała załoga. Sturma najbardziej zaniepokoił widok Wingovera.
- Kto steruje statkiem? – spytał.
- Uwiązałem koło.
- Koledzy i pasażerowie – powiedział Flash – raportuję z przykrością: uszkodzony silnik.
- Nie musisz przepraszać – odparł Roperng – Wolimy raport.
- Zamknij się – rzekła Kitiara – Jak bardzo uszkodzony?
- Nie mogę go wyłączyć. Błyskawica stopiła przełącznik w pozycji „praca”.
- To nie tak źle – powiedział Sighter.
   Birdcall zgodnie zaświergotał.
- Przecież nie możemy tak sobie latać bez końca! – krzyknęła Kitiara.
- W rzeczy samej, nie możemy – odparł Flash – Szacuję, że mamy dość mocy by latać przez… sześć i pół tygodnia.
- Sześć tygodni! – razem wrzsnęli Sturm i Kitiara.
- Tysiąc osiemdziesiąt jeden godzin i dwadzieścia dziewięć minut. Za chwilkę mogę policzyć jeszcze sekundy.
- Trzymaj mnie, Sturm, bo go uduszę!
- Ćśś, Kit.
- A może odwiązalibyśmy skrzydła. To by nas zaniosło na dół – powiedział Ropering.
- Tak, i zrobiłoby milutką dziurę w ziemi przy uderzeniu – kwaśno odparł Bellcrank.
- Swoją drogą ciekawe, jak wielka byłaby to dziura.
   Cutwood otworzył notatnik w przypadkowym miejscy i zaczął natychmiast obliczenia. Pozostałe gnomy otoczyły go szczelnie oferując przeróżne poprawki do prowadzonych obliczeń.
- Przestańcie! Natychmiast! – zawłał Sturm.
   Twarz Kitiary była już czerwona z powodu źle ukrywanej wściekłości. Kiedy jednak gnomy nie zaszczyciły go nawet chwilową uwagą po prostu wyrwał obliczenia z rąk Cuttwooda. Gnomy się rozbełkotały.
- Jakim cudem osoby tak sprytne mogą być tak niepraktyczne? Żaden z was nie zadał jednego, najważniejszego pytania. Flash, czy możesz naprawić silnik?
   Błysk wyzwania narastał w oczach Flasha.
- Mogę! I naprawię! – wyciągnął z jednej kieszeni młotek a z drugiej klucz do śrub – Chodź, Birdcall, do roboty!
   Główny mechanik zaświergotał radośnie i poszedł w ślady Flasha.
- Wingover, jeśli będziemy lecieć tak jak teraz to gdzie zalecimy? – spytał Sturm.
- Skrzydła są ustawione na „wznoszenie” co oznacza, że będziemy coraz to wyżej i wyżej – odparł gnom i zmarszczył nos – Będzie zimno. Powietrze zrobi się rzadkie; to dlatego sępy i orły wyżej nie polecą. Mają za małe skrzydła. Mistrz Chmur chyba nie będzie miał takiego problemu.
- Będzie trzeba się ciepło ubrać – rzekł Sturm.
- mamy futra – odezwała się Kitiara, która zdążyła trochę opanować wściekłość – Nie wiem, co mogłyby założyć gnomy.
- Och, och! – Ropering zaczął machać ramionami żeby zwrócić na siebie uwagę – Mogę zrobić Osobiste Aparaty Ogrzewające z materiałów jakie mam w schowku na liny.
- Dobra, do roboty.
   Ropering natychmiast się oddalil w towarzystwie wręcz przyklejonego doń praktykanta. Fitter słuchał tak intensywnie, że wlazł pod silnik i dopiero stamtąd trafił do drzwi.
   Rainspot zajęczał. W całym tym podnieceniu Sturm zapomniał o dźwiganym obciążeniu i wciąż trzymał gnoma pod ramieniem jak jakiś bochen chleba. Posadził go teraz na pokładzie. Pierwszą rzeczą o jaką zapytał Rainspot był los jego latawca. Cutwood wujaśnił jak doszło do jego straty i łzy strumieniem popłynęły po policzkach gnoma. Płynąc w dół twarzy żłobiły jasne bruzdy w grubej warstwie sadzy.
- Jeszcze jedna sprawa, Wingover – odezwała się Kitiara – Powiedziałeś, że powietrze stanie się rzadsze. Czy rozumiesz przez to sytuację podobną do szczytów najwyższych gór?
- Dokładnie tak samo. Tylko bardziej.
   Oparła dłonie na biodrach i rzekła.
- Prowadziła raz oddział kawalerii przez najwyższe przełęcze Gór Khalikst. Było zimno, to prawda, lecz co gorsze z uszu leciała nam krew no i jeszcze nigdy nie miałam takich bólów głowy jak wtedy. Mdleliśmy po najmniejszym wysiłku. Dopiero szaman imieniem Ning przygotował jakąś miksturę do picia; trochę to nam pomogło.
- Cokolwiek prymitywny szaman może zdziałać m-m-magią to gnomy mogą zrobić t-t-technologią – powiedział Stuttts.
   Sturm wyjrzał przez bulaj w ścianie maszynowni prosto w ciemniejące niebo. Pierwszy szron już zaczął osiadać na zewnętrznej stronie szyby.
- Żyję taką nadzieją, przyjacielu. Życie nas wszystkich od tego zależy.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#7 2017-10-08 22:19:28

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Mrok i Światło

Rozdział 7

Hydrodynamika!

   Na pokładzie panowała cisza. Sturm szedł prawą burtą w stronę dziobu. Sighter zamontował tam teleskop na obrotowym wrzecionie a Sturm chciał się rozejrzeć dokoła. Nie było łatwo tak się przedzierać w grubym futrze, kapturze i jednopalczastych rękawicach, lecz uznał, że w pełnej zbroi byłoby chyba wiele gorzej.
   Klapanie skrzydeł było ledwo słyszalne podczas stałej wspinaczki Mistrza Chmur. Byli wciąż wyżej i wyżej. Latający statek przebił już wartwę miękkich, białych chmur, które pozostawiły na pokładzie i na rufie pokrywę śniegu. Jiedy jednak wydostali się z chmur w otwartą, czystą przestrzeń to powiew wiatru spod skrzydeł szybko zwiał cały śnieg.
   Wielkie kolumny oparów wyrastały wszędzie wokół. Potężne pnie błękitu i bieli wyglądające tak solidnie w świetle księżyca jakby wykonano je z marmuru. Sturm przyglądał się tym potężnym wieżom chmur przez teleskop Sightera, lecz jedyne co mógł dostrzec to tylko ich porzeźbiona, gładka i spokojna powierzchnia. Zupełnie jak zamrożone źródło.
   Przez ostatnią godzinę nie widział żadnego z gnomów. Wingover ponownie uwiązał koło sterowe i wszyscy zniknęli pod pokładem. Pracowali nad jakimiś pomysłami. Od czasu do czasu albu słyszał, albow ręcz czuł huki i trzaski gdzieś pod stopami. Kitiara natomiast, owinąwszy się dokładnie w lisie futra, poszła do jadalni i wyciągnęła na stole. Po chwili już drzemała.
   Sturm obrócił teleskop w lewo, gdzieś ponad sterczący dziób statku. Solinari świecił w głębokiej wyrwie pomiędzy potężnymi chmurami. Rozświetlał srebrem powietrze wokoło. Sturm jeszcze przyglądał się dziwnej budowie chmur; raz dojrzał w nich twarz, innym razem wóz a jeszcze innym razem konia stającego dęba. Było to piękne, lecz tak bardzo samotne. Przez moment poczuł się tak, jakby był na całym świecie jedynym człowiekiem.
   Zimno jednka przenikło przez ciepłą, ciężką odzież. Sturm zaczął zabijać ręce o ramiona byle tylko pobudzić ruch krwi. Za wiele to nie pomogło. Na koniec jednak porzucił mroźny posterunek i poszedł na powrót do jadalni. Popatrzył jak śpiąca Kitiara delikatnie się porusza wraz z kiwającym ruchem całego statku. I nagle coś wywęszył. Dym. Coś się pali.
   Sturm zakaszlał i zmarszczył nos. Kitiara się poruszyła. Usiadła w samą porę by ujrzeć wejście przedziwnej zjawy. Wyglodało to jak strach na wróble wykonany z puszek i liny, lecz ten strach miał dzban na głowie a z tyłu postaci wydobywał się dym.
- Cześć – powiedziała zjawa.
- Wingover? – spytała Kitiara.
   Mały strach na wróble sięgnął do góry i odkręcił z głowy dzban. Ukazała się jastrzębia twarz Wingovera.
- Co myślicie o wynalazku Roperiga? – spytał – Nazwał to coś Udoskonalony Osobisty Aparat grzewczy Model III.
- Model III ? – powiedział Sturm.
- Tak, pierwsze dwa prototypy nie okazały się sukcesem. Biedny Fitter został mocno poparzony w… no, przez jakiś czas będzie stał podczas obiadu. To był Model I. Model II wyrwał większość włosów Roperigowi. Ostrzegałem go, żeby nie uzywał kleju do Doskonałego Hełmu Obserwacyjnego.
   Wingover wzniósł ramiona i wykonał pełny obrót.
- Widzicie? Roperig przyszył spiralnie linę robiąc w ten sposób długą bieliznę, a potem polakierował całe ubranie by stało się wodo i wiatro szczelne. Ciepło pochodzi z tej kuchenki w puszce. O tu.
   Wskazał miejsce, gdzie została umieszczona miniaturowa kuchanka w garnuszku zamontowanym na plecach.
- Gruba świeca łojowa starczy na na jakieś cztery godziny a te paski cyny rozprowadzają ciepło po całym ubraniu.
   Wingover na koniec wreszcie opuścił ramiona.
- Bardzo pomysłowe – stwierdził obojętnie Kitiara – A czy cokolwiek zostało zrobione w sprawie silnika?
- Birdcall i Flash nie mogą uzgodnić przyczyny uszkodzenia. Birdcall upiera się, że leży ona błyskawicowych butlach Flasha, podczas gdy Flash twierdzi, że silnik jest zaspawany na pozycji „góra”.
   Kitiara westchnęła.
- Zanim ci dwaj uzgodnią co naprawiać to my z tego nieba wylecimy.
- A czy cokolwiek może latać tak wysoko jak my teraz?
- Nie ma raczej powodów, żeby inny latający statek nie potrafił doleciecieć na tą wysokość. Jest to raczej tylko kwestia sprawności aerodynamicznej – palnął w jeden i drugi przełącznik i dodał – Sądzę, że smoki też by zdołały tu dolecieć. Zakładając, że wciąż jeszcze istnieją.
- Smoki? – powtórzył Sturm.
- Smoki, to oczywiście, przypadek specjalny. Te naprawdę wielkie, Czerwone i Złote, mogły osiągać bardzo duże wysokości.
- Jak duże?
- Miały rozpiętość skrzydeł się gającą do 150 stóp. Czasem więcej – odparł Wingover, wyraźnie zadowolony z prowadzenia wykładu – Z całą pewnością mógłbym przeprowadzić obliczenia, bazując zwierzęciu pięćdziesięciu stopowym i ważącym czterdzieści pięć ton… oczywiście nie mogły zbyt dobrze szybować z powodu łusek…
- Zamarzamy już od środka – przerwała Kitiara zeskrobując szron z małego szklanego panelu.
   Pochuchała na oczyszczony przedmiot a ten natychmiast pokrył się mleczną bielą.
   Stutts zaczął się wspinać z dolnego pokładu po drabinie. Jego Osobisty Aparat Grzewczy zaczepił jednak o drabinę więc musiał poświęcić parę chwil by go uwolnić.
- W-w-wszystko w porządku? – spytał.
- Kontolr w porządku – odparł Wingover – Tyle, że wciąż się wznosimy. Wysokościomierz wyszedł już poza skalę więc Sighter musiałby dokonać obliczeń jak też wysoko się znajdujemy.
   Stutts klasnął w owinięte liną ręce.
- W-w-wspaniale! To go uczyni p-p-pprzeszczęśliwym!
   „Przywódca” gnomów gwizdnął w tubę głosową.
- S-s-słuchajcie wszyscy! S-s-sighter zamelduje się w sterówce!
   Po kilku sekundach po drabinie tupał się już mały astronom. Na ostatnim szczeblu się wywalił i padł na twarz. Kitiara pomogła mu wstać i wtedy ujrzała czemu był tak nieporadny. Swój dzbankowaty hełm założył tak dziwacznie, że właściwie zakrył sobie twarz i to wraz z brodą. Stustts i Kitiara trochę się natrudzili, lecz zdołali hełm odkręcić i zdjąć. Zszedł z głowy z głośnym „plup”!
- Na Reorxa! – sapnął Sighter – Zaczynałem się już obawiać, że uduszą mnie własne kłaki z brody!
- Czy masz ze swoje a-a-astrolabium? – spytał Stutts.
- Jak zawsze. Nie ruszam się bez niego.
- T-t-to idź na pokład i namierz parę g-g-gwiazd. Musimy wyznaczyć d-d-dokładną pozycję.
   Sighter tylko pstryknął palcami.
- Żaden problem!
   Wyszedł z nadbudówki przez jadalnię. Słyszeli nawet jak ciężko stąpa po dachu.
- Och, ho, ho! – rzekł Wingover tępo patrząc do przodu.
- O co chodzi? – spytał Sturm.
- Nadciągają chmury. Popatrz!
   Wlatywali właśnie w strefę pełną potężnych chmur. Nawet gdyby Wingover dał ostro na burtę w którąś stronę to i tak wpakowali by się w gęste obłoki.
- Lepiej chyba uprzedzę Sightera – powiedział Sturm.
   Podszedł do drzwi zamiarem zawołania do gnoma znajdującego się na dachu. Kiedy jednak otworzyl drzwi Mistrz Chmur właśnie wszedł w ścianę luminescencyjnej bieli.
   Na wąsach Sturma natychmiast osiadł szron. Śnieg wirował wokoło gdy zaczął nawoływać:
- Sighter! Sighter, schodź na dół!
   Zamrożona mgła stała się tak gęsta, że nie widział dalej jak stopę od własnego nosa. Musi iść po Sightera.
   Podczas wspinaczki po drabinie dwa razy się poślizgnął. Szczeble z brązu były już całkiem pokryte lodem, lecz Sturm jakoś zdołał go odbić używając rękojeści sztyletu jak młotak. Gdy tylko wychylił się powyżej linii dachu nadbudówki w twarz uderzył mu podmuch lodowatego wiatru.
- Sighter! – wołał – Sighter!
   Powierzchnia dachu stała się zbyt zdradliwa by niej stanąć więc Sturm wpełzał na nią na czworakach. Płatki śniegu zaczęły mu się zbierać w przerwie między kapturem a kołnierzem, tam się topiły i już jako woda spływały po karku. Ręka Sturma poślizgnęła się a on sam o mało nie prosto z dachu w dół. Wiedział, że po obu stronach nadbudówki jest jeszcze cztery stopy pokładu, lecz wciąż miał potworną wizję że oto wypada za reling ze statku i leci, leci, leci. Cutwood mógłby dokładnie wyliczyć jak wielką dziurę by w końcu wyznaczył.
   Dłoń Sturma uderzyła w oszroniony but więc spojrzał w górę. Sighter był na posterunku a astrolabium przymarzło mu do oka. Był cały pokryty przynajmniej calwą warstwą lodu! Śnieg już zaczynał zasypywać mu stopy.
   Sturm znów użył sztyletu by rozwalić lód wokół butów Sightera. Jego Osobisty Aparat grzewczy Model III musiał chyba zgasnąć bowiem gnom był całkowicie sztywny z zimna. Sturm złapał malutkie stopy istoty i pociągnął…
- Sturm! Sturm, gdzie jesteś? – wołała Kitiara.
- Na górze!
- Co wy wyczyniacie?! Obydwaj natychmiast do środka bo sobie gęby odmrozicie!
- Dla Sightera już za późno. Prawie, że go uwolniłem… czekaj, mamy go!
   Przesunął zesztywniałego gmoma przez krawędź dachu w otwarte ramiona Kitiary. Z godną pochwały zwinnością złapała go i popędziła w dół po drabinie do środka.
- Brr! A ja myślałem, że zimy w Zamku Brightblade były zimne!
   Ujrzał, że na szczęście Rainspot jest na miejscu i zajmuje się zamrożonym Sighterem.
- I co z nim? - spytał Sturm.
- Zimny – odparł Rainspot.
   Przyszczypnął drewnianą pęsetą czubek brody Sightera. Krótki ruch w nadgarstku i dolna część brody gnoma została odłamana.
- Ojoj, ojoj – gadał rainspot wciąż cmokając – Ojoj, ojoj.
   Sięgnął po astrolabium wciąż jeszcze tkwiące przy oku Sightera i z dłońmi Sightera zamarzniętymi na urządzeniu.
- Nie! – wrzasnęli jednocześnie Sturm i Kitiara.
   Próba wyłamania instrumentu skończyła by się chyba wyłupieniem oka Sighterowi i wyciągnięciem go z oczodołu.
- Z-z-zabierzcie go na dół i o-o-odmróźcie – powiedział Stutts – P-p-powoli.
- Ktoś musi podtrzymać mu stopy – powiedział rainspot.
   Stutts tylko westchnął i poszedł pomóc.
- Będzie chyba b-b-bardzo zły, że złamałeś mu b-b-brodę – powiedział.
- Ojej, może gdy go troszkę nawilżymy to krawędzie uda się zetknąć.
- N-n-nie bądź głupi. Nigdy nie zdołasz z-z-zetnąć dokładnie.
- Mogę załatwić trochę kleju od Roperiga…
   Zniknęli w luku prowadzącym na pokład z kojami. Sturm i Kitiara usłyszeli nagle potężny trzask więc oboje doskoczyli do otworu spodziewając się już, że zobaczą Sightera rozbitego na kawałki jak szklaną wazę. Nic z tego. Na podłodze leżał Stutts a Sighter ułożył się na nim. Natomiast Rainspot wisiał głową w dół z nogami zaplątanymi w szczeble drabiny.
- Ojej, ojej – mówił –ojej, ojej.
   Nie mogli powstrzymać się od śmiechu. Dobrze im to zrobiło, zwłaszcza po tak długim czasie wypełnionym niepokojem czy też jeszcze kiedykolwiek postawią stopy na solidnym gruncie Krynnu. Kitiara pierwsza przestała rechotać.
- To był szaleńczy popis, Sturm – powiedziała.
- Co?
- Ratowanie tego gnoma. Sam też mogłeś zamarznąć a wątpię, czy zdołałbyś się rozmrozić równie łatwo jak to pewnie pójdzie z Sighterem.
- Pewnie nie, zwłaszcza z Rainspotem jako lekarzem.
   Ku jego zaskoczeniu goroąco go objęła. Taki koleżeński uścisk zakończony palnięciem w plecy, że aż się zachwiał.
- Wychodzimy! Wychodzimy! – wołał Wingover.
   Kitiara wystartowała biegiem w stronę gnoma. Podskakiwał teraz z radości widząc jak biały szron odpada od latającego statku. Mistrz Chmur wydobył się na szczyt śnieżnej zawieruchy. Prosto w czysty przestwór. Przed nimi widniał ogromny, czerwony glob. Znacznie większy od słońca widzianego z powierzchni Krynnu. Niżej nie było nic poza nieprzerwaną pokrywą chmur powleczonych różem od blasku księżyca. Wszędzie wokoło migotały gwiazdy. Mistrz Chmur leciał prosto do czerwonego globu.
- O, hydrodynamiko! – westchnął Wingover.
   Było to najsilniejsze przekleństwo w języku gnomów. Ani Sturm, ani Kitiara nie potrafili nic dodać.
- Co to jest? – na koniec spytała Kitiara.
- Jeżeli moje obliczenia są słuszne, a jestem pewien że są, to to jest Lunitari, czerwony księżyc Krynnu – odparł Wingover.
   W luku pojawił się Sighter. Włosy miał przemoczone a złamana broda powiewała gdy gadał.
- Prawidłowo! Właśnie to odkryłem gdy nadleciał burza śnieżna! Jesteśmy o sto tysięcy mil od domu i lecimy prosto na Lunitari.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#8 2017-10-10 18:33:01

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Mrok i Światło

Rozdział 8

Czerwony księżyc

   Wszyscy obecni na statku zebrali się w jadalni. Reakcje na rewalyjne odkrycie Sightera okazały się mieszane. Gnomy, generalnie, były uradowane i podniecone podczas gdy ludzcy pasażerowie byli raczej zszokowani.
- Jakim cudem możemy kierować się do Lunitari? – wypytywała Kitiara – Przecież to tylko czerwona kropka na niebie.
- Och, nie – odparł Sighter – Lunitari jest ciałem niebieskim, dużym globem, tak jak Krynn i inne księżyce i planety. Szacuję, że jego średnica wynosi jakieś trzydzieści pięć tysięcy mil a odległość od Krynnu około stu pięćdziesięciu tysięcy mil.
- To mnie przerasta – odparł Sturm znużonym głosem – Jakim cudem mogliśmy zalecieć tak wysoko? Przecież lecimy wszystkiego nawet nie dwa dni.
- Tak naprawdę, określenie czasu na takich wysokościach to bardzo trudne zadanie. Przez długi czas nie widzieliśmy słońca, lecz sądząc z pozycji księżyców i gwiazd powiedziałbym, że jesteśmy w powietrzu pięćdziesiąt cztery godziny – powiedział Sighter kreśląc coś tam jeszcze na blacie – i czterdzieści dwie minuty.
- Jakieś inne r-r-raporty? – spytał Stutts.
- Skończyły się rodzynki – rzekł Fitter.
- Nie mamy już ani mąki, ani bekonu ani nawet cebuli – dodał Cutwood.
- A co z żywności w ogóle zostało – spytała Kitiara.
   Birdcall wydał z siebie dźwięk nie podobny do ćwierkania żadnego ptaka.
- Co on powiedział?
- Fasola. Sześć worków suszonej białej fasoli – odparł Roperig.
- A co z silnikiem? – pytał Sturm – Wiecie już, jak go naprawić?
   Ćwir-ćwir-pisk.
- Powiedział, że nie – przetłumaczył Bellcrank.
- Butle piorunowe trzymają doprawdy dobrze – raportował Flash – Według mojej teorii zimne, rozrzedzone powietrze daje mnie oporu skrzydłom więc silnik nie musi pracować tak mocno.
- Bzdury! – zwołał Bellcrank – Tu chodzi o moje powietrze eterealne. Całe to klapanie tylko spowalnia nasz lot. Gdybyśmy odcięli te głupie skrzydła do moglibyśmy dolecieć do Lunitari dwa razy szybciej.
- Aerodynamiczny idiotyzm! Ta wielka torba to tylko wielki opór!
- Dość tego! – krzyknął Sturm – Nie mamy czasu na takie bezprzedmiotowe dyskusje. Chcę wiedzieć co się stanie gdy dolecimy do Lunitari.
   Dziesięć par gnomich oczu popatrzyło na niego i mrugnęło jednocześnie. Robią to razem, pomyślał, tylko po to, żeby mnie zdenerwować.
- Więc?
- Wylądujemy? – powiedział Wingover.
- Jak? Przecież silnik się nie zatrzyma.
   W pomieszczeniu aż zawrzało gdy gdy umysły dziesięciu gnomów przełączyły się na intensywne myślenie.. Roperig zaczął się trząść.
- Co robi statek w niebezpieczeństwie gdy płynie prosto na mieliznę?
- Rozbija się i tonie – odparł bellcrank.
- Nie, nie! Rzuca kotwicę!
   Sturm i Kitiara szeroko się uśmiechnęli. No, nareszcie coś zrozumiałego. Niech diabli porwą piorunowe butle i powietrze eterealne… kotwicę rzuć!
- Czy mamy kotwicę? – spytał Fitter.
- Mamy kilka haków mocujących mniej więcej takiej wielkości – odparł Wingover pokazując dłońmi wymiar może jednej stopy – Nie zatrzymają Mistrza Chmur.
- Zrobię dużą – odezwał się Bellcrank – Jeśli tylko rozbierzemy kilka drabin i stalowych mocowań…
- Tylko co, jeśli zdołamy wyłączyć silnika? – rzekł Sturm – Przecież żadna kotwica na świecie nas wtedy nie zatrzyma.
   Kitiara pokiwała głową i poważnie popatrzyła na Stuttsa.
- I co ty na to? – spytała.
- Jak d-d-długo zajmie z-z-zrobienie kotwicy? – spytał Stutts.
- Przy pomocy reszty; pewnie ze trzy godziny – odparł Bellcrank.
- A k-k-kiedy uderzymy w Lunitari? – spytał teraz Sightera.
   Sighter napisał coś na blacie, potem wokół narożnika i wreszcie na drugiej stronie.
- Wygląda na to, że uderzymy w Luntari za pięć godzin i szesnaście minut.
- Flash i B-b-birdcall mają dalej pracować nad silnikiem. Jeżeli nie będzie innego w-w-wyjścia to możemy być z-z-zmuszeni do rozbicia silnika przed lądowaniem.
   Gnomy wystrzeliła gwałtowną erupcją niedowierzania i konsternacji. Ludzie też się sprzeciwili.
- Jak zdołamy wrócić kiedykolwiek do domu, jeżeli zniszczysz silnik? – naciskała Kitiara – Zostaniemy na zawsze uwięzieni na Lunitari.
- Jeżeli uderzymy t-t-to spędzimy tam znacznie więcej czasu a podobać się to nam będzie z-z-znacznie mniej – odparł Stutts – B-b-będziemy martwi.
- Fitter i ja zrobimy linę kotwiczną – stwierdził Roperig odchodząc na dół.
- Zapcham całą nadbudówkę kocami i poduszkami – zapferował Cutwood – Tym sposobem będziemy mieli jakąś amortyzację gdy już walniemy.. ekhm… wylądujemy.
   Gnomy rozeszły się do swych zadań podczas gdy Sturm i Kitiara pozostali w jadalni. Przez górny świetlik widać już było rozszerzający się szkarłat światła księżyca. Oboje spojrzeli w górę w stronę Lunitari.
- Inny świat – rzekła Sturm – Ciekawe, jaki on jest?
- Kto to może wiedzieć? Gnomy pewnie mają jakąś teorię; ja jestem tylko wojowniczką – powiedziała z westchnieniem Kitiara – Jeżeli dojdzie do tego, że zostaniemy tam uwięzieni to mam nadzieję, że będą tam jakieś bitwy do rozegrania.
- Zawsze są jakieś bitwy. Każde miejsce ma swoją wersję dobra i zła.
- Och, dla mnie nie ma znaczenia dla kogo walczę. Bitwa, to coś w czym jestem dobra. Nic nie może się złego przytrafić gdy masz miecz w dłoni i dobrego kompana obok.
   Wsunęła dłoń w ciężkiej rękawicy w jego rękę. Oddał uścisk dłoni, lecz nie potrafił rozproszyć obaw wzbudzonych przez jej słowa.
   Podniecone gnomy wykazywały ogromne pokłady energii. W czasie krótszym niż wymagałoby opowiedzenie o tym, Bellcrank wykuł monstrualną kotwicę z czterma pazurami i o potężnym ciężarze używając do tego przeróżnych metalowych części  znalezionych wszędzie na statku. W zapale dodawania wagi do swego dzieła Bellcrank posłużył się szczeblami drabin, kołatkami do drzwi, łyżkami z jadalni i tylko groźba użycia siły powstrzymała go przed demontażem większości zaworów Wingovera.
   Roperig i Fitter sporządzili odpowiednio potężną linę; w rzeczy samej to jej pierwsza wersja okazała się zbyt gruba by przejść przez ucho kotwicy przygotowanej przez Bellcranka. W tym czasie Cutwood napełnił jadalnię poduszkami i kocami w takiej ilości, że przejście do sterówki stało się bardzo trudne.
   Z każdą mijającą godziną Lunitari stawał się wyraźnie większy. Z monotonnego, czerwonego globy wyłoniły się ciemnoczerwone szczyty, purpurowe doliny oraz szeroki, szkarłatne równiny. Stutts i Wingover dyskutowali bez końca, dlaczego na księżycu tak bardzo dominuje kolor czerwony we wszelkich odcieniach. Nie doszli do niczego, jak zwykle, lecz Kitiara popełniła błąd pytając ich jak to możliwe, że lecą dokładnie na dół do Lunitari podczas gdy opuszczając Krynn lecieli do góry.
- To tylko kwestia względności określeń – odparł Wingover – Nasze „do góry” oznacza „na dół” na Lunitari, natomiast nasze „na dół” będzie oznaczać tutaj „do góry”.
   Odłożyła na bok miecz, który właśnie czyściła i ostrzyła.
- Rozumiesz przez to, że gdybym upuściła kamień na Lunitari to poleciałby do góry i w końcu spadł na Krynn?
  Wingover cicho zamknął usta, po czym je otworzył. Trzykrotnie. Wyraz twarzy miał coraz bardziej zakłopotany.
- A co będzie trzymać nasze stopy na księżycu? Nie spadniemy od razu do domu? – zapytała na domiar złego.
   Wingover wyglądał jak trafiony obuchem. Stutts zachichotał.
- To samo c-c-ciśnienie co trzyma nasze stopy na gruncie Krynnu pozwoli nam chodzić n-nonormalnie po Lunitari – powiedział.
- Ciśnienie? – pytał Sturm.
- Tak, ciśnienie p-p-powietrza. Przecież powietrze waży, wiesz o tym.
- Rozumiem – powiedziała Kitiara – Tylko co trzyma powietrze na miejscu?
   Teraz to Stutts wyglądał nieszczególnie. Z dalszej, całkowicie bezowocnej, debaty wyratował ich Sturm.
- Chciałbym wiedzieć, czy tam będą jacyś ludzie – powiedział.
- Czemu nie? – odparł Wingover – Jak powietrze zgęstnieje i stanie się cieplejsze to pewnie spotkamy żyjących na Lunitari całkiem zwykłych ludzi.
   Kitiara pociągnęła ostrzałką po klindze miecza.
- Dziwne – zamruczała – tak mysleć, że ludzie tacy jak my żyją na księżycu. Ciekawe co widzą patrząc w górę… dół… na nasz świat.
   Birdcall zwrócił na siebie uwagę przeciągłym gwizdem z dolnego pokładu. Bellcrank zlikwidował drabinę na dół więc ćwierkający gnom nie miał szans dostać się na górę. Stutts i Sturm sięgnęli przez otwarty luk i wciągnęli go wspólnymi siłami. Birdcall wyćwierkał dłuższą sekwencję a Stutts to przetłumaczył.
- Mówi, że on i Flash znaleźli sposób na wyłączenie silnika zanim wylądujemy. Po prostu o-o-odetną główny kable zasilający na w-w-wysokości stu stóp i tak wyliczając czas żeby statek dalej szybował na rozłożonych skrzydłach. I to do samego lądowania.
- A jeśli się to nie uda?
   Birdcall wysunął poziomo dłoń z wyprostowanymi palcami. Dłoń ostro zanurkowała w kierunku drugiej dłoni i głośno klasnęła gdy obie się zderzyły.
- Za dud-d-dużego wyboru n-n-nie mamy. T-t-trzeba spróbować.
   Wszyscy się z tym zgadzali. Birdcall zeskoczył o jeden pokład niżej i pognał do sewgo silnika. Roperig i Fitter wyciągnęli na pokład kotwicę i ciężką linę przez właz rufowy. Cutwood, Sighter i Rainspot zaczęli pakować do pudeł najcenniejsze rzeczy – narzędzia, instrumenty oraz wielką księgę rachunkową ze wszystkimi danymi na temat gęstości rodzynek w muf finkach – po czym te pudła umieścili dla bezpieczeństwa pomiędzy poduchami rozłożonymi w jadalni.
- Co mogę robić? – pytał Sturm.
- Możesz cisnąć kotwicę na mój znak – odparł Wingover.
- Ja też mogę pomóc – powiedziała Kitiara.
- Więc może zeszłabyś do maszynowni i pomogła Flashowi i Birdcallowi? Nie dadzą rady jednocześnie zmagać się z silnikiem i odcinać kabla zasilającego – odparł gnom.
   Podniosła miecz rękojeścią na wysokość podbródka.
- Odciąć tym? – spytała.
- Dokładnie.
- W porządku.
   Kitiara nasunęła pochwę na klingę miecza i ruszyła na dół po zdezelowanej drabinie.
- Kiedy trzeba będzie ciąć kable zadmij w ten zwariowany róg – powiedziała – To będzie dla mnie sygnał.
- Kit – cicho odezwał się Sturm – Niech Paladine prowadzi twoją dłoń.
- Powątpiewam, żeby nadprzyrodzona pomoc była mi do potrzebna. Cięłam już grubsze spary niż ten kabel!
   Uśmiechnęła się złośliwie. Poza Lunitari nie było już widać niczego innego. Mimo, że Wingover kursu nie zmieniał to wydawało się, że księżyc się przesuwa ze strony dziobowej w kierunku rufy. Po kilku minutach czerwony krajobraz wypełnił wszystko po sam horyzont. Już po krótkim czasie statek leciał pod purpurowym niebem i mając czerwoną ziemię poniżej. Wysokościomierz znowu zaczął pracować.
- Siedem tysięcy dwieście stóp. Cztery minuty do kontaktu – powiedział Wingover.
   W pobliżu przemknęła cała linia poszarpanych szczytów. Wingover ostro dał ster na lewą burtę. Skrzydła prawej burty zaklapały obok ostrych grani w odległości może paru stóp. Miękkie uderzenia i przytłumione okrzyki dały się słyszeć z nieodległej jadalni.
- Ło-ho-ho! – zawołał Wingover – Będzie tych „bum” trochę więcej!
   Dziób przyłożył w wyniosły szczyt i rozniósł go na pył. Chmura czerwonego gruzu i kurzu uderzyła w okno sterówki. Wingover gwałtownie nacisnął dźwignię i skręcił kołem. Latający statek najpierw uniósł dziób, potem rufę. Sturm zachwiał się najpierw do przodu potem do tyłu. Poczuł się jak ziarno grochu przesypywane w filiżance.
   Klify pozostały z tyłu odsłaniając krajobraz płaskich równin poprzecinanych głębokimi wąwozami. Statek opadł już na tysiąc stóp. Sturm otworzył drzwi. Na pokładzie wszędzie topniał lód.
- Idę na rufę! – zawołał.
   Wingover tylko pośpiesznie pokiwał głową.
   Rycerz wyszedł przez drzwi w chwili gdy Wingover obracał Mistrza Chmur w tym samym kierunku. Sturm omalże nie wyleciał przez reling głową naprzód. Szkarłatny świat przelatywał z rykiem z przerażającą prędkością. Znacznie szybciej niż wydawło się gdy jeszcze krążyli wysoko w chmurach. Poczuł zawroty głowy, lecz je zdusił czystą siłą woli. Kuśtykał w stronę rufy, obijał się od relingu do ściany nadbudówki a nawet ujrzał dziwacznie zniekształconą twarz w bulaju jadalni. To był Fitter, którego bulwiasty nos i grube wargi zostały rozpłaszczone na szkle.
   Wichura smagała Sturma powoli zbliżającego się do kotwicy. Ogon rufowy na zawiasie wciąż uchylał się i rozciągał pod dyktando manewrów Wingovera. Sturm owinął ramię o mocowanie zawiasu ogona i mocno się chwycił.
   Krajobraz stołowy zamienił się w zupełnie bezpostaciowy. Ciemno czerowna ziemia była gładka i nawet nie pomarszczona. Przynajmnie Paladine zlitował się nad nimi dając do lądowania taką gładką, w miarę bezpieczną powierzchnię! Sturm opuścił stanowisko przy ogonie i ujął w ramiona kotwicę. Bellcrank zrobił dobrą robotę; wielki hk ważył niemal tyle co sam Sturm. Powlókł go do relingu. Byli już eraz bardzo nisko. Grunt przypominał marmur pomalowany w odcienie krwi.
   No, Wigover, zrób to – pomyślał Sturm – Zadmij w róg. Byli chyba za nisko. Pewnie zapomniał. Jesteśmy za nisko. Zapomniał zadąć w róg! A może to on sam nie zdołał dosłyszeć rogu w wyciu wiatru i biciu własnego serca? Sekunda na podjęcie decyzji i Sturm przerzucił kotwice za reling. Wielokolorowa lina, upleciona ze wszystkiego co Roperig zdołał złapać – sznurki, zasłony, koszule a nawet bielizna gnomów – rozwijała się za hakiem, zwój za zwojem. Roperig gadał, że przygotował sto dziesięć stóp liny. Więcej niż trzeba. Zwój liny gwałtownie zaczął się kurczyć. Z gwałtowny klaśnięciem nagle się skończył a ciężki kawał metalu zaczął lecieć za rufą. Sturm cisnął kotwę zbyt szybko.
   Podszedł bliżej relingu i obserwował jak jak hak zbliża się do czerwonej ziemi. Był blisko sterówki spodziewając się, że kotwica uderzy a potem będzie się obijać o ziemię, lecz nic takiego nie nastąpiło. Kotwica zatonęła w powierzchni księżyca i zaczęła orać szeroki, głęboki rów.
   Skoczył do drzwi sterówki. Wingover właśnie sięgał do linki rogu.
- Nie rób tego! – wrzasnął Sturm – Grunt pod nami… on nie jest stały!
   Wingover odrzucił dłoń od linki jakby ta go oparzyła.
- Nie stały?
- Rzuciłem kotwicę a ta płynie przez ziemię jak przez wodę. Jeśli wylądujemy to utoniemy!
- Nie mamy za dużo czasu. Mamy mniej niż sto stóp wysokości!
   Sturm podbiegł do relingu desperacko wpatrując się w grunt. Co robić? Co robić!
   Ujrzał skały.
- Prawo na burt! – wrzasnął – Stały ląd prawo na burt!
   Wingover zakręcił kołem jak oszalały. Tylnie prawe skrzydło dotknęło powierzchni Lunitari. Zanurzyło się w kurzu i wynurzyło nieuszkodzone. Sturm poczuł zapach kurzu w powietrzu. Skały gęstniały a gładki, gęsty kurz ustępował kamiennej równinie.
   AA-OO-GAH!
   Mistrz Chmur zadrżał jak żywe stworzenie. Skórzane, nietoperzaste skrzydła uniosły się  tworząc wdzięczny łuk i tak pozostały. Sturm rzucił się do drzwi i padł brzuchem na podłogę sterówki kryjąc głowę w dłoniach.
   Koła dotknęłu gruntu, zakręciły się, odłamały się ze zgrzytem i trzaskiem. Kiedy kadłub latającego statku dotknął Lunitari dziób uniósł się, zachwiał i opadł na lewą burtę. Sturm zaczął się ślizgać po pokładzie. Mistrz Chmur rył w ziemi i kamieniach długi, głęboki kilwater. Aż wreszcie, jakby był zbyt zmęczony by ciągnąc to dalej, statek z trzaskiem i zgrzytem zdecydował się zatrzymać.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#9 2017-10-13 12:01:15

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Mrok i Światło

Rodział  9

Czterdzieści Funtów Żelaza

- Cy my martwi?
   Sturm odkrył i uniósł głowę. Wingover zablokował się pomiędzy szprychami koła sterowego. Króciutkie ramiona miał teraz ściśle dociśnięte do piersi. A i oczy miał podobnie zaciśnięte.
- Otwórz oczy, Wingover; wszystko z nami w porządku – powiedział Sturm.
- Och, na Reorxa, utknąłem!
- Trzymaj się.
   Sturm chwycił stopę gnoma i zaczął ciągnąć. Wingover głośno protestował, lecz gdy na koniec został uwolniony zapomniał o przykrościach i wykrzyknął.
- Ach! Lunitari!
   Gnom i człowiek poszli razem na pokład. Tylnie drzwi jadalni otworzyły się z hukiem i pozostałe gnomy wysypały się na pokład.W milczeniu, bez jednego słowa, wszyscy obserwowali jałowy krajobraz. Poza dalekimi garbami wzgórz Lunitari był pałaski i monotonny aż po horyzont.
   Jeden z gnomów zachichotał radośnie i nagle wszyscy popędzili z powrotem do wewnątrz. Sturm słyszał jak niektóre rzeczy zaczęły wręcz latać w jadalni gdy gnomy doszukiwały się w zwałach poduszek swoich narzędzi, instrumentów i notesów. Na pokładzie pojawiła się Kitiara w towarzystwie Flasha i Birdcalla. Byli za bardzo zajęci w maszynowni by obserwować co się dzieje przez bulaje. Kitiara miała nad prawym okiem niezłego, wielkości co najmniej gęsiego jaja, sino fioletowego guza.
- Czołem – rzekła Sturm – Co ci się stało?
- Walnęłam głową w jakiś zawór na silniku kiedy się rozbiliśmy.
- Wylądowaliśmy – poprawił Sturm – Nie złamałaś przypadkiem zaworu?
   Rzadko okazywane poczucie humoru Sturma na moment zamurowało Kitiarę. A potem oboję zarzucili na siebie nawzajem ramiona, uszczęśliwieni faktem przeżycia.
   Z prawej burty kadłuba statku rzucono trap i cała banda gnomów wylała się na czerwoną darń.
- Przypuszcza, że lepiej będzie jak tam zejdę – powidziała Kitiara – i ich dopilnują zanim zdążą się poranić.
   Gnomy tymczasem pogrążyły się w działaniach zgodnie ze swymi specjalnościami. Kitiara i Sturm przyłączyli do nich gdy Sighter już uważnie badał horyzont swą lunetą. Bellcrank i Cutwood napełniali dzbanki pełnymi garściami czerwonej gleby. Rainspot stał na uboczu iod reszty a nosem i uszami starał się wyczuć pogodę. Kitiarze przypominał polującego psa. Stuttspośpiesznie zapełniał strony kieszonkowego notesu. Wingover obchodził kadłub Mistzra Chmur i od czasu do czasu sprawdzał ciasno zbite deski poszycia przy pomocy tęgiego kopniaka. Roperig i Fitter sprawdzali przygotowaną przez siebie linę kotwiczną i mierzyli teraz ile też się wydłużyła ciągnąc kotwicę. Birdcall i Flash toczyli gorączkową dyskusję. Sturm usłyszał tylko coś jakby „zmienna wypukłości skrzydła” i już nie słuchał dalej.
   Nabrał garść lunit ariańskiej gleby. Była dziwaczna, odmiennie niż na Krynnie, nie miała ziaren piasku, żadnych granulek ani brył. Spadają mu z dłoni wydawała lekko dzwoniący odgłos.
- Czujesz ten zapaszek? – spytała Kitiara – Bo ja coś czuję.
   Zaczął węszyć.
- Kurz. Zaraz osiądzie – odparł.
- Nie, nie to. Jest to raczej uczucie niż woń, naprawdę. To jak by coś w powietrzy drżało, jak początek woni najlepszego Otikowego ale.
   Sturm na chwilkę się mocno skoncentrował.
- Niczego nie czuję.
   Nagle odezwał się Stuttsa.
- Oto p-p-podstawowe ustalenia: powietrze – w normie, teperatura – ch-ch-chłodno, lecz nie zimno. Żadnych oznak wody, wegetacji czy życia zwierzęcego.
- Kit mówi, że coś dziwnego czuje w powietrzu.
- Doprawdy? N-n-niczego takiego nie wyłapałem.
- To naprawdę nie jest kwestia wyobraźni – odezwała się krórko – Spytajcie Rainspota, może on poczuł.
   Zawołany gnom, specjalista od wyczuwania pogody, nadleciał pędem na pierwsze wezwanie. Stutts zapytał go o wrażenie.
- Wysokie chmury szybko się rozproszą – odpowiedział Rainspot – Wilgotność jest bardzo niska. Sądzę, że nie padało tu od bardzo długiego czasu. Kto wię, czy padało kiedykolwiek.
- Złe nowiny – powiedziała Kitiara –Na statku nie pozostało zbyt wiele wody.
- Czy wyczuwasz coś więcej? – wypytywał dalej Sturm.
Tak, w rzeczywistości tak. Nie jest to jednak zjawisko atmosferyczne. Powietrze tutaj wydaje się być naładowane energią.
- Jak b-b-błyskawice?
- Nie – powoli pociągnął Rainspot – To raczej coś stałego, lecz o bardzo małej intensywności. Nie wydaje się groźne, po prostu… jest.
   Wzruszył ramionami na zakończenie.
- Dlaczego my tego nie czujemy? – pytał Sturm.
- Nie należycie widać do zbyt wyczulonych stworzeń – odparła Kitiara – Jak stary Rainspot i ja.
   Klasnęła w dłonie i kontynuowała.
- No dobra, Stutts. A więc jesteśmy tutaj i co robimy dalej?
- Badamy. Robimy m-m-mapy i studiujemy lokalne warunki.
- Tutaj nic nie ma – sprzeciwił się Sturm.
- To tylko jedno, niewielkie miejsce. P-p-przypuść my, że wylądowałbyś na Równinach Pyłu na Krynnie. Cz-cz-czy powiedziałbyś, że na krynnie nie m-m-ma nic innego, t-t-tylko piach? – spytał Stutts.
   Sturm przyznał, że nic takiego nie mógłby powiedzieć.
   Stutts przywołał inżynierów więc Flash i Birdcall nadbiegli w te pędy.
- R-r-raport stanu statku, p-p-proszę.
- Butle błyskawicowe są w dwóch trzecich opróżnione. Jeżeli nie znajdziemy sposobu, żeby je znów napełnić to nigdy nie będziemy mieli dość mocy by polecieć do domu – powiedział Flash.
   Birdcall wygwizdał swój raport  a Flash przetłumaczył go na potrzeby ludzi.
- Mówi, że silnik doznał wstrząsów i poluzował mocowania przez twarde lądowanie. Cięcie kabla mocy można jednak naprawić.
- Mam na to pomysł – powiedział Wingover, który właśnie do nich dołączył – Jeżeli w tym miejscu zamontujemy przełącznik, to uda nam się ominąć przepalone bezpieczniki zniszczone błyskawicę Rainspota.
- Moją błyskawicą! – zaprotestował specjalista od pogody – Od kiedy to ja robię błyskawice?
- Przełącznik? Jaki rodzaj przełącznika? - dopytywał Cutwood.
   Sam dźwięk dyskusji ściągnął tu od razu zarówno jego jak i Bellcranka.
- Pojedynczy przełącznik jednokierunkowy – odparł Wingover.
- Ha! Posłuchajcie tego amatora! Jednokierunkowy! Tutaj potrzeba przełącznika kołowego z izolowanymi przewodami…
   Kitiara wydała mrożący krew w żyłach bojowy okrzyk i świsnęła mieczem nad ich głowami. Cisza zapadła natychmiast. Całkowita.
- Wy, gnomy, doprowadzacie mnie do szału! Dlaczego, do diabła, nie wyznaczycie kogoś do rozwiązania każdego problemu i nie zakończycie tych bzdur?
- _jeden umysł do jednego zadania? – Sighter był oburzony – Nigdy nie zrobisz nic prawidłowo.
- Pewnikiem Bellcrank mógłby zrobić przełącznik – zasugerował uspokajająco Fitter – Pewnie z metalu, co?
   Każdy gnom gapił się teraz na niego z otwartą gębą. Fitter nerwowo umknął za plecy Roperiga.
- Wspaniały pomysł! – powiedziała Kitiara – Wspaniały!
- Nie zostało nam za dużo metalowych części – odezwał się Wingover.
- Możemy coś odzyskać z kotwicy – odparł Rainspot.
   Pozostałe gnomy popatrzyły nań z szerokimi uśmiechami.
- To dobry pomysł – rzekł Cutwood.
- Fitter i ja wyciągniemy kotwicę – rzekł Roperig.
   Chwycili grubą linę zwisającą z rufy i pociągnęli. Pięć dziesiąt stóp dalej, w miejscy gdzie kamieniste pole ustępowało miejsca głębokiemu pyłowi, zagrzebana kotwica skoczyła do przodu w strudze kurzu. A potem hak o coś zaczepił. Gnomy zaczęły się wysiląc i stękać.
- Potrzebujecie pomocy? – zawołał Sturm.
- Nie… uhh… damy radę – odparł Roperig.
   Roperig klepnął Fittera w plecy i obja się, jak na komendę, odwrócili przekładając linę przez ramiona. Zaparli się piętami w pokład i pociągnęli.
- Ciągnij, Roperig! Mocniej go, Fitter! Ciąg, ciąg, ciąg! – wrzeszczały pozostałe gnomy.
- Czekajcie! – krzyknęła nagle Kitiara – Lina się strzępi…
   Pośpiesznie skręcona lina rozpadała się teraz tuż za plecami Fittera. Nici i pasma pozwijanenych ubrań zaczęły się skręcać a oba gnomy nieświadome zagrożenia tylko mocniej naparły do przodu.
- Stop!
   Tylko tyle zdąrzył krzyknąć Sturm nim lina się rozdarła a Roperig i Fitter padli na twarze z głośnym klapnięciem. Drugi Konic liny, obciążony kotwicą, uciekał szybko. Bellcrank i Cutwood wystartowali w pogoń. Pulchny chemik zaplątał się we własne nogi i potknął. Poszarpany Konic liny umknął mu poza zasięg rąk. Z niespodziewaną werwą Cutwood przeskoczył leżącego kolegę i dał nura za uciekającą liną. Ku zdumieniu Sturma zdołał ją chwycić. Cutwood ważył nie więcej niż pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt funtów. Kotwica natomiast dwieście. Tonęła teraz coraz głębiej w czerwonym kurzu i ciągnęła za sobą Cutwooda.
- Puść to! – krzyczał Sturm.
   Kitiara i reszta gnomów powtarzała to jak echo, lecz Cutwood był już w kurzu. Ku przerażeniu obserwujących nagle odwróciło go do góry nogami i zniknął.  Czekali teraz i patrzyli z nadzieją, że gnomi cieśla się wynurzy. Nic z tego.
   Bellcrank wstał i zrobił kilka kroków ku granicy skalnego pola. Wszyscy zaczęli wrzeszczeć by go zatrzymać.
- Uważaj, też cię wciągnie! – wołała Kitiara.
- Cutwood – bezradnie odezwał się Bellcrank – Cutwood!
   W znieruchomiałym kurzu ukazały się zmarszczki. Kołysały się i narastały aż wreszcie powstał garb czerwonego żwiru. Powoli garb przekształcił się w głowę, potem ukazały się ramiona, ręce i kwadratowy tors.
- Cutwood! – zagrzmiał wspólny okrzyk.
   Gnom człapał powoli, z widocznym wysiłkiem. Kiedy wreszcie wydostał się tak powyżej pasa z kurzu to każdy mógł dostrzec, że jego spodnie zmieniły swą objętość co najmniej dwukrotnie i przypominały teraz balony. Były całkowicie wypełnione Lunitariańskim kurzem. Cutwood wkroczył wreszcie na twardszy grunt. Podniósł jedną nogę i nią potrząsnął. Z nogawicy zaczął leceć strumień czerwonego żwiru.
   Bellcrank skoczył do przodu i objął zakurzonego druha.
- Cutwood, Cutwood! Myśleliśmy, że już po tobie!
   Cutwood odpowiedział potężnym kichnięciem, które posłało chmurę kurzu w stronę bellcranka powodując tak zwane kichnięcie zwrotne, co spowodował, że Cutwood kichnął jeszcze mocniej. Troszkę to potrwało. Na koniec Sighter i Bircall podeszli z zaimprowizowanymi WolnymiOdKurzuFiltramiTwarzy (chustkami do nosa). Wymiana salw kichnięć ustała  i Cutwood zaczął lamentować.
- Moje szelki pękły!
- Twoje, co? - marszcząc noc odezwał się Bellcrank.
   Cutwood podciągnął sflaczałe spodnie.
- Kotwica ciągnęła mnie w dół. Wiedziałem, że mnie pociągnie, lecz nie umiałem puścić na straty całości naszego metalu. I wtedy pękły szelki. Próbowałem je pochwycić i wtedy lina wyślizgnęła mi się z rąk – ciężko westchnął – Moje najlepsze szelki.
   Roperig obszedł Cutwooda macając torbowa te spodnie.
- Dawaj swoje portki – powiedział.
- Po co?
- Chcę zrobić kilka testów strukturalnych. Świta mi pewien pomysł.
   Oczy Cutwooda się rozszerzyły. Szybko wręcz wyskoczył ze spodni i stał teraz w błękitnych, flanelowych kalesonach.
- Brr! Ten księżyc jest doprawdy zimny. – powiedział – Idę po drugą parę spodni, lecz niczego nie wymyslaj dopóki nie wrócę!
   Cutwood pospieszył w stronę Mistrza Chmur zsypując kaskadę rudego kurzu z ramion. Sturm zabrał Kitiarę troszkę na bok.
- Mamy tu mały problem – powiedział po cichu – Potrzebujemy metalu, żeby naprawić silnik a tymczasem wszystko co mieliśmy zostało stracone w jeziorze kurzu.
- Może Bellcrank zdoła coś jeszcze wygospodarować z latającego statku – odparła Kitiara.
- Może, tylko ja niedowierzam czy przypadkiem nie zrujnował by całego statku w takiej procedurze. Czego naprawdę potrzebujemy to więcej metalu.
   Spojrzał na tłum gnomów, które były teraz bardzo zajęte badaniem spodni Cutwooda. Zupełnie jakby te były jakimś niebywałym znaleziskiem. Co jakiś czas któryś z gnomów podnosił głowę i kichał.
- Och, bellcrank? Mógłbyś do nas podejść, proszę? – zapytał Sturm.
   Gnom pośpiesznie podbiegł. Zatrzymał się, wydobył chustkę do nosa pobrudzoną już kurzem i innymi chemikaliami i potężnie kichnął.
- Tak, Sturm? – zapytał.
- Tak dokładniej, to ile metalu potrzebujesz, żeby naprawić silnik?
- To zależy od rodzaju przełącznika jaki mam robić. Dla dwudrogowego, obrotowego…
- Najmniej ile potrzeba, w każdym razie!
   Bellcrank przez chwilę przygryzał wargi a potem się odezwał.
- Trzydzieści funtów miedzi, lub czterdzieści funtów żelaza. Miedź łatwiej obrabiać niż żelazo, bo widzicie…
- tak, tak – pośpiesznie odezwała się Kitiara – Nie mamy czterdziestu funtów czegokolwiek poza fasolą.
- Fasola się nie nadaje – stwierdził Bellcrank.
- No dobrze. Po prostu musimy znaleźć więcej metalu.
   Sturm rozejrzał się wokoło. Wysokie chmury powoli rzedły więc świt, który z uporem próbował nadejść od chwili ich lądowania zaczął właśnie jaśnieć. Obracając się na wschód, tak dla wygody to określili, mogli dostrzec łańcuch wzgórz kierujący się ku północy.
- Bellcrank, rozpoznasz rudę żelaza kiedy już ją zobaczysz? – pytał Sturm.
- Czy rozpoznam?  Ja znam rudy wszystkiego co istnieje!
- A zdołasz ją stopić?
   Zalążek idei Sturma przebił się do gnoma a ten w odpowiedzi szeroko się uśmiechnął.
- Pięknie powiedziane, przyjacielu. Warte gnoma!
   Kitiara poklepała Sturma po ramieniu.
- No, no, kto by pomyślał – powiedziała – Parę dni w powietrzu i zaczynasz myśleć jak gnom.
- Nie bądź taka dowcipna. Trzeba zorganizować ekspedycję do tamtych wzgórz i sprawdzić, czy są tam rudy jakichś metali.
   Bellcrank pobiegł do kolegów z niespodziewaną nowiną. Radosne okrzyki poniosły się szeroko po pustej równinie. Tymczasem Cutwood, schodzący po trapie z Mistrza Chmur, omal nie został rozdeptany przez kolegów szarżujących na górę. Ostatecznie został przez nich zagarnięty. Huki i trzaski dobiegające ze statku jak zawsze oznajmiały wszem i wobec entuzjazm gnomów. Kitiara tylko potrząsnęła głową.
- No i widzisz co narobiłeś.
   Pierwsza kłótnia wybuchła przy ustaleniu kto uda się na wyprawę a kto zostanie na latającym statku.
- Wszyscy iść nie mogą – powiedział Sturm – Nie mamy dla wszystkich dość żywności i wody na taki marsz.
- Ja z-z-zostanę – powiedział Stutts – Mistrz Chmur to m-m-moja odpowiedzialność.
- Porządny gość. Kto zostaje ze Stuttsem?
   Gnomy popatrywały na purpurowe niebo, gwiazdy, swoje buty, no wszędzie byle tylko nie patrzyć na Strurma.
- Ktokolwiek zostanie będzie miał robotę na statku.
   Birdcall gwizdnął na zgodę. Usłyszawszy, że on się zgodził odezwał się Flash.
- A niech ta, do licha! Tu i tak nikt nie rozumie butli błyskawic tyko ja. Zostanę.
- Ja też zostanę – odezwał się Rainspot Nie za wiele wiem o poszukiwaniach.
- ja też – rzekł Cutwood.
- Hej, hej, wtrzymajcie konie – sprzeciwiła się Kitiara – Wszyscy nie mogą zostać. Rainspot, będziesz potrzebny. Będziemy daleko od statku. Jeżeli jakaś burza będzie się szykować to wolałabym wiedzieć o tym wcześniej.
   Gnom się skrzywił i stanął za nią za nią. Szęśliwie na nią popatrywał, był zadowolony, że komuś jest potrzebny.
- Trójka powinna na staku wystarczyć – powiedział Sturm – reszta niech się spakuje. Bierzemy tylko to, co możemy łatwo unieść.
   Gnomy energicznie i radośnie pokiwały głowami ze zrozumieniem.
- Najpierw coś zjemy, troszkę się prześpimy i wyruszamy o świcie.
- A kiedy jest świt? – spytał Bellcrank.
   Sighter powoli rozpakował trójnóg i dokładnie zamocował na nim teleskop. Uważnie studiował niebo w poszukiwaniu znajomych gwiazdozbiorów. Po dłuższych badaniach oznajmił głośno.
- Szesnaście godzin. Trudno powiedzieć, może trochę więcej.
   Z trzaskiem zamknął tubę teleskopu.
- Szesnaście godzin! – krzyknęła Kitiara – Dlaczego tak długo?
- Lunitari nie znajduje się w tym samym miejscu niebios co Krynn. W tym momencie cień naszego własnego świata jest dokładnie nad nami. Dopóki się nie przesunie to mamy takie światło jak mamy i nie będzie więcej.
- Musi wystarczyć to, co jest – rzekła Sturm.
- Co jest do jedzenia – spytał Fittera, który jako najmłodszy miał stałą służbę w kuchni.
- Fasola – odparł Fitter.
   Fasola, tylko trochę doprawiona ostatnim i to cieniutkim kawałkiem bekonu, stanowiła obiad. Z całą pewnością miała również stanowić śniadanie. Sturm przykucnął pod nawisem kadłuba statku i powoli jadł z miski fasolę. Jedząc fasolę usiłował sobie wyobrazić co też może znajdować się na księżycu poza kurzem i kamieniami. Niebo nie było czarne, lecz purpurowe, w pobliżu horyzontu powoli przechodziło w kolor bordowy. Szystko tutaj było w odcieniach czerwieni; kurz, ziemia, kamienie a nawet białe ziarna fasoli stawały się różowe.Zastanawiał się czy też cała powierzchnia Lunitari tak wygląda i czy jest tak pozbawiona życie?
   Kitiara zbliżała się spacerowym krokiem. Okrywające ją futra poukładała w strój trochę mniej zamknięty a przez to wygodniejszy. Powrócił na miejsce kubrak do bioder i nogawice natomiast miecz przewiesiła przez lewe ramię na modłę Ergothian. Tak zawieszony nie krępował w trakcie przechadzki.
- Dobra, co? – zagadnęła przysiadając obok Sturma.
- Fasola to fasola – odparł przesypując ziarna w czarce – Jadałem już gorzej.
- Ja też. Podczas oblężenia Silvamori menu mojego oddziało zeszło do wygotowanych buraków i liści drzew. I to my byliśmy siłą oblegającą.
- To jak dawali sobie radę ludzie w mieście! – pytał Sturm.
- Tysiące umarły z głodu – odparła.
   Wspomnienie najwyraźniej nie sprawiało jej problemu. Sturm poczuł jak fasola powoli narasta mu w gardle.
- Nie żal ci, że tylu umarło? – pytał.
- Nie bardzo. Gdyby tak z tysiąc więcej to oblężenie byłoby krótsze i mniej moich kompanów by zginęło.
   Sturm odstawił czarkę zdecydowanym ruchem. Wstał i zaczął odchodzić. Zdumiona jego reakcją Kitiara sytała.
- Już masz dość? Mogę skończyć twoją fasolę?
   Zatrzymał się, wciąż jednak plecami w jej stronę.
- Tak, możesz wziąć to wszystko. Rzeźnia zawsze pozbawia mnie apetytu.
   Wspiął się po trapie i zniknął wewnątrz Mistrza Chmur. Płomień gniewu szybko narastał w Kitiarze. Co on sobie myśli, że kim on jest? Młody Pan Broghtblade traktuje wyniośle jej kodeks wojownika.
   Łyżka trzymana przez palce Kitiary nagle pękła. Kawałki drewna poleciały między palcami. Popatrzyła na nie a gniew jak szybko wybuchł tak szybko się wypalił. Łyżka była zrobiona z twardego jesionu, lecz pękła czyto w miejscu naciśniętym przez jej kciuk. Brwi Kitiary uniosły się, była zdumiona. W końcu uznała, że w drewnie musiała być ukryta wada.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#10 2017-10-23 21:46:38

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Mrok i Światło

Rozdział 10

Pierwsza Lunitariańska Wyprawa Badawcza

   Grupa gnomów wyłoniła się ze statku po kilkugodzinnej drzemce. Zataczali się teraz pod ciężarem dźwiganych narzędzi, ubrań, instrumentów oraz innych, całkiem nierozpoznawalnych śmieci. Kitiara podpatrywała jak Roperog i Fitter pchają czterokołowy wózek.
- Co wasza dwójka tam targa? – spytała.
   Roperig zaparł pięty w glebę, żeby zatrzymać wózek.
- Kilka absolutnie niezbędnych rzeczy – odparł.
   Przez lewe ramię przewieszony miał zwój liny tak gruby, że w tamtym kierunku nawet nie mógł głowy obrócić.
- To doprawdy niedorzeczne! Skąd wzieliście takie ustrojstwo?
- Zrobiliśmy z Fitterem. To tylko drewno, widzisz? Ani źdźbła metalu.
  Roperig kopnął tylną ściankę wózka.
- A skąd jest to drewno? – dopytywała Kit.
- Och, zwaliliśmy kilka ścianek wewnątrz statku.
- Biada bogom! Dobrze, że już wyruszamy. W przeciwnym razie wasza dwójka w krótkim czasie rozebrałaby cały statek!
   Badacze zebrali się na równinie po prawej burcie Mistrza Chmur. Gnomy z charakterystycznym dla siebie ujmującym brakiem powagi stanęli w linii jak honorowa gwardia na paradzie. Niezależnie od, powiedzmy niewesołej, sytuacji Sturm nie umiał powstrzymać uśmiechu na widok głupkowatych, lecz tak pomysłowych istot.
- Stutts poprosił mnie, żebym prowadził tą wyprawę do wzgórz w poszukiwaniu rud niezbędnych do naprawy statku. Musicie więc wszyscy postępować zgodnie z moimi poleceniami. Moja, eee… koleżanka, Kitiara, jest równie odpowiedzialna jak ja. Ma znaczące doświadczenie w takich przygodach, więc wszyscy skorzystamy z jej mądrości.
   Kitiara nie zwróciła uwagi na komplementy. Stała teraz beznamiętnie, opierając się o kadłub statku, z ręką swobodnie opartą o rękojeść miecza.
- Sighter określił odległość do wzgórz na około piętnaście mil. Powinniśmy tam dotrzeć tuż przed zachodem, nieprawdaż?
   Sighter sprawdził kolumnę liczb zapisanych na pole koszuli.
- Piętnaście mil w sześć godzin; tak, zgadza się.
   Sturm popatrzył na wyrównaną linię swych „oddziałów”. Nie potrafił już wymyśleć nic innego, więc powiedział po prostu.
- Dobra, ruszajmy więc – oznajmił z niejakim zakłopotaniem.
   To na tyle, jeśli chodzi o jego pierwszą mowę przywódcy.
   Fitter i Roperig uganiali się wokół prowizorycznego wózka. Właśnie wtykali długie żerdki w przygotowane gniazda zarówno na tyle, jak i z przodu wózka. Bellcrank i Cutwood stanęli przy żerdkach przednich podczas gdy Roperig i Fitter zajęli pozycje z tyłu.
- Cztero-gnomo-mocny wóz badawczy – powiedział z podziwem Wingover.
- Model I – dodał Rainspot.
- Ruszać tam – zawołała zniecierpliwiona Kitiara.
   Bez żadnych już dodatkowych fanfar Pierwsza Lunitariańska Wyprawa Badawcza wyruszyła. Stutts, Birdcall i Flash machali na pożegnanie z dachu nadbudówki odchodzącym kolegom. Z tak wysokiej grzędy widzieli postępy ekspedycji na długo po tym, jak Mistrz Chmur zniknął z oczu maszerujących i skrył się w jasnofioletowym cieniu.

- Nie – rzekła Sighter – Dźwięk przypomina zbocza Góry Nieważne.
   Spojrzał z ukosa na Kitiarę, która jeszcze wciąż trzymała w dłoni przełamany dyszel.
- Złamałaś to jedną ręką.
   Bez słowa podniosła dyszel oburącz na wprost przed siebie. Zginając łokcie Kitiara wygięła dyszel. Drewna rozpadło się z głośnym trzaskiem.
- Nie miałem pojęcia, że jesteś tak silna! – powiedział Sturm.
- Ja też nie! – odparła ze zdumieniem w głosie.
- Weź to! – powiedział Bellcrank podając jej jeden z kawałków dyszla, który już przełamała – Złam teraz.
   Ułamany kawałek nie miał nawet stopy długości. Tym razem Kitiara musiała użyć kolana jako oporu, lecz łatwo przełamała nawet tak krótki kawałek.
- Coś tu się dzieje – powiedział Sighter i zmrużył oczy – Niezaprzeczalnie stałaś się o wiele silniejsza w ciągu tych dwudziestu godzin jaki spędziłaś na Lunitari.
- To może wszyscy stajemy się silniejsi! – powiedział Cutwood.
   Dopadł kolejnego odłamka dyszla i starał się go złamać. Rumiana twarz gnoma zmieniła się w purpurową, lecz kawałek drewna nie wydał nawet lekkiego trzasku. Próby pozostałych, wliczając w to Sturma, nie pokazały żadnego przyrostu siły. Kitiara promieniała.
- Wygląda na to, że jesteś jedyną osobą, jaka otrzymała ten dar, czymkolwiek on zresztą jest – spokojnie odezwał się Sturm – No, al.e przynajmniej będzie ten dar użyteczny. Możesz wydostać ten wózek?
   Trzasnęła pacami i chełpliwe obeszła wózek od tyłu. Jedą ręką oparła o wózek, naprężyła się i pchnęła. Wózek wyskoczył z kolein i omal nie powaliła na ziemię Wingovera i Fittera.
- Ostrożniej! – zawołał Sturm – Muisz nauczyć się posługiwania nowo nabytą siłą albo kogoś poranisz.
   Kitiara nie słuchała. Wodziła dłońmi po ramionach w dół i w górę. Zupełnie jakby chciała poczuć moc promeniującą z nagle zwiększonych muskułów.
- Nie mam pojęcia dlaczego to się stało, nie iwem w jaki sposób, lecz raczej mi się to podoba – powiedziała.
   Sturm zauważył nowy rodzaj chełpliwości w samym chodzie dziewczyny. Najpierw ten dziwaczny (choć tak realistyczny) sen a teraz nowa siła Kitiary. Na czerownym księżycu wszystko stawało się nienaturalne.
   Cztery godziny później linia wzgórz była już prawie w ich zasięgu. Patrząc bardziej z bliska to wydawały się dziwnie miękkie, okrągłe, zupełnie jakby wygładziła je dłoń jakiegoś giganta.
   Kitiara przejęła przewodnictwo widząc, że kroki Sturma zaczynają być chwiejne. Był zmęczony a kiepskie śniadanie skaładające się z fasoli i wody nie wystarczało by mógł utrzymać formę. Faktem jest, że kiedy piechurzy odeszli od Mistrza Chmur na dystans pewnie z sześciu i pół godziny, Kitiara wyrwała się naprzód byle tylko pierwszą dosięgnąć wzgórz.
- Kit, czekaj! Wracaj! – wołał Sturm.
   Tylko pomachała i pognała dalej.
   Gnomy zatrzymały wózek u podnóża wzgórz. Kitiara zawołała ze szczytu i pomachała. Po chwili już ześlizgiwała się w dół by w końcu zatrzymać się wpadając na Sturma. Złapał ją za ramiona. Uśmiechnęła się i radośnie go poklepała.
- Z góry ciągnie się widok na cała mile – wysapała – Wzgórza ciągną się bardzo daleko, lecz między nimi widać szeroki szlak.
- Nie powinnaś tak gnać do przodu – powiedział Sturm.
   Kitiara przestała się uśmiechać i jednym ruchem wyzwoliła się z objęć towarzysza.
- Potrafię o siebie zadbać – powiedziała chłodno.
   Gnomy padły na ziemię tak jak stały. W tarkcie wspinaczki na linię wzgórz ich zapał do podróży znacząco zmalał. Nie słuchali żadnych mądrych rad tylko szybko wypili cały, i tak nieduży, zapas wody. Po chwili chcieli więcej.
- Gdybyśmy tylko mogli znaleźć jakieś źródło – powiedział Wingover.
- A gdyby tak zaczęło padać to rozpostarlibyśmy pledy i łapali wodę – dodał Sighter – Hej, Rainspot. Może zaosi się na deszcz?
   Przepowiadacz pogody leżał wyciągnięty na plecach i tylko słabo pomachał ręką w odpowiedzi.
- Nie sądzę, żeby tu kiedykolwiek padało – odparł – Choć błagam Reorxa by jednak zaczęło.
   Ledwie skończył wypowiadać te słowa a kosmyk oparów, nawet rzadszy od zwykłej pary wodnej, pojawił się nad wyczerpanym gnomem. Opar rozrastał się się, grubiał aż w końcu stał się niedużą, trzystopową, białą chmurką. Zarówno gnomy jak i ludzie gapili się bez słowa podczas gdy biała chmura stopniowa ciemniała i stała się szara. Pierwsza kropla wody spadła na nieruchomego Rainspota.
- To nie jest zabawne – wymamrotał.
   Oczy Rainspota otworzyły się akurat na czas by chwycić niewielki prysznic spadający z osobistej, deszczowej chmurki.
- Hydrodynamiko! – wrzasnął.
   Pozostałe gnomy stłoczyły się pod chmurką obracając okrągłe twarze w ekstazie byle tylko złapać choć kroplę wody. Podszedł i Sturm. Przeciągnął dłonią przez deszczyk, stała się mocno wilgotna. Po chwili, równie nagle jak się pojawiła, chmurka znikła.
- Pachnie to magią – mruknął Sturm.
- Ja nic nie zrobiłem – upierał się Rainspot – Po prostu chciałem, żeby zaczęło padać.
- Może masz teraz moc spełniania życzeń – powiedział Wingover – Tak jak Kitiara dostała nadnaturalną siłę.
   Gnomy entuzjastycznie podchwyciły tą teorię o oblężyły biednego kolegę ogniem zaporowym życzeń. Wingover zamarzył sobie pieczonego żeberka. Cutwood chciał koszyk chrupkich jabłek. Bellcrank wołał o prosię pieczone z jabłkami. Roperig i Fitter wołali o muffinki… oczywiście z rodzynkami.
- Stać, stop! – wołał zapłakany Rainspot.
   Nie umiał znieść tylu życzeń jednocześnie. Sturm pognał krzyczących gnomów precz. Pozostał tylko Sighter patrzący na płaczącego Rainspota.
- Jeżeli możesz zażyczyć sobie wszytkiego to zażycz sobie przełacznika do naprawy statku – odezwał się mądrze.
   Pozostali… nie wyłączając Sturma i Kitiary… byli zaskoczeni tak mądrą sugestią.
- Ja… ja chcę nowego przełącznika do naprawy silnika – głośno odezwał się Rainspot.
- Wykonanego z miedzi – dodał Cutwood.
- Z żelaza – warknął Bellcrank.
- Ćśśś! – syknęła Kitiara.
   Nic się nie zdarzyło.
- Możliwe, że musisz użyć za każdym razem tej samej formy – powiedział Wingover – Jak dokładnie zażyczyłeś sobie deszczu?
- Powiedziałem coś o Reorxie.
   Reorx, twórca rasy gnomów, był jedynym bytem boskim jakiemu gnomy oddawały cześć.
- Więc spróbuj jeszcze raz, lecz wspomniej o Reorxie – powiedział Sighter.
   Rainspot wyprostował się… całe trzydzieści cali gnoma… i oznajmił.
- Pragnę, na Reorxa, abyśmy mieli miedziany…
- Żelazny…
-… przełącznik do naprawy silnika!
   Znowu nic.
- Jesteś bezużyteczny – powiedział bellcrank.
- Gorzej niż bezużyteczny – dodał Cutwood.
- Zamknijcie się! – huknęła Kitiara – On przynajmniej próbował!
- Wybaczcie – przepowiadacz pogody wymamrotał pochlipując – Chciałbym, żeby znów popadało. Wtedy to wszyscy byliby szczęśliwi.
   Ledwie skończył a nad głową uformowała mu się nowa chmurka. Deszczyk poleciał na Rainspota i utworzył u jego stóp niewielką kałużę w czerwonej glebie Lunitari. Dla gnoma było to chyba jakoś obraźliwe bowiem Rainspot nagle zrobił coś niezwykłego: rozzłościł się.
- Grzmoty i błyskawice! – zawołał.
   Chmurka rozbłysła a po chwili dał się słyszeć pojedynczy grzmot.
- Acha, maleńka burza! – powiedział Roperig.
- Dowodzi to jednej sprawy – orzekł Sighter – Dowodzi ograniczenia mocy Rainspota. Może wywołać deszcz. I to wszystko.
- Bezużyteczny, bezużyteczny – narzekał Bellcrank.
- Zamknij się – powiedziała Kitiara – Zdolność Raonspota jest bardzo użyteczna.
   Gnomy popatrzyły na nią głupawo.
- Potrzebujemy chyba wody, co?
   I jak zwykle, gdy tylko na gnomy padnie iskierka nowej idei łapią się jej z irytującym entuzjazmem. Natychmiast oderwali boczne deski wózka i powbijali je w grunt drewnianym młotkiem Cutwooda. Roperig porozdzierał wszystkie derki na długie trójkąty i je pozszywal  pozostawiając w środku powstałego okręgu pokaźną dziurę. Krawędź płachty została natychmiast przyczepiona do górnych końców desek. Jeden z bukłaków Fittera został podstawiony pod dzirę w środku płachty.
- Rainspot, usiądź pośrodku i zazycz sobie deszczu – powiedział Wingover.
   Rainspot wykonał polecenie. Woda została przechwycona przez zaimprowizowany lejek i wpadła prosto do bukłaka. Rainspot siedział na przemoczonej derce, cały mokry i zabłocony, i co chwila życzył sobie deszczu.
- Chcę deszczu.
   Chmura natychmiast się pojawiała i moczyła go całego.
- Chcę deszczu.
   Woda wpadała do bukłaka. Gnomy je tylko wymieniały i napełniały.
- Deszcz – mówił przemoczony i zmordowany gnom.
   Biednemu Rainspotowi sytuacja wcale się nie podobała. Życzył sobie jednak mnóstwa wody by oszczędzić wszystkich od śmierci z pragnienia.
- Dobrze, że swoją robotę skończyłem – powiedział po prostu, gdy tylko pozwolili mu wyleźć z pułapki na wodę i odszedł chlapiąc butami na wszystkie strony.
- Ciekaw jestem, kto też będzie następny – odezwał się Wingover gdy wchodzili do pierwszego żlebu.
- Następny z czym? – pytał Bellcrank.
- Wygląda na to, że otrzymujemy nowe siły – powiedział Sighter – Najpierw Kitiara dostała moc, potem Rainspot zaczął wywoływać deszcz. Pozostali też mogą dostać nowe możliwości.
   Sturm zaczął rozważać sugestię Sightera. Jego sen (jeśli to był tylko sen) był tak żywy. Czy może też okazać się częścią tego procesu? Zapytał Sightera czy zdołał już wykoncypować jakiś powód, dla którego tak na nich wpływano.
- Trudno powiedzieć – odparł gnom – Lecz najwyraźniej jest tu na Lunitari coś, co im to zrobiło.
- To tutejsze powietrze – wtrącił się bellcrank – Jakiś wpływowy czynnik powietrza.
- Bzdety! To wszystko jest skutkiem czerwonych promieni odbijających się od gruntu. Czerwone światło zawsze dziwacznie wpływa na żywe istoty. Pamiętasz eksperyment wykonany przez NiezdarnegoLeczOsobliwegoDoktoraKtóryNosiłKoloroweSoczewkiWRamach
NaTwarzy…
- Cisza! – krzyknęła Kitiara i podniosła rękę.
   Wszyscy spojrzeli na nią wyczekująco.
- Czujesz to, Rainspot? – spytała.
- Tak, pani. Słońce wschodzi.
   Klucz spadających gwiazd pognał na wyścigi przez cały nieboskłon od zachodniej do wschodniej strony. Grzbiety czerwonych wzgórz zaświeciły a jednocześnie w powietrzu dało się słyszeć subtelne podzwanianie. Wszyscy to poczuli. Linia słońca schodziła po zboczach wzgórz w dół, w stronę ocienionych wąwozów. Badacze obserwowali jak miękkie, gąbczaste pokrycie wzgórz zaczęło się wić. W czerwonej darni pokazały się guzy. Guzy te zaczęły się poruszać, w nieprzyjemny sposób przypominając ruchy zwierząt, zygzakując i wijąc się pod purpurowym dywanem wzgórz. Musieli nawet odskakiwać przed nimi. Nagle pojedyncza strzała jasnego różu wybiła się ponad darń. Rosła dłuższa i grubsza, i wolnymi ruchami obracała się dążąc w stronę słonecznego światła.
- Co to jest? – szepnął Fitter.
- Myślę, że to jakaś roślina – odparł Cutwood.
   Coraz to więcej różowych strzał przebijało się przez glebę i wspinało do góry łodygami koloru ciemnego wina. Niektóre guzy swymi erupcjami odkrywały odmienne rodzaje flory. Grube, twarde, nadmuchane kule dążyły do góry nadmuchując się coraz bardziej. Karminowe patyki pękały z hukiem gdy tylko przedarły się przez darń i z rozerwanych łodyg zwisać zaczęły całe tuziny pająkokształtnych kwiatów.Pojawiły się nawet muchomory o czerwonych plamkach na kapeluszach i różowych korzeniach pod spodem i zaczęły szybko, na oczach zdumionych wędrowców, zwiększać swe rozmiary. Nim jeszcze słońce w pełni rozświetliło wąwozy to już każdy cal powierzchni wzgórz pokryty został dziwnym, pulsującym życiem. Jedynie wąziutki szlak na dnie wąwozu, wciąż jeszcze ocieniony przez okoliczne wzgórza, był wolny od szybko rosnących roślin.
- Las błyskawiczny – powiedział Sighter.
- Chyba raczej błyskawiczna dżungla – odparł Sturm przypatrując się zarośniętej ścieżce przed nimi. Wijął miecz – Trzeba się będzie przez to przeciąć.
   Kitiara również wyciągnęła miecz.
- To obraza dla uczciwej stali – powiedziała patrząc z niesmakiem na rośliny – Ale trzeba.
   Uniosła ramię i cięła w gąszcz na ścieżce po prawej stronie. Mając zwielokrotnioną siłę nie miała najmniejszego problemu z przecięciem różowych strzał i pająkowych roślin.
   Nagle odstąpiła wstecz. U jej stóp leżały i wiły się odcięte części.
   Z kikutów wypływał różowy sok wyglądający właściwie tak, jak krew. Miecz Kitiary pokryty był tym samym płynem. Uniosła ostrze do nosa i zaczęła wąchać.
- Byłam już w wielu bitwach – powiedziała – I znam zapach krwi, krwi ludzi, krasnoludów, goblinów.
   Odsunęła ostrze od twarzy.
- To jest krew!
   Gnomy uznały, że jest to ogromnie interesujące. Zgomadziły się natychmiast wokół krwawiących kikutów i zaczęły zbierać próbki krwiopodobnego płynu. Bellcrank podniósł przecięty kawałek pająkowego patyka. Patyk huknął i wystrzelił osiem białych kwiatów. Bellcrank zawył z bólu. Każdy mały kwiatek strzelił mu prosto w twarz niewielkim cierniem.
- Stój spokojnie – powiedział Rainspot.
   Kościaną pęsetą wyrywał ciernie z twarzy kolegi. Tymczasem gnomy napełniły piętnaście dzbanków i pudełek próbkami Lunitariańskich roślin. Kitiara i Sturm pogadali troszkę na osobności i uznali, że lepiej jeszcze kawałek przejść. Jeżeli do wieczora nie znajdą żadnej rudy to trzeba będzie wracać na statek.
   Zawzięli isę i zaczęli przedzierać przez las. Rośliny jęczały i wrzeszczały a kiedy zostały przecięte, natychmiast krwawiły i potwornie się skręcały. Tak przeszli około mili.
- To jest gorsza od Masakry Marszu Valkinord! – warknęła Kitiara.
- Przynajmniej nie wygląda, żeby długo cierpiały – odparł Sturm, lecz i na niego krew i te krzyki źle działały.
   Gnomy wlekły się ścieżką wyrąbaną przez dwójkę ludzi. Poszturchiwały się nawzajem, i wąchały oraz mierzyły umierające rosliny. Według słów Cutwooda było i tak „lepiej niż źle”. Szlak prowadził wzdłuż szerokiego jaru. Ponieważ tutaj droga kryła się w większym cieniu to i roslin było tu o wiele mniej. Sturm zażądał przerwy. Kitiara wzięła skopek z wózka gnomów i napełniła go deszczówką. Namoczyła szmatę i wytarła lepką krew z ostrza. Schodziła całkiem łatwo. Wręczyła szmatę Sturmowi i on też wytarł miecz.
- Wiesz co? – powiedziała gdy Sturm oczyszczał miecz z krwi – Nie jestem tchórzem, i z całą pewnością nie jestem delikatną damą, która mdleje na widok krwi, lecz to miejsce jest obrzydliwe! Co to za świat, gdzie rośliny wyrastają na twoich oczach i krwawią, gdy je tniesz?
- Jak tam twoja prawica? – spytał Sturm – Jak się czujesz? Zauważyłem, że nawet nie oddychasz ciężej. Popatrz na mnie: jestem wymęczony, tak jak powinnaś i ty, machając ciężkim mieczem przez milę po tej dziwacznej dżungli!
- Czuję się świetnie. Czuję się… silna. Masz ochotę na zapasy?
- Nie, dziękuję – odparł – Nie powierzyłbym złamanej ręki medycynie gnomów.
- Przecież cię nie zranię – odparła z przekąsem, po chwili jednak jej usmich zgasł. Zaczęła rysować obcasem cienką linię w gruncie – Czego się obawiasz? Przecież żyjemy, nie?
- Działają tu jakieś dziwne moce. Twoja nowa siła nie jest sprawą normalną.
   Kitiara wzruszyła ramionami.
- Lunitari nie jest moim wyobrażeniem raju, lecz jak dotąd nie idzie nam tak źle.
   Sturm zdawał sobie sprawę, że to prawda. Dlaczegóż więc miał tak złe przeczucia? W końcu jednak się odezwał.
- Po prostu bądź ostrożna, dobrze, Kit? Nie dowierzaj wszystkiemu co widzisz… zwłaszcza gdy wygląda to na wielki dar.
   Roześmiała się krótko.
- Gadasz jakbym była w niebezpieczeństwie. Obawiasz się, że spadnę na ścieżki zła?
   Sturm wstał i wylał zakrwawioną wodę ze skopka.
- Dokładnie tego się obawiam – powiedział.
   Wykręcił szmatę i zostawił na kamieniu do wyschnięcia. Poszedł porozmawiać z Wingoverem.
   Pusty skopek leżał teraz obok jej stóp. Tam gdzie Sturm wylał resztę wody gleba była ciemna i gładka. Wyglądała jak kałuża krwi. Kitiara zmarszczyła nos i odkopnęła skopek. Czubek buta rozdarł bok skopka i posłał go ponad czubkami różowej i purpurowej roślinności.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#11 2017-10-25 21:38:41

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Mrok i Światło

Rozdział 11

Sadzonka Chrupkiego Puddingu

   Szlak wiódł między wzgórzami, wił się bezładnie, bez jakiegoś wybranego kierunku. Poruszający się między szybko wzrastającymi roślinami wędrowcy nie mieli żadnego sposobu, by zidentyfikować jakieś charakterystyczne punkty terenu i zapamiętać gdzie też już byli. Sturm spostrzegł, że ścieżka jaką przeszli zarosła zaraz po jej pokonaniu. Wędrowcy zostali po prostu odcięci od świata gdzieś w dżungli.
   Sturm zdecydował się w końcu zatrzymać całą grupę i oznajmić, że się zagubili. Natychmiast też Sighter spróbował określić szerokość geograficzną przez namirzenie słońca swym astrolabium. Nawet jednak kiedy spróbował stać na ramionach Sturma słońce okazało się już zbyt nisko do pomiarów i gnom tylko spadł na plecy. Fitter i Rainspot rzucili się go podnieść i oczyścić z kuszu. Spadł na jakąś purchawkę i cały był pokryty różowymi sporami.
- Bezużyteczne! – powiedział Sighter, kaszląc i kichając jednocześnie bowiem spory zapchały mu no si gardło – Wszystko, co mogę powiedzieć, to że słońce niedługo zajdzie.
- Przecież nie było jeszcze więcej niż cztery godziny dziennego światła – zaprotestował Wingover.
- Pozycja Lunitari na tym niebie jest ekscentryczna – wyjaśniał gnomi astronom.
   Rainspot usiłował oczyścić mu twarz z kurzu przy pomocy mokrej szmaty, lecz Sighter tylko odsunął precz jego ręce.
- Tutaj noce są bardzo długie a dni bardzo krótkie – dodał.
Nie znaleźliśmy jeszcze żadnej rudy – powiedział bellcrank.
- Prawda – odparł Wingover – Ale nawet nie próbowaliśmy kopać.
- Kopać – zdziwił się Roperig.
- Kopać – twardzo powiedział Sturm – Wingover ma rację. Wyznacz miejsce, Bellcrank, a my zaczniemy kopać i zobaczymy co z tego wyniknie.
- Może najpierw zrobimy kolację? – spytał pulchny gnom – Brzuch mam całkiem pusty!
- Jedna godzina chyba nie czyni tu żadnej różnicy – rzekł Sturm – Dobrze, obozujemy, jemy a potem kopiemy.
   Gnomy natychmiast wpadły w zwykły dla nich tryb radosnego roztrzepania. Roperig i Fitter wyładowali wózek w najprostszy z możliwych sposobów: wywrócili go do góry dnem. Fitter został przysypany mnóstwem rupieci lecz wydobył się z nich dzierżąc swój ulubiony gliniany ganek.
- Kolacja będzie za chwilkę gotowa! – zawołał radośnie.
   Drwiąco odpowiedziały mu pozostałe gnomy.
- Fasola! Fasola! Fasola! Chory już jestem od tej fasoli – rzekła Cotwood – Jestem chory, chory, chory od fasoli, fasoli, fasoli.
- Zamknij się, durny stolarzu – powiedział Sighter.
- A-a-a – ostrzegawczym tonem odezwała się Kitiara widząc jak Cutwood z drewnianym młotkiem w dłoni stanął na palcach za plecami Sightera – Nic z tych rzeczy.
   Fitter złapał toporek i potrzaskał na kawałki boczną deskę wózka. Sturm to zobaczył i zdumiony spytał.
- Cały ten czas paliłeś tylko kawałki wózka?
- Oczywiście – odparł gnom – A co innego można?
- Dlaczego nie spróbowałeś tych roślin? – spytał Bellcrank.
- Są zbyt świeże – odparł Wingover – Nie będą się palić.
- Rozpal ogień z tego, co narąbałeś a na wierzch połóż trochę roślin. Gdy ogień je wysuszy to zaczną się palić – stwierdziła Kitiara.
   Cutwood i Fitter pognali wzdłuż wyrąbanej ścieżki i wrócili z naręczami Lunitariańskie, porąbanej flory. Cisnęli to na ziemię obok wozka. Fitter zbudował z tego sklepienie z czerwonych patyków nad dymiący mogniem. Nęcoący zapach roszedł się już po kilku minutach i natychmiast zgromadził bandę głodomorów wokół Fittera.
- Fitter, chłopcze, nigdy bym w to nie uwierzył, lecz ten garnek fasoli pachnie dokładnie jak pieczony bażant! Zawołał Wingover.
- Całkiem już odjechałeś! – powiedział Roperig – Przecież to zapach swieżo upieczonego chleba.
- Pieczona dziczyzna – mruknął Sturm marszcząc nos.
- Kiełbaski w sosie – uznał Belcrank oblizując wargi.
- Przecież jeszcze nie włożyłem fasoli – oznajmił Fitter – A poza tym dla mnie to zapach rodzynkowych muffinek.
- Te rzeczy to robią, ich sprawka – powiedział rainspot wskazując na różowe patyki.
   Części najbliżej ognia zmieniły kolor na ciemny brąz. Sok zaczął z nich wypływać i twardniał w strumyki na gałązce.
   Sighter podniósł jeden z patyków trzymając za chłodny koniec. Powąchał koniec przypieczony i ostrożnie go przygryzł. Podejrzliwość znikała mu z twarzy w miarę przeżuwania.
- Pudding – powiedział z zaskoczeniem w głosie – Chrupki pudding. Moja mam taki robiła.
   Jeden przez drugiego gnomy runęły do ogniska by tylko popróbować pozostałych patyków. Sturm zdołał złapać jeden patyk z samego wierzchu. Odciął sztyletem opieczoną porcję, pociął ją na kawałki i podał Kitiarze.
- Wygląda na mięso – powiedziała przeżuwając kawałek.
- Jaki smak czujesz? – spytał Sturm.
- Smażone ziemniaczki Otika – odparła zachwycona – Z mnóstwem soli.
- Absolutnie wyjątkowe doświadczenie – skomentował Sighter – Każdy z nas, próbując tych roślin, czuje smak ulubionej potrawy.
- Jak to możliwe, skoro przecież to wciąż ta sama roślina? – pytała Kitiara wciąż gorączkowo przeżuwając.
- Według mojej teorii ma to coś wspólnego z tą samą siła, która dała ci taką moc a Rainspotowi możliwość przywołania deszczu.
- Magia? – pytał Sturm.
- Możliwe. Możliwe – samo słowo sprawiąło Sighterowi widoczny problem – My, gnomy, uważamy że to co się tak łatwo nazywa magią to tylko jeszcze jedna moc natury jaką jeszcze trzeba opanować.
   Reszta różowych patyków szybko została skonsumowana. Jak na swe rozmiary to gnomy były prawdziwymi żarłokami więc kończyły posiłek leżąc wszędzie wokół obozowiska i trzymając się z brzuchy.
- Co za uczta! – jęczał Bellcrank.
   Sturm podparł się pod boki i stanął nad leżącymi gnomami.
- Ależ z was zacna gromada! Kto teraz pomoże w kopaniu?
- Najpierw drzemka – wymamrotał Cutwood i już się zaczął układać wygodnie do snu.
- Tak, trzeba odpocząć – zgodził się Rainspot – Trzeba, żeby potem dobrze kopać. To tylko odpowiedni odpoczynek dka mięśni.
   Po chwili już niewielka polanka rozbrzmiewała cienkim pochrapywaniem siemiu par płuc.
   Słońce szybko zaszło za wzgórza. Kiedy tylko światło zaczęło przechodzić w głęboki odcień bursztynu i zanikać to i wszystkie plątanina roślin zaczęła więdnąć. Niemal tak szybko jak wyrastały w świetle porannego słońca tak teraz się kurczyły. Patyki wysychały i spadały na ziemię. Pająkokształtne kwiaty zwijały łatki i opadały w kurz. Purchawki zanikały. Muchomory opadały. Nim jeszcze gwiazdy ukazały się na niebie nic na czerwonym gruncie nie pozostało poza świeżą pokrywą czerwonych płatków.
- Chyba wezmę wartę na jakiś czas. Złap trochę snu, co? Zmienisz mnie później – powiedziała Kitiara.
- Dobry pomysł – odparł.
   Sturm nagle zdał sobie sprawę, jak ogromnie jest zmęczony. To ciągłe zdziwienie wyczerpało mu zmysły. Wyrąbywanie ścieżki w dżungli dnia wyczerpało go do reszty. Rozwinął śpiwór obok wywróconego wózka i szybko się położył.
   Maszerowali dzisiaj przez cały dzień i widzieli nawet śladu żadnej rudy. Zastanawiał się co też się stanie gdy przekopią jakieś wzgórze i nadal nic nie znajdą. Wciąż mieli przed sobą jedno rozwiązanie, desperackie lecz możliwe, na którym mogą oprzeć swe nadzieje: zarówno on jak i Kitiara mieli przecież miecze i pancerze. Gnomy pewnie potrafiłyby je przerobić na nowe części ze stali i żelaza. Wolałby jednak, by dokonać tego w najbardziej ostatniej ostateczności.
   Powietrze na Lunitari niegdy ciepłe nie było, lecz teraz wyraźnie pochłodniało. Sturm zadrżał i naciągnął futrzaną derkę aż po samą brodę. Wraz z Tanisem polowali ostatnio w górach Qualinostu i mieli niezły pokot. Tanis z łukiem to śmiercionośna machina.
   Nagle usłyszał dźwięk strzały.
   Sturm nagle znalazł się na Krynnie, był dzień, chociaż chłodny i zachmurzony. Był gdzieś w lesie i było tam jeszcze czterech mężczyzn poruszających się przed nim między drzewami. Dwójka mężczyzna ciągnęła trzeciego między sobą a jego ramiona wspierały im się na barkach. Gdy Sturm dotarł bliżej dojrzał przyczynę: niesiony mężczyzna miał w plecach strzałę.
- Dalej, Hurrik! Możesz tego dokonać! – wołał przywódca.
   Sturm nie mógł dostrzec twarzy czwartego mężczyzny, lecz słyszał jak wszystkich pogania. Za plecami usłyszał trzask martwego chrustu pod nogami. Sturm obejrzał się i dostrzegł między drzewami niewyraźne postaci nadbiegające cichaczem. Nosili wilczury jak okrycia i byli uzbrojeni w łuki. Wiedział kim oni są: przerażający Tropiciele z Leerach. Wynajmowani myśliwi, którzy dopadną każdego za sowitą opłatę.
- Zostań z nami, Hurrik! Nie poddawaj się! – szeptał gorączkow przywódca.
- Zostaw mnie, panie! – odparł ranny.
   Przywódca stał ze swymi ludźmi.
- Nie zostawię cię tym rzeźnikom – powiedział.
- Błagam, idź, panie. Będą chcieli dostarczyć mnie do swego mistrza a to da ci czas na ucieczkę – odparł Hurrik.
   Na pancerzu pojawiła mu się krew. Sturm dostrzegł też krew zosmarowaną na czepcu. Dwójka dotąd dźwigająca Hurrika teraz posadziła go opierając ciało o pień drzewa. Wydobyli jego miecz i zamknęli palce rannego na jego rękojeści. Sturm widział jak twarz rannego pobielała z upływu krwi.
   Tropiciele przystanęli. Przeciągły trel gwizdka rozległ się w lesie. Zdobycz skręciła lecz jest blisko. Sygnał oznaczał, że są blisko i idą by zabić.
   Przywódca z twarzą wciąż ukrytą przed Sturmem dobył długiego sztyletu zza pasa i włożył rannemu w lewą dłoń.
- Niech cię Paladine prowadzi., Sir Hurrik – powiedział.
- I ciebie, mój panie. A teraz pośpieszaj!
   Pozstała trójka mężczyzn pobiegła najszybciej jak tylko pozwalały na to pancerze. Hurrik podniósł miecz ruchem pełnym bólu. Wilczy łeb ukazał się między drzewami.
- Wyłaź – powiedział Hurrik – Wyłaź i walcz ze mną!
   Tropiciel nie zamierzał nic takiego. Z zimną krwią napiął łuk i strzelił. Gort dopadł celu.
- Panie! – krzyknął Hurrik.
   Przywódca przystanął i obejrzał się wstecz gdzie umierał jego towarzysz. Sturm ujrzał twarz.
- Ojcze!
   Z krzykiem znalazł się na powrót na Lunitari. Leżał teraz na brzuchu a śpiwór miał skłębiony w supeł. Ciężko usiadł i ujrzał jak Kitiara się weń wpatruje.
- Miałem jakiś koszmarny sen – powiedział lekko zawstydzonym tonem.
- Nie – odparła – Byłeś całkiem rozbudzony. Widziałam. Waliłeś wokół i krzyczałeś przez długi czas. Oczy miałeś szeroko otwarte. Co widziałeś?
- Byłem… byłem znów na Krynnie. Nie wiem gdzie, lecz byli tam tropiciele. Ścigali jakiś ludzi, między ściganymi był mój ojciec.
- Tropiciele z Leerach?
   Sturm potwierdził skinieniem głowy. Pot spływał mu na usta mimo, że powietrze byo wystarczająco chłodne by z oddechu unosiła się para.
- To nie było chyba rzeczywiste – powiedział.
- Myślę, że było. To może być twój dar, Sturm. Wizje. Tak, jak moja siła, to jest coś co daje ci Lunitari.
   Wzruszył ramionami.
- Wizje czego? Przeszłości? Przyszłości? A może widzę coś, co dzieje się właśnie teraz tylko bardzo daleko? Skąd mam to wiedzieć, Kit? Skąd wiedzieć?
- Nie mam pojęcia – przeczesała mu czarne kędziory palcami – To boli, prawda? Kiedy się nie wie.
- Myślę, że powoli wariuję!
- Nic z tego. Na to jesteś zbyt silny.
   Podniosła się, obeszła przygasające ognisko, i przysiadła przy nim. Sturm pononie rozłożył śpiwór i się położył. Te wizje spadały na niego bez ostrzeżenia, doprowadzały go na skraj szaleństwa. A jednak Sturm spostrzegł, że oto zapamiętuje najnejszy szczegół i ponownie wraca do obrazu strasznej sceny: w tych widokach może się kryć rozwiązanie zagadki losu jego ojca. Kitiara położyła mu dłoń na piersi i poczuła galopujące uderzenia serca.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#12 2017-10-27 21:53:25

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Mrok i Światło

Rozdział 12
Kilku gnomów brak

    Gnomy w końcu zaczęły się budzić po letargu wywołanym obfitym obżarstwem i zaczęły natychmiast rozijać się po obozie wciąż pokrzykując i przerzucając się jakimiś narzędziami. Bellcrank wygrzebał skądś długi kołek i przy jego pomocy zaznaczył miejsce na zboczu wzgórza.
- Tutaj będziemy kopać – oznajmił.
- Dlaczego tutata? – spytał Cutwood.
- A dlaczego by nie?
- Nie byłoby może lepiej wdrapać się na szczyt wzgórza i drążyć pionowy szyb prosto w dół? – zasugerował Wingover.
- Gdybyśmy chcieli wykopać studnię to może i by było, lecz my poszukujemy żelaza – rzekła Bellcrank.
   Po długiej dyskusji na tematy tak tajemnicze jak warstwy geologiczne, seymentacja czy też prawidłowa dieta górników gnomy odkryły, że jedunymi narzędziami zdatnymi do kopania są dwie drewniane szufelki o krótkich rączkach.
- Czyje to jest? Spytał Sighter.
- Moje – powiedział Fitter – Jedna na fasolę, druga na rodzynki.
- Nie mamy przypadkiem prawdziwej szufli, czy może szpadla w tym wózku?
- Nie – odparł Roperig – Oczywiście jest tam trochę żelaza, więc możemy sobie zrobić szufle…
   Cutwood i Wingover obrzucili go brudnymi skarpetkami za samą sugestię.
- Jeżeli to, co mamy, to tylko szufelki to szufelki muszą wystarczyć – powiedział Bellcrank.
   Po czym wręczył je Cutwoodowi i Wingoverowi.
- Dlaczego my? – spytał Cutwood.
- A dlaczego by nie?
- Wolałbym, żeby przestał tak gadać – rzekł Wingover.
   Podciągnął rękawy ponad łokcie i przyklęknął obok kólka jakie Bellcrank wyrysował w glebie.
- Och, skało – westchnął.
- Proś Reorxa byśmy trafili na skałę – powiedział Cutwood – Inaczej będziemy tu kopać cały dzień.
   Gnomy zebrane wokół dwójki kolegów również padły na kolana. Górna warstwa dziwacznej gleby została łatwo zeskrobana. Kopacze rzucali przez ramię całe szufle pachu. Trafili w twarz zarówno Sightera jak i Rainspota. Gnomy wycofały się na bardziej czyste miejsca obserwacji.
   Bellcrank schylił się i zgarnął pełną garść gleby właśnie odrzuconą przez Wingovera. Nie była już sucha i gąbczasta, była twarda, ziarnista i wilgotna.
- Hej – powiedział – popatrzcie tylko na to. Piasek.
   Sturm i Kitiara przyjrzeli się uważnie kuli mokrego piasku jaką ścisnął w małej garści Bellcrank. Zupełnie zwykły piasek, lekko zabarwiony na różowo.
- Uff! Coś tu jest – mruknął Cutwood.
   Kopnął w coś sporego w głębi wykopanego tunelu. To coś się wytoczyło i ruszyło w dół po zboczu. Po chwili się zatrzymało. Fitter podniósł.
- Zupełnie jak szkło – powiedział.
   Sighter wziął rzecz od niego i się uważnie przyjrzał.
- To jest szkło. Surowe szkło – powiedział.
   Z dziury wydobywano jeszcze sporo kawałków szkła. Poza tym piasek, piasek i coraz więcej piasku. Wingover i Cutwood kopali zbocze wzgórza głowami naprzód więc teraz to już tylko stopy widać było na zewnątrz. Sturm powiedział, żeby przestali kopać.
- Bez sensu – powiedział – Tu nie ma rudy.
- Muszę się zgodzić z panem Brightblade – dodał Bellcrank – To całe wzgórze to tylko wielka kupa piasku.
- A skąd wzięło się tu szkło? – pytała Kitiara.
- Każdy rodzaj ciepła stopi piasek w szkło. Błyskawica, pożar lasu, wulkan.
- To nie istotne – wtrącił Sturm – Kopaliśmy szukając żelaza a znaleźliśmy szkłó. Pytanie teraz; co robimy dalej?
- Szukamy gdzieś indziej? – nieśmiało zaproponował Fitter.
- A co ze Stuttsem i resztą? – spyatała Kitiara.
- A niech mnie, zapomniałem o naszych kolegach – zawołał Roperig – Co mamy robić?
- Wracamy – powiedział Sturm – Zanim dotrzemy na powrót do latającego statku minie jeden dzień więc nazbieramy trochę roślin dla Stuttsa, Birdcalla i Flasha. Będą mieli co jeść. Kiedy znów będziemy razem to naprawicie silnik – smutno popatrzył na Kitiarę – dzięki żelazu jakie Kitiara i ja posiadamy dzięki broni i pancerzom. Wy, gnomy, z pewnością zdołacie przekuć nasze uzbrojenie w niezbędne części.
   Pomruk aprobaty przeleciał przez zgromadzone gnomy.
- Czy naprawdę myślisz, że zgodzę się aby mój miecz, kolczugę i pancerz zostały przekkute w części do maszyny? Czym my się będziemy bronić? Szufelkami i fasolą? – pytała rozwścieczona Kitiara.
- Jak do tej pory to używaliśmy mieczy tylko do ścinania roślin – sprzeciwił się Sturm – A to może być nasza jedyna droga powrotu.
   Kitiara skrzyżowała ramiona.
- Nie podoba mi się to.
- Mnie też, tylko jaki mamy wybór? Możemy pozostać dobrze uzbrojeni i uwięzieni tutaj, lub nieuzbrojeni i w drodze do domu.
- Niemiły wybór – musiała to przyznać.
- Nie musisz się decydować w tej chwili. Cokolwek zdecydujesz to i tak najpierw trzeba wrócić do statku – odparł Sturm.
   Nikt nie dyskutował z takim postawieniem sprawy. Gnomy od razu rzuciły się do zwijania obozu. I podobnie jak rozpakowywanie rzeczy i teraz procedura była błyskawiczna. Po prostu każdy gnom zwalił wszystko na wózek. Czasem zdarzało się, że przedtem musiały się pokłocić o jakąś rzecz a Rainspot i Cutwood nawet tak się zagalopowali, że złapali Fittera i też rzucili na wózek. Sturm ledwo zdążył wyciągnąć najmniejszego z gnomów nim go całkiem przysypali.
   Niebo było czyste i rozświetlone mnóstwem gwiazd więc podróżnicy nie mieli kłopotu ze znalezieniem drogi powrotnej na kamienną równinę. Kiedy tylko opuścili linię wzgórz mogli się napawać pięknym widokiem. Na horyzonie południowo zachodnim na niebie błyszczało błękitne białe światło. Przeszli może kilkaset jardów gdy ukazało się źródło tego światła. Pierwszy raz od przyjazdu widzieli wschodzący nad horyzontem Krynn.
   Cała grupa przystanęła by podziwiać wielki, błękitny glob.
- Co to za postrzępione, bałe plamki? – pytała Kitiara.
- Chmury – odparł Rainspot.
- Więc niebieskie to oceany a brązowe to lądy?
- Dokładnie tak, pani.
   Sturm stał z boku, troszkę oddalony od reszty grupy, i podziwiał widok domowego świata. Kitiara patrzyła przez gnomią lunetę. Przymknęła jedno oko i skuliła się do poziomu Sightera. Skończywszy ogląd podeszła bliżej Sturma.
- Nie chcesz popatrzeć? – spyatała.
   Sturm podrapał się po lekko już zarośniętym podbródku.
- Widać go całkiem dobrze i stąd.
   Jaskrae, białe światło Krynnu padło na pierścień Sturma i rozbłysło. Emblemat Rycerza Solamni Zakonu Róży wpadł mu w oko.
   Zachłysnął się dymem.
   Nie! Znowu? Wizja opanowała jego zmysły bez żadnego ostrzeżenia. Sturm walczył by zachować spokój. Coś zawsze wyzwalało takie doświadczenia – najpierw był to księżycowy chłód powietrza, potem dotyk futra wilczury w nocy a teraz światło odbite z pierścienia, jedynej pamiątki Solamnijskiego dziedzictwa. Nie był to pierścien ojca, lecz matki. Sturm nosił go na małym palcu.
   Za jego plecami górował wielki, ciemny mur. Sturm stał w cieniu tego muru, była noc. Jakieś dwadzieścia jardów dalej płonęło ognisko. Był chyba na dziedzińcu jakiegoś zamku. Dwóch mężczyzn w obszarpanym odzieniu garbiło się teraz nad ogniskiem. Trzeci, nieruchomy, leżał na ziemi.
   Sturm podszedł bliżej i poznał, że najwyższy z mężczyzn to jego ojciec. Serca Sturma zaczęło galopadę. Wyciągnął ramiona w stronę Angriffa Brightbalde. Po raz pierwszy od trzynastu lat. Stary wojownik podniósł głowę i patrzył przez Sturma gdzieś dalej. Nie widzą mnie – pomyślał Sturm. Czy był jakikolwiek sposób by dać im znać o swej obecności?
- Nie powinniśmy byli tu przychodzić, mój panie – powiedział jeden ze stojących – To niebezpieczne!
- Ostatnim miejscem w którym nasi wrogowie będą nas szukać jest mój własny, zdobyty już zamek – odparł Lord Brightblade – Poza tym, i tak musieliśmy gdzieś wynieść Marbreda. Zalęgła mu się w piersiach gorączka.
   Ojcze! Sturm próbował wrzasku. Sam siebie jednak nawet nie słyszał. Lord Broghtblade przyklęknął obok mężczyzny leżącego na ziemi. Oddech osiadał mu szronem na brodzie, przez co stawała się równie biała jak broda Marbreda.
-Jak się czujesz, stary druhu? – pytał ojciec Sturma.
- Gotów na każdy rozkaz mego pana.
   Angriff ścisnął ramię starego kompana, wstał i odwrócił się plecami do chorego.
- Może nie przeżyć tej nocy – powiedział – Możliwe, że jutro zostaniemy tylko my. Ja i ty, Bren.
- Co powinniśmy zrobić, mój panie?
   Lord Brightblade sięgnął pod poszarpane strzępy opończy i derki zwisających mu z szerokich ramion. Odpiął pas i wydobył przed siebie miecz w pochwie.
- Nie pozwolę by to ostrze, wykute przez pierwszego z moich przodków i niosące honor rodu przez wiele lat, teraz wpadło w niegodne ręce wrogów.
   Bren chwycił Lorda Brighteblade za przegub.
- Mój panie… ty chyba nie chcesz… nie masz zamiaru go zniszczyć!
   Agnriff wydobył z pochwy sześć cali ostrza. Blade światło odbiło się od polerowanej stali a ta wręcz rozbłysła odpowiedzią.
- Nie – odparł – Jak długo żyje mój syn ród Brightblade będzie trwał. Mój miecz i zbroja muszą przypaść właśnie jemu.
   Sturm poczuł jak mu serce płonie. Wtedy właśnie ból spowodował nagłą zmianę sceny na jakieś dziwne światło. Skradło ono wszelkie siły z członków Sturma i choć starał się ze wszech mocy utrzymać skupienie na swej wizji, widzieć wszystko ostro i dokładnie, obraz zgasł. Ognisko, mężczyźni, jego ojciec oraz miecz Brightblade’ów zamigotały i znikły. Palce Sturma bezwiednie zwinęły się w ciasną pięść jakby chciał wręcz przemocą uchwycić tą scenę. Poczuł jak ściska tylko futrzaną derkę Kitiary.
- Wszystko w porządku – powiedział.
   Serce powoli wracało do normalnego rytmu.
- Tym razem byłeś bardzo cichy – mówiła Kitiara – Patrzyłeś przed siebie jakbyś oglądał sztukę na scenie w Solace.
- Na swój sposób tak to właśnie było – opisał jej czuwanie ojca – To musi dziać się teraz, albo bardzo niedawno się działo – rozumował – Zamek był w ruinie, lecz ojciec nie wyglądał na bardzo starego… może pięćdziesiąt lat. Nawet broda mu nie posiwiała. Musi być jeszcze wśród żywych!
   Sturm zdał sobie sprawę, że leży na plecach i się porusza. Usiadł gwałtownie i omla nie spadł z wózka gnomów.
- Jak się tu znalazłem? – pytał.
- Ja cię tu wpakowałam. Nie wyglądałeś na takiego, co może to sam zrobić – odparła Kitiara.
- Podniosłaś mnie?
- Jedną ręką – dodał Wingover.
   Rycerz popatrzył w dół. Wszystkie gnomy, poza Sighterem, były zajęte przy dyszlach. Popychały i ciągnęły wózek. Sturm poczuł się zawstydzony, że stanowi taki balast dla towarzyszy i szybko zeskoczył z wózka. Kitiara poszła za jego przykładem.
- Jak długo mnie nie było? – spytał.
- Prawie godzinę – odparł wpatrzony wciąż w gwiazdy Sighter – Te wizje stają się coraz dłuższe, prawda?
- Taaak, ale przypuszczam, że się zaczynają gdy coś wyzwoli we mnie jakieś wspomnienia z przeszłości – odparł Sturm – Jeżeli skoncentruję się na teraźniejszości to może zdołam uniknąć takich przypadków jak dzisiejszy.
- Sturm nie aprobuje niczego nadnaturalnego – wyjaśniła gnomo Kitiara – To chyba część jego kodeksu rycerskiego.
   Krynn znajdował się już wysoko na niebie a teren wokół stał się jasno oświetlony, zupełnie jak za dnia. W tym wspaniałym świetle nie wzrastała jednak żadna roślinność. W czystym świetle planety wszystko było zimne i pozbawione życie. Sighter wciągnął kolegów w kolejną, długą dyskusję. Kitiara i Sturm szli śladami wózka więc nikt nie zauważył rowu dopóki przednie koła w nim nie zaryły. Gnomy przy dyszlach przednich – Cutwood, Fitter i Wingover – padli natychmiast na twarze. Roperig, Rainspot i Bellcrank wytężali wszystkie siły by nie pozwolić ciężko załadowanemu wózkowi na wywrotkę.Kitiara i Sturm dopadli i podparli wózek z obu stron.
- Niech się stoczy – powiedziała Kit – Puście go.
   Rainspot i Bellcrank odskoczyli, lecz Roperig nie dał rady. Wózek poleciał na dół rowu z małym gnomem obijanym boleśnie po drodze przez dyszel oraz dwójką ludzi biegnącą z boku.
- Co ci stało? – pytał Bellcrank gdy wózek się zatrzymał – Dlaczego nie puściłeś?
- Ja… nie mogę – skarżył się Roperig – Dłonie mi się kleją!
   Tarzając się zdołał jakoś opaść na stopy. Ze wszystkich kieszeni i mankietów leciał kurz. Pulchne palce były jednak solidnie przymocowane do dyszla. Rainspot usiłował oderwać palce kolegi od drzewca.
- Ojej, nie! – wrzeszczał Roperig – Urwiesz mi palce!
- Nie bądź taki płaczliwy – powiedział Sighter.
- Cutwood, czy posmarowałeś to drzewce na końcu jakimś klejem? – pytał Rainspot.
- Absolutnie nie! Na przekładnie! Nigdy bym tego nie zrobił Ne mówiąc nikomu.
   Inwokacja Cutwooda do świętego zawołania – „Przekładnia” – dowodziła jasno, że mówił prawdę.
- Hmm – mruknęła Kitiara i zabębniła palcami na kółku wózka – Może to znowu jakaś zwariowana Lunitariańska magia?
- Mam rozumieć, że już na zawsze jestem przyklejony do tego wózka?
- Nie denerwuj się, mistrzu. Mogę odpiłować ten dyszel – powiedział Fitter.
   Pocieszającym gestem poklepał swego szefa po ramieniu.
- Bzdura – rzekł Bellcrank – jeżeli tylko Pan Brghtblade pozyczy mi swego noża to odskrobię twoje palce w mgnieniu oka.
   Roperig pobladł.
- Nigdy!
- Możemy bardzo ostrożnie odpiłować wszystko wokół palców.
- Nikt tu nie będzie niczego ciął ani piłował – warknęła Kitiara – Jeżeli to przyklejenie pochodzi z tego samego źródła co moja siła czy wizje Sturma to raczej należy pomyśleć jak to działa zanim zaczniecie odcinać mu palce.
- Dokładnie tak – poparł ją Sighter – Tak więc, czy może to być czystym przypadkiem, że otrzymujemy możliwości w jakiś sposób związane z naszymi specjalnościami. Rainspot przywołuje deszcz, pani Kitiara stała się potężniejsza jako wojownik… a Roperig, mistrz lin i wężłów, nagle jest za obie ręce mocno przymocowany. A może działa tu jakaś subtela, lecz potężna moc, która powiększa nasze naturalne umiejętności.
- Roperig prawdopodobnie może uwolnić siebie sam jeśli sobie tylko mocno  zażyczy – zastanawiała się Kit – Tak jak Rainspot życzy sobie deszczu.
- Tak naprawdę to ja tylko chciałem utrzymać chwyt gdy ześlizgiwaliśmy się do rowu – smutno powiedział Roperig.
   Mocno zacisnął oczy i z całych sił sobie zażyczył.
- Mocniej! Skoncentruj się! – naciskał Sighter.
   Cutwood wydobył swoje powiększające szkło i intensywnie wpatrywał się w przyklejone dłonie Roperiga. Bardzo powoli, z takim nieco mlaskającym dźwiękiem, dłonie te odrywały się od drewnianego dyszla.
- Oj, oj! – jęczał Roperig machając dłońmi jak wariat – To parzy!
   Wózek wciągnięto znowu na wysoki brzeg rowu. Gnomy puściły w obieg butelkę wody. Fitter wręczył ją Kitiarze, która pociągnęła krótki łyk i podała dalej do Sturma. Trzymał ją dłuższą chwilę, wpatrywał się w ziemię i nie pił.
- O co chodzi? – spytała zabierając butelkę.
- Ta magia mnie niepokoi. Możemy się jej jakoś sprzeciwić, odrzucić?
   Zatkała na powrót butelkę.
- A niby dlaczego byśmy mieli?  Powinniśmy raczej do niej przywyknąć i nauczyć się to kontrolować.
   Kitiara zacisnęła dłoń w kułak. Czuła w sobie potężną siłę, zupełnie jakby czuła ciepło słodkiego wina w żyłach. To było upajające, ten smak mocy. Ppatrzyła Sturmowi w oczy.
- Jeśli wrócimy na Krynn nawet bez pieniędzy, bez broni, bez zbroi to mam nadzieję, że nasze moce pozostaną.
- To nie jest dobre – upierał się.
- Dobre? To jest jedyne co się liczy!
   Butelka wody eksplodowała ściśnięta mocarnymi palcami. Mały Fitter przygarbił się zbierając odłamki szkła.
- Stłukłaś butelkę, pani – powiedział – Nie zraniłaś się?
   Pokazała mu zdrową dłoń.
- Sporo rzeczy może tu się jeszcze połamać dokoła zanim skończę – powiedziała rozzłoszczonym tonem.
   Zanim nadeszła godzina zachodu Krynnu za północno wschodni horyzont podróżni zdołali pokonać więcej niż połowę drogi powrotnek do Mistrza Chmur. Przed nimi rozpościerała się płaska pustka, czerwona, kamienista pustka. Kroczyli dziarsko naprzód, ludzie cicho i osobno, gnomu znowu zaczęły dyskutować.
   Pilot latającego statku szedł coraz to wolniej i wolniej. W końcu całkiem stanął.
- Idź dalej, chłopcze – powiedział Sighter popychając Wingovera – Nie chcesz tu chyba zostać, co?
- Przepadł – oznajmił Wingover.
- Co przepadło?
- Statek. Mistrz Chmur.
- Całkiem zgłupiałeś. Mamy jeszcze co najmniej osiem mil do przejścia, jak możesz coś dostrzec na taką odległość?
- Nie wiem, lecz widzę to miejsce bardzo dokładnie – odparł Wingover i popatrzył w dal – Jest tam wielka koleina, kilka oznak poślizgu i parę połamanych skrzynek dokoła, lecz statku nie ma.
   Sturm i Kitiara podeszli do dalekowzrocznego gnoma.
- Jesteś pewny, Wingover? – pytał Sturm.
- Przepadł – upierał się gnom.
   Zarówno Sighter jak i pozostałe gnomy głośno wyrażali swoje powątpiewanie, lecz Sturm nakazał przyspieszenie marszu. Mile mijały szybko, lecz Wingover wciąż uważał, że statek zniknął z miejsca lądowania. Z taką precyzją opisywał prozrzucany bałagan na miejscu lądowania, że jego pewność w końcu zaraziła grupę powątpiewaniem. Została może jeszcze mila gdy Kitiara nie wytrzymała napięcia. Pognała przed siebie co sił w nogach i szybko zniknęła im z oczu.
   Sturm z gnomami wytrwale maszerował dalej. Kitiara wróciła swobodnym truchtem.
- Wingover mówi prawdę – powiedziała – Mistrz Chmur zniknął.
   Gnomy natychmiast otoczyły Wingovera i zaczęły klepać go po twarzy i podnosić powieki. Pilot jednym machnięciem ręki strącił wścibskie paluchy, lecz jego koledzy, zapominając o nowinach przyniesionych przez Kitiarę, zażarcie dyskutowali przypadek takiej dalekowzroczności.
- To magia Lunitari! – wrzasnął Wingover – Zostawcie mnie samego!
- Czy Stutts z kolegami mogli jakoś sami naprawić statek i gdzieś polecieć? – zastanawiał się Sturm.
   Kitiara poluzowała futrzany kołnierz na szyi chcąc się ochłodzić po biegu.
- tam wszędzie są ślady – niewielki koliste odciski – myślę, że statek został przeniesiony.
- Przeniesiony? – zdumiał się Fitter.
- Czy wiesz ile taki statek waży? – dodał Sighter.
   Zadarła brodę i odparła.
- Nie obchodzi mnie to. Może być sobie nawet cięższy od Góry Nieważne. Ktoś lub coś go podniosło i zabrało.
- To „coś lub ktoś” musi być bardzo silny, lub bardzo liczny – orzekł Sturm.
- Albo i jedno i drugie – ponuro dodała Kitiara.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#13 2017-10-29 19:11:54

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Mrok i Światło

Rozdział 13

Chodzące drzewa

   Nad polem kamieni na którym ongiś osiadł Mistrz Chmur świeciło teraz słońce. Grupa badaczy okrążyła miejsce lądowania bezradnie gapiąc się na głęboką bruzdę w gruncie. Wszystko było dokładnie tak, jak to widział Wingover osiem mil wcześniej. Zarówno latający statek jak i trójka pozostałych gnomów zniknęli. Koła, które połamały się przy lądowaniu gdy uderzyli w powierzchnię księżyca, były jedynymi częściami jakie pozostały ze statku. Poza kołami leżały tu jeszcze dwie puse skrzynki, parę toreb fasoli i resztki ogniska.
- Kto mógł to zrobić? – pytał Bellcrank.
   Cutwood już pełzał ze szkłem powiększającym w dłoni i badał ślady. Sturm kopnął żałosne resztki obozowiska i powiedział.
- Przynajmniej nie ma śladów rozlewukrwi.
- Sześćdziesiąt – oznajmił Cutwood.
   Nos miał cały w kurzu, podobnie zresztą wyglądała jego broda.
- Było tu przynajmniej sześćdziesięciu ludzi. Musieli chyba unieść Mistrza Chmur na ramionach albowiem nigdzie nie ma śladów wleczenia statku.
- Nie mogę w to uwierzyć – powiedział Sighter – Sześćdziesięciu ludzi nie dźwignęłoby Mistrza Chmur na ramionach.
- Nawet gdyby mieli siłę Lady Kitiary? – spyatał Roperig.
   Wszyscy na chwilę zamilkli. Kitiara natomiast przyklękła przy śladach.
-  Żaden człowiek nie zostawił tych śladów – powiedziała – Odciski są okrągłe, przypominają kopyta niepodkutych koni.
   Zbadała odległości między ciasno odciśniętymi tropami.
- Ci niezdarni durnie deptali sobie po piętach! Musimy ich ścigać. Wytropić i odebrać statek.
- Bez wątpienia – zgodził się z nią Sturm.
   Kitiara wyjęła ostrzałkę, usiadła na kamieniu i zaczęła ostrzyć krawędź miecza. Sturm zebrał pozostałych gnomów.
- Idziemy za waszymi kolegami – oznajmił.
   Gnomy wzniosły radosny okrzyk. Sturm machnięciem ręki szybko ich uciszył.
- Ponieważ nie mamy pojęcia jak dawno temu odeszli i o ile nas wyprzedzają musimy poruszać się jak najszybciej. A to oznacza – na twarzach gnomów widać było zniecierpliwienie – każdy może zabrać tylko tyle ile może sam unieść.
   Cisnęło to gnomy w tumult przygotowań i przeciw – przygotowań. Na oczach Sturma rozwalili na kawałki CzteroGnomowyWózekBadawczy i zaczęli montować JednognomowePakietyBadawcze. Składały się na nie drewniane deszczułki oraz kawałki tkaniny i derek. Pakiety zaopatrzono w linki tak, by przypominały plecaki tylko swą wysokością dwukrotnie przerastały przeciętnego gnoma. Wymagało to zastosowania podporowych linek oraz przeciwwagi dla ładunku. W niedługim czasie każdy gnom uginał się pod zestawem drewna i materiału, lecz jednak nie zostawili niczego ze swego ukochanego ekwipunku.
   Sturm przyjrzał się im i jęknął w duchu. W ich tempie podążając nigdy nie odnajdą Mistrza Chmur, nigdy nie wrócą na Krynn a on nigdy nie odnajdzie ojca. Już miał nawrzeszczeć na niedużych ludzików, lecz wiedział, że nic dobrego to nie da. Gnomy poruszają się w swoim tempie, niezręcznie i bezładnie, lecz jednak zawsze do przodu.
   Obok Sturma, naśladując kaczy chód, przeszedł Sighter notując coś zawzięcie będąc pod tkaninowym, trzeszczącym baldachimem.
- Zaczynam nowy wpis w dzienniku okrętowym – powiedział chwiejąc się na wszystkie strony przy czym czubek jego pakietu badawczego minął nos Sturma o pół cala – Nie jest Ti już Lunitariańska Wyprawa Badawcza.
   Odszedł parę kroków a za nim sapiąc poczłapał Wingover.
- Teraz to jest Lunitariańska Misja Ratowania Latającego Statku – powiedział ten ostatni.
   Trop był szeroki i wyraźny. Na ile tylko można byłoby być pewnym to nikt nie włożył najmniejszego wysiłku by go ukryć. Albo ci, którzy pochwycili statek nie należeli do najsprytniejszych, albo też sądzili, że Stutts, Birdcall i Flash stanowili jego jedyną załogę.
   Kitiara i Wingover wysunęli się przed resztę. Koniecznie chciała sprawdzić długodystansowe widzenie gnoma. Miał jej opisać formację skalną leżącą jakieś sześć mil dalej. Biedny Wingover dostał strasznego bólu głowy a jego krótkie nogi nie mogły podołać długim, potężnym susom Kitiary. W końcu zarzuciła sobie na ramię jego Pakiet (linki którego zostały napięte do ostatnich granic) a jego samego podniosła za kołnierz. Wcisnęła sobie Wingovera pod pachę i poleciała naprzód sprintem ufając daleko sięgającemu wzrokowi gnma, że nie pozwoli im się zagubić. Linia tropów wiodła prosto na zachód.
   Sturm tymczasem posuwał się naprzód w tempie wlokących się, przeładowanych gnomów. Maszerowali pod obu stronach szlaku i kłócili się o naturę dalekiego widzenia Wingovera. Sturm osłonił oczy przed słońcem i przyjrzał się odbity śladom. Były uderzająco regularne, okrągłe i umieszczone w pięciu odrębnych rzędach.
- Czy te ślady nie wydają ci się dziwne? – zapytał maszerującego obok Bellcranka.
- Tak, bez wątpienia, Panie Brightblade, przecież nie widzieliśmy żadnych znaków życia zwierzęcego na czerwonym księżycu – odparł gnome.
- Właśnie! A czy zauważyłeś jak bardzo precyzyjne są te tropy? Wszystkie znajdują się dokładnie w jednej linii.
- Nie pojmuję.
- Nawet wyszkolony koń będzie chwiał krok. Jakieś ruchy wykona na bok tu i tam a to widać po jego tropach.
- Machina! – wrzasnął Bellcrank – Panie Brightblade, to genialne!
   Bellcrank aż złapał Roperiga za klapy.
- Nie rozumiesz, co innego mogłoby unieść Mistrza Chmur i go nieść jak tylko inna machina!
- Na Reorxa, o tym nie pomyślałem – odparł Roperig.
   Fitter przekazał pomysł Bellcranka do Roperiga. Cała idea przeskoczyła szlak na stronę po której maszerowali Cutwood i Sighter. Ten ostatni właściwie wyśmiał pomysł.
- To niczego nie rozwiązuje! – powiedział – Gdzie jest machina, musi być ktoś kto ją zbudował, prawda?
   Bellcrank już otworzył gębę by wywalić własną opinię gdy Kitiara i Wingover przybiegli z powrotem. Kobieta wojownik trzymała gnoma pod pachą jak jakiś bochen chleba. Głowa Wingovera podskakiwała na boki za każdym razem gdy jej obcas uderzał o grunt. Gdyby nie powaga sytuacji, obraz taki można by uznać za komiczny.
   Kitiara wyhamowała przed Sturmem.
- Tam dalej jest wioska – powiedziała.
   Nie była nawet lekko zdyszana.
- Wioska? Jakiego rodzaju wioska? – naciskał Roperig.
- Wioskowa wioska – odezwał się Wingover spod ramienia Kitiary – A na placu centralnym ma jakiś fort.
- Czy trop prowadzi do wioski? – spytał Sturm.
   Kitiara potrząsnęła głową.
- Zmienia kierunek na północ, całkowicie omija wioskę.
- Powinniśmy ją zbadać – powiedział Cutwood z odległości trzydziestu jardów.
   Sturm i pozostali najpierw popatrzyli po sobie nawzajem a potem na Cutwooda.
- Możesz usłyszeć o czm mówimy? – ledwie wyszeptał Wingover.
- I to doskonale! Myślisz może, że jestem głuchy? – odkrzyknął Cutwood.
   Sighter klepnął go w ramię.
- Ja ich nie słyszę – powiedział.
   Złapał Cutwooda za ucho i zaczął obracać mu głowę zaglądając to w jedno ucho, to w drugie stolarza.
- Wygląda, że wszystko jest normalne – powiedział – Czy mój głoś brzmi dla ciebie głośno?
- No pewnie skoro wrzeszczysz z odległości jednego cala!
   Sighter wziął Cutwooda za rękę i podprowadził do miejsca gdzie zebrała się już reszta.
- To się znowu dzieje – stwierdził – Cutwood może słyszeć normalną rozmowę z odległości trzydziestu jardów, a może i większej.
- Naprawdę? To aż prosi się o jakieś testy – odparł Rainspot.
   Obniżył własny pakiet aż do ziemi  i etraz usiłował wyplątać się z jego linek i tasiemek.
- Nieważne! – warknęła Kitiara – Co robimy z tą wioską?
-Jak blisko niej musimy przejść jeśli pójdziemy tropem statku?
- Dość by splunąć.
   Popatrzył w niebo.
- Połowa dnia już za nami. Jeżeli ruszymy teraz to miniemy wioskę przed zachodem słońca i nie zgubimy śladu.
   Sighter coś pomruczał na temat braku ciekawości poznawczej u ludzi, lecz tak naprawdę to żaden gnom nie zamierzał się sprzeciwiać planom Sturma.
   Sturm tymczasem uformował grupę w dość ścisły sposób i poważnie ostrzegał każdego gnoma o konieczności zachowania ciszy.
- Czuję nadchodzące kłopoty – powiedział – Każdego rodzaju fort oznacza swego rodzaju władcę, i pewnie jakichś żołnierzy. Jeżeli oczywiście – dodał – ten świat ma cokolwiek wspólnego  z Krynnem.
   Patrząc mu w oczy, Kit zapytała.
- Boisz się czegoś?
- Bać się? Nie. Zaniepokojony? Tak. Nasz pobyt tutaj nie był jeszcze nigdy tak ryzykowny. Walna bitwa może nas zniszczyć nawet jeśli ją wygramy.
- Na tym polega różnica między nami, Sturm. Ty walczysz, żeby zachować porządek i honor; ja walczę dla siebie. Jeżeli szykują się kłopoty, to jedynie wyjście z nich ma sens
- I nie ważne co się stanie z resztą z nas?
   Trafił, i to mocno. Oczy Kitiary aż rozbłysły.
- Nigdy nie zmieniłam stron w czasie walki! Nigdy nie zdradziła m przyjaciół! Ci malcy potrzebują naszej ochrony i rozleję własną krew do ostatniej kropli w ich obronie. Nie masz najmniejszego prawa, by sądzić przeciwnie!
   Sturm przez chwilę szedł w absolutnej ciszy.
- Wybacz mi, Kit. Coraz trudniej przychodzi mi rozumieć co myślisz. Sądzę, że to przez tą magiczną moc, jaką uzyskałaś zmieniły się twoje poglądy.
- Masz na myśli, umysł.
- Można być zawsze pewnym, że ujmiesz wszystko w możliwie brutalny sposób.
- Życie jest brutalne; fakty też.
   Gdzieś na końcu kolumny Cutwood słyszał każde słowo.
- Chyba są na sibie wściekli – powiedział.
- To pokazuje, ile o nich wiesz – odparł Sighter – Mężczyźni i kobiety rasy ludzkiej zawsze dziwnie się do sibie odnoszą. Nigdy nie chcą pokazać, co naprawdę czują.
- A to dlaczego?
- Bowiem nie chcą być postrzegani jako wrażliwi. Ludzie mają w sobie bardzo dużo takiej postawy, co ją nazywają „dumą”. Jest to coś w rodzaju satysfakcji, jaką odczuwasz gdy twoja maszyna działa prawidłowo. Duma każde im działać przeciwnie do tego ca w rzeczywistości czują.
- Przecież to głupie!
   Sighte chciał wzruszyć ramionami ciężko teraz obarczonymi potężnym Pakietem i omal nie upadł.
- Uff! Na Reorxa! Oczywiście, że to głupie, a na dodatek tych dwoje to bardzo ciężkie przypadki dumy. Oznacza to jednak, że im agresywniej działają na siebie, im mocniej na siebie wrzeszczą tym bardziej im na sobie zależy.
   Cutwood był oszołomiony zrozumieniem ludzkiej natury wykazanym przez kolegę.
- Gdzieś ty się tyle nauczył o ludziach? – spytał.
- Słucham i się uczę – odparł, bardzo nie po gnomiemu, Sighter.
   Nikt nie zdawał sobie sprawy z faktu, że w Sighterze nastąpiła zmiana spowodowana magią Lunitari. Z intuicyjnie działającego, impulsywnego gnoma stał się logicznym, zamyslonym, dedukującym gnomem. Takie stworzenie jeszcze nigdy nie istniało.

* * * * *
    Kamieniste pola były właściwie jałowe jeśli chodzi o roślinność, i to nawet w ciągu dnia, Pierwsze jej oznaki podróżnicy zobaczyli dopiero blisko wioski. Były nimi stanowiska siedmiostopowych grzybów o czerwonych kapeluszach rosnących w uporządkowanych rzędach pomiędzy dwiema niskimi, kamiennymi ściankami. Roperig nawet kawałek takiej ścianki podniósł i zbadał. Były to tylko luźno ułożone kamienie jednak ułożono je starannie i równo.
- Bardzo to prymitywne – jego werdykt był bardzo pogardliwy.
   Grzybowy ogród posłużył jako zasłona przed ewentualnymi obserwatorami z wioski. Sturm, Kitiara, Wingover i Cutwood w przysiadzie przedostali się przez rzędy grzybów na sam brzeg wioski. Jak na standardy Krynnu  trudno to było nawet nazwać wioską.  Nie było tam żadnych domów tylko pierścieniowo ułożone murki kamienne sięgające do pasa oraz kilka szop wypełnionych zebranymi plonami. Jedynym budynkiem w pełnym rozumieniu tego słowa był fort; kwadratowy, jednopiętrowy, pozbawiony okien blok umieszczony w samym środku wiejskich murów. Pośrodku budynku sterczał jeden pal a z niego zwieszał się smętnie brudny, szary proporzec.
- Nie całkiem to podobne do złotych sal Silvanostu, co? – powiedziała Kitiara, po czym spytała gnomy – Możecie usłyszeć albo zobaczyć cokolwiek, co dzieje się tam dalej?
   Wingover nie widział żadnego ruchu. Cutwood przymknął jedno oko i zaczął nasłuchiwać.
- Słyszę kroki – powiedział niepewnie – bardzo lekkie kroki. Ktoś chodzi wewnątrz tego fortu.
- Dobra. Omińmy to dziwne miejsce – powiedział Sturm.
   Pozostałe gnomy czekały cierpliwie po drugiej stronie i cichutko, szeptem dyskutowały. Kiedy Wingover, Cutwood i ludzie wrócili natychmiast zarzucili na ramiona wysokie Pakiety i uformowali jedną kolumnę.
- Wioska wygląda na opustoszałą – oznajmił Sturm – Tak więc przejdziemy obok niej. Mimo wszystko zachowajcie ciszę.
   Trop Mistrza Chmur odchodził od wioski zaraz za grzybowym ogrodem. Kiedy tak obchodzili wysokie, czerwone kolumny grzybów prowadząca całe towarzystwo Kitiara ujrzała, że dalsza ścieżka jest z obu stron obsadzona wysokimi, bezlistnymi drzewami.
- Dziwne – powiedziała – Wczweśniej ich tu nie było.
- A może rosną błyskawicznie, tak jak inne rosliny? – zastanawiał się głośno Roperig.
   Kitiara potrząsnęła głową i wyciągnęła miecz. Drzewo miały około siedmiu stóp wysokości. Ich pnie były poznaczone kolorami przechodzącymi od głębokiej burgundzkiej czerwieni u podstawy aż do jasnego różu przy okrągłych koronach. Gałęzie wszystkich rosły na zewnątrz i padały w dół.
- Najbrzydsze drzewa jakie kiedykolwiek widziałem – odezwał się Cutwood.
   Odszedł wystarczająco daleko by oderwać kawałek dziwnej kory za pomocą DwudziestoNarzędziowegoZestawuKieszonkowego. Oglądał właśnie kawałek cielisto szarego drewna gdy lewa gałąź drzewa poruszyła się i wyrwała próbkę z dłoni gnoma.
- Hej! -zawołał – To drzewo mnie uderzyło!
   Podwójny rząd drzew zaczął się poruszać. Wyciągnęły korzenie z gleby i uwolniły gałęzie. Czarne, talerzowate oczy otworzyły się w pniach. Rozchyliły się poszarpane usta.
   Sturm chwycił rękojeść miecza. Gnomy zebrały się w ciasną kupę pomiędzy nim i Kitiarą.
- Na krwawych bogów! A cóż to takiego? – zawołała Kitiara.
- Jeżeli tylko nie popełniam strasznego błędu to to są nasi wieśniacy. Chyba tu na nas czekali.
   Czubek miecza Sturma był wystawiony do przodu i poruszał się lekko, wszystko byle tylko odstraszyć te drzewobyty. Drzewny ludek wyemitował całą serię głębokich, huczących dźwięków. Podobne to było do chóru granego na baranich rogach. Z wnęk we własnych ciałach drzewo ludy wydobyły miecze i włócznie – wszystkie wykonane z czystego czerwonego szkła. Ciasnym okręgiem otoczyły oblężoną grupkę.
- Bądźcie gotowi – głos miała pełen napięcia w oczekiwaniu walki – Kiedy się przerwiemy wszyscy w nogi.
- W nogi dokąd? – pytał trzęsący się Fitter.
   Jeden z drzewo ludzi, najwyższy w całej grupie, złamał szereg i wystąpił do przodu. Tak naprawdę, to wcale nie szedł. To raczej splot korzeni rozciągał się jak długa stopa i przesuwał stwora do przodu. Drzewo lud podniósł surowy, pozbawiony rękojeści, szklany miecz jedną, pokrytą korą, dłonią i głośno zahuczał.
- Masz!
   Kitiara skoczyła do przodu i uderzyła w szkalny miecz. Odtrąciła go na bok po czym cięła ponownie poniżej lewego ramienia drzewo Luda. Miecz wciął się głęboko w miękkie drewno-ciało… tak głęboko, że nie dał się łatwo wyciągnąć. Kitiara uchyliła się przed powrotnym ruchem miecza drzewo Luda i odskoczyła od swej broni. Cofnęła się kilka kroków pozostawiając ostrze zagłębione w przeciwniku. Drzewo lud nie wydawał się zbytnio zaambarasowany faktem, że oto dobry jard stali siedzi w jego ciele.
- Stur, pożycz miecza – szybko zawołała Kitiara.
- Nic z tego – odparł – Uspokój się, dobrze? Ten stwór wcale nie atakował, on próbuje mówić.
   Nadziany na ostrze drzewo lud popatrzył na nich szerokimi, pozbawionymi powiek oczami. Chrapliwym głosem powiedział.
- Ludzie. Żelazo. Ludzie?
- Tak – odparł Sturm – Jesteśmy ludźmi.
- A my jesteśmy gnomami – wtrącił Bellcrank – Miło spotkać…
- Żelazo?
   Drzewo lud wyciągnął miecz Kitiary z boku trzymając je za ostrze. Rękojeść wyciągnął w stronę Kit.
- Żelazo, człowiek…
   Gorączkowo chwyciła rękojeść i opuściła w dół czubek miecza aż opadł na ziemię.
- Ludzie, iść – powiedział drzewo lud.
   Jego usta i oczy nagle znikły, lecz tylko po to by pojawić się na przeciwnej stronie.
- Ludzie, iść, żelazny król.
   Drzewo lud zmieniał kierunek marszu bez odwracania się. Pozostali z jego ludu zrobili podobnie: oczy zamknęły się z jednej strony głów by otworzyć się pozownie z drugiej.
- Fascynujące – powiedział Cutwood – To im całkowicie oszczędza problemów z własnym obrotem.
- Idziemy z nimi? – spytał Rainspot.
   Sturm popatrzył na ślady ukradzionego latającego statku.
- Jak na teraz – odparł – To powinniśmy chyba złożyć wizytę temu żelaznemu królowi. Może będzie wiedział, kto zabrał nasz statek.
   Drzewni ludzie szli prosto w kierunku fortu w wiosce. Sturm, Kitiara i wszystkie gnomy podążali za nimi. Im bliżej wioski, tym więcej było widać oznak zniszczeń w ścianach i ogrodach. Coś zwaliło całkiem długi odcinek ściany a i leżąca obok kobiałka pełna żółtych owoców przypominających korkociągi była rozwalona. Po całym placu walała się śliska pulpa i mnóstwo nasion.
   Przywódca drzewo ludów, ten zacięty przez Kitiarę, zatrzymał się przed drzwiami fortu. Brama zrobiona była z nakładających się na siebie płyt szklanych, zawieszonych na zawiasach z tego samego materiału. Drzewo lud zahuczał.
- Krół! Ludzie, żelazo przyjść.
   Nie czekając jakiejkolwiek odpowiedzi drzewo lud oparł się o drzwi i je otworzył do wewnątrz. Nie wszedł jednak do środka, lecz odstąpił do tyłu. Ruchem ramienia wskazał, że to goście powinni wejść.
   Pierwsza wślizgnęła się Kitiara. Posuwała się naprzód trzymając wciąż plecy dociśnięte do kamiennej ściany. Badała otoczenie wyszukując oznak niebezpieczeństwa, miała doświadczenie. Wnętrze było dobrze oświetlone, lecz nie miało dachu. Ściany wznosiły się na dziesięć stóp i nachylały do wewnątrz, lecz ani żadna strzecha, ani gonty nie powstrzymywały promieni słonecznych. Pomieszczenie do którego weszła okazało się korytarzem rodzielającym się na leweo i prawo. Ściana była czysta, gładko otynkowana chropawą zaprawą i pomalowana na biało.
- Czysto – oznajmiła.
   Głos miała napięty i niski. Sturm pozwolił wejś gnomom.
- Człowiek.
   Sturm spojrzał w beznamiętne oczy drzewo luda.
- Żelazo król. On – i pokazał na lewo.
- Rozumiem. Dziękuję.
   Drzewo lud popukał długimi, zrośniętymi palcami w bramę i Sturm powoli, jednym pchnięciem ją zamknął.
- Naszego gospodarza znajdziemy na końcu lewego korytarza – oznajmił.
- Uważać, wszyscy!
   Kitiara ruszyła naprzód, wciąż gotowa zareagować na każdą oznakę zdrady czy podstępu. Korytarz skręcił w prawo i gwałtownie się rozszerzył. Wysokie ściany i brak sklepienia powodowały, że Sturm poczuł się jak w labiryncie.
   Zbliżyli się nagle do niespodziewanie znajomego przemiotu: niski, grube drzwi wykonane z dębiny i obramowane żelazem. Zawieszone też były na żelaznych zawiasach. Ten relikt oparty był o ścianę. Fitter popatrzył pod drzwi.
- Nie prowadzą do nikąd – powiedział.
- Wygląda, jak coś całkiem znajomego – mruknął Cutwood.
- Głupi gąsior! Oczywiście, że znajomo! Widziałeś całkiem sporo drzwi! – rzucił Bellcrank.
- Nie, chodzi o to, że ich styl wydaje mi się znajomy. Już mam! To drzwi staku! – oznajmił.
- Chyba nie z Mistrza Chmur? – zapytał zaniepokojony Sturm.
- Nie, to jest dębowe. Na Mistrzu Chmur były sosnowe.
- Jakim cudem drzwi ze statku mogly dostać się na czerwony księżyc? – retorycznie zapytał Wingover.
   Cutwood już zamierzał coś odpowiedzieć gdy Kitiara ostro popchnęła go do przodu.
   Znalazło się tu więcej odpadów z ich świata: puste baryłki, gliniane garnki i czarki, postrzępione derki i kawałki skóry, a nawet zardzewiały, złamany pałasz. Jakieś zwoje lin zostały rozpoznane przez przejętego tym faktem Roperiga jako olinowanie statku z południowego Ergoth. Ekscytacja wzrastała w miarę jak coraz to więcej i więcej zwodniczych spraw wyglądało na wierzch.
   Korytarz znów skręcił w prawo, tym razem jednak kończył się sporą komnatą. I właśnie tam, stojąc na przewróconym drewnianym krześle, był człowiek. Zwyczajny człowiek, niski i wymizerowany.  Ubrany był w brudną kamizelkę i obcięte krótko nogawice, linowe sandały i poszarpane nakrycie z derki. Twarz miał brudną a szara, siwiejąca broda sięgała mu prawie do brzucha.
- He, He, He – zaskrzeczał – Nareszcie goście. Oczekiwałem gości już bardzo, bardzo długo!
- Kim jesteś? – spytał Sturm.
- Ja? Ja? Cóż, jestem Królem Lunitari – oznajmił obszarpany strach na wróble.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#14 2017-11-01 10:40:34

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Mrok i Światło

Rozdział 14

Rapaldo Pierwszy

- Nie wierzycie mi – powiedział samowładczy monarcha.
- Nie bardzo pasuje pan do stereotypowego archetypu – odparł Sighter.
   Król Lunitari przekrzywił głowę.
- O czy mty gadasz?
- Nie wygląda pan na króla – podał interpretację Sturm.
- Cóż, jestem! Rapaldo Pierwszy, marynarz, budowniczy statków, no i absolutny władca na czerwonym księżycu, to ja – podszedł do grupy przyjaciół nerwowym, jakby wahającym się szuraniem – A kim wy jesteście?
   Gnomy gorączkowo zaczęły się przepychać do Króla Rapaldo, ściskać mu kolejno dłoń i wywrzaskiwać skrócone wersje niemożliwie długich imion. Oczy Rapaldo błyszczały w tym zaporowym ogniu.
   Sturm odchrząknął i delikatnie odsunął na bok Fittera, ostatniego w kolejce gnoma, od kompletnie zdezorientowanego mężczyzny.
- Sturm Brightblade z Solamni – przedstawił się.
   Kitiara zrobiła krok do przodu i odrzuciła na plecy futrzany kołnierz. Rapaldo głośno sapnął.
- Kitiara Uth Matar – powiedziała.
- P-p-pani – wyjąkał Rapaldo – Nie widziałem prawdziwej damy już od bardzo wielu lat.
- Nie jestem wcale pewna, czy widzisz teraz – odparła Kitiara z głośnym śmiechem.
   Rapaldo delikatnie ujął jej dłoń. Trzymał ją delikatnie, przyglądając się jej wierzchowi i nadgarstkowi z lekko zawstydzającą intensywnością. Dłonie Kitiary nie były eleganckie i wydelikacone. To były dłonie silne, gibkie dłonie wojownika. Pełne czci zainteresowanie Rapaldo wyraźnie ją bawiło.
   Nagle chyba dotarło do niego, że zachowuje się nievo głupio. Puścił dłoń Kitiary i wyprostował się maksymalnie – nie było tego za wiele, jakieś pięć i pół stopy – i ogłosił.
- Jeśli podążycie za mną do komnaty audiencji królewskich to wysłucham opowieści o waszym tutaj przybyciu i opowiem historię rozbicia mago statku.
   Wrócił do przewróconego krzesła i je ustawił jak należy.
- Tędy, proszę – powiedział król Lunitari.
   Szli za Rapaldo przec cały ciąg w większości pustych komnat. Wszystkie były całkowicie otwarte w niebo. Szczątkowe umeblowanie jakie można było tu i ówdzie dostrzec nosiło wyraźnie znamiona morskiego wyposażenia. Tutaj skrzynia marynarska, tam krzesło kapitańskie z poręczami. Inne jeszcze części statku zawieszono na ścianach. Brązowy przepust dla lin cumowniczych, ogniwa łańcucha kotwicznego, wyczyszczony pas nabijany żelaznymi ćwiekami.
   Bellcrank pociągnął Sturma za rękaw.
- Matel – wyszeptał – Pełno tu metalu.
- Widzę – spokojnie odparł Sturm.
- Tędy, proszę. Tędy – powtarzał Rapaldo zapraszając szerokim gestem.
   Komnata audiencyjna stanowiła samo centrum fortu, był to kwadrat o boku dziesięciu jardów. Gdy tylko wszedł tam Rapaldo, pół tuzina drzewo ludów unisło szkalne włócznie do nieistniejących ramion w geście królewskiego salutu.  Trzykrotnie wydali huczący odgłos po czym opuścili włócznie do początkowej pozycji.
- Moja gwardia pałacowa – z dumą wyjaśnił Rapallo.
- Czy są inteligentni? – spytał Wingover.
- Nie w tym sensie jak ty, czy ja. Pamiętają rzeczy jakich ich nauczę, pamiętają rozkazy i tym podobne, lecz gdy tu przybyłem nie byli cywilizowani w naszym rozumieniu.
   Na dalekim końcu komnaty umieszczony był prymitywny tron; krzesło z wysokim oparciem ustawione na grubym, prostokątnym kawale rubinowego szkła. Krzesło zostało wykonane z drewna okrętowego, co zresztą rzucało się w oczy. Wciąż były widoczne jeszcze otwory kołkownicy. Rapaldo wskoczył na szklane podium i podniósł berło spoczywające na siedzisku tronu. Obrócił i usiadł z głębokim westchnieniem kładąc symbol swego urzędu w zagłębieniu ramienia. Był to topór o szerokiej głowni.
- Słuchajcie, słuchajcie. Audeincja u dworu Lunitari może się zacząć.
   Rapaldo recytował wysokim, wręcz piskliwym głosem. Odkaszlnął mocno, aż chuda klatka piersiowa wpadła w drżenie.
- Ja, Król Rapaldo Pierwszy, tu jestem i przemówię.
- Na cześć niespodziewanych gości przybyłych dzisiaj na nasz dwór, ja, Rapaldo Pierwszy, zrelacjonuję wspaniała opowieść o podróży jaka przywiodła mnie w to miejsce.
   Roperig i Fitter, wyczuwając, że zanosi się na dłuższe przemówienie, usiedli. Rapaldo zerwał się na równe nogi.
- Macie stać w obecności króla! – krzyknął i zaznaczył rozkaz szerokim zamachem topora.
   Dwójka gnomów wstała natychmiast. Rapaldo aż trząsł się z wściekłości
- Kto nie będzie okazywał szacunku zostanie usunięty przez Gwardię Królewską!
   Sturm popatrzył porozumiewawczo na Kitiarę. Skłoniła się głęboko i powiedziała.
- Wybacz nam, Wasz majestacie. Już od bardzo dawna nie mieliśmy mozności przebywać w obecności królów.
   Jej interwencja odniosła efekt wręcz magiczny. Rapaldo uspokoił się i znów zasiadł na tronie. W tym momencie dał się też słyszeć cichy brzęk. Sturm popatrzył na lśniący łańcuch wokół jego pasa.
- Lepiej, lepiej. Kimże jest król bez poddanych okazujących mu szacunek? Kapitanem bez statku, stakiem bez steru? Ta-ra!
   Rapaldo na chwilę ścisnął dłońmi oparcia swego tronu. To już minęło dz-dz-dzieśięć lat jak ostatni raz zwracałem się do ludzi – powiedział – Jeśli zapaplam lub zagadam to proszę, złóżcie to na karb tego faktu.
   Wziął głęboki wdech.
- Urodziłem się jako syn i wnuk żeglarzy, na wyspie Enstar, na Morzu Sirrion. Mój ojcie zginął zamordowany przez piratów Kernaffi gdy byłem jeszcze chłopcem a w dniu, gdy ta wieść do nas dotarła po prostu uciekłem na morze. Uczyłem się używać topora i ciesielskiej siekiery.
   Cutwood to usłyszał i już chciał skomentować. Sighter i Wigover położyli mu jednak dłonie na ustach i go uciszyli
- Rzemiosło szkutnika zrobiło mężczyznę z chłopca,  he, he, a jak minęły kolejne lata przestałem już wychodzić w morze i zostałem na brzegu Enstar, budując statki pływające po szerokim, zielonym oceanie.
   Królewski topór ześlizgnął się na kolana Rapaldo.
- Gdybym pozostał szkutnikiem przywiązanym do brzegu to pewnie nigdy nie stałbym przed wami jako osoba królewska.
   Postrzępiony rękaw zsunął się z wychudzonego ramienia a Rapallo poprawił go nieobecnym ruchem.
- Nie byłbym teraz na tym księżycu – wymamrotał.
- Wynajął mnie bogaty armator, Melvaly, bym popłynął z nim  na południowy Ergoth. Melvalyn planował budowę flotylli nowych statków handlowych i chciał, żeby ekspert ocenił dostępne drewno. Mieliśmy odpłynąć z Enstar trzeciego dnia jesieni, feralny dzień. Wróżbita Diraz, którego zawsze się radziłem jeśli chodzi o czas szczęśliwy bądź nie, pertraktował z mrocznymi duchami i ogłosił, że data rejsu jest tak przeklęta jak sam wschód Nuitari, czarneg księżyca. Próbowałem, błagałem, lecz Melvalyn uparł się, żeby podróż rozpocząć zgodnie z planem. He, he, stary melvalyn nauczył się co to znaczy nie szanować omenów! O tak, nauczył!
- Lodowaty, przeciwny wicher z południowego wschodu wywiał nas na zachód od Ergoth. Halsowaliśmy nieustannie, lecz niewiele zdołaliśmy naprzeciw Dmuchu Kharolis. A potem, czwartego dnia w morzu, wiatr zamarł. Byliśmy w ciszy.
- Nie ma uczucia gorszej bezradności niż znaleźć się na morzu i mieć wiatru. Melvalyn próbował wszystkich starych sztuczek; moczył żagle, wywoził kotwicę i inne takie, lecz nie ruszyliśmy nawet na tyle, by warto było wspominać. Niebo jakby się wokół nas zamknęło, było szare jak rybie oczy, a potem spadł na nas chyba ojciec wszystkich sztormów.
   Rapaldo wstał gwałtownie jakby własny monolog przywołał tamte chwile przed oczy.Poruszał gwałtownie ramionami podkreślając i ilustrując opowieść.
- Morze szalało, o tak, a wiatrz dmuchał aż tak – szeroko rozstawione dłonie gwałtownym ruchem zaklaskały przed twarzą – Deszcz aż trzeszczał nad pokładem poziomymi strugami. Tarvolina, nasz statek, stracił grotmaszt a po chwili nie miała też pokładu przy burtach. I wtedy… i wtedy… to zeszło nadół i nas porwało.
   Rapaldo podszedł do tronu i przyklęknął chowając gło1)e w ramionach jakby chroniąć się przed własnymi wspomnieniami.
- Co to było? – wypalił bezmyślnie Rainspot.
   Rapaldo chyba czekał na to pytanie bowiem wcale się tym razem nie rozzłościł.
- Trąba wodna – odparł z drżeniem – Potężna, wirująca kolumna wody o szerokości ze sto sóp u samej podstawy! Zassała tarpolinę jak suchy liść i posłała w wewnętrznej pustce w górę. I w górę! I w górę! Niektórzy z marynarzy wpadli w panikę i wyskoczyli za burtę. Ci, którzy skoczyli pod dno i w dół polecieli z powrotem do wody, całe mile w dół. Lecz ci, którzy skacząc w bok, uderzyli w ścianę wirującej wody…
   Rapaldo wstał i postawił stopę na krześle. Gnomy aż podskoczyły z przerażenia.
-… Ci zostali rozerwani na kawałki. Mogli równie dobrze skoczyć do oceanu pełnego ostrzy noży.
  Ta metafora widać mu odpowiadała bowiem się lekko uśmiechnął. Należy tu powiedzieć, że niezależnie od ogólnie niechlujnego wyglądu król Lunitari szczycił się równą linią białego uzębienia.
   Trąba wodna unisła ns tak wysoko, że błękit nieba już całkowicie zanikł. Było czarno. Tylko sześciu ludzi z dwudziestki załogi przeżyło do końca wodnego komina. Trąba wodna się odwróciła na lewą stronę i zrzuciła Tarvolinę dnem do góry tu, na Lunitari.
   Król Rapaldo zeskoczył na szklany podest przed tronem. Kufłate brwi zasłoniły ciemno brązowe oczy.
- Trzech ludzi przeżyło rozbicie statku: Melvelyn, nasz nawigator Darnino oraz Rapaldo Pierwszy.Melvalyn miał złamaną nogę i umarł dość szybko. Darnino i ja omal nie zagłodziliśmy się na śmierć aż w końcu nauczyliśmy się jeść rośliny rosnące za dnia oraz pić rosę zbierającą się w czerwonej darni nocą.
- O tym jeszcze nie mieliśmy pojęcia – pomyślał Sturm.
- Darnino i ja pozostaliśmy razem aż do spotkania Oudouhai, drzewo ludzi. Lud ten nigdy przedtem ludzi nam podobnych nie widział więc uznali nas za straszliwych wrogów – Rapaldo przrwał i popatrzył na każdego z obecnych po kolei – tak w końcu wywiązała się walka i Darnino zginął. Lunitarianie mieli już i mnie zabić gdy podniosłem topór.
   Zilustrował to odpowiednim gestem.
- Byli tak pełni podziwu, że proklamowali mnie oem-owa-oya czyli najwyższym władcą i dzierżącym święte żelazo.
   Rapaldo skończył opowieść chichote. Nie przejmując się obecnością stojących obok gwardzistów, dodał.
- te bezwartościowe dzikusy nigdy wcześniej nie widziały metalu! Uznali więc, że musi to pochodzić od bogów a ja jestem świętym wysłannikiem posłanym by im pomagać.
- Czy Lunitarianie nie mają wcale metalu? – spytał Bellcrank.
- Na całym tym cholernym księżycu, przynajmniej o ile mi wiadomo, w ogóle nie ma metali – odparł Rapaldo.
   Poczłapał do tronu i zaczął układać poszarpane odzienie z ogromną troskliwością i dbałością o dbałością o własną godność.
- Chciałbym teraz usłyszeć o waszym przybyciu – powiedział niedbale.
   Wingover już miał zacząć przemowę, lecz król uderzył toporem w bok swego tronu.
- Pozwólmy opowiadać kobiecie.
   Kitiara odpięła sprzączki pochwy i stanęła wspierając się na schowanym mieczu. Opowidziała jak to ona i Sturm spotkali gnomy w czasie burzy, o locie na czerwony księzyc, o ekspedycji, i o kradzieży Mistrza Chmur.
- Cha, cha, cha – roześmiał się Rapallo – Nie można przecież zostawiać swoich rzeczy tak bez dozoru, nawet na Lunitari. Wasz statek zabrali Micones.
- Micones?
- Tak, wrogowie o których już nadmieniałem. Oud-ouhai nie mają przeciwników jakich mogli by się obawiać skoro na Lunitari nie ma zwierząt, tylko same rosliny. Miconowie jednak sami w sobie stanowią zagrożenie.
- A czy oni są? – spytała Kitiara.
- Mrówki.
- Mrówki? – zdumiał się Sighter.
- Gigantyczne mrówki – dodał Rapaldo – Sześć stóp twardego, skalnego kryształu. Magia naszego księżyca daja im możność poruszania się i pracy, nie posiadają jednak najmniejszego mózgu.
- A więc co… lub kto… kieruje Mikonami? – dopytywał Sturm.
   Król Lunitari skurczył się pod tym pytaniem.
- Nigdy go nie widziałem – odparł wymijająco – chociaż raz słyszałem jak mówi.
   Sturm dostrzegł jak Kitiara zaciska pięści w zdenerwowaniu. Dziwaczne zachowanie Rapaldo wyraźnie działało jej na nerwy.  Powoli rozluźniła dłoń i powiedziała tak obojętnie jak tylko jej temperament na to pozwalał.
- Któż więc jest ich mózgiem, Wasza Wysokość?
- Głos Obelisku. Około dziesięciu mil od mojego pałacu znajduje się wielki, kamienny obelisk wysokie na jakieś pięćset, a może i więcej, stóp. Jest pusty a w jego środku mieszka jakiś demon. Słodkim głosem mówi do Mikonów, którzy żyją w norach pod podstawą obelisku. Demon nigdy nie opuszcza swej wieży a ja nigdy do niej nie wszedłem żeby go zobaczyć.
- I ci Mikonowie zabrali nasz statek? – spytał Sturm.
- Czyż tego nie powiedziałem? – nadąsał się Rapaldo – Dwie noce temu cała masa kryształowych mrów przemaszerowała obok w ciemności. Zburzyli nawet jedną z naszych ścian żeby sobie drogę poprawić. Czysta złośliwość, mówię wam, mogli to obejść. Z całą pewnością właśnie wtedy nieśli wasz statek.
- Dlaczego twoi wojownicy nie ruszyli na nich?
- Bo to przecież, koniec końców, drzewa! Gdy tylko słońce zachodzi zapuszczają głęboko korzenie, stoją tak i odżywiają się przez całą noc. Dopiero gdy wstanie dzień potrafią otrząsnąć się z ziemi i zacząć poruszać.
   Rapaldo znowu się nastroszył. Skierował ostre spojrzenie w stronę Sturma.
- Zachwujesz się jak impertynent! Nie odpowiem już na żadne pytanie.
   Po chwili ostrość gosu minęła i wtedy dodał.
- Jesteśmy znużenie. Możecie nas teraz opuścić. Idąc korytarzem w prawo dojdziecie do pokoi, gdzie będzie można się przespać.
   Kitiara  i Sturm złożyli należne ukłony, gnomy wesoło pomachały i cała grupka wyszła z komnaty audiencyjnej. Drzewo lud prowadził.
- Co o tym wszystkim myślisz! – spytała Kitiara głośnym szeptem.
- Później – odparł spokojnie Sturm.
   Pozbawione dachu ściany nie były gwarancją prywatności.
   Wzdłuż korytarza o jakim wspominał Rapaldo znajdował się cały szereg nisz. Część z nich wypełniały rozbite resztki Travoliny, pozostałe pozostawały puste. Drzewo lud wskazał, że te puste nisze są ich „pokojami”. Potem odszedł.
   Gnomu porozrzucały swoje paczki i pakiety i zaczęły coś rozić, czyniąc przy tym oczywiście tyle hałasu i zamieszania ile może zrobić siódemka gnomów. Sturm odciągnął Kitiarę na bok.
- Obawiam się, że Jego Majestat jest troszkę nie z tej bajki – szepnął.
- Jest równie zwariowany jak łowca pluskiew.
- To troszkę inny sposób na powiedzenie tego samego. Tylko, Kit, potrzebujemy go, żeby zabrał nas do tego obelisku jeżeli to tam te gigantyczne mrówki zabrały Mistrza Chmur. Musimy więc znosić królewskie pozy, by utrzymać go po naszej stronie przynajmniej do samego odjazdu.
- Wolałabym dobrze nim potrząsnąć – odparła – On naprawdę tego potrzebuje.
- Użyj głowy, Kit. Tu, dokoła, jest pewnie kilka setek tych drzewo ludów a wszyscy lojalni wobec Króla Rapallo. Jak zabić drzewo? Nawet z tą powiększoną siłą jedyne czego dokonałaś to lekkie zacięcie jednego z nich.
- Masz rację – mruknęła lekko spochmurniawszy – Ale teraz powiem ci coś innego: pod tymi szmatami on nosi kolczugę. Usłyszałam brzęk jak siadał. Kolczugę zakładasz tylko z dwóch powodów… gdy wiesz, że zostaniesz zaatakowany, lub myślisz, że możesz zostać zaatakowany. Szalony może i jest, lecz stary Rapaldo czegoś się obawia.
   Popukała palcem w pierś Sturma.
- I dam głowę, że obawia się nas.
- Dlaczego nas?
- Ponieważ jesteśmy ludźmi, no i mamy nasz własny metal. A to dezorientuje na śmierć Lunitarian. A najważniejsze: jesteśmy więksi, młodsi i silniejsi od Jego Majestatu.
- Och, niech tam sobie będzie królem drzewo ludów jeśli tylko chce. Jeżei Rapaldo czegokolwiek się obawia to raczej tego tajemniczego demona w obelisku. Możesz coś o tym powiedzieć?
- Na tym zwariowanym księżycu to może być cokolwiek. Jeżeli jednak demon zabrał Stuttsa z pozostałymi i porwał latający statek to lepiej niech będzie gotowy wszystko oddać albo niech się szukuje na wojnę!
   Pojawił się Fitter z dwiema parującymi czarkami.
- Obiad – powiedział gnom – Różowe patyki i korzenie grzybów przyprawione kurzem z purchawek.
   Fitter wręczył im czarki i wrócił do kolegów. Przez chwilę jedli w całkowitym milczeniu. W końcu pierwszy odezwał się Sturm.
- Myślałem co będzie jak już wrócimy na Krynn.
- Optymista – odparła Kit – A co takiego myślałeś?
- Jeśli te wizje są prawdziwe, to pierwszą sprawą jaką mam do zrobienia jest powrót do rodzinnego domu. Jest możliwe, że ojciec tam właśnie ukrył swój miecz. Mógł tam też zostawić jakąś wiadomość co zamierza dalej robić.
   Kitiara bezmyślnie mieszała w różowej zupie.
- A co będzie jeśli nie znajdziesz niczego, ani nikogo? Co wtedy?
- Powinienem dalej szukać – odparł.
- Jak długo, Sturm? Zawsze? Nigdy nie pomyślałeś o jakimś życiu poza swoją rodziną? Nigdy nie miałam ci za złe, że chcesz odnaleźć ojca – godny cel i wielka przygoda – lecz teraz widzę, że jest w tym coś więcej. Tobie chodzi nie tylko o odrodzenie nazwiska Brightblade i odzyskanie fortuny; ty chcesz odbudować cały zakon rycerski.
   W głosie brzmiały nuty szydercze. Dłonie Sturma stały się lodowate.
- A czy to taki przeklęty cel? Świat mógłby na powrót użyć sił dobra.
- Ależ mamy nowe czasy, Sturm! Rycerstwo odeszło. Ludzie ich odrzucili ponieważ nie umieli się zmienić na nadejście nowych czasów. Między wojownikami obowiązuje teraz zupełnie inne prawo: siła jest jedyną prawdą.
   Popatrzył na nią.
- Mam więc porzucić poszukiwania, tak?
- Popatrz dalej, dobrze? Jesteś dobrym wojownikiem i jesteś bardzo bystry. Pomyśl, ile moglibyśmy dokonać razem, ty i ja. Jeśli byśmy dołączyli do jakiejś dobrej grupy najemników to w przeciągu roku będziemy jej dowódcami. Cała chwała i siła będą nasze.
   Sturm wstał i przewiesił pas miecza przez ramię.
- Nigdy nie umiałbym tak żyć, Kit.
- Hej! – krzyknęła do odchodzących pleców.
   Sturm szedła dalej w głąb korytarza. Ogień wściekłości wypełnił serce Kitiary. Rozpalał ją całą aż wreszcie poczuła nieprzepartą konieczność rozwalenia czegokolwiek.  Jak śmie być taki prawy! A cóż on wie o świecie, o prawdziwym świecie? Sentymentalne, nudne rycerskie odpadki…
- Pani? – przed nią, z miską polewki w dłoni, stał Fitter – Czy dobrze się czujesz?
   Ogień napędzający dziewczynę nagle wygasł. Mrugnęła do gnoma i w końcu powiedziała.
- Tak, a czego chcesz?
- Waliłaś w ścianę – odparł gnom – O na zębatkę! Potrzaskałaś ją!
   Kitiara ujrzała pajęczą sieć pęknięć rozchodzących się od płytkiego wgłębienia w miękkim, piszczystym tynku. Na kostkach pięści miała biały kurz. Nie pamiętała nawet jak waliła w ścianę.
*  *  *  *  *
   Rapaldo Pierwszy obserwował jak członkowie jego Gwardii Królewskiej zwalniają aż do zakorzenionego znieruchomienia i zamierają tam gdzie stanęli. Zamknięte oczy i usta nie pozostawiły najmniejszych śladów na poszarpanej korze. Widząc ich w takim stanie nikt by sobie nie potrafił nawet wyobrazić, że potrafią nie tylko chodzić, lecz nawet mówić.
   Rapaldo podszedł i kopnął mocno najbliższego Lunitarianina. Zranił się w palucha i wracał podskakując na jednej nodze. Przeklinał przy tym cały panteon z Enstar.
- Wkrótce odejdę, a wy będziecie mieć innego króla – powiedział do drzewa, które i tak nie zwracało na niego uwagi – Odlecę precz, tak tak, latającym statkiem zbudowanym przez gnomy! To jest dopiero niezły trik! Przeklęta trąba orkan przyniósł mnie na ten zgniły księżyc a oni tymczasem zrobili sobie skrzydła i przylecieli tu celowo! Ta-ra-ra! Też tu mogą zostać. Oni pozostaną a ja sobie polecę do domu.
   Konspiracyjnym ruchem otoczył ramieniem drzewo luda i cicho wyszeptał.
- Mógłbym tylko zabrać ze sobą kobietę, co? Jest bardzo piękna choć moż troszkę za wysoka. Jeżeli jednak tak rozkaże król to przecież pojedzie ze mną, co? Tak, tak – jakże mogłaby się opierać? Tego wielkiego faceta zwąsami dam tobie. Może zostać nowym królem, Brightblade Pierwszy. Nic mnie nie obchodzi, możecie go nawet obwołać bogiem. A ja sobie polecę, polecę, polecę do domu.
   Eydłużające się cienie powoli kładły się na całej komnacie audiencji królewskich. Rapaldo wpatrzył się w najciemniejszy narożnik i zadrżał. Złapał topór i pokuśtykał na środek.
- Widzę cię, Darnino! Tak, to ty! Zawsze przychodzisz z powrotem, z wizytą, prawda? Martwy człowiek powinien pozostać martwy, Darnino! Zwłaszcza gdy sam go zabiłem uderzeniem królewskiego topora!
   Ruszył szarżując prosto w cień i wywijając toporem na lewo i prawo. Ciężkie ostrze obijało się o skaliste ściany i krzesało iskry. Rapaldo młócił ducha w swej wyobraźni przez dłuższą chwilę. Najpeniej to zmęczenie, a nie cięcia królewskie, w końcu odgoniło Darnino w niebyt.
- Masz nauczkę – odezwał się sapiąc – Lekceważ sobie Rapaldo Pierwszego, co?
   Powłócząc stopami przeszedł komnatę. Był blisko tronu gdy się zatrzymał i nadstawił ucho wprost w otwrte niebo.
- Śmiechy? Kto wam pozwolił na śmiech? – powiedział, lecz Lunitarianie pozostali nieruchomi – Nikt nie śmieje się z króla! – zawołał Rapaldo.
   Rzucił się w stronę najbliższego Lunitarianina i zaczął go gorączkowo rąbać szkutniczym toporem. Szarawe wióry leciały z pnia drzewo luda, który nijak nie mógł się bronić przed takim atakiem. Rapaldo krzyczał i przeklinał i rąbał aż wreszcie gwardzista był już tylko pnikiem otoczonym strzępami drzewnego ciała.
   Topór wypadł z jego dłoni. Rapaldo poczłapał tę parę stóp dp tronu i szlochając padł na oparcie.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#15 2017-11-02 15:55:04

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Mrok i Światło

Rozdział 15

Królewski Ogród

   Sturma obudziło poklepywanie po nosie. Uchylił jednej powieki i ujrzał stojącego nad nim Rainspota, którego pulchny paluch już miał klepnąć go w nos po raz kolejny.
- Czego chcesz? – zamamrotał.
   Paluch gnoma się cofnął.
- Mamy tajne spotkanie – szepnął Rainspot – Nie mogę znaleźć pani, lecz chcielibyśmy byś ty wziął udział.
   Sturm usiadł. Wciąż jeszcze była noc, lecz mógł dosłyszeć przyciszone odgłosy rozgadanych gnomów rozprawiających o czymś w swej komnacie.  Miejsce Kitiary było puste, lecz tym się nie przejmował. Sturm wiedział, że ona całkiem nieźle potrafi sama o siebie zadbać.
   Zacisnął troki nogawic i poszedł prowadzony przez Rainspota. Wszystkie gnomy wzdrygnęły się jednocześnie na ich widok.
- Mówiłem, że to oni – powiedział ostrouchy Cutwood.
- Ale nie powiedziałeś, że już idą – obiekcje zgłaszał Bellcrank.
- Musisz się nauczyć większej precyzji w mowie – dodał Roperig.
   Nastąpiło ogólne potakujące kiwanie różowych głów.
   Sturm potarł czoło. Było jeszcze stanowczo za wcześnie po rozbudzeniu, żey tak z miejsca wskoczyć w konwersację gnomów.
- O co w tym wszystkim chodzi? – zapytał głosem o głośności raczej normalnej.
- Ćśśś! – powiedziało jednocześnie siedem gnomów. Wingover machnął do Sturma by ten obniżył się nieco do jego poziomu więc ten zdecydował przyklęknąć obok Sightera.
- Omawiamy plan, eee…, ucieczki z tego więzienia przy pomocy niewielkiej ilości odpadowego metalu Króla Rapaldo – powiedział Wingover – Chcielibyśmy usłyszeć co o tym myślisz.
   Sturm był niebywale zaskoczony, że taka taktyka postępowania mogła przyjść do głowy gnomom.
- Myślę, że nie należy okradać swego gospodarza – odparł  bez ogródek.
- Nie zrozum nas źle, Panie Brightblade – szybko wtrącił Bellcrank – Nie chcemy niczego kraść królowi, tyle, że nie mamy przy sobie ani złota, ani srebra żeby mu uczciwie zapłacić.
- Musimy więc znaleźć jakąś inną metodę – powiedział Sturm – Poza wszystkimi innymi względami, ogromnie potrzebujemy jego pomocy a więc okradanie naszego potencjalnego dobroczyńcy nie bardzo by się nam przysłużyło.
- Przypuśćmy, że nie da nam żadnego metalu – powiedział Wingover.
- Nie mamy powodów, żeby być aż tak podejrzliwymi.
- Jego Wysokość wygląda raczej na osobę mało stabilną – powiedział Sighter.
- Przecież jemu tryby wcale nie działają – orzekł Fitter.
- Nie nam to osądzać – powiedział Sturm – Jeżeli bogowie uznali za potrzebne odebranie zmysłów Rapaldo, to chyba tylko dlatego, że jest on tutaj bardzo samotny. Wyobraźcie sobie, że oto jesteście na tym księżycu dziesięć czy nawet więcej lat a jedynym towarzystwem do rozmowy są drzewo ludy. Powinno wam być żal Rapaldo.
    Sturm popatrzył na załamane twarze gnomów.
- A może by tak pomyśleć, jak by tu uzyskać wdzięczność Rapaldo? Wtedy pewnie da nam potrzebny metal.
   Zawstydzone gnomy uważnie oglądały ziemię. Po chwili ciszy odezwał się Wingover.
- Może zdołalibyśmy wymyślić coś, co poprawiłoby humor Jego Wysokości.
   Sześć gnomich twarzy gwałtownie się podniosło. A wszystkie uśmiechnięte.
- Wspaniale, wspaniale! A co miałoby to być? – spytał Bellcrank.
- Instrument muzyczny – odparł Roperig.
- A jeżeli on nie będzie umiał na nim grać? – sprzeciwiał się Sighter.
- Zrobimy taki, co sam gra – powiedział Cutwood.
- Możemy mu dać Osobisty Aparat Grzewczy…
- Automat do kąpieli…
- … instrument!
   Sturm wstał i wycofał się z nowo rozpoczętej kłótni. Nie sami coś wymyślą, pomyślał. Przynajmniej ich to zajmie. Zdecydował się poszukać Kit.
   Włóczył się po korytarzu. Teraz, po nocy, droga był mroczna i myląca. Nie jeden raz wszedł w ślepą uliczkę. To miejsce to labirynt, tak uznał na koniec. Zawrócił do miejsca, jakie uznał za korytarz główny i zaczął ponownie po stronie zewnętrznej. Po prawej co i rusz były wolne nisze, lecz tym razem nie słyszał gnomów. Nisze były zakurzone i puste. To nie była ta sama komnata.
   Na samym końcu przejście skręcało w lewo. Sturm wkręcił się w czarną lukę i natychmiast potknął o kilka suchych patyków leżących na podłodze. Twardo upadł na pierś i głową walnął w coś twardego co natychmiast się odturlało jak uderzony kręgiel. Obiekt uderzył w ścianę i podtoczył się na powrót do Sturma. Rycerz uniósł się na ramionach. Klin światła gwiazd wdarł się do wnętrza komnaty i rozświetlił otwartą niszę. Sturm podniósł obiekt, w który przed chwilą uderzył głową. Była to wysuszona ludzka czaszka. Te „patyki” to były kości.
   Wrócił w stronę bardziej otwartego przejścia i uważnie zbadał czaszkę. Była szeroka i dobrze zbudowana; definitywnie czaszka mężczyzny. Najbardziej kłopotliwy był głęboki ślad cięcia na czole. Mężczyzna umarł na skutek przemocy – najpewniej cios toporem w głowę.
   Sturm ostrożnie odłożył czaszkę do ślepego zaułka. Sprawdził bezwiednie, czy ma miecz w pochwie u pasa. Chłodna rękojeść dodała otuchy. Był zaniepokojony. Gdzież jest Kitiara?
   Wpadł na nią gdy przemykała się korytarzem. Miała wygląd potargany, lekko dziki, dla Sturma wyglądała na niezbyt trzeźwą. Tyle, że na Lunitari ale było trudno dostępne.
- Kit, dobrze się czujesz?
- Tak. Dobrze. Myślę.
   Oto czył ją ramieniem w pasie i pomógł skierować kroki w stronę niskiej ściany, tam oboje przysiedli.
- Co się stało? – spytał.
- Poszłam się przejść – odparła – Ogrody Rapaldo potrzebują więcej czasu do zniknięcia po zmroku, niż dzikie rośliny jakie dotąd widzieliśmy. Było tam parę wielkich muchomorów, a z nich wypadały różowe spory. Dobrze pachniały.
- Coś ci zrobiły – powiedział zauważywszy różowy pył na jej ramionach i dłoniach – Jak się teraz czujesz?
- Czuję się… silna. Bardzo silna.
   Złapała go za wolną rękę i ścisnęła w przegubie. Ból przeszył całe ramię Sturma.
- Ostrożnie! – powiedział wiercąc się – Złamiesz mi ramię!
   Jej uchwyt nie osłabł. Sturm poczuł jak krew pulsuje mu w końcach palców. W jej aktualnym stanie nieroztropnie byłoby się wywijać. Mogłaby złamać mu rękę nawet o tym nie wiedząc.
- Kit – powiedział tak spokojnie jak tylko ból mu pozwalał – ranisz mnie. Puść.
   Jej dłoń nagle się otworzyła a ramię Sturma opadło jak kawał martwego drewna. Usiłował masować ramię by przywrócić je do życia.
- Musiałaś się nawdychać tych sporów – powiedział – Może pójdziesz się położyć? Pamiętasz drogę?
- Pamiętam – odparła sennie – Ja nigdy się nie gubię.
   Odeszła nieco lunatycznym krokiem robiąc skręty nieomylnie i unikając wszystkich ślepych przejść. Sturm tylko potrząsnął głową. Taka nie kontrolowana siła to śmiertelna groźba. Co się z nią stało… co się stało ze wszystkimi?
   Ciekawośćzwyciężyła i zapragnął zobaczyć te grzyby, z bezpiecznej odległości. Poszedł drogą, której użyła Kitiara nim on dotarł do zewnętrznej ściany. Porządnie utrzymane kwadratowe stanowiska ogrodowe były puste. Nie pozostał nawet ślad grzybów. Przekroczył niski murek i zanurzył dłoń we wszechobecnym szkarłatnym kurzu. Czy ona naprawdę szła we śnie? A może te grzyby zanikły w tak krótkim czasie jaki upłynął od ich spotkania aż do jego przyjścia tutaj? Ani gwiazdy, ani wschodzący srebrny księżyc nie oferowały odpowiedzi.
   Sturm zauważył  przyciemnione światełko poruszające się po galerii na północnej stronie pałacu. Przeszedł przez ogród by sprawdzić o co chodzi. Był to Jego Wysokość niosący słabo świecącą oliwną lampkę.
- Och – powiedział Rapaldo – Pamiętam cię.
- Dobry wieczór, Wasza Wysokość – wytwornie odezwał się Sturm – Zauważyłem twoją lampę.
- Naprawdę? Kiepska rzecz, lecz i olej jaki mogę tu zrobić też nie jest najlepszy, he, he.
- Wasza Wysokość, zastanawiałem się czy mógłbym zamienić z tobą słowo.
- Jakie słowo?
   Sturm poczuł rozbawienie. Rozmowa była równie kiepska jak próby rozmowy z gnomami.
- Moi przyjaciele zastanawiają się, Sire, czy byłoby możliwe otrzymanie od ciebie trochę odpadowego metalu byśmy mogli naprawić nasz statek, kiedy już go odnajdziemy.
- Nigdy nie odzyskacie statku od Mikonów – odparł Rapaldo.
- Musimy spróbować, Sire. Czy moglibyśmy uzyskać trochę metalu z twoich zapasów?
- Jakiego rodzaju i ile? – ostro spytał król.
- Czterdzieści funtów żelaza.
- Czterdzieści funtów! Ależ to królewski skarb co zresztą wiem dobrze, jestem królem.
- Przecież żelazo nie jest aż tak drogocenne…
   Rapaldo cofnął się tak gwałtownie, że poruszająca się z nim lampa zaczęła rzucać przedziwne cienie.
- Żelazo jest najcenniejsze ze wszystkiego! To właśnie żelazny topór który zawsze noszę uczynił mnie panem na czerwonym księżycu. Czy jeszcze nie widzisz, panie rycerzu, że tutaj nie ma żadnego metalu? Jak sądzisz, za jakiego powodu moi poddani noszą miecze ze szkła? Każdy kawałek żelaza to podpora mojej władzy a tą nie podzielę się z nikim.
   Sturm odczekał aż wywijające ramiona Rapaldo zaczną się trochę męczyć. Potem zaś, powoli i uważnie powiedział.
- Sire, a może życzyłbyś sobie polecieć z nami gdy będziemy odlatywać na latający m statku gnomów?
- Ehh, opuścić moje królestwo?
- Jeżeli tego zapragniesz.
   Oczy Rapaldo zwęziły się do szparek.
- Moi poddani nigdy na to nie pozwolą. Nie pozwalają mi nawet opuszczać miasta. Próbowałem. Próbowałem. Zrozum, jestem ich ścieżką do ich bogów, są straszliwie zazdrośni. Nie pozwolą mi odejść.
- Cóż stoi na przeszkodzie, żeby odejść w nocy. Lunitarianie są wtedy przecież zakorzenieni w miejscu.
- He, he, he! Upolują mnie w ciągu dnia! Nie martw się, kiedy bardzo chcą to poruszają się z ogromną szybkością. No i tutaj nigdy nie było innego miejsca do którego można się udać. Poza tym, wasz statek mają teraz mrówki i go już nie oddadzą. Ma go Głos.
   Sturm odparł prosto i twardo.
- Zamierzamy poprosić Głos by oddał nam statek.
- Głos! Ta-ra-ra! Dlaczegóż od razu nie poprosić  Najwyższych w Niebiosach by zanieśli was do domu na grzbietach jak ptaki, ćwir, ćwir? Głos to zło, Sir Brightblade; uważaj nań!
   Sturm poczuł się jakby płynął pod prąd silnej rzeki. Umysł Rapaldo nie potrafił podążać tropem rozsądku, jaki Sturm wyznaczył, lecz jednocześnie jakieś ziarna prawdy były w tym co mówił. Ten cały „Głos”, o ile rzeczywiście istnieje, stanowił kompletnie nieznaną jakość. Jeżeli im odmówi, to wszelkie nadzieje na powrót do domu zostaną unicestwione.
   Sturm podjął ostatni wysiłek by coś wytłumaczyć Rapaldo.
- Wasza Wysokość, jeżeli moi przyjaciele i ja zdołamy przekonać Głos do uwolnienia naszego latającego statku, czy wtedy zechcesz zaopatrzyć nas w czterdzieści funtów żelaza! W zamian zabierzemy cię z powrotem na Krynn… jeśli sobie zaś tego zażyczysz, prosto na twą ojczystą wyspę.
- Enstar? – powiedział Rapallo gwałtownie mrugając oczami a łzy już w tych oczach zabłysły – Dom?
- Prosto do stopni wejściowych – przyrzekł Sturm.
   Rapaldo postawił lampę na ziemi. Dłoń poleciała mu do biodra i wróciła trzymając w zaciśniętej garści szeroki topór szkutnika. Sturm się napiął.
- Chodź! – powiedział Rapallo – Pokażę ci obelisk.
   Pobiegł przed siebie zostawiając płonącą lampę na ziemi. Sturm popatrzył na lampę, wzruszył ramionami i pobiegł za szalonym królem Lunitari. Chude, w szmaty obute stopy Rapaldo ledwo były słyszalne gdy tak biegł przed Sturmem.
- Tędy, tędy, Sir Brightsturm! Mam mapę, kartę, rysunek heh, heh.
   Sturm biegł za nim przez kilkanaście zakrętów. Kiedy tylko się zachwiał lub poczuł zagubiony Rapaldo go poganiał.
- Obelisk jest w tajnej dolinie, bardzo trudno znaleźć! Musisz mieć moją mapę by trafić!
   Gadanina Rapaldo nagle zamilkła podobnie jak lunatyczny śmiech.
- Wasza Wysokość? – cicho odezwał się Sturm.
   Brak odpowiedzi. Sturm ostrożnie dobył miecza pozwalając by ostrze prześlizgnęło mu się między palcami tłumiąć brzęk stali.
- Królu Rapaldo?
   Przejście przed nim było ciche i zacienione. Sturm się zbliżał w ciemność przesuwając stopy po podłodze, żeby uniknąć zasadzki.
   Rapaldo skoczył w dół z pozostałości ściany i toporem uderzył w głowę Sturma. Hełm ochronił go przed losem Darnino, lecz uderzenie zgasiło wszelkie światło umysłu pozostawiło go na podłodze.
- Dobrze, dobrze – rzekł, ciężko sapiąc, Rapaldo – Trochę to brutalne, to pewne, no Inie pasuje do nowego króla Lunitari, co? Drzewo ludy nigdy nie pozwolą by ich jedyny król odleciał, leciał! A więc zabiorę latający statek i damę, tak zabiorę, a drzewa będą miały nowego króla. Ciebie! Ha, ha!
   Zachichotał i podniósł hełm Sturma. Żelazna głownia ledwo zdołała zarysować stalową ochronę głowy. Rapaldo przymierzył hełm. Był dla niego stanowczo za duży i szybko spadł mu na oczy. Monarcha czerwonego księżyca stał nad pokonanym, kręcił luźny hełm na głowie i śmiał się nieustannie.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#16 2017-11-03 17:20:23

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Mrok i Światło

Rozdział 16

Królewski Topór

   Długa noc miała się już ku końcowi gdy gnomy wreszcie ośmieliły się na obudzenie Kitiary. Warknęła z bólu i wstała na równe nogi.
- Na okrwawionych bogów – mruknęła – Co się stało? Czuję się jakby ktoś mnie zdrowo poobijał tęgim kijem.
- Obolała jesteś? – spytał Rainspot.
   Poruszyła jednym barkiem i stwierdziła.
- Ogromnie.
- Mam maść do wcierania, która może ci ulżyć.
   Przeszukał szybko kieszenie kamizelki i nogawic i wydobył niewielki, skórzany woreczek ciasno zamknięty linką.
- Masz – powiedział.
   Kitiara przyjęła woreczek i ostrożnie powąchała.
- Co to jest? – spytała podejrzliwie.
- Skuteczna Maść Doktora Fingera. Znana też jako Samo Rozprowadzający Się Balsam Do Masażu.
- Dobrze, ach, dziękuję, Rainspot. Wypróbuję – powiedziała, choć w głębi ducha uważała, że taka maść prędzej odparzy jej skórę niż ulży mięśniom.
   Odłożyła na bok.
- Gdzie jest Sturm? – spytała Kit nagle zauważając brak towarzysza.
- Widzieliśmy go kilka godzin temu. Szukał ciebie – powiedział Cutwood.
- Znalazł?
- Skąd mamy wiedzieć? Powiedział nam tylko, że nie możemy zabrać bez pozwolenia żadnego żelaza Rapaldo a potem poszedł ciebie szukać – marudził Bellcrank.
   Kitiara potarła obolałe skronie.
- Pamiętam, że poszłam się przejść, oczywiście wróciła jak widać, lecz wszystko co pomiędzy to tylko wysuszona pamięć – zaczęła kaszleć – Gardło też. Jest tu gdzieś troszkę wody?
- Rainspot zdołał zażyczyć sobie dzisiaj bukłaka – powiedział Sighter.
   Podał Kitiarze pełną butelkę a ta zaczęła chciwie pić. Gnomy uważnie ją obserwowały a gdy tylko odstawiła naczynie Wingover odezwał się z powagą w głosie.
- Pani, wszyscy jednogłośnie stwierdziliśmy, że trzeba uciekać stąd tak szybko jak to możliwe. Uważamy, że król jest niebezpieczny a poza tym ślad tych Mikonów stygnie tym bardziej im dłużej tu jesteśmy.
   Kitiara przyjrzała się badawczo małym, poważnym twarzom. Nigdy nie widziała gnomów tak zjednoczonych i zdecydowanych.
- Bardzo dobrze, zobaczmy, czy uda nam się odnaleźć Sturma – powiedziała.
   Rapaldo przebywał w komnacie audiencyjnej w otoczeniu dwudziestu wysokich drzewo ludów gdy nadeszła Kitiara ze grupką gnomów. Nosił rogaty hełm Sturma wypakowany szmatami aby tenże nie wpadał mu na oczy. Topór leżał jak zawsze w zgięciu łokcia. Popatrzył na nich beznamiętnie.
- Nie posyłałem po was. Możecie odejść.
- Dość tych kpin – warknęła Kitiara rozpoznając hełm Sturma – Gdzie jest Sturm?
- Czy wszystkie kobiety a Abanasinii mają tak fatalne maniery? Taki jest skutek pozwolenia wam na noszenie mieczy…
   Wydobyła oba ostrza, miecz i sztylet, i postąpiła krok w kierunku Rapaldo.  Lunitarianie natychmiast wznieśli szklane miecze i włócznie i zamknęli swe szeregi wokół swego boskiego, choć kompletnie szalonego, króla.
- Nigdy mnie nie dopadniesz – zachichotał Rapallo – może nawet być zabawnie, tak sobie popatrzeć jak próbujesz.
- Wasza Wysokość – dyplomatycznie odezwał się Sighter – Cóż takiego stało się z naszym przyjacielem Sturmem?
   Rapaldo pochylił się do przodu i kościstym palcem pomachał w stronę gnoma.
- Widzisz? I to jest prawidłowa forma zadawania pytania – klapnął znowu na swoje krzesło i wyrecytował – On odpoczywa. Wkrótce będzie nowym królem Lunitari.
- Nowy król? A co się stanie z dotychczasowym? – pytała Kitiara z ledwie pohamowaną furią w głosie.
- Abdykuję. Dziesięć lat władzy całkowicie wystarczy, nie sądzisz?
Wracam na Krynn i będę żył pośród swoich jako szanowany i poważany szkutnik.
   Polizał palce po czym wygładził nimi włosy.
- Gdy moi poddani odzyskają starek powietrzny wy wszyscy pozostaniecie tutaj poza tymi gnomami, które potrzebne są do lotu.
   Pochylił się w stronę Kitiary.
- Zamierzałem zabrać cię ze sobą, lecz widzę teraz, że się kompletnie nie nadajesz. Heh, heh, kompletnie.
- Nigdzie nie polecimy – buntowniczo odezwał się Wingover.
- Sądzę, że jednak tak… jeżeli tylko rozkażę mym wiernym poddanym zabijanie was, jednego po drugim. Sądzę, że jednak przystaniecie na mój plan.
- Nigdy! – ryknęła Kitiara.
   Zagotowała jej się krew w żyłach, wpadła w szał. Rapaldo tylko spojrzał na najbliższego z drzewo ludów.
- Zabij jednego z gnomów. Zacznij od najmniejszego.
   Gnomy ciasno okrążyły Fittera.
   Lunitarianin szedł prosto na nich. Kitaia wrzasnęła:
- Biegiem!
   I ruszyła na drzewo luda. Odbijała jego potężne, lecz niezdarne ciosy. Za każdym razem gdy stal spotykała szkło to odłamki tego ostatniego leciały w powietrze. Ostrze było jednak tak grube, że nie sądziła by można je rozbić inaczej jak bezpośrednim uderzeniem z boku. Bełkoczące gnomy uciekały zwartą grupą do drzwi. Żaden z pozostałych Lunitarian się nimi nawet nie zainteresował.
   Udało jej się przyszpilić do ziemi czubek ostrza szklanego miecza a wtedy uniosła stopę i ze wszystkich sił kopnęła łamiąc szklany miecz na dwa kawałki. Lunitarianin cofnął się poza jej zasięg.
- Ta-ra! – zawołał zachwycony Rapaldo – Co za pokaz!
   Za wielu ich było. Kitiara tego nie znosiła, lecz tym razem zaczęła się wycofywać z komnaty choć krew jej dalej wrzała. Rapaldo się roześmiał i głośno gwizdnął.
   Zatrzymała się w korytarzu z płonącą z wściekłości twarzą, wstyd jej było, że pożegnał ją szyderczy gwizd. Jakby była jakimś zwykłym żonglerem lub błazen!
- Wrócimy tam – powiedziała w napięciu – Jeżeli będę musiała to dopadnę tego zwariowanego drwala..
- Mam pomysł – powiedział  Sighter szarpiąc ją z całych sił za nogawicę.
- O wszyscy Bogowie! Musimy teraz znaleźć Sturma, nie ma czasu na głupie idee gnomów!
   Gnomy cofnęły się z obrażonymi twarzami. Przeprosiła krótko a wtedy Sighter wystąpił przed szereg.
- W tym całym pałacu nie ma dachów więc dlaczegóż by nie wspiąć się na ściany? Możemy chodzić po nich i zaglądać do każdego pokoju.
   Kitiara aż zamrugała.
- Sighter, ty… ty jesteś geniuszem.
   Gnom oczyścił paznokcie o kamizelkę i odparł.
- Cóż, jestem tylko bezgranicznie inteligentny.
   Odwróciła się w stronę ściany i odbiegła do gładkiego tynku.
- Nie wiem, czy znajdziemy tu dość podpory by się wspinać – powiedziała.
- Ja mogę to zrobić – odezwał się Roperig.
   Docisnął dłonie do ściany i zamruczał.
- Silny chwyt. Silny chwyt.
   Ku zdumieniu wszystkich wokół ruszył po ścianie do góry jak pająk. Gnomy wzniosły radosny okrzyk, lecz Kitiara szybko je uciszyła.
- Wszystko w porządku – powiedział Roperig ze szczytu ściany – Jest na tyle szeroko, że mogę swobodnie iść. Możesz podrzucić tu Fittera?
   Kitiara podniosła Fittera jedną ręką. Roperig chwycił wyciągnięte w górę dłonie i wciągnął swego praktykanta na szczyt ściany, tuż obok niego. Następni byli Cutwood i Wingover.
- Wystarczy – powiedział Sighter – Reszta zostanie z panią i odwróci uwagę króla. Wy znajdźcie Sturma.
   Czwórka gnomów ruszyła szczytem ściany. Kitiara wrócił do wejścia wiodącego do komnaty audiencyjnej waląc mieczem o sztylet dla zwrócenia na siebie uwagi. Bellcrank i Sighter stali tuż za nią wypełniając całkowicie drzwi.
- O, jesteście z powrotem. Jakie to doprawdy szczęście was widzieć – zawołał Rapaldo wciąż jeszcze siedzący na tronie.
- Chcemy negocjować – powiedziała Kitiara.
   Gorzkie to było stwierdzenie, nawet jeżeli było tylko kłamstwem.
- Obraziłaś mnie swoim mieczem – odezwał się rozdrażniony Rapaldo – To jest zdrada, bezbożne bluźnierstwo i zdrada. Rzuć miecz do komnaty tam, gdzie będę go mógł widzieć.
- Nie oddam miecza, nigdy, dopóki żyję.
-Doprawdy? Król tego dopilnuje!
   Rapaldo zahuczał parę tonów po Lunitariańsku. Gwardziści w komnacie powtórzyli wiadomość a potem zahuczeli ją ponownie, i ponownie głośniej i głośniej. Po chwili już tysiące ich na zewnątrz huczało te same słowa.
   Roperig i pozostali mogli też dosłyszeć jak drzewo ludy podejmują zaśpiew Rapaldo, kiedy tak omal przefruwali nad wśkimi szczytami ścian spoglądając przy okazji do każdego pokoju w twierdzy. Cutwood oczywiście zatrzymywał się przy każdym pokoju i sporządzał notatkę zawartości pokoju i przejścia, w tym samym czasie Wingover próbował raczej swego dalekowidzenia miast przeszukiwania najbliższych pokoi. Tylko Fitter wziął sobie zadanie do serca. Mały gnom gnał z oślepiającą prędkością, biegał, skakał i poszukiwał. Po chwili wrócił do swego zdyszanego pryncypała.
- Gdzieś ty się nauczył biegać tak szybko? – sapał Roperig.
- Nie wiem. A do tej pory tak nie biegałem?
- Oczywiście, że nie!
- Och! To i mnie na koniec dopadła ta magia!
   Fitter pognał wzdłuż ściany i ominął Cutwooda, który był właśnie zatopiony w sporządzaniu po raz nie wiadomo który swego katalogu. Cutwood z kolei, zaskoczony pędem Fittere, stracił równowagę i spadł ze ściany.
- Ufff! – sapnął Sturm gdy czterdziestofuntowy gnom wylądował mu na kolanach – Cutwood! Skąd się tu wziąłeś?
- Z Sancrist.
   Zawołał po Roeriga i po chwili pozostała trójka gnomów dołączyła do nich.
- Mam związane ręce – wyjaśniał Sturm.
   Siedział na starym krześle a i nogi miał do nóg tego przywiązane.
- Rapaldo zabrał mój nóż.
- Pani ma sztylet – powiedział Roperig.
- Zaraz go przyniosę! – zawołał Fitter i w tej sekundzie zniknął.
   Sturm zamrugał oczami.
- Wiem, że męczy mnie ojciec wszystkich bólów głowy, lecz nasz przyjaciel Fitter stał się chyba ostatnio niewiarygodnie szybki, przynajmniej od czasu gdy ostatni raz go widziałem.
- Oto jest! – zawołał Fitter.
   Rzucił sztylet na ziemię. Cutwood go podniósł i zaczął piłować więzy Sturma. Sztylet był niestety przygotowany do rzutu, nie do cięcia, więc ostrze nie było zbyt dobre.
- Szybciej – powiedział bez tchu Fitter – Pozostali są w wielich kłopotach.
- A mt to co, w przyjemnym śnie jesteśmy? – kwaśno odezwał się Cutwood.
- Nie gadaj, tnij – rzekł Sturm.
   Słowo „kłopoty” było najłagodniejszym określeniem sytuacji w jakiej znalazła się Kitiara i dwójka gnomów. Bezlik Lunitarian wypełnił korytarze za ich plecami a gwardziści w komnacie już pochwycili każde z nich. Rapaldo dumnie kroczył przed nimi co chwila poklepując głowicę topora wierzchem dłoni.
- Zdradzieckie prosięta – powiedział imperialnym tonem – Wszyscy jesteście warci śmierci. Pytanie tylko, kto pierwszy z was powinien posmakować królewskiego topora?
- Zabij mnie ,ty bezrozumny strupie; przynajmniej nie będę musiała słuchać słowotoku takiego durnia jak ty – powiedziała Kitiara.
    Kitiarę trzymało nie mniej niż siedmiu drzewo ludów. Drewniane członki oplatały ją tak ściśle, że tylko twarz i stopy miały możność niewielkiego ruchu. Rapaldo uśmiechnął się złośliwie i podniósł jej brodę rękojeścią topora.
- Och, nie, pięknotko. Ciebie jeszcze oszczędzę, heh, heh. Zrobię cię królową Lunitari, co prawda tylko na jeden dzień.
- Prędzej sobie sama oczy wydrapię!
   Wzruszył ramionami i stanął przed Sighterem trzymanym przez jednego gwardzistę.
- Czy mam najpierw zabić tego – powiedział – czy tego?
- Zabij mnie – błagał Bellcrank – Jestem tylko metalurgiem. Sighter jest nawigatorem naszego latającego statku. Bez niego nigdy nie dolecisz na Krynn.
- To niedorzeczne – kłócił się Sigter – jeśli umrzesz, to kto naprawi uszkodzenia Mistrz Chmur. Nikt tak nie pracuje w metalu jak Bellcrank.
- To tylko gnomy – wtrąciła Kitiara – Zabij mnie, zgniłku, bo inaczej ja z pewnością zabiję ciebie!
- Dosyć, dosyć! Heh, heh, wiem co mam robić, naprawdę. Próbujecie mnie ogłupić, lecz to ja jestem królem!
   Odszedł o krok czy dwa i odrzucił topór. Król Lunitari pociągnął luźne końce poszarpanej tuniki. Pod koszulą, lecz na wełnianej bieliźnie, Rapaldo nosił łańcuch. Nie kolczugę, lecz ciężki, zardzewiały łańcuch owinięty w pasie.
- Widzicie, ja dobrze wiem, co to znaczy żyć na Lunitari – powiedział.
   Pozwolił by mu koszula opadła. Uwolnił kawałek drutu, który trzymał na miejscu koniec łańcucha. Równlegle do upadku kolejnych jego zwojów stopy Rapallo zaczęły się wznosić. Po chwili płynął już w powietrzu na wysokości dwóch stóp a drzewo ludy stały zachwycone i pełne wiernej admiracji.
- Latam! Ta-ra! I któż z was, śmiertelnicy, śmie obrzucać mnie obelgami? Ja latam. Gdybym nie nosił pięćdziesięciu funtów łańcucha odleciałbym daleko. Moi poddani, rozumiecie, nie pozwalają mi mieć sklepienia. W cieniu natychmiast zapuszczają korzenie. A bez tych łańcuchów odleciałbym jak smużka dymu.
   Rapaldo pozwolił by na podłogę poleciał kolejny zwój łańcucha. Kręcił się teraz w kółko aż wreszcie stopy miał już na poziomie pleców.
- Ja jestem królem, widzicie! Bogowie dali mi tą moc!
- Nie – Sighter starał się wyjaśnić – To musi być konsekwencja magi Lunitari…
- Cisza!
   Rapaldo wykonał kilka niezgrabnych, podobnych do pływania, ruchów i znalazł się obok Kitiary.
- Nosisz pancerz, lecz możesz go zdjąć kiedy tylko zechcesz. Ja nie mogę! Ja muszę nosić ten łańcuch w każdej godzinie, każdego dnia.
   Swą brudną, brodatą gębę zbliżył do jej twarzy.
- Wyrzekam się tej mocy! Idę do domu, tak idę, i znowu będę chodził jak człowiek. Drzewa nie będą za mną tęsknić mając Się Sturmbrighta jako króla.
- Zdrada! Zdrada! Wszyscy jesteście winni!
   Rapaldo wywinął kozła w powietrzu i oddalił się od Kit. Podniósł szybko topór i rzucił nim w kierunku wybranej przezeń ofiary.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#17 2017-11-05 19:39:07

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Mrok i Światło

Rozdział 17

Bez honoru

   Ostatni zwój sznura się poddał i ręce Sturma wreszcie były wolne. Odebrał sztylet z rąk Cutwooda i szybko rozprawił się z linkami wiążącymi mu kostki. Konopie z Travoliny były już stare i szybko się rozpadły. Sturm skoczył na równe nogi.
- Prowadźcie do komnaty audiencyjnej! – zawołał do gnomów na szczycie ściany.
   Fitter pomachał i obiegł cały pokój dokoła nim wreszcie ruszył w kierunku królewskiej komnaty audiencyjnej. Roperig i Wingover pogalopowali w ślad za nim.
- Chodź, Cutwood – krzyknął Sturm i podsadził szybko gnoma na własny bark.
   Słońce już chyliło się ku zachodowi. Sturm gorąco podziękował Paladine za taką łaskę. Bez słonecznego światła hordy drzewo ludów szalonego Rapaldo szybko wrócą do stanu zakorzenionych roślin. Przebiegł przez kolejne przejście w ścianie i znalazł się przed tuzinem uzbrojonych drzewo ludów. Blokowali przejście. Sturm miał tylko sztylet Kitiary by walczyć z ich długimi, szklanymi mieczami.
- Trzymaj się, Cutwood – powiedział.
   Gnom mocno chwycił się głowy Sturma.
   Cienie powoli wspinały się po ścianie. Dolne partie Lunitarian już teraz kryły się w cieniu; ich stopy wkrótce wrosną tam gdzie staneli. Drzewo lud sztychem wystawił czterdziesto calowe ostrze szkarłatnego szkła mierząc prosto w Sturma. Gwardzista był wolny, lecz i tak koniec miecza błyskał niebezpiecznie blisko brody rycerza. Dla dwunasto calowego sztyletu było stanowczo za daleko.
   Zdrewnienie zaczęło ogarniać dolne partie ciał Lunitarian, zaczęli też puszczać korzenie. Cień podniósł się już do połowy ich pni. Ramiona drzwoluda poruszyły się z wolna, jak wodorosty pod powierzchnią wody. Strażnik stojący naprzeciwko Sturma ruszył czubkiem miecza jego futrzany kaptur i pobcinał parę włosów. Był to już jednak ostatni ruch drzewo luda. Kora zamknęła mu oczy. Zarówno on jak i pozostali strażnicy byli już tylko nieruchomymi postaciami.
   Na szczycie ściany pojawił się nagle Wingover.
- Panie Brightblade! Szybko! Stało się coś strasznego!
   Zanim człowiek zdążył zapytać o co chodzi, gnom już pognał skąd przybiegł.
- On płakał – zauważył zdumiony Cutwood – Wingover nigdy nie płacze.
   Sturm wcisnął ramiona i barki pomiędzy ciasno ustawione pnie strażników i jakoś zdołał się przecisnąć. Kora go raniła i podrapał, lecz nie ustawał w wysiłkach aż wreszcie znalazł się za szeregiem gwardii. Dalej przejście było już wolne.
   Sturm i Cutwood pognali do komnaty audiencyjnej. Rycerz najpierw rozglądnął się w poszukiwaniu Kitiary. Czyżby to ona? Jest ranna, umierająca czy może już martwa? Kobieta i dwójka gnomów byli ciasno wplątani w uściski teraz już znieruchomiałych gwardzistów. Krew plamiła węźlaste paluchy tego z nich, który trzymał Bellcranka. Bellcrank był martwy. Rapaldo natomiast był całkiem niewidoczny.
- Kit! Wszystko w porządku? – zawołał Sturm.
- Tak, z Sighterem też, tylko Bellcrank…
- Wiem. Gdzie jest Rapaldo?
- W pobliżu. Bądź uważny, Sturm, on ma ten topór.
   Komnatę wypełniał tłum znieruchomiałych drzewo ludów. Nadchodzący zmrok przekształcał ją w dziwny las cieni. Z głębi zapadających ciemności dobiegł ich drwiący chichot.
- Któż ma tu lampę by ci drogę do łóżka oświetlić? Któż tu ma topór by ci łeb odrąbać?
- Rapaldo! Stań i walcz! – krzyczał Sturm.
- Heh, heh, heh.
   Coś poruszyło się ponad głowami. Wingover zawołał ze szczytu ściany.
- Jest u góry! Schyl się, Sturm!
   Sturm padł na podłogę a w tym momencie głownia topora przecięła powietrze na wysokości, gdzie przed sekundą była jego głowa.
- Kit, gdzie jest twój miecz? Rapaldo wziął mój!
- Na podłodze zaraz przed Sighterem – odparła.
   Sturm przeczołgał się szybko podczas gdy Rapaldo przemykał na czubkami drzewo ludów. Kitaiar krzyczała do Sturma objaśniając pokrótce możliwość lewitacji zwariowanego króla.
- Odrzucił część swej wagi – dodał Sighter – Może unosić nawet sześć stóp nad gruntem.
   Dłoń Sturma zamknęła się na rękojeści miecza Kitiary a on sam natychmiast stanął na równych nogach. Ostrze dziewczyny było lekkie i zwinne, wyglądało na takie co przecina powietrze z własnej woli. Sturm dostrzegł poszarpane nogawice Rapaldo i linowe sandały stąpające po wierzchołkach drzewo ludów. Ciął wysoko, lecz jedynym skutkiem był deszcz drzazg z Lunitarianina na który mstał Rapaldo. Król Lunitari tylko się przechylił i zachichotał.
- Nie widzę go! – skarżył się Sturm – Wingover, gdzie on jest!
- Po lewej! Za…
   Sturm schylił się przed toporem i ciął Rapaldo. Czuł, jak czubek miecza Kitiary chwyta i przecina szmaty odzieży króla.
- Blisko, bardzo blisko, Sir Sturmbright, tyle, że jesteś troszkę przyciężkawy – rzekł Rapallo ze śmiechem.
- Kit, chętnie przyjąłbym teraz każdą taktyczną sugestię na jaką masz ochotę – rzekł, ciężko oddychając w chłodnym powietrzu nocy, Sturm.
- To, czego ci potrzeba, to kusza – syknęła Kitiara.
   Natężyła się walcząc z więżącymi ją konarami solidnego drewna. Niestey, ponieważ ramiona miała ściśle przyciśnięte do boków to nie miała jak uzyskać choćby najlichszego punktu podparcia. Starała się kręcić ramionami z jednej strony na drugą. Konary drzewo luda trzeszczały i krzywiły się, lecz trzymały mocno.
   Sturm przeniósł sztylet do prawej a miecz trzymał lewą ręką. W komnacie zapadła absolutna cisza. Gnomy, opłakujące głośno poległego kolegę, zaprzestały jakichkolwiek hałasów. Sturm pochyił się nisko i przesunął w stronę rozklekotanego tronu. Wspiął się na to krzesło i stanął wyprostowany.
- Rapaldo! – krzyknał – Rapaldo, stoję na twoim tronie! Pluję nań, Rapaldo! Jesteś tylko nieważnym, pokręconym lunatykiem, który marzy, że jest królem!
   Ostrzegł go cichy brzęk łańcucha. Ułamek sekundy później topór wbił się głęboko w oparcie krzesła i tam ugrzązł trzymany mocno twardym dębem z Krynnu. Rapaldo wściekle walczył o uwolnienie topora, lecz patykowate ramiona nie dały rady.
- Poddaj się! – Sturm już przyłożył czubek sztyletu do gardła Rapallo.
- Ta-ra-ra! – zawołał król i oprł stopy o tył tronu.
   Przewrócił w ten sposób wysokie krzesło i posłał siebie, Sturma, nagi miecz, topór i sztylet w jedej masie na ziemię. Rozległ się potężny trzask, krzyk, i… cisza.
- Sturm! – wrzasnęła Kitiara.
    Otrząsnął się z resztek potrzaskanego tronu i wstał. Rozcięcie na policzku krwawiło, lecz poza tym Sturm nie odniósł żadnej rany. Rapaldo był przyszpilony do ziemi. Sztylet prosto w serce. Nogi i ramiona bezcelowo powiewały a krople krwi spływały w górę po sztylecie i odlatywały dryfując w powietrze.
   W rozrzuconych szczątkach Sturm odnalazł topór. Beznamiętnie ignorując fakt, że po świcie będą to żywe istoty wyrąbał Kitiarę i Sightera z uścisku drzewo ludów. Byli wolni. Pozostałe gnomy zeszły ze ściany i pomogły uwolnić Bellcranka z drzewnych więzów. Łagodnie ułożyły zesztywniałego gnoma na ziemi i nakryły mu twarz jego własną chustką. Fitter zaczął szlochać.
- Co mamy teraz robić? – pytał przez łzy Wingover.
- Ballcrank został pomszczony – odparła Kitiara – Cóż więcej pozostało do zrobienia?
- Nie powinniśmy go przynajmniej pochować? – smutno powiedział Roperig.
- Oczywiście – odparł Sturm.
   Wziął na ręce ciało Bellcranka i poprowadził żałobną grupę na zewnątrz.
   Gnomy stanęły razem. Jedynym dźwiękiem było szuranie malutkich butów. Sighter otrząsnął się ze szczątków drewna i ruszył naprzód. Pozostali poszli w jego ślady. Dotarł do środka grzybowego ogrodu i tam się zatrzymał. Wskazał na czerwony mech i oznajmił, że to jest właśnie to miejsce.
   Pozstałe gnomy zaczęły kopać. Kitiara chciała pomóc, lecz Cutwood delikatnie jej odmówił. Gnomy uklękły w kręgu i kopały gołymi rękami. Kiedy uznały, że już wystarczy do kręgu wszedł Sturm i okazując sporo współczucia złożył bohaterskiego Bellcranka w miejscu jego ostatniego spoczynku.
   Pierwszy przemówił Sighter.
- Belcrank był wspaniałym technikiem i dobrym chemikiem. Teraz jest martwy. Jego silnik przestał pracować a przekładnie się zatarły i zatrzymały.
   Sighter wziął z ziemi garść purpurowej darni i rozsypał ją na ciało przyjaciela.
- Żegnaj, żegnaj.
- Był zręcznym metalurgiem – dodał Wingover rzucając garść ziemi.
- Wspaniałym dyskutantem – odnotował szlochający Cutwood.
- Zapalonym eksperymentatorem – rzekł Rainspot dodając kolejną garść.
- Najlepszy wytwórca przekładni – smutno stwierdził Roperig.
   Fitter, gdy przyszła na niego kolej, okazał się zbyt zasmucony by choćby pomyśleć o czymś stosownym do powiedzenia.
- On… on wspaniale jadł – rzekł w końcu.
   Roperig zdołał się lekko uśmiechnąć i poklepać swego praktykanta po plecach.
   Usypali kczyk nad ciałem kolegi. Wingover poszedł do fortu i wrócił niosąc kawałek matalu z rozbitego statku Rapallo. Była to uszkodzona przekładnie, część kabestanu z Travoliny. Gnomy umieściły to na grobie jako pomnik swego kolegi.
   Kitiara odwróciła się i ruszyła do fortecy. Po chwili pełnej uszanowania ciszy Sturm pośpieszył za nią.
- Mogłaś tez coś powiedzieć gnomom – zaczął besztać.
- Przed świtem mamy jeszcze mnóstwo do zrobienia. Musimy szybko pozbierać rzeczy i znaleźć się jak najdalej stąd ni skończy się noc – odparła.
- Po co taki pośpiech? Rapaldo nie żyje.
   Kitiara omiotła ramieniem dokoła.
- Jego poddani są jak najbardziej żywi! Jak sądzisz, co poczują gdy się obudzą i zobaczą swego boga-króla martwego?
   Sturm przez chwilę się zastanawiał.
- Możemy ukryć ciało – odparł.
- Nie za dobrze – rzekła mijając zewnętrzne  ściany – Drzewo ludy pomyślą o najgorszym gdy my znikniemy a Rapaldo gdzieś się zapodzieje.
   Kitiara przystanęła przed wejściem do komnaty tronowej.
- Kolejny powód, żeby stąd ruszać i odnaleźć Mistrza Chmur.
   Miała rację. Sturm odnalazł powgniatany hełm i go założył. Kitiara odzyskała miecz i wyciągnęła sztylet z piersi martwego człowieka. Widok Rapaldo powiewającego członkami jak korek w wodzie przywiódł do pomysłu nieco makabrycznego. Przyklęknęła na jedno kolano i odwinęła z ciała Rapallo ostatni zwój łańcucha. Będą mogli go użyć jak odzyskają statek. Kitiara chwyciła ciało Rapaldo za pokrwawioną koszulę i popchnęła je w powietrzu w stronę Sturma.
- Oto pomysł na szybki i łatwy pogrzeb – powiedziała puszczając ciało w górę.
   Martwe ciało Rapaldo Pierwszego wznosiło się powoli lekko się obracając cały czas. Po kilku minutach zniknęło w fioletowych przestworzach nieba. Sturm wyglądał na przerażonego.
- Nieiwele brakowało, żeby to mnie zabił, wiesz – powiedziała normalnym tonem – Jedyne czego mi żal, to fakt, że to ty go dostałeś a nie ja.
- Obłąkane biedaczysko. Nie ma nic honorowego w zabiciu kogoś takiego.
- Honor! Kiedyś trafisz na wroga pozbawionego twojego zrozumienia honoru i to będzie koniec Sturma Brightblade.
   Wrócili do grzybowego ogrodu. Gnomy już tam czekały. Wysokie Pakiety ekspedycyjne zostały nawet powiększone przez kawałki matalu uzyskane z zapasów Rapaldo. Kitiara ogłosiła zamiar podążania śladem Mikonów, który stanowił ich ścieżkę zanim został zagubiony pośród skał. Sighter popatrzył na Sturma.
- A co pan powie, pani Brightblade?
- Lepszego planu nie mam – odparł po prostu.
   W jego sercy narastał chłód. Kobieta, która tak bezpardonowa obeszła się z ciałem martwego przeciwnika stawała się co chwia bardziej i bardziej obca. To była ich najczarniejsza godzina od opuszczenia Krynnu. Jeden z nich był martwy i pogrzebany w zimnej, księżycowej glebie. Szalony król wznosił się spiralą wzwyż a jego nieważkie ciało miało już nigdzie nie wylądować. Długa, nieszczęsna noc. A mimo to, gdy słońce nowego dnia zaświeciło nad ogrodem Rapaldo wyrósł tam grzyb wielki na grobie Bellcranka. W odróżnieniu od szkarłatnych grzybów dokoła ten był czysty i połyskiwał bielą.
* * * *
   Sturm miał kolejną wizję. Przyszła podczas marszu, lecz nawet nie zmylił kroku Anie się nie potknął.
   Zarżał koń. Sturm zobaczył cztery kościste zwierzęta uwiązane do nadpalonej barierki. Był dzień, lecz ciężkie cienie zalegały wszędzie dokoła. Sturm rozejrzał się i rozpoznał zrujnowane blanki ojcowskiego zamku. Dojrzał też stojący na podwórcu połamany wóz bez jednego koła. Do jedynego koła jakie pozostało przywiązany był mężczyzna, miał przeguby uwiązane ciasno, okrytnie do obręczy. Sturm skupił się na tej zdesperowanej postaci. Modlił się do Paladine by to nie był jego ojciec.
   Mężczyzna podniósł wzrok. Poprzez dziko rosnącą brodę i szramy powstałe po brutalnym biciu Sturm zdołał rozpoznać Brena, towarzysza ojca na wygnaniu. Podobnie do poprzedniej wizji i teraz Bren spoglądał poprzez Sturma. Młody Brightblade był fantomem, istotą bez cielesności.
   Czwórka mężczyzn szurając wyszła z cienia po praej ręce Struma. Strum już takich widywał, wychudzonych i obszarpanych włóczęgów, rabusiów, morderców przydrożnych.
- Mówię ci, ten zamek jest przeklęty i nawiedzony.
- Boisz się duchów – powiedział brudny facet z brązowym kolczykiem.
- Boję się wszystkiego, czego nie mogę pociąć kosą.
- Kiedy stąd zmykamy? – spytał ostatni z szeregu bandytów.
   Brudna Gęba tylko się roześmiał ukazując żółte zęby.
- Kiedy się przekonam, że nie ma tu już żadnego łupu, dopiero wtedy –  Touk splunął na ziemię – No to se teraz pogadamy z honornym gościem.
   Bandyta i dwóch jego ludzi stało teraz nad jeńcem. Touk złapał splątane włosy Brena i uniósł mu głowę. Sturm pragnął pójść mu z pomocą, lecz nie mógł zrobić absolutnie nic.
- Gdzie jest skarb, staruchu? – pytał Touk wymachując krzywym, żołnierskim nożem przy szyi starego żołnierza.
- To nuc niema – sapnął Bren – Zamek został splądrowany dawno temu.
- No co ty! Za głupich nas masz? Zawsze gdzieś się znajdzie parę monet ukrytych na czarno godzinę. No, gdzie som – docisnął czubek noża do szyi Brena.
- Ja … ja powiem – odarł słabo – pod wielką komnatą… tajny pokój. Pokażę.
   Touk cofnął nóż.
- Lepiej, żeby to była prawda.
- Żadnych sztuczek. Sam was tam doprowadzę.
   Rozcięli mu więzy i pociągnęli ze sobą. Sturm deptał im po piętach, był wręcz wystarczająco blisko, by poczuć mieszaninę zapachów potu, brudu, strachu i chciwości.
   Bren prowadził ich do piwnic pod wielką komnatą. Schodząc długi korytarzem liczył umieszczone na ścianie po prawej stronie łańcuchowe oprawy na pochodnie. Przy numerze osiem zatrzymał się.
- To tutaj, właśnie tu – powiedział.
   Jeden z rabusów zapalił drzewce wciąż sterczące z oprawy, miał własną pochodnię.
- Zawias się obraca – powiedział Bren.
   Touk chwycił twardy, żelazny ćwiek i poruszył nim. Przesunął się Wlewo i tam pozostał. Cała sekcja kaflowej podłogi uniosła się z głośnym skrzypieniem. Touk wsadził pochodnię w powstałą szparę. Rzucił ją. Odbiła się parę razy od kamiennych stopni i teraz leżała, wciąż jeszcze się paląc, na samym dnie. Coś błyszczącego można było dostrzec w świetle jej płomieni.
- Dobra robota – powiedział Touk z krzywym uśmieszkiem.
   Bez zbędnych słów wpakował nóż pomiędzy żebra Brena. Lojalny sługa Angriffa Brightblade’a jęknął i osunął się po ścianie. Głowa mu zwisła a ciemne strugi krwi splamiły pierś.
- Chodźta, chłopy, zabiermy naszą nagrodę! – touk poprowadził na dół dwójkę swych kumpli.
   Sturm schylił się chcąc spojrzeć w twarz Brena. Choć skóra starego nabierała już woskowej barwy to jego oczy wciąż jeszcze rozświetlał ognik życia.
- Młody paniczu – szepnął.
   Krew spieniła mu usta. Sturm aż się odsunął. Bren był w stanie go widzieć!
   Powoli, z ogromnym wysiłkiem, stary żołnierz chwycił się kamiennej ściany i podciągnął na nogi.
- Paniczu Sturm… wróciłeś. Zawsze wiedziałem, że wrócisz.
   Bren sięgnął w stronę Sturma wątłymi rękami. Sturm chciał złapać go za rękę, lecz przecież był tu niematerialny. Palce Brena przeszły przez widmo Sturm i oparły się na sworzniu pochodni. Gdy śmierć już go zabierała, Bren upadając, całą wagą swego ciała pociągnął zawias do podstawowej pozycji.
   Drzwi pułapki powoli i z hałasem zaczęły się opuszczać. Jeden z rabusiów wrzasnął i ruszył na bezpieczną stronę, do góry. Na szczycie schodów zatrzymał się, zagapił na Sturma i otworzył gębę.
- Ach! – wrzasnął – Duch!
   Poturlał się w dół zbijając z nóg Touka i pozostałych. Kamienna łyta wróciła na miejsce odcinając ich wrzaski o pomoc.
* * * *
   Świat wokoło poczerwieniał. Sturm potrząsnął głową, w której wciąż jeszcze rozbrzmiewały wrzaski Touka i pozostałych rabusiów. Maszerował, jak poprzednio, przez Lunitariańską równinę.
- Z powrotem z nami? – spytała Kitiara.
   Sturm wydał jakiś nieartykułowany dźwięk. To była jak dotąd najdłuższa wizja a na dodatek, pod sam jej koniec, ludzie z Krynnu byli w stanie go zobaczyć. Opowiedział wszystko towarzyszom.
- Hmm, mówi się, że umierający mają jakby dodatkowy dar widzenia – mruknęła Kitiara – Zarówno Bren jak i reszta tych złodziei właśnie stanęła w obliczu śmierci; może z tego powodu mogli cię zobaczyć.
- Ale ja im nie mogłem nic pomóc – skarżył się Sturm – Musiałem tylko patrzyć jak umierają. Bren był dobrym człowiekiem. Wiernie służył mojemu ojcu.
- A w ogóle zobaczyłeś coś, czy może usłyszałeś o swoim ojcu – spytał Sighter.
   Sturm potrząsnął przecząco głową. To koszmarne pominięcie wciąż dręczyło mu umysł. Co takiego rozdzieliło Brena od Lorda Brightblade? Czy jego ojciec miał się dobrze? I gdzie był?
- Widzę ślady! – zawołał Wingover.
   Tam gdzie płyty piaskowca koloru wina ustępowały miejsca jęzorom piasku widać było trop. Były to regularne jak w zegarze okrągłe odciski. Przypuszczenia Kitiary okazały się słuszne – Mikonowie tędy przechodzili.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#18 2017-11-07 19:01:10

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Mrok i Światło

Rozdział 18

Dolina Głosu

   Wreszcie Wingover dostrzegł obelisk. Grupa dotarła wreszcie do miejsca gdzie skaliste półki ustępują miejsca niskim, poszarpanym szczytom. Kitiara i Wingover wspięli się na taki łańcuch szczytów (nieco przypominający zębatą piłę) i opowiedziali, że poza nim rozciąga się wspaniała dolina sięgająca daleko, chyba dalej niż horyzont. Kitiara nie mogła dostrzec obelisku, lecz Wingover zapewniał, że pojedyncza, wysoka iglica stoi w odległości mniej więcej czterdziestu mil, w samym środku doliny.
   Gnomy w milczeniu przyjęły nowiny. Przez cały ten marsz od wioski wszystkie wyglądały na przygnębionych.
- Śmierć Bellcranka wciąż jeszcze zwiesza im głowy – prywatnie zauważyła Kitiara do Sturma – Chyba jeszcze nigdy ten mały ludek nie zetknął się z taką śmiercią.
   Sturm się z nią całkowicie zgadzał. Gnomom potrzebny był teraz problem, który zdoła pobudzić ich wyobraźnię. Zwołał wszystkie.
- Sytuacja jest następująca – zaczął – Wingover szacuje odległość do obelisku na czterdzieści mil. Oznacza to dziesięć godzin marszu jeżeli nie zatrzymamy się ani na posiłek, ani na odpoczynek. Bardziej realistyczne wydaje mi się piętnaście godzin, tyle że wtedy słońce już wzejdzie i Lunitarianie też się ruszą.
- D=Gdybyśmy tak mieli jakiś sposób, żeby dostać się szybko na dół – powiedziała Kitiara – Konie, muły, cokolwiek.
- Lub jakieś wozy, jeśli już o to idzie – mruknął Sturm.
   Kitiara rzuciła mu porozumiewawcze spojrzenie.
- Taaa, zbocze schodzące z tego łańcucha wzgórz jest strome, ale całkiem gładkie. Daleko moglibyśmy się odtoczyć.
   Duch technicznego wyzwania okazał się zaraźliwy. Pomysły… szalone, gnomie pomysły… zaczęły dominować niewielką grupę. Gnomy zwaliły swe bagaże na jedną wielką kupę i same zbiły się w ciasną gromadkę. Szybka gadanina gnomów nie miała żadnego sensu dla ludzi, lecz i tak przyjmowali ją dobry znak.
   Równie gwałtownie jak gnomie głowy zbiły się w ciasny krąg, tak samo nagle krąg się rozpadł. Pojawiły się narzędzia a gnomy zaczęły rozbijać własne, drewniane pakiety na części.
- Co tym razem robicie? - zaptał Sturm Cutwooda.
- Sanki – odpowiedź była natychmiastowa.
- Czy on powiedział „sanki” – spyatała Kitiara.
   W przeciągu pół godziny, niw więcej, każdy z gnomów miał gotową konstrukcję „sanek”… ehm. Tzn. JednoGnowegoInercyjnegoŚrodkaTransportu.
- Używając tego rozwiązania powinniśmy zjechać tego stromego stoku w zdumiewającym czasie – oznajmił Sighter.
- I połamać nasze nieostrożne, małe szyjki – dodała zduszonym głosem Kitiara.
- Te są dla ciebie i pana Sturma – powiedział Roperig.
   On i Fitter popchnęli dwie pary delikatnych sanek do stóp ludzi. Mając do dyspozycji tylko krótkie odcinki desek gnomy musiały sobie poradzić dzięki gwoździom, śrubom, klejowi, sznurkom a nawet, w przypadku Rainspota, szelkom. Wingover zaprojektował swoje sanki w taki sposób, żeby mógł na nich jechać na brzuchu; sanki Sightera pozwalały jeźdźcowi rozłożyć się na wznak i to całkiem wdzięcznie. Z powodu swej relatywnie większej wagi i większych rozmiarów sanki Sturma i Kitiary zapewniały tylko jedną, niewielką deseczkę jako siedzisko.
- Nie jesteś chyba poważny? – Kitiara była pełna wątpliwości – Jechać na dół na tym?
- Będzie szybko – dodawał odwagi Sighter.
- I wesoło! – krzyknął Fitter.
- Przeliczyliśmy wszystkie dostępne dane dotyczące naprężeń i wytrzymałości materiałów – odnotował Cutwood.
   Pogładził swój notes traktując go jak dowód prawdziwości swych słów; było tam pięć stronic pokrytych ciasno malutkimi literami i cyframi.
- We wszystkich wypadkach, poza waszymi, współczynnik bezpieczeństwa wynosi trz.
- Co przez to rozumiesz? Te „we wszystkich, poza waszymi” – Kitiara poczuła się zobowiązana do zadania takiego pytania.
   Cutwood schował notes do kieszeni kamizelki.
- Jesteście więksi i ciężsi więc w sposób zupełnie naturalny nakładacie większe naprężenia i obciążenia na JednoGnomowyInercyjnyŚrodekTransportu. Wasze szanse na osiągnięcie dna tej doliny, tzn. zjechanie ze wzgórza bez wypadku są jak jeden do jednego.
   Kitiara już otwierała usta by gorąco zaprotestować, lecz Sturm powstrzymał ją spojrzeniem bardziej niż tolerancyjnym.
- To i tak lepsze od wszystkiego, co zapewnią nam Lunitarianie – musiał przyznać.
   Zarzucił na ramię leciutkie sanki.
- Idziesz?
   Miała jeszcze mnóstwo wątpliwości.
- To może zostaniemy tutaj i sobie nawzajem złamiemy karki? Przynajmniej oszczędzimy sobie upadania i zwijania.
- Boisz się?
   Wiedział dobrze jak ją sprowokować. Kitiara się zaczerwieniła i podniosła sanki.
- A może chciałbyś… założyć się kto będzie pierwszy na dole? – zapytała.
- Czemu nie – odparł – Tylko nie mam żadnych pieniędzy.
- A co tutaj po pieniądzach? A może by tak przegrany musiał nieść śpiwór wygranego całą drogę aż do obelisku?
- Zakład stoi.
   Potrząsnęli sobie dłońmi. Wingover tymczasem dawał kolegom zaimprowizowany i błyskawiczny kurs sterowania i hamowania.
- Większość sterowania robi się przez pochylanie na tą stronę, w którą chcecie jechać – doradzał – Żeby się zatrzymać używajcie obcasów i pięt, nigdy paluchów. Pęd w dół może wam wtedy obrócić stopę do góry nogami i połamiecie paluchy.
   Rainspot i Cutwood otworzyli swoje notatniki i coś maniacko pisali.
- Założywszy pęd przy prędkości pięćdziesięciu sześciu mil na godzinę…
- I stopę o długości siedmiu cali…
- Można się spodziewać złamania trzech paluchów u lewj stopy…
- Oraz czterech u prawej – zakończył Rainspot ku uciesze wszystkich gnomów.
- Przecież Wingover właśnie powiedział, żeby nie używać paluchów, więc po kiego licha i na wszystkich cierpiących bogów, obliczać jeszcze coś, czego nie zrobi nkt przy zdrowych zmysłach? – pytała Kitiara.
- Podstawą poszukiwań naukowych powinno być nie ograniczanie się tylko do spraw praktycznych czy też możliwych – wyjaśniał Sighter – Tylko poprzez badanie tego, co nieprawdopodobne czy też nie do pomyślenia powiększa się sumę całkowitą postępu wiedzy.
   Sturm popatrzył na swe stopy.
- Jednej rzeczy nie rozumiem. Dlaczego na prawej nodze złamię cztery palce, czyli o jeden więcej niż na lewej.
- Nie zaczynaj z nimi! – krzyknęła Kitiara do Sturma.
   Zaniosła swój klekoczący składzik desek prosto na krawędź urwiska. Stok o gładkości szkła schodził w dół w nachylenie zapierającym dech od samego patrzenia. Kitiara wzięła ostry wdech i opatrzyła za siebie. Gnomy, wyraźnie zresztą nie przerażone, gromadziły się na krawędzi.
- Oczywisty przykład szklistych konkrecji – stwierdził Cutwood pociągając dłonią po gładkiej, lekko bąblowanej powierzchni.
- Tak sądzisz? Wulkaniczna? – powiedział Wingover.
- Wątpliwe. Powiedziałbym, że cała ta dolina układa się w  jeden upłynniony termicznie krater poimpaktowy – teoretyzował Sighter.
   Kitiara tylko wściekle jęknęła co szybko ucięło dalsze gnomie teoretyzowanie. Cisnęła sanki na ziemię i ich dosiadła. Kiedy tylko nacisnęła pełną wagą ciała deski groźnie zatrzeszczały.
- Mówiłeś, jeden do jednego? – powidziała do Cutwooda.
   Gnom zaczął coś bąkać na temat „w ramach dwóch dewiacji standardowych”, lecz Kitiara nie miała zamiaru dalej go indagować.. Podciągnęła się dłońmi i stopami do przodu aż w końcu znalazła się na krawędzi.
- Chodź już, Sturm! Chyba, że wolisz pakować i nosić mój śpiwór przez następne czterdzieści mil?
   Sturm położył sanki na ziemi. Powiedział też Wingoverowi, że Kit i on rozegrają wyścig. Wingover się podniecił.
   Och! W takim razie będziecie potrzebować kogoś na dole, by sprawdzić kto wygrał! Czekajcie, czekajcie… ja pojadę pierwszy a jak będę na miejscu to dam wam znak.
- Zgadzasz się, Kit?
   Pomachała tylko ręką.
- Dobrze, koledzy. No, to jadę! – zawołał Wingover – Dla nauki!
   Co ogłosiwszy natychmiast zniknął za krawędzią. Natychmiast też pozostałe gnomy ruszyły w jego ślady.
- Dla Sancrist! – zawołał Cutwood i zniknął.
- Dla technologii! – wzniósł okrzyk Rainspot i przechylił się za krawędź.
- Dla Mistrza Chmur! – wzniósł toast Roperig.
- Dla rodzynkowych muffinek! – i Fitter pogał  za swym szefem.
   Ostatni, Sighter, pchnął sanki do przodu i wygodnie się usadził.
- Dla Bellcranka – powiedział bardzo po prostu.
   Sanki gnomów gnały w dół po zboczu, chwały się na boki i podskakiwały na muldach w szkłopodbnej skale. Wingover, leżący twarzą do dołu na sankach, sterował zręcznie pomiędzy najgorszymi przeszkodami. Skonstruował linki sterownicze z przodu sanek i teraz wykreślał ślad serpentyny na zboczu. Na pięty następował mu Cutwood gnający prosto w dół, trzymający kolana ciasno przy podbródku i przytrzymujący nimi jedwabistą brodę. Strum i Kitara słyszeli jego głośne „uuu-haaa!” gdy uderzał jedną mulde po drugiej.
   Rainspot miał przy sankach ciągnięty hamulec, rodzaj dryfkotwy, więc zjeżdżał z relatywnie mniejszą prędkością. Roperig zaprojektował swoje sanki tak, by jechać na nich w pozycji stojącej, lecz przykucnięty. Minął specjalistę od pogody ze świstem i szaleńczymi wymahami rąk, które miały mu pomóc w zachowaniu równowagi. Jego praktykant tymczasem doświadczał wszystkich rodzajów kłopotów. Pojazd Fittera był szerszy niż dłuższy i miał dużą skłonność do wpadania w rotację podczas zjazdu. W sumie dawało to zjazd nieco wolniejszy od pozostałych, lecz ciągłe skręty wyciskały mu z kolei żołądek. Sighter z kolei, jak zawsze opanowany i racjonalny, kontynuował zjazd zachowując pełną kontrolę. Umiał dotknąć obcasem ziemi w wybranym przez siebie momencie i dzięki temu korygował kierunek zjazdu.
   Wszystko szło całkiem nieźle dopóki Wingover nie dotarł do dna doliny jakieś czterysta stóp niżej. Szklista powierzchnia stoku wzgórza zmieniła się nagle w czerwony żwir i sanki Wingovera zatrzymały się natychmiast. Zatrzymanie było tak nagłe, że jadące jego śladem gnomy, Cutwood i Roperig natychmiast a Fitter i Rainspot chwilkę późnie wpadły na prowadzącego tworząc malowniczą piramidę. Deski, narzędzia i gnomy wylatywały w powietrze całymi seriami w każdej chwii gdy kolejne sanki wpadały na poprzedników. Sturm widział Sightera dążącego niezachwianie w tym samym kierunku, lecz gdy na chwilkę przymknął oczy nie ujrzał szybkiego skrętu, który pozwolił gnomowi zatrzymać się dwie stopy od całej, nieźle splątanej gromady.
   Kitaiara wybuchnęła głośnym śmiechem.
- Całe akry zbocza o oni wszyscy z uporem zatrzymywali się w tym samym miejscu!
   Sturm wzruszył ramionami.
- Mam tylko nadzieję, że nikt tam nie jest ranny.
   Stopy, nogi i cały złom powli rozplątywał się do postaci sześciu nieźle wstrząśniętych gnomów. Sighter pomagał im w rozplątywaniu samych siebie. Wingover w końcu oprzytomniał i machnął w stronę ludzi.
- To znaczy naprzód! – krzyknęła Kitiara i mocno się odepchnęła.
   Sturm został całkowicie zaskoczony.
- To nie fair! – zawołał, lecz zaraz wbił piety runął w dół przez krawędź wzgórza w gorącym pościgu.
   Natychmiast też utracił kontrolę. Sanki ostro wykręciły w prawo więc Sturm nachylił w stronę przeciwną. Usłyszał groźny trzask i nagle jego siedzisko zaczęło się załamywać. Zmniejszył więc wychylenie i sanki powoli wróciły na prawidłowy kurs.
   Kitiara gnała pełną prędkością prosto w dół zbocza. Trzymała stopy złączone a kolana sterczały jej na oba boki.
- Ja-ha-ha-ha! – wrzeszczała.
   Była już daleko przed Sturmem, który nie mógł sobie poradzić z jazdą w linii prostej przez odcinek dłuższy jak parę stóp naraz.
   Kitiara uderzyła w muldę z siłą, która wyniosła ją ładnych parę cali powyżej sanek. To jej absolutnie nie wystraszyło. Uderzenie tylko zwiększyło euforię jazdy. Zaczęła się cała seria uderzeń a on w najmniejszym stopniu nie wyhamowała.
   Dopiero przy czwartej muldzie zdała sobie sprawę z faktu, że ma poważne problemy. To uderzenie docisnęło ją do cieniutkich deszczułek sań. Lewa płoza rozpadła się w drzazgi na całej długości. Kitiara opuścił lewy but żeby choć trochę zwolnić, lecz wtedy całą nogę pociągnęło jej do tyłu. Pamiętając, co Cutwood mówił na temat złamania paluchów u nóg pozwoliła by noga ciągnęła się bezwładnie. Wylądowała twardo na prawym barku po czym kilka razy zrolowała.
   Sturm nie odważył się zatrzymywać sanek, lecz doleciał do samego dna doliny. W tej samej sekundzie, gdy sanki zatrzymały się w żwirze on już gnał do dziewczyny. Kitiara leżała nieruchomo na brzuchu. Sturm dobiegł do niej a za nim przygnała cała gromada gnomów. Przyklęknął i delikatnie ją odwrócił. Twarz miała wykrzywioną bólem a z zaciśniętych ust słyszeć się dał potok wymykiwanych przekleństw.
- Gdzie cię boli? – pytał.
- Bark – syknęła przez zęby.
- To może być złamany obojczyk – powiedział Rainspot.
- Poproś żeby dotknęła lewego barku prawą dłonią – zasugerował Roperig – Jeżeli może tego dokonać to żadna kość nie może być złamana.
- Cóż za anatomiczna ignorancja! – powiedział Sighter – Trzeba własnym palcem próbować pociągnąć po kości by znaleźć ewentualne końce kości złamanej…
- Nie pozwól im mnie dotknąć – szepnęła Kitiara – Jeżeli nie wymyślą innego sposobu to będą chcieli mnie przeciąć byle tylko sprawdzić kość.
   Wtedy też Sturm posłyszał jak Cutwood gada coś na temat „chirurgii badawczej”.
Tymczasem stojący z boku Wingover powiedział.
- Żadna kość nie jest złamana.
- A skąd wiesz? – dopytywał Cutwood.
- Ja je widzę – odparł pytany – Nie wygląda nawet na małe pęknięcie. To może być zwykłe zwichnięcie.
- Możesz teraz widzieć poprzez ciało? – zdumiał się Sturm.
   Powidziano to tak bez ogródek i nagle Wingover zdał sobie sprawę z tego co robi.
- Na Reorxa! – krzyknął – To jest świetne! Ciekawe przez co jeszcze mogę patrzeć?
   Wszystkie gnomy, zapominając natychmiast o Kitiarze, zgromadziły się wokół niego. Kazali po kolei patrzeć przez swoje ciała i opisywać co też widzi. Zawołania typu:
- Hydrodynamiko!- wypełniały otaczające powietrze.
   Kitiara próbowała usiąść, lecz ból natychmiast odebrał jej oddech i osadził na miejscu.
- Siedź spokojnie – ostrzegł Sturm – Muszę znaleźć coś do zabandażowania ci barku.
   Przeszukał swoje rzeczy, lecz jedyne co znalazł to ostatnia koszula na zmianę, biała, lniana bluza wykonana przez najlepszego krawca w Solace. Z dużym żalem, jednak podarł ją na calowe pasy i powiązał końce uzyskując długi bandaż.
- Będę musiał wydobyć ci ramię z rękawa – powiedział.
- Przetnij szwy – odparła Kit.
   Sturm sprawdził szwy.
- Są pod spodem. I tak będziesz musiał ramię wyciągnąć.
- Dobra. Pomóż mi wstać.
   Jak tylko umiał najdelikatniej pomógł Kitiarze usiąść. Twarz jej pobielała gdy starał się poluzować rękaw na jej prawym ramieniu. Łzy bólu popłynęły po twarzy.
- Wiesz co, nigdy nie widziałem jak płaczesz – powiedział cicho.
- Ach! Ach! I co z tego? Myślałeś, że nie mogę?
   Sturm powstrzymał dalsze słowa i odwrócił jej futro na lewą stronę. Skórę mógł z łatwością przeciąć, lecz pod nią wciąż jeszcze nosiła kolczugę.
- Muszę cię zabandażować razem z kolczugą – powiedział.
- Tak, tak – odparła.
   Ból pozbawił ją resztek cierpliwości. Sturm usiadł przed nią i powoli, ostrożnie podnosił jej ramię aż wreszcie mogło spocząć oparte o jego bark. Następnie lnianym bandażem zawinął ponad barkiem Kitiary i pod pachą.
- Wystarczająco ciasno?
   Sapnęła.
- Tak.
- Zostawię wystarczająco dużo materiału na temblak – powiedział współczująco.
- Cokolwiek.
   Opuściła głowę na lewą dłoń. Twarz jej gorzała.
   Myślałem, że jest silniejsza, pomyślał Sturm kontynuując bandażowanie. Z całą pewnością odnosiła w bitwach gorsze obrażenia!
- Przy twoim doświadczeniu bojowym musisz być chyba obznajmiona z opatrunkami. Dobrze to robię? – zapytał głośniej.
- Nigdy nie byłam ranna – wymamrotała z głębi dłoni – Parę zadrapań, to wszystko.
- Miałaś szczęście – Sturm był zachwycony.
- Nie pozwalam wrogiem na podejście wystarczająco bliskie by mogli mnie zranić.
   Sturm pomógł jej wstać. Pusty rękaw przewiesił dziewczynie przez ramię. Gnomy były w samym centrum ognistej debaty o naturze rosnącego talentu Wingovera.
… co oczywiste widzi on teraz delikatne zmiany światła, których normalne oczy nie potrafią wykryć – mówił Cutwood.
- Oczywiste dla głuca – sprzeciwiał się Sighter – Metoda jest taka: Wingover emituje promienie z oczu, promienie przenikające ciało i ubrania. Źródłem tych promieni muszą być jego oczy.
- Ekhm – przerwał Sturm – Czy dalibyście radę kontynuować kłótnię podczas marszu? Przd nami długa droga i całkiem krótka noc na jej pokonanie.
- Jak się czuje pani? – spytał Roperig – Może iść?
- Mogę biec. A jak ty? – wyzywająco odezwała się Kitiara.
   Z rumowiska powstałego z rozbicia sanek nie zostało zbyt wiele do uratowania. Sturm zorientował się, że po raz pierwszy gnomy będą szły bez obciążenia: po prostu nie miały jak przenosić wielkch, bezużytecznych przekładni. Wahały się teraz co trzeba wziąć a co można zostawić. Gnomy postanowiły przyjąć sugestię Roperiga: przyporządkować wartość numeryczną każdemu przedmiotowi a następnie dokonać wybory rzeczy w taki sposób, by żaden gnom nie niósł więcej jak dwieście punktów.
- Ja idę – krótko stwierdził Kitiara.
   Chciała już przewiesić przez zdrowe ramię śpiwór swój i Sturma, ten jednak złapał za linki i odebrał jej oba.
- Przegrałam zakład – przyznała.
- Nie bądź głupia – odparł – Ja je poniosę.
   Przeszli jakieś pół mili i w końcu zatrzymali się, żeby gnomy mogły dołączyć. Jakże oni dzwonili i pobrzękiwali! Każdy gnom dźwigał niemal kompletny warsztat narzędziowy podzwanaijaący w kieszeniach kamizelek i dyndajacy u pasa.
- Mam tylko nadzieję, że nie będzie trzeba się obok nikogo przekradać – mruknęła Kit.
   Zmordowana, lecz niezłomna gromada uformowała jakiś tam szyk i wyruszyła w stronę wielkiego obelisku i zamieszkującego w nim Głosu.
* * * * *
   Przebyli ponad dziesięć mil gdy nagle Cutwood zaczął się skarżyć na łoskot w głowie. Koledzy zaczęli z niego żartować aż wreszcie Strum położył temu kres. Rainspot dokonał pobieżnego badania.
- Nieczego niezwykłego nie widzę – powiedział.
- Nie musisz tak wrzeszczeć – skrzywił się Cutwood.
   Chuderlawe brwi Rainspota uniosły się wyrażając zdumienie.
- Kto krzyczy? – spytał spokojnie.
   Sighter zrobił krok za plecy Cutwooda i kiedy zniknął mu z oczu pstryknął palcami. Cutwood schował głowę w ramiona i przykrył ją dłońmi jakby bronił się przed jakimś ciosem.
- Słyszeliście dźwięk tego gromu? – spytał słabnącym głosem.
- Niezwykle interesujące. Mozliwości słuchowe Cutwooda się wzmacniają, podobnie jak zdolność widzenia Wingovera – powiedział Sighter.
- Czy to oznacza, że mamy coraz więcej mocy? – dziwił się Rainspot.
- Na to wygląda – poważnie odparł Sighter.
- Przestańcie wrzeszczeć! – szeptem błagał Cutwood.
   Roperig szybko zmajstrował prymitywne nauszniki dla Cutwooda używając w tym celu kawałków rattanu z plecionki własnej butelki oraz robiąc tampon ze starych skarpet. Z uszami dobrze osłoniętymi Cutwood znów się uśmiechnął.
- Łoskot jest teraz znacznie mniejszy, dzięki!
- Nie ma problemu.
   Roperig powiedział to tonem troszkę niższym niż normalnie. Cutwood skłonił się i klepnął kolegę w plecy.
- Czujesz się jakoś inaczej? – spytał Sturm Kitiarę.
- Bark mnie wciąż boli.
- Nie czujesz przyrostu siły?
   Potrząsnęła przecząco głową.
- Czuję tylko przemożną potrzebę kufla najlepszego Otikowego ale.
   Sturm musiał się uśmiechnąć. Zdawało się, że to już eony minęły od chwili gdy gdy wszyscy siedzieli w gospodzie i delektowali się piwem Otika. Być może eony miną nim zrobią to ponownie.
   Po dwunastu milach gnomy rozciągnęły się w długą linię za plecami Kitiary i Sturma. Ich krótkie nogi po prostu nie mogły nadążyć za szybkim marszem ludzi. Sturm z dużą niechęcią zarządził przerwę. Gnomy padły gdzie stały jakby je powaliła salwa strzał.
   Powietrze się poruszyło. Pierwsze błyski różowego światła pokazały się na wschodzie… to znaczy na kierunku, jaki uznali za wschodni.
- Wschodzi – spokojnie orzekła Kit.
   Z kierunku zachodniego, z centrum doliny, widać było odpowiadający błysk, który wyraźnie pozdrawiał wschód słońca. Sighter usiłował ustawić lunetę na to drugie źródło światła. Wingover podszedł.
- To obelisk – powiedział i zmrużył oczy patrząc daleko – Mogę zobaczyć poświatę otaczającą szczyt.
   Jaskrawo białe pasma – spadające gwiazdy – przeleciały w poprzek nieba. Jasny, stały blask na wschodzie był imitowany na zachodzie. Słońce wznosiło się coraz wyżej nad wzgórzami, żółte i ciepłe, blask obelisku był uparty, nadal był błotnisto szkarłatny.
   Brzeg słońca ukazał się nad wzgórzem. Dał się słyszeć dźwięk gromu i strzały czerwonego ognia wystrzeliły z odległego obelisku uderzając w otaczający łańcuch wzgórz. Wędrowcy przycisnęli twarze do ziemi i czuli jk szkarłatne pioruny i czerwone błyskawice przelatują im nad plecami. Szkarłat błyskawic uderzył pięciokrotnie a powstałe grzmoty uderzyły w niebo. Gdy słońce było już w pełni nad ścianami doliny dziwna burze nagle ucichła.
   Sturm usiadł. Ziemia wokół nich delikatnie parowała. Kitiara z trudem podniosła się na nogi i popatrzyła na dolinę w świetle dnia. Rośliny zaczynały już wschodzić ze zwilżonej gleby.
   Wingover otrzepał się z kurzu i popatrzył na oddalone wzgórza z których jeszcze niedawno zjeżdżali na sankach.
- Teraz rozumiem dlaczego zbocza były tak twarde i gładkie jak szkło – powiedział – Te błyskawice muszą tam uderzać co rano.
   Najdelikatnieszy z gnomów był innego zdania.
- To nie są wyładowania atmosferyczne – spróbował wstać i nie dał rady – Atmosfera jest tu naładowana inną mocą.
- Magia.
   Sturm poczuł jak twarz tężeje mu z niesmaku. To słowo właściwe wypluł. Właściwie należało się tego spodziewać a jednak nagły wybuch tak potężnej mocy magii sprawił, że poczuł się wrażliwy, odsłonięty i… skażony.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#19 2017-11-18 13:45:49

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Mrok i Światło

Rozdział 19

Cupelisk
   
   Roślinność w dolinie był dokładnie taka sam jak wszędzie na Lunitari, lecz rosła nie tak gęsto a do większych rozmiarów. Różowe włócznie wyrastały na dwanaście stóp w przeciągu godziny a muchomory osiągały dwadzieścia do trzydziestu stóp. Nowym gatunkiem znalezionym przez wędrowców okazała się purchawka szeroka na pięć stóp. Jak zobaczyli eksplozję takiej purchawy, eksplozję rozsyłającą wokół kolce przypominające ostrością oszczepy to jednak zdecydowali się omijać je szerokim łukiem.
   Niebo jakby pojaśniało a w uszach wciąż im pobrzmiewało ciągłe buczenie. Cutwood, niezależnie od zatkanych prowizorycznie uszu, wiąż narzekał na głośny brzęk. Wingover zaczął osłaniać oczy dłońmi byle tylko odciąć je od olśniewającego blasku jaki zalewał go ze wszech stron. Pozostałe gnomy również zauważyły znaczne nasilenie swych specjalnych atrybutów. Roperig nie mógł wręcz niczego dotknąć bez natychmiastowego przyklejenia dłoni. Przypadkowo potarł nos i dopiero po godzinie starań uwolnił palce. Fitter wiercił się dokoła jak błąkający się koliber i poruszał się z taką prędkością, że widzieli go pozostali tylko jako przelatującą smugę. Wiele razy upadał no i ciągle wpadał na kogoś z grupki. Rainspot tymczasem szedł w wiecznej mgle. Prawdziwej mgle, jaka zawisła z chmury nad głową, jego prywatnej, osobistej chmury. Wilgoś skraplała mu się na twarzy a z uszu i brody woda kapała bezustannie.
   Tylko Sighter z całej grupy gnomów nie wykazywał żadnych symptomów czy dziwnych efektów magii. Strum zauważył tylko subtelną zmanę w wyrazie twarzy; przenikliwy zwykle wzrok gnoma zmienił się teraz w twardy uśmieszek, zupełnie jakby właśnie wysłuchiwał drastycznej opowieści szeptanej prosto w ucho. Sturm nie był przekonany czy wszechświat jest gotowy na przyjęcie logicznego gnoma.
   Sturm obawiał się też o Kitiarę. Trzymała się sporo z przodu, przed wszystkimi. Maszerowała zdecydowanym krokiem w stronę obelisku. Prawe ramię miała wciąż przewiązane do piersi, lecz lewa dłoń, zaciśnięta w tęgi kułak, wznosiła się opadała w rytm tardego marszu. Każde uderzenie pięt wyciskało w gruncie głęboki ślad. Sturm zastanawiał się ile też mocy może ona przetrzymać.
   Nagle zniknęła mu z oczu pomiędzy różowymi włóczniami i pająkowymi patykykami.
- Hej! – zawołał – Kit, zaczekaj na nas.
   Odpowiedzi nie było, otoczył ich tylko dźwięk podobny do brzęczenia ula. Sturm dostrzegł Kitiarę stojącą pod ogromnym muchomorem. Dłoń miała opartą na szyi jakby tam czegoś szukała.
- Kit? – powiedział dotykając jej barku.
   Wzdrygnęła się.
- Sturm! Właśnie to zauważyłam!
   Pokazywała lejnot od Tirolana. Ametyst wyszlifowany na grot strzały, który stał się przezroczysty gdy Kit użyła go by uwolnić się spod zaklęcia goblina. Teraz natomiast trzymała ten kryształ tak, by Stur mógł go obejrzeć. Nabrał znowy rubinowej, ciemnej na podobieństwo krwi, barwy.
- Kiedy to się stało? – spytał.
- W pałacu Rapaldo. To wtedy zauważyłam, że klejnot staje się jasno różowy. Tyle, że ten kolor wyraźnie się pogłębił od czasu wschodu słońca.
- Pozbądź się go, Kit. To jakiś pojemnik na magię. I on też może podlegać dziwnej atmosferze Lunitari. Nic dobrego to nie przyniesie.
- Nie! – odparła i wsunęła klejnot za kolczugę – Raczej jednak go zatrzymam. Już zapomniałeś jak bardzo nam pomógł Tirolan?
- Nie zapomniałem. Tyle, że ten klejnot może teraz wypełniać inna magia, moc  jakiej nic nie wiesz. Ciśnij to na ziemię, Kit. Proszę! Jeśli nie, to mogą nas czekać straszne skutki.
- Nic z tego! – błysnęła oczami – Głupstwa gadasz, Strumie Brightblade – jak jakiś wystraszony chłopak. Ja nie obawiam się mocy. Ja ją witam!
   Sturm już zamierzał kontynuować sprzeczkę, lecz właśnie zbliżyła się cała paczka gnomów. Nie zdecydował się prowokowania jakiejkolwiek konfrontacji w obecności małych ludzi. Poza tym, w oczach Kitiary skrywała się ledwo maskowana złość i dalsze jej denerwowanie nie prowadziłoby do nikąd.
- Wingover twierdzi, że niezadługo już każdy z nas dostrzeże obelisk – powiedział Roperig.
   Jego prawa dłoń leżała przyklejona do pleców Fittera. Uczeń w tej chwili biegł w miejscu i to z prędkością nie pozwalającą na dostrzeżenie migających, krótkich nóg. Roperig dostrzegł zdumione spojrzenie Sturma i dodał.
- Dla Fittera nastały ciężkie czasy stania w miejscu. Jestem jedynym, który może go utrzymać.
- Jak czuje się reszta? – pytał Sturm.
   Cutwood i Wingover, jeden ogłuszony a drugi oślepiony, odważnie pomachali rękami okazując dobry stan ducha. Rainspot wyglądał na nasączonego i osamotnionego pod osobistą chmurką, lecz również okazał dobry humor.
   Sighter odchrząknął i zmarszczył brwi w oszałamiającym geście wyższości.
- Jest oczywiste, że im bliżej jesteśmy tego obelisku tym intensywniej neutralna moc Lunitari na nas oddziaływuje – powiedział.
- Pośpieszmy więc – odparł Sturm.
   Maszerowali tak przez godzinę aż doszli do ścieżki dziwnie oczyszczonej z całej roślinności dziwnej dżungli. Tam zaś, gdzie ścieżka dotykała horyzontu znajdowała się wysoka iglica – tajemniczy obelisk Lunitari. Od celu dzieliło ich jeszcze z dziesięć mil, lecz teren aż do samego obelisku delikatnie opadał. Czystej drogi nic nie przysłaniało.
- Wygląda to, jak byśmy byli wręcz oczekiwani – powiedział Sturm.
- Głos? – dziwił się Fitter.
- A któżby inny? – odparł Sighter wpychając kciuki za szelki – Jeżeli się nie mylę to czeka nas spotkanie z unikalną osobowością. Kogoś takiego, przy kim wszystkie pozostałe dziwa Lunitari to zwykłe jarmarczne sztuczki.
   W miarę upływu czasu cienka, czerona kreska stawała się tęgą wieżą wysoką na pięćset stóp. Miała troszkę dziwny wygląd – była w paski. Wąskie, czarne pasy przechodziły w czerwony kamień na ścianach. Im bliżej wędrowcy dochodzili tym bardziej potężna wieża strzelała swym ogromem prosto w niebo. Cutwood w końcu przerwał ogólne milczenie.
- Zauważyliście może jak wszystkie rosliny wokoło chyą się w stronę tej wieży? – powiedział.
   Była to prawda. Wszystkie, dosłownie wszystkie rośliny, nawet purchawki, wyginały się tak by zwracać się w stronę wielkiego obelisku.
- Zupełnie jak lilie obracające się zawsze do słońca- przyznała Kitiara.
   Zatrzymali się pięćdziesiąt jardów od podnóża obelisku. Zewnętrzne ściany z czerwonego marmuru były doskonale wypolerowane i obrobione, kompletnie inaczej niż toporna robota w wiosce drzewo ludów. Te czarne pasy rozdzielające powierzchnie marmuru były zrobione z jakiegoś rodzaju tynku. Na poziomie ziemi, prosto przed wędrowcami, znajdowało się otwarte wejście, wycięcie w gładkim kamieniu. Ściany obelisku były podziurawione w regularnych odstępach długimi, podłużnymi otworami okien.
- I co teraz robimy? – spytał cichutko Fitter.
- Podejdźcie bliżej!
   Sturm i Kitiara cofnęli się o krok i sięgnęli do broni.
- Kto to powiedział? – zawołał Sturm.
- Ja, Opiekun Nowych Istnień  - rozległ się w ich głowach uspokajający, basowy głos.
- Gdzie jesteś? – naciskała Kitiara.
- W budowli przed wami. Podejdźcie bliżej.
- Postoimy sobie tutaj. Dziękujemy – powiedział Cutwood.
- Ach, gnębią was obawy. Czyżby śmiertelne ciała były wam tak drogie, że zignorujecie możliwość nakarmienia waszych oczu cudownym i rzadko spotykanym widokiem, jednym słowem – mną? Nie wątpiłem nigdy, że ludzie będą żywić obawy, lecz od was, od gnomów, oczekiwałem czegoś więcej.
- Nie tak dawno widzieliśmy śmierć naszego kolegi, musisz więc wybaczyć, że teraz jesteśmy troszkę ostrożnejsi w stosunku do nieznajomych – powiedział Wingover.
- Potrzebujecie dowodu mej dobrej woli? A zatem baczcie.
   W mrocznym wejściu zamigotała niewielka sylwetka. Wyszła na światło dzienne, zatrzymała się i pomachała. Postać wyglądała zupełnie jak Stutts.
- Przekładnie i zębatki! – krzyknął Fitter i runął naprzód.
   Pociągnął za sobą oczywiście Roperiga. Cutwood i Wingover pokiwali się za nimi natomiast Rainspot poszedł spokojnie w obłoku mgły i w towarzystwie chichoczącego Sightera.
- Czekajcie – wołał Sturm – To może być iluzja.
   Lecz to nie była żadna iluzja. Gnomy okrążyły Stuttsa wykrzykując w niebogłosy nagłą ulgę. W otworze drzwi ukazali się teraz Birdcall i Flash i szybko doskoczyli do gęstwu uradowanych gnomów. Po ciężkim poklepywaniu na powitanie, co kosztowało go kilka siniaków, Stutts zdołał się wywinąć z gromadki i podszedł do Sturma i Kitiary. Potężnie potrząsnął dłonią Sturma i wyraził zaniepokojenie na widok obandażowanego ramienia Kit.
- To ty! – powiedziała łapiąc go za ucho.
- To ja. I naprawdę czuję się dobrze, dzięki. Czekaliśmy na was przez te wszystkie dni.
- Gdzie się podziało twoje jakanie? – pytał podejrzliwie Sturm.
- Ach, to! Znikło, wiesz, piff i nie ma! Opiekun mówi, że to wszystko efekt coraz większego poziomu magii obecnej na Lunitari – Stutts rozejrzał się dokoła – Gdzie jest Bellcrank?
   Sturm położył dłoń na ramieniu gnoma.
- Obawiam się, przyjacielu, że mam tylko bardzo smutne wieści.
- Smutne? Jak..?
-  Czy wasze obawy zostały rozwiane -  wtrącił się głos.
- Na razie tak – odparła Kitiara – Czy moglibyśmy odzyskać nasz latający statek?
- Nie będźcie tak pochopni. Nie zostaliśmy sobie nawet prawidłowo przedstawieni. Wejdźcie, proszę.
¬- Wyjaśnie potem – powiedział szybko Stutts i chwytając dłonie Kitiary i Sturma pociągnął ich w stronę drzwi – Przeżyliśmy wspaniałą przygodę od kiedy wyruszyliście na poszukiwanie rudy żelaza – oznajmił – a Opiekun traktował nas cudownie.
- Kim jest Opiekun? I gdzie on jest? – pytała Kitiara.
- Chodźcie i sami zobaczcie.
   Stutts puścił ich dłonie. Kitiara i Sturm postąpili przez głębokie wycięcie prosto w cień wnętrza wielkiego obelisku.
   Do wnętrza docierało słońce przedzierające się przez wycięcia okienne powyżej. Na posadzce, w samym środku, oświetlony słońcem, znajdował się Mistrz Chmur. Torba powietrza eteralnego skurczyła się do połowy poprzedniego rozmiaru. Teraz była to tylko miękka bryła poprzecinana  fałdami na luźnej siatce. Skrzydła odjęto od kadłuba bez wątpienia w celu umożliwienia wprowadzeniu go do wnętrza obelisku. Skórzane skrzydła były porządnie poskładane i leżały teraz na czerwonej, marmurowej posadzce obok statku. Potrzaskiwanie dobiegające z ciemności zalegającej za statkiem dowodziło obecności Mikonów.
   Wzrok wojowników, jak zresztą można się było spodziewać, przyciągnęła w końcu wielka pustka wnętrza. Sturm i Kitiara podnieśli oczy i ujrzeli cały szereg parapetów i poziomych belek umocowanych do niezmiernie grubych ścian. Na takiej grzędzie, jakieś pięćdziesiąt stóp nad posadzką, przebywał teraz mieszkaniec obelisku, Opiekun. Smok. Gdy tyko padły nań promienie słońca łuski rozbłysły zielonkawym złotem.
   Na Krynnie nie widziano smoka od stuleci. A właściwie od czasu wystarczająco długiego by wielu historyków, kapłanów czy filozofów naturalnych zaczęło gorące debaty na temat ich rzeczywistego istnienia. Od dziecka Sturm wierzył w istnienie smoków, lecz spotkawszy jednego twarzą w twarz poczuł strach tak ogromny, że omal nie zemdlał.
   Bądź mężczyzną! Rycerzem! Tak się sam napominał. Ludzie stawali naprzeciw smoków w przeszłości. Huma tego dokonał. Tak więc, choć w głowie mu szumiało, choć panował w niej kompletny zamęt, to jednak stopami twardo stał na ziemi.
   Kitiara również stała jak ogłuszona. Oczy w ciemności pobłyskiwały jej bielą białek, były ogromne. Opanowała się jednak szybcie niż Sturm.
- Czy to ty jesteś Opiekunemm który nam w głowach gadał?
- Tak. Lecz może wolicie język mówiony? – spytał smok głośno.
   Głos, wbrew oczekiwaniom Sturma, nie był grzmiący jak właściwie powinien być; biorąc pod uwagę rozmiary mówiącego (trzydzieści pięć stóp od nosa do ogona) no i odległość z jakiej przemawiał, to głos ten nawet brzmiał miękko.
- Mówiony będzie najlepszy. Wtedy mam pewność co słyszę – odparła Kitiara.
- Jak sobie żyszycie. Uwielbiam mówić a przez całe eony spędzam tu czas nie mając z kim rozmawiać. Widzicie, mrówki lepiej odpowiadają na telepatię.
   Smok potrząsnął potężną, kanciastą głową aż zabrzęczały spizowe łuski. Uniósł nieco stopy z grzędy i jednym machnięciem skrzydeł znalazł się na niższym poziomie. Podmuch owiał zachwyconych wędrowców.
- Gdzież ja mam swe maniry?! Jestem Cupelix Trisfendamir. Opiekun Nowych Istnień i mieszkaniec tego obelisku.
   Kiedy tylko pojawił się smok gnomy natychmiast cofnęły się za plecy ludzi. Teraz jednak wyskoczyły do przodu i zaczęły bombardowanie serią pytań.
- Opiekun jakich nowych istnień/
- Ile ty ważysz?
- Jak się tu znalazłeś?
- Jak długo już tu jesteś?
- Czy masz może jakieś rodzynki?
   Smok był zachwycony tą nawałą, lecz póki co jednym ruchem gigantycznego szpona odprawił gnomy.
- Ty jesteś Kitiara Uth Matar a ty Sturm Brightblade, nieprawdaż? – zapytał a zapytana dwójka potwierdziła – Wasz mały przyjaciel, Stutts, wyrażał się o was bardzo pochlebnie. Najwyraźniej jest pod wrażeniem waszych wspaniałych zalet.
- Najwyraźniej – sucho odparła Kitiara.
- Opieram się wyłącznie na wrażeniach Stuttsa. Są dla mnie zupełnie wystarczające, by cieszyć się z waszego tutaj przybycia. Obserwowałem was cały czas gdy podążliście tropem jaki Mikonowie zrobili na moje polecenie – Cupelix pochylił polerowany łeb i utkwił w Sturmie sztyletowy wzrok - - Tak, Panie Rycerzu, trop był zrobiony celowo.
- Czytasz w myślach – powiedział Strum z niezadowoleniem w głosie.
- Nie za głęboko. Wyłącznie te myśli czytam, które są tak jasno sformułowane, że właściwie są już na końcu języka.
   Stutts przedstawił smokwi wszystkich kolegów. Z każdym z nich Cupelix wymienił jakiś żarcik aż wreszcie nadeszła pora na Sightera.
- Jesteś smokiem brązowym – stwierdził gnom.
- A dokładniej, spiżowym – odparł smok – Lecz skończmy już z tymi błahostkami! Przebyliście długą drogę i ciężko pracowaliście by odzyskać latający statek. Teraz zaś, skoro go już odnaleźliście odnajdując również siebie nawzajem zażyjcie odpoczynku moim staraniem.
- Wolelibysmy już rozpocząć podróż powrotną – odparł Sturm.
- Ależ nalegam – powiedział smok.
   Przesunął się na krawędź półki tylnimi nogami przytrzymując kamienną żerdź a skrzydłami szukając równowagi. W ten sposób Cupelix dotarł do otworu drzwi – jedynej drogi na zewnątrz.
   Sturmowi się to nie spodobało. Insynktownie sięgnął do rękojeści miecza – tyle, że ta w momencie dotyku zmieniła się w kurze, dobrze wypieczone udko. Gnomy się wytrzeszczyły a Kitiarze na ten widok aż dolna szczęka opadła.
- Wybacz, proszę, ten niewielki żarcik – powiedział Cupelix.
   W jenym mgnieniu oka upieczone udko stało się na powrót rękojeścią miecza.
- Wasza broń nie jest tutaj potrzebna. To był tylko taki mój sposobik na ukazanie wam tej prawdy. Ludziom często trzeba ukazać prawdę nim w cokolwiek uwierzą. A teraz – powiedział Cupelix prostując się na całą wysokość – Zapraszam do stołu!
   Wielkie oczy jakby rozbłysły wewnętrznym ogniem, który puścił w powietrze mnóstwo jasnych iskier. Iskry zebrały się w otwartej przestrzeni przed kadłubem statku a kiedy znikły, pozostawiły za sobą tęgi, dębowy stół suto zastawiony wszelkim jadłem i napitkiem.
- Jedzcie, przyjaciele. Pijcie i niech popłyną opwieści o wielkich czynach – zaintonował smok.
   Gnomy rzuciły się do stołu z głośnymi okrzykami zachwytu. Kitiara dostrzegła kufle pienistego ale i również podeszła. Pomimo, że tłoczniowe patyki potrafiły smakować w każdy wymarzony sposób, to jekdak Kit zatęskniła już za prawdziwym jedzeniem. I tylko Sturm pozostał gdzie stał podpierając się dłońmi w pasie.
- Pan niej, Panie Brightblade – powiedział Cupelix.
- Owoce magii nie są zdrowym pożywieniem – odparł Sturm.
   Nozdrza jaszczura zadrgały.
- Okazuje pan kiepskie maniery jak na kogoś stylizującego się na rycerza.
   Sturm odparł ostroniej.
- Istnieją poważniejsze wskazówki niż maniery. Reguła na przykład każe nam odrzucać magię w każdej jej formie.
   Spiżowe szczęki rozchyliły się odsłaniając ostre jak miecze zęby i rozdwojony język pobłyskujący teraz złotem. Na jedną chwilkę serce Sturma zwinęło się w ciasny węzeł w piersi. Dobrze wiedział, że nie zdoła odeprzeć ataku stwora. I nagle zdał sobie sprawę, że Cupelix się do niego uśmiecha.
- O, jakżeż nudne były stulecia bez żadnej istoty do dyskusji! Sturmie Brightblade, niech będzie błogosławiony twój sztywny kark! Cóż to dla mnie za przyjemność! – szczęki zamknęły się z metalicznym trzaskiem – Lecz idźmy dalej, z pewnością słyszałeś o Humie Lansjerze?
- Oczywiście.
- Z niektórymi rodzajami smoków żył całkiem dobrze, nieprawdaż?
- Tak mówi nam historia. Mogę jedyni wkazać na fakt, że choć Huma był odważnym wojownikiem i wielkim bohaterem to jednak nie był doskonałym rycerzem.
   Cupelix wybuchnął śmiechem, dźwięk przypominał chór potężnych gongów.
- Rób więc jak ci tylko wypada! Nie chciałbym stać się odpowiedzialnym za podkopywanie tak wspaniałych cnót!
   Z tymi słowy Cupelix skoczył z miejsca gdzie stał i kilkoma potężnymi uderzeniami skrzydeł wzleciał do najwyższych półek pustego obelisku.
   Sturm podszedł do suto zastawionego stołu. Gnomy napełniały przepastne gardziele pieczonymi jabłkami, gołąbkami nadziewanymi bekonem i kasztanami, dzikim ryżem z szafranem, całymi słodkimi cebulami w miodzie, stekami z jelenia, brązowym puddingiem, marynowanymi jajkami, chlebem, ponczem, winem i ale.
   Kitiara uwolniła zranione ramię z temblaka i ostrożnie ułożyła je na stole dla odpoczynku. Płaszcz opadł jej z ramienia a strumień ale spływał po policzkach. Wyglądała swawolnie. Podniosła wzrok i zmarszczyła nos widząc Sturma. Wzięła marynowane jajko i w całości połknęła.
- Mija cię uczta – powiedziała – Dawni imperatorzy z Ergoth nigdy nie jaali tak wspaniale.
- Zastanawiam się z czego to jest zrobione? – powidział Sturm podnosząc ciepłą roladę i pozwalając by spadła z powrotem na tacę – Piasek? A może trujące grzyby?
- Bywasz męczący ponad wszelkie wyobrażenia – powiedziała Kitiara pociągając trzy potężne hausty ale – Gdyby ten smok chciał nas zabić to mógł to uczynić bez uciekania się do takich błahostek jak trucizna.
- Tak się składa – powiedział Cutwood pochylając się nad stołem i przeżuwając kolejny kęs chleba – że spiżowe smoki, zgodni z tradycją, nigdy nie były powiązane ze złem.
- Czyżbyśmy nie mieli czego obawiać z jego strony? – spytał głośno Sturm.
   Spojrzał w ciemność na górze i zniżając głos dodał.
- Nasi przodkowie na Krynnie długo walczyli by ze świata wyeliminować smoki. Czy wszystkie były złe?
- Sytuacja jest tu kompletnie odmienna – powiedział Stutts – Lunitari stanowi dom smoka. Bardzo uprzejmie zainteresował się naszą sprawą. Nie powinniśmy odrzucać jego pomocy tylko z powodu starych przesądów nie mających zastosowania w dzisiejszych czasach.
- Czego on od nas oczekuje?
- tego nam jeszcze nie powiedział – przyznał Stutts – Lecz, hmmm, nie pozowli nam odejść.
- Co to znaczy? – stro odezwał się Sturm.
- Birdcall, Flash i ja chcieliśmy wyruszyć i was odszukać. Zdołaliśmy pominąć kontrolki silnika tak, by móc robić krótkie wzloty, podskoki szczerze mówiąc, lecz Cupelix nie pozwolił nam wyjść z obelisku. Twierdził, że to nie jest bezpieczne i że on już podjął starania by was wszystkich tu sprowadzić.
- No dobrze, jesteśmy tu wszyscy – powiedziała Kit łykając kolejnego gołąbka – I wkrótce wyruszymy w drogę powrotną.
- Na pewno? – wątpił Sturm usiłując przebić wzrokiem mroki w górze obelisku – Teraz, gdy już ma nas tu wszystkich, czy pozwoli nam odejść?


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#20 2017-11-19 20:54:19

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 607

Re: Mrok i Światło

Rozdział 20

Nowy wiek

   Kiedy już zarówno Kitiara się najadła a i gnomy napełniły brzuchy prawie cała grupa odeszła do Mistrza Chmur i udała się na drzemkę. Ze Sturmem pozostał tylko Stutts. Obchodzili we dwóch wielką pustkę wewnątrz obelisku a Sturm opowiadał o śmierci Bellcranka.
- Czystym przypadkiem zginął Bellcrank a nie Kit czy Sighter – mówil.
   Zatrzymali się bowiem Stutts z przepastnej kieszeni kamizelki wydobył wielką chustkę i wpakował w nią nos. Sturm dalej opowiadał o śmierci Rapaldo a potem o tym, jak pochowali Bellcranka w środku ogrodu grzybowego.
- Wiesz – mówił cicho Stutts – On i ja byliśmy razem w szkole wytwarzania przekładni. Będzie mi go bardzo brakować.
   Przeszli pod dziobem latającego statku i wtedy Sturm zobaczył okrągły otwór o średnicy chyba ośmiu stóp wywiercony w twardym marmurze posadzki. Zapytał Stuttsa o jego przeznaczenie.
- W jaskini poniżej żyją Mikonowie – odparł gnom – Wchodzą i wychodzą przez takie otwory.
   Wskazał na jeszcze dwa takie otwory znajdujące się całkiem blisko. Sturm stanął na brzegu jednej z dziur i popatrzył w dół. Widział jakiś zamglony błękitny odblask poszarpane kształty stalagmitów. Z głębi dobiegał lekki również lekki zapach goryczy.
- Czy to Mikonowie sami sobie zbudowali? – pytał Sturm.
- Na ile wiem to nie – odparł Stutts wznawiając przechadzkę – Mikonowie są raczej dodatkiem do tego miejsca. Cupelix coś gada, że to on ich stworzył, lecz nie sądzę, żeby miał aż taką moc. A wracając do twego pytania: obelisk był tu wcześniej niż nastał smok.
- Skąd to wiesz?
- Obserwuję Cupelixa. Jak na przykład zdrowego i dojrzałego spiżowego smoka to jednak niektóre jego właściwości zostały zmodyfikowane faktem, że dorastał wewnątrz obelisku. Zauważ na przykład jak krótkie ma skrzydła a jak mocne nogi; całe życie spędza czas na tych półkach a nie na lataniu. Może skoczyć na ogromną odległość i to w pionie nawet.
  Stutts przerwał widząc z jaką uwagą zaczął go obserwować Sturm.
- Co jest? – spytał gnom.
- Zmieniłeś się – odparł Sturm – Nie chodzi tylko o koniec jąkania; jesteś spokojniejszy i bardziej pozbierany.
   Pod doskonale przystrzyżoną brodą Stutts gwałtownie poróżowiał.
- Przypuszczam, że my, gnomy, wydajemy się ludziom potwornie zdezorganizowani  i niepraktyczni.
   Sturm uśmiechnął się szeroko.
- No cóż, nie aż tak źle.
   Stutts się też uśmiechnął.
- Pobyt na Lunitari – powiedział – zmienił mnie. Zmienił nas wszystkich. Lot Mistrza Chmur, chociaż tak nieobliczalny, był jednak moim pierwszym sukcesem w życiu. Lata spędziłem w warsztatach góry Nieważne budując latające maszyny. Wszystkie zawiodły. Dopiero kiedy dowiedziałem się o eksperymentach Bellcranka z powietrzem eterealnym uznałem, że Mistrz Chmur ma szansę powstać.
   Wzmianka utraconego na zawsze chemika przerwała rozmowę na jakiś czas.
- Spokojnie – odezwał się w końcu Sturm – Został pomszczony.
   Przeszli pod rufą statku. Z otwartych bulajów dobiegał ze statku pomieszany chór pochrapywań. Stutts machnął ramieniem w stronę tych odgłosów.
- To dobra grupa kolegów – powiedział – Zasługują na powrót do domu i owację całego Sancrist.
- Myślisz, że jeszcze kiedyś zobaczymy Krynn? – pytał rycerz.
- Wszystko zależy od tego, czego właściwe chce Cupelix. Mam pewną teorię…
   Owiał ich obu podmuch wiatru. Smok opadł na jedną z niższych półek z delikatnie metalicznym podzwanianiem. Był teraz około piętnastu stóp nad Sturmem i Stuttsem. Gnom odsunął się od smoka o parę kroków.
- Wierzą, że się nasycyliście – powiedział Cupelix do Stuttsa.
- Posiłek był, jak zawsze zresztą, przewspaniały – odparł Stutts i szeroko ziewnął – Jego iość ciąży mi teraz nieco w żołądku. Myślę więc, że raczej dołączę do reszty kolegów.
   Stutts uprzejmie się ukłonił i powrócił na statek.
- Zostaliśmy sami, ty i ja, Panie Brightblade. O czym więc sobie porozmawiamy? Podyskutujmy o naszych filozofiach, rycerza i smoka. Coż powiesz na to?
- Żadnej magii?
   Cupelix przyłożył wypolerowany szpon do szerokiej piersi.
- Na honor smoka.
- Jak to  się dzieje – zdumiewał się Sturm – że tak płynnie mówisz w języku Krynnu!
- Książki – odparł smok – Moje gniazdo, tam wysoko, jest wprost wypełnione książkami autorów zarówno śmiertelnych jak i wiecznych. Teraz kolej na moje pytanie. Czego szczególnego poszukujesz w życiu?
- Chcę tylko żyć honorowo i w sposób wypełniający zobowiązania zaprzysiężonego rycerza. Moja kolej. Czy zawsze żyłeś wewnątrz tej wieży?
- Począwszy od dnia, kiedy byłem jeszcze małym spoczęciem, byłem już Opiekunem. Nie widziałem niczego co jest poza murami wieży wyjąwszy oczywiście wyglądanie przez okna i drzwi. Czy zdarzyło ci się zakwestionować Przysięgę i Regułę rycerstwa? Przecież na dobrą sprawę, zakon solamnijski nie został przywrócony po Katakliźmie.
   Sturm skrzyżował ramiona na piersi.
- Skoro tyle czytałeś to wiesz dobrze, że Kaklizm nie został spowodowany przez nic, o co można obwinić rycerzy. Przyjęli na siebie winę zrzucaną przez zwykły lud. Tak zresztą powinien uczynić każdy, kto pilnuje porządku gdy ten porządek się łamie. Skąd się wzięli Mikonowie?
- Stworzono ich by mi służyli. Lunitariańskie drzewo ludy nie dowiodły swej wiarygodności – Cupelix strzepnął językiem – Czy jesteś zakochany w tej kobiecie, Kitiarze?
   Bezpośrednie pytanie Cupelixa trafiło Sturma jak cios między oczy.
- Czuję do niej sporo sympatii, lecz zakochany nie jestem. Mam nadzieję, że pojmujesz tą różnicę.
   Ludzkim gestem smok skinął potwierdzająco głową.
- Tak więc najpierw drzewo ludy a potem Mikonowie zostali stworzeni jako twoi słudzy, rozumiem, że drzewo ludy okazały się błędem. Kto je stworzył?
- Siły wyższe – pokrętnie odparł Cupelix – To jest cudowne! Żałuję, że ludzie nie przybyli na Lunitari całe setki lat wcześniej! Ale nawiązując do poprzedniego: jeżeli nie jesteś zakochany w kobiecie to dlaczego w twych myślach ona tak dominuje? Gdzieś za plecami wszystkich wypowiedzianych myśli kryje się jej obraz.
   Krople potu zaczęły spływać po twarzy Sturma.
- Jestem o nią bardzo zaniepokojony. Siły magii przepełniające ten księżyc wyposażyły ją w przeogromną siłę fizyczną. Jej porywczość też znacznie wzrosła. Boję się, że te moce zdobędą kontrolę nad nią.
- Tak, magia może powodować problemy. Obserwowałem jak moc zmienia Stuttsa, Birdcalla i Flasha. Było to bardzo interesujące. A więc kobieta stała się niezwykle silna? To musiało skomplikować twoje uczucia. Nie słyszałem o żadnym mężczyźnie znajdującym przyjemność w fakcie, że kobieta jest od niego silniejsza.
- Nie bądź śmieszny! Nie dbam o to… - Sturm stłumił swój wybuch.
   Niech licho porwie tego szelmowskiego smoka. Rozmyślnie drąży w czułym punkcie.
- Moja kolej na pytanie – powiedział Sturm – Dlaczego potężny, posługujący się magią smok taki jak ty potrzebuje służących? Cóż mogą zrobić takiego czego ty nie możesz?
- To chyba oczywiste; ja nie mogę opuścić obelisku. Zarówno okna jak i drzwi są tu za małe bym mógł się przecisnąć.
- Ach, przecież doświadczony użytkownik magii taki problem jak wymiary czegoś może łatwo pokonać.
   Cupelix trzasnął ogonem o marmurową ścianę.
- Nie wolno mi odejść. Nie mogę przejść przez okno czy drzwi, nie mogę przełamać, przeciąć czy przewiercić ścian, ani nawet ich magicznie zniknąć. Jestem Opiekunem Nowych Istnień i takie jest chyba moje przeznaczenie póki mrok mnie nie pogrąży!
- Jakich nowych istnień?
- Wszystko w swoim czasie, Panie Rycerzu. Znacznie poważniejsze sprawy wymagają teraz mojej uwagi: sprawy mej wolności.
- Potrzebujesz nas by stąd odejść – powiedział Sturm.
   Syk cienkiego strumyka par dobiegł z nozdrzy smoka.
- Tak, potrzebuję was. Tylko jakieś sprytne urządzenie może mnie uwolnić z tego dusznego uwięzienia. Drzewo ludy nie są w stanie tego dokonać. Mikonowie tego nie zrobią. Gnomy mogą. Odzyskasz swój latający statek gdy tylko będę wolny.
   Strumyki oparów grubiały aż wreszcie okryły głowę Sturma. Czuł tylko jak siły opuszczają wszystkie członki. Powieki mu opadały… usypiająca mgła! Nogi Sturma zaczęły się załamywać.
- Żadnej magii, tak przyrzekałeś – wymamrotał.
- Żadnej magii, dokładnie – uspokajająco odparł Cupelix – to tylko usypiający opar, którym dysponuję w sposób naturalny. Jesteś, przyjacielu, tak strasznie podejrzliwy. To ci tylko pomoże. Zaśnij a nic nie będziesz pamętał z tej całej denerwującej cię rozmowy. Zaśnij, odpoczywaj, śnij. Zaśnij. Odpoczywaj. Śnij. Zapomnij.

* * * * *
   Kitiara się obudziła. Doświadczała tego kłopotliwego uczucia, które często towarzyszy nagłemu przebudzeniu; zupełnie jakby mieć zły sen i nie móc sobie go przypomnieć. Leżała na podłodze jadalni na pokładzie Mistrza Chmur. Gdzieś poniżej paczka gnomów chrapała z regularnością młyna napędzanego kołem wodnym. Kitiara przeczesała krótkie kędziory palcami. Skórę miała lepką a włosy zlepione potem.
   Na zewnątrz powietrze było chłodne. Zrobiła głęboki wdech, lecz wstrzymała oddech ujrzawszy Sturma leżącego na kamiennej podłodze parę jardów dalej. Leżał poskręcany. Zbiegła po rampie i szybkim krokiem pognała do niego. Oddech Sturma był mocny i stabilny, oddech śpiącego głębokim snem.
   Kitiara poczuła, że jest obserwowana. Okręciła się na pięcie i spostrzegła Cupelixa leżącego a ogon zwisał spokojnie w dół. Kiedy dostrzegł, że go zauważyła jego ogon zaczął się poruszać i skręcać w bardzo koci sposób.
- Kiedy to się stało? – spytała wskazując na Sturma.
- Niedawno. Ten sen nie jest naturalny – odparł smok.
- Od czasu gdy znaleźliśmy się na Lunitari męczą go jakieś wizje. Tutejsza magia chyba ma wpływ na nas wszystkich.
- Naprawdę? Wizje czego?
   Kitiara zacisnęła usta. Nie miała ochoty niczego powiedzieć.
- Och, daj spokój moja droga. Pan Brightblade nie ma przed tobą tajemnic, prawda? Mężczyzna zawsze opowie kochance swe sny.
- Nie jesteśmy kochankami!
- To brzmi bardzo wyraziście. Widzę, że zawiniłem zbyt daleko idącym wnioskowaniem. Bez znaczenia. Opowiedział ci jednak o swych widzeniach, prawda?
   Wzruszyła ramionami.
- Sceny z domu, na Krynnie. Głównie o ojcu, którego nie widział od dwunastu lat.
   Cupelix westchnął tak smoczo, że wiatr owiał kurzem twarz Kitiary.
- Ach, Krynn! Tam gdzie ongiś tysiące z mojego rodzaju żyło i latało po szerokim niebie ciesząc się absolutną wolnością!
- Nigdy nie byłeś na Krynnie?
- Niestety, nigdy. Spędzam wszystkie swe dni pomiędzy kamiennymi ścianami tegj budowli. Smutne, nieprawdaż?
- Zdecydowanie ograniczające, w każdym razie.
   Czubek rozdwojonego języka Cupelixa błysnął w powietrzu.
- Ty się mnie wcale nie obawiasz, prawda?
   Kitiara podniosła dumnie brodę.
- A powinnam.
- Większość ludzi uznała by mnie za coś niesamowitego.
- Gdy ktoś się włóczy tyle co ja to zaczyna do niektórych spraw przywykać. To jedno, a drugie, że ci co nie potrafią się szybko przystosować, umierają.
- Ty potrafisz wyjść z każdej opresji. Przeżyjesz.
- Robię co mogę.
   Czarny język wysunął się jeszcze bardziej.
- Jak się zraniłaś? – spytał smok.
   Kitiara opisała wyścig sanek na stromym zboczu.
- Ho,ho, rozumiem! Bardzo sprytne są te gnomy. Poza tym, mogę wyleczyć twoje rany.
- naprawdę możesz?
- To bardzo proste. Tyle, że musiałabyś zdjąć te bandaże.
   Dlaczego nie? – pomyślała Kitiara. Spróbowała rozwiązać węzeł zamocowany przez Sturma, lecz lewą ręką nie dawała rady. Wyciągnęła sztylet i przecięła więzy kilkoma zdecydowanymi pociągnięciami.
- Kolczugę też – dodał Cupelix.
   Uniosła brew lecz umieściła czubek sztyletu pod wiązaniem kolczugi. Lekko już zardzewiała kolczuga spadła z ramienia. Kitiara zdjęła koszulę ze zranionego barku ukazując okropną, purpurową czarną ranę.
- Podejdź bliżej – powiedział Cupelix.
   Zrobiła krok w jego stronę i już miała zrobić kolejny gdy smok opuścił łeb na długiej, smukłej szyi. Czarny język wyszedł dalej i prawie tylko musnął zranione miejsce. Szok przeszył ciało Kitiary. Cupelix błysnął językiem powtórnie i drugi szok, twardszy od pierwszego, wyprostował ją od pleców do pięt.
- Zrobione – powiedział.
   Kitiara przeciągnęła dłonią po miejscu zranienia. Nie było już śladu po chorobliwych barwach czy bólu mięśni. Poruszyła ramieniem, zrobiła nim pełne koło i nie poczuła żadnego napięcia ani bólu.
- Cudownie! – zawołała – Wielkie dzięki, smoku!
- Och, nic takiego. Proste zaklęcie uzdrawiana – odpowiedział skromnie.
   Kitiara z lubością się przeciągnęła.
- Czuję się jak zupełnie nowa kobieta! Mogłabym teraz w otwartej walce dać radę setce goblinów!
- Cieszę się, że jesteś zadowolona – rzekł Cupelix – Szybko może nadejść czas gdy będziesz mogła za przysługę odpłacić.
   Wstrzymała ćwiczenie przedramienia.
- Czego takiego pragniesz?
- Dobrego towarzystwa, troszkę filozofii, i słów zawierających coś żywego. Nic wielkiego, doprawdy.
- A więc mów. Mam mnóstwo wolnego czasu do stracenia.
- Ach, życie śmiertelników przypomina upadek gwiazdy na niebie. Przeżyłem w tej wieży dwa tysiące dziewięćset lat. Czy mogłabyś rozmawiać przez pół tego czasu? Ćwierć może? Nie, oczywiście, że nie. Lecz jest sposób by mi pomóc tak, bym już sam to robił do końca moich dni.
   Kitiara opuściła ramiona.
- jaki sposób?
- Uwolnij mnie z tego obelisku. Wypuść mnie bym mógł polecieć na Krynn i żyć, jak powinien żyć smok!
- Ludzie i elfowie będą próbowali cię zabić.
- To jest ryzyko jakie chętnie podejmę – rzekł Cupelix – Nadchodzą wielkie zmiany, w strumieniu niebios kręcą się głęboki prądy. Przecież sama to wyczuwasz, prawda? Jeszcze zanim tu przyleciałaś wyczułaś już przecież wznoszącą się falę nowych wypadków na Krynnie.
   Fragmenty przemyśleń uderzyły znowu Kitiarę. Tirolan i jego elfy wielkich oceanów w bezpośrednim buncie wobec swych najstarszych. Dziwne bandy wojowników – odrażających, nieludzkich wojowników – przebiegające ziemie i skupione na jakiejś misji. I słowo wymamrotane przez elfickiego żeglarza: smokowcy.
- Widzisz to, prawda? Miękko spytał Cupelix – Nasz czas znowu nadchodzi. Nowy wiek smoków wkrótce się zacznie.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

Stopka forum

RSS
Powered by PunBB
© Copyright 2002–2008 PunBB
Polityka cookies - Wersja Lo-Fi


Darmowe Forum | Ciekawe Fora | Darmowe Fora
www.smoczalanca.pun.pl xiaolinn forumarena ts2