DragonLance Forum

Forum dla fanów DragonLance, książek fantasy oraz RPG.

#1 2018-02-27 20:55:13

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 642

Bracia Majere

Zaczynam nową przygodę. Niestety, elektroniczna kopia jaką dysponuję, jest troszkę rozwalona. Ktoś się nie przyłożył do roboty pracując nad pdf-em tej książki. Tłumaczenie momentami przypomina pracę szyfranta, który musi odkodować depeszę. jak dotąd daję sobie radę, lecz ponieważ początki rozdziałów nie są widoczne w oryginale więc tekst podzieliłem inaczej - zamiast rozdziałów jest mnie więcej równa ilość stron. Taokoło 10 szt za jednym zamachem.
A więc - zaczynamy!!!!!






DRAGONLANCE
Preludia 1 Tom 3

Bracia Majere

Kevin Stein







Podziękowania

Następującym osobom jestem winien podziękowanie za ich nieocenioną pomoc:
Margaret Weis, Królowej Ciemności, której nauki i rady były niczym upragnione, pokryte czekoladą tęgie szturchańce,
Barbarze Peekner, mojej pani agent, za tajemniczy głos z drugiej strony linii telefonicznej,
Przyjaciołom i nieznajomym, za zachętę i wsparcie.

















Do Bertrama, Biblioteka w Palanthas,
Od Dalamara, Wieża Wielkiej Magii, Palanthas

Pozdrowienie,
   Pozwól, panie, że najpierw złożę przeprosiny za wstrząs jaki przeżyłeś ty i twój skryba gdy spotkaliśmy ostatnio w wielkiej bibliotece. Tak już przywykłem wędrować drogami magii, że zapomniałem, iż inni nie przywykli do mych nagłych pojawień. Wierzę, że młody skryba zdążył już całkiem ozdrowieć po tym nieszczęsnym upadku ze schodów.
   Mój posłaniec (mam nadzieję, że nie jesteś zniechęcony jego raczej upiornym wyglądem) trzyma w „dłoni” rękopis o jaki prosiłeś. Materiały o jakich mówiłem – to znaczy, zbiór notatek zapisanych przez Raistlina Majere własną ręką a dotyczących jego wczesnych lat – nie mogły być, niestety, dostarczone do biblioteki. Zgodnie bowiem ze swą tajemniczą naturą, mój Shalafi rzucił czar zamętu na swe książki. Czar ten nie tylko mógłby sprawić, że trudno byłoby ci, Bertramie, czytać te teksty, lecz jeszcze mógłby ci wyrządzić wiele szkody. Wziąłem kłopot na swe barki, przepisałem wszystko. Wszystkie informacje są kompletne i dokładne na tyle, na ile mogłem odcyfrować pismo Raistlina i na ile pamięć Caramona Majere nie zawodzi. Szukałem również kendera, Earwiga Lockpickera, który również bywał kompanem w niektórych przygodach, lecz nie zdołałem go znaleźć. (mudzę tu przyznać szczerze: nie szukałem zbyt gorliwie!)
   Materiał cały jest podzielony na dwie części. Pierwszą z nich, krótszą, zatytułowałem „Raistlin i Rycerz z Solamni”. Ta część jest o tyle ważna, że dostarcz informacji o kenderze, Earwigu, i o tym, w jaki sposób dołączył do bliźniaków. Opowieść dotyczy spotkania Shalafiego z pewnym sztywno karkim rycerzem, którego duma omal nie doprowadziła do śmierci ich obu. (Biorąc pod uwagę nasze, ostatnio tak dobre, relacje z rycerzami, być może dwa razy się zastanowisz nim opublikujesz tą opowieść w Solamni).
   Druga opowieść, którą zatytułowałem „Bracia Majere”, jest interesująca z kilku powodów, zwłaszcza zaś dlatego, że stanowi dowód tajemniczej i fascynującej, osobistej relacji między bliźniakami. Jak dobrze wiesz, przez całą ziemię przetoczyła się dysputa uczonych na temat tego „pół-boga”. Czy jest rzeczywisty, czy też jest ledwie wytworem legend i mitów? Pamiętam dyskusje na ten temat z Raistlinem. Zawsze wtedy dziwił mnie domyślny uśmiech Shalafiego. By być w zgodzie z prawdą, nigdy mi nie powiedział, że zna, i to z pierwszej ręki, prawdę o tym „Bast”.
   Sam fakt, że tak bardzo odszedł ze swej normalnej drogi, by zbierać opowieści o ciemno skórym „złodzieju” określa wyraźnie jak bardzo interesował go Bast. Opowieści te zostaną ci dostarczone gdy tylko znajdę czas by przełamać chroniące je zaklęcia.
   Przejdę teraz do twych pytań odnośnie chronologii opowiadań znajdujących się w twoich zbiorach. Proponuję ci przyjąć co następuje (informacje pochodzą zarówno z moich notatek jaki rozmów z Caramonem Majere):
   Po rozstaniu Towarzyszy w Gospodzie Ostatni Dom, Raistlin i Caramon natychmiast wyruszyli w podróż do Wieży Wielkiej Magii. Raistlin podjął się próby, której wyniki są już teraz legendą.
   Obydwaj błądzili po Magicznym Lesie Wayreth przez mnije więcej miesiąc, nim pozwolono im wyjść. Populary mit każe nam wierzyć, że to w tym czasie napotkał przedziwną kobietę, która bez wiedzy Shalafiego, urodziła mu dziecko. ( Odnośnie tej plotki . Opowieści o tym romansie zaczęły krążyć dopiero kilkanaście lat po śmierci Raistlina. W jego notatkach zapisów o niczym podobnym nie znalazłem).
   Po szczęśliwym wydostaniu się z Lasu Wayreth bliźniaki wróciły do Solace. Raistli spędził tam kilkanaście miesięcy poszukując leków na swą dolegliwość. Studiował uparcie i stał się ekspertem w dziedzinie alchemii i mądrości zielarskiej. Uzyskał wielką wiedzę, która dobrze mu posłużyła do końca życia. Niestety, nawet takie wysiłki nie zaowocowały poprawą stanu zdrowia. Pieniądze się kończyły więc bracia musieli opuścić Solace i szukać szczęścia w świecie.
   Caramon pamięta, że zamierzali przekroczyć New Sea, nie za bardzo jest jednak pewny, z jakiej przyczyny zdecydowali się na podróż w tak dziki i niebezpieczne krainy. Być może sam tego nie wiedział. Zapiski na marginesach niektórych tekstów alchemicznych Shalafiego wskazują, że Raistlin mógł wciąż jeszcze kontynuować poszukiwania jakiegoś eliksiru życia.
   W tym okresie Raistli również poszukiwał prawdziwego kapłana. Zaryzykuję stwierdzenie, że nie szukał żadnego mędrca poszukującego prawdy, lecz – znowu – czynił to w nadziei znalezienia kogoś, kto mógł go uzdrowić. I Intersujące jest jednak, że gdy cztery lata później spotkał Goldmoon, powiedział, iż jej moc uzdrawiania mu nie pomoże. Cóż takiego zaszło w międzyczasie? Cóż dało mu tak gorzką lekcję? Dalsze badania jego zapisków być może odkryją nam i tą prawdę).
   Nie ma cienia wątpliwości, że to gorzkie rozczarowanie w poszukiwaniach prawdziwego kapłana spowodowało, że zaczął szperać i wynajdywać wszelkiej maści szarlatanów. Jednym z nich był nikczemny oszust z Larnish (pokrótce wzmiankowany w tym tomie). To niedługo po spotkaniu z nim raistlin i Caramon napotkali Rycerza z Solamni i oczyścili Twierdzę Śmierci z klątwy. Kontynuując drogę przez New Sea weszli do Mereklaru.
   Ta przygoda nie stanowi końca podróży braci. Będą jeszcze cztery lata wędrować, aż do wybuchu Wojny Lancy. Obowiązki nauczyciela, jak i praca związana z rolą Głowy Zakonu Czarnych Szat, zostawia mi niestety bardzo niewiele czasu na własne badania. Mam nadzieję, że w dogodniejszym czasie, może troszkę później, będę w stanie odcyfrować pozostałe notatki Shalafiego. Podobnie jak i dla ciebie, Bertramie, tak i dla mnie jest to sprawa fascynująca.
   Mój Shalafi był bez wątpienia najbardziej sprawnym i najpotężniejszym czarodziejem jaki żył kiedykolwiek. Mam głęboką nadzieję, że przyszłe pokolenia będą pamiętać i czcić tragedię i ostateczny tryum Raistlina Majere.
   Mam nadzieję, że te zdania są dla ciebie pomocne. Wierzę, że posłaniec bezpiecznie ci je dostarczył. ( Jeśli zostawił ślady śluzu na pergaminie to wystarczy je potraktować roztworem wody cytrynowej i octu).

Przekaż, proszę moje podrowienia i wyrazy szacunku Astinusowi.












   Chłopiec popatrzył ponad swą zabawką na dwóch obcych stojących na skrzyżowaniu i czytających znaki. Miał ich cały czas na oku lecz wciąż kontynuował zabawę – żeglowanie łodeczką po kałuży. Kiedy jednak większy i silniejszy z dwóch mężczyzn – wojownik, o ile sądzić po ilości noszonej broni – oddarł pergamin ze słupa, chłopak zostawił łódkę, która szybko zatonęła w błotnistej wodzie. Skryty za mizernymi krzakami chłopak podkradł się bliżej i nasłuchiwał.
- Hej, Raist, popatrz no na to! – huknął duży mężczyzna, który stał tylko kilka stóp dalej.
   Chłopak z wielkim zainteresowanie przyglądał się drugiemu z mężczyzn. Dzieciak nigdy dotąd nie widział jeszcze czarodzieja, choć oczywiście słyszał opowieści. Nie miał jednak kłopotu z rozpoznaniem maga; te cudzoziemskie szaty, kolor czerwony jak krew, tajemnicze sakiewki i pierzaste amulety zwisające z prostego, linowego opaania oraz czarna, drewniana laska, na której się mocno opierał w marszu.
- Przestań wrzeszczeć! Nie jestem głuchy. Coś tam znalazł? – powiedział poirytowany czarodziej.
- Tu mówią… a, masz, sam przeczytaj.
   Wojownik podał notatkę. Obserwował uważnie podczas gdy mag ją studiował.
- No, i co myślisz? Jeśli, oczywiście, nie jest nieaktualna.
- Data niedawna. Pergamin też się nawet na tej pogodzie nie zmienił.
- Och, dobra. Czyli może być to, coś czego szukamy, co?
- Opłata do negocjacji – mag wzruszył ramionami – Tak, czy inaczej lepsze to niż nic. Nagroda, jaka zarobiliśmy za zamknięcie klątwy Twierdzy Śmierci już się nam kończy. Nigdy nie zdołamy przekroczyć New Sea, jeśli nie zdobędziemy środków na wynajęcie łodzi.
   Zwinął pergamin i wsunął go w szeroki rękaw czerwonej szaty. Wojownik tylko westchnął.
- Kolejna noc przespana na gołej ziemi?
- Musimy ostrożnie postępować z taką mała sumką, jaką posiadamy.
- Tak przypuszczam. Choć kuflowi ale też dałbym radę.
- Bez wątpienia – kwaśno odparł mag.
- Słyszał kiedykolwiek o tym miejscu, o Mereklar? – spytał wojownik po krótkiej pauzie.
- Nie, a ty?
- Nigdy.
   Mag spojrzał od znaku drogowego w stronę wskazywanej przeń drogi. Była błotnista i porośnięta trawą i chwastami.
- Nie wygląda mi na to, żeby zbyt wielu ludzi słyszało. Ja…
- Hej! Tutaj jesteście! No nareszcie!
   Chłopak posłyszał, jak ktoś wręcz odsapnął z ulgą. Wyjrzał ukradkiem zza żywopłotu. Dostrzegł osobnika wyraźnie niższego od pozostałej dwójki. Maszerował drogą tak szybko, jak tylko odziane w pomarańczowe nogawice nogi mogły go nieść.
   Kender! Rozpoznawszy postać chłopak natychmiast ścisnął w dłoniach wszystko co posiadał. W tym wypadku chodziło o na wpół zjedzone jabłko oraz mały, złamany nożyk używany do strugania łódek.
   Być ruch chłopaka spowodował jakieś poruszenie krzakami, bowiem ku jego zaskoczeniu i zdumieniu mag nagle zwrócił głowę w jego kierunku i przeszył wzrokiem kryjące chłopaka krzaki. Chłopiec zamarł. Nigdy jeszcze nie widział takiej twarzy, nawet we śnie. Skóra maga miała złotawy odcień a jego oczy też były złote, natomiast źrenice miały kształty klepsydry.
   Na szczęście dla chłopca kender wyraźnie się rozgadał.
- Myślałem, że już was dwóch nigdy nie dognam! Prze pomyłkę zostawiliście mnie samego z tyłu. Dlaczego, chłopaki, nie obudziliście gdy tak wymykiliście się w środku nocy? Gdybym się właśnie nie obudził i nie zobaczył was dwóch z bagażami jak prześlizgujecie się obok moich drzwi to nigdy bym się nie zorientował w którą stronę was pognało! A tak to straciłem tylko chwilkę, żeby pozbierać wszystkie moje rzeczy i ruszyłem. Strasznie trudno było was dogonić a jeszcze po drodze raz się zdarzyło, że straciłem wasz trop, ale mam takie specjalne urządzenie, jakiego uzywam di odnalezienia drogi i ono pokazało mi kierunek. Chcielibyście to może zobaczyć?
   Kender zaczął przetrząsać niezliczone sakwy i wyrzucać z ich przeróżne przedmioty prosto na drogę.
- Jest tu, gdzieś tu…
   Wojownik wymienił z magiem cierpiętnicze spojrzenia.
- Och, nie, wszystko w porządku, Earmite…
- Earwing! – poprawił natychmiast oburzony kender.
- A, tak. Earwing Nosepicker, prawda?
- Lockpicker – kender wbił z emfazą w ziemię rozdwojony koniec trzymanego kijka – Lockpicker. Nazwisko wysoko cenione pośród…
- Chodź, Caramon – powiedział mag głosem, który zmroziłby wrzącą wodę – Musimy iść.
- A dokąd zmierzamy? – spytał kender radośnie wtrącając się w rozmowe.
   Mag przystanął i wbił w kendera spojrzenie dziwnych oczu.
- My nie zmierzamy w żadnym kierunku.
   Chłopak pomyślał, że każdy inny skulił by się i wcisnął w ziemię pod złowrogim spojrzeniem maga. Kender jednak patrzył na niego całkiem poważnie.
- Och, przecież mnie potrzebujecie, Raistlin. Napradę potrzebujecie. Nie pomogłem wam przy w rozwiązaniu tajemnicy Twierdzy Śmierci? Pomogłem. Sam tak powiedziałeś. To ja podsunąłem ci myśl, która spowodowała, że zacząłeś sądzić, iż to pokojówka jest przczyną klątwy, A caramon nigdy by nie znalazł swego ulubionego sztyletu gdyby nie j…
- Nigdy bym go nie stracił gdyby nie ty – mruknął wojownik.
- A poza tym Tasslehoff powiedział mi… Pamiętasz mojego kuzyna Tasslehoffa Burrfoota? Tak czy inaczej, zawsze mi mówił, że zabieracie go udając się na swoje przygody i że on zawsze wyciąga was z kłopotów a skoro nie ma go w pobliżu to powinniście zabrać mnie w tym samym celu. I jeszcze mogę opowiedzieć sporo interesujących historii, jak ta o Dizzy Lontongue i Minotaurze…
- Dość!
   Mag zaciągnął mocniej kaptur na głowie, zupełnie jakby tkanina mogła zakończyć ten monolog.
- Ach, pozwól mu iść z nami, Raist – powiedział wojownik – Zawsze to jakieś towarzystwo. Wiesz, że szybko się nam nudzi gadka tylko we dwóch.
- Wiem, że nudzi mnie gadanie do ciebie, braciszku. Nie sądzę tylko, że sytuację poprawi zabranie kendera!
   Mag ruszył drogą. Ciężko wspierał się na lasce i szedł powoli, zupełnie jakby w niedalekiej przeszłości przeszedł poważną chorobę.
- Co powiedział?  - spytał kender maszerując obok wojownika.
- Nie jestem pewny – odparł wojownik potrząsając głową – Ale nie sądzę, żeby to były komplementy.
- Och, w porządku – odparł kender i wywinął w powietrzu młyńca trzymanym kijem aż tem zaczął wydawać świergotliwy dźwięk – Nie jestem raczej przyzwyczajony do komplementów. Mówiłeś, że dokąd idziemy?
- Mereklar.
- Mereklar. Nigdy nie słyszałem – radośnie stwierdził kender.
   Chłopak upewnił się, że cała trójka była już daleko zanim pobiegł do starej, rozpadającej się gospody w środku lasu w pobliżu skrzyżowania dróg. Przy stole siedział mężczyzna trzymający w dłoni nie napoczęty napitek.
   Chłopak podszedł do mężczyzny i opowiedział wszystko, co widział.
- Wojownik, mag i kender. Cała trójka idzie do Mereklar. Zrobiłem, co chciałeś, gdzie moje pieniądze? – miało zarządał chłopak – Dałeś słowo.
   Mężczyzna zadał jeszcze kilka pytań. Chciał wiedzieć jakiego kolru szaty nosił mag oraz czy wojownik był bardzo stary i doświadczony na wojnach.
- Nie – odparł po namysle chłopiec – Ma najwyżej tyle lat co mój duży brat. Dwadzieścia, lub coś koło tego. Ale jego broń wygląda na używaną. Nie sądzę, żebyś mu łatwo dał rady.

Rozdział 1

   Ze snu wyrwał Raistlina dźwięk fletu – prześladujący, przejmujący grozą dźwięk przypominający mu nieustannym bólu, o czasie tortur i cierpienia. Podniósł się na osłabionym ramieniu i , wciąż leżąc na obszarpanym, czerwonym śpiworze wpatrywał się w żar ogniska.
   Dogasające węgle przypominały Raistlinowi o podłym zdowiu. Ileż to już czasu minęło od kiedy podjął się próby? Ileż czasu minęło od chwili, gdy czarodzieje w Wieży Wielkiej Magii zażądali takiego poświęcenia za moc posiadanej magii? Miesiące. Tylko miesiące. A przecież wydawało mu się, że cierpi już całe życie.
   Raistli wyciągnął się ponownie na śpiworze. Podniósł ręce przed twarz i przyglądał się kościom, żyłom i ścięgnom ledwie rozpoznawalnym w kiepsko oświetlonym zagajniku. Światło ogniska dawało jego mięśniom nieziemski, czerwonawy odcień odbijający się od złotawej skóry – złotą skórę otrzymał w sprytnym zagraniu o własną moc, złotą skórę otrzymał w walce o swe życie.
   Uśmiechnął się ponuro. Dłoń zacisnął w pięść. Wygrał. Został zwycięzcą. Pokonał ich wszystkich co do jednego.
   Tyle, że moment tryumfu był krótki. Zaczął wściekle kaszleć a spazmy trzęsły nim konwulsyjnie jakby był strzaskaną lalką.
   Flet wciąż jeszcze grał gdy Raistlin zdołał wreszcie odzyskać oddech. Nerwowo teraz gmerał u pasa szukając małej, jutowej torebki z ziołami. Przytrzymał torebkę przed nosem i oddychał czując chorobliwie słodki zapach pokruszonych liści i wygotowanych gałązek. Spazmy ustały a Raistli ośmielił się już mieć nadzieję, że tym razem znalazł prawdziwy lek. Odmawiał wiary, że już przez całe życie będzie takim słabeuszem.
   Zioła pozostawiły na ustach gorzki smak. Skrył gryzącą torebkę w sakiewce pod pasem, który odznaczał się czerwienią głębszą niż reszta szaty a to z racji częstszego uzywania. Nie przyglądał się krwi jaka powoli już zaczynała wysychać na leczniczej sakiwce. Wiedział, że tam będzie.
   Oddychał powoli i usiłował się rozluźnić. Zamknął oczy. Wyobraził sobie wiele przeróżnych linii mocy przebiegających przez całe jego życie – błyszcząca, złota tkanina linii jego magii, jego umysłu i jego duszy. Trzymał własne życie we własnych dłoniach. Był władcą własnego przeznaczenia.
   Raistlin ponownie wsłuchał się w dźwięki fletu. Flet nie grał przejmującej grozą, nienaturalnej muzyki, którą wyobraził sobie w momencie przebudzenia – muzyki czarnego elfa, muzyki o jakiej śnił tylko w najgorszych koszmarach od czasu indoktrynacji w w wyższych zakonach czarów. Miast słyszał przenikliwą, pełną życia muzykę beztroskiego kendera.
   Odrzucił ciężką derkę jaka go przykrywała. Zatrząsł się w chłodnym powietrzu poranka. Zacisnął dłoń na lasce jakby ona sama pragnęła znów poczuć gładkość drewna i pewność chwytu po czym wspierając się na wstał.
- Shirak – powiedział Raistlin cicho i spokojnie.
   Moc przepłynęła z jego ducha wprost do lask. Tam spotkała się z magią już zamkniętą w czarnym, drewnianym symbolu zwycięstwa maga. Delikatne, białe światło rozbłysło z kryształu zamkniętego w smoczych pazurach na szczycie laski.
   Gdy tylko światłó popłynęło przez zagajnik muzyka urwała się gwałtownie. Zaskoczony Earwing spojrzał w górę. Stała nad nim postać maga w czerwonym kapturze.
- Och, czść, Raistlin! – uśmiechnął się kender.
- Earwing – spokojnie powiedział mag – Ja staram się spać.
- No, cóż, to chyba zrozumiałe – odparł kender – Jest przecież środek nocy.
- Nie mogę zasnąć, Earwing, z powodu hałasu.
- Jakiego hałasu?
   Raistlin sięgnął złotoskórą dłonią i wyrwał z rąk kendera flet. Trzymał go teraz tuż przed nosen kendera.
- Och – potulnie powiedział Earwing – Ten hałas.
   Raistli wetknął flet w rękaw, odwrócił się i ruszył w stronę swego posłania.
- Mógłbym zagrać ci kołysankę – zasugerował Earwing podskakując i drepcząc obok maga – To znaczy gdybyś oddał mi flet, oczywiście. A mógłbym też zaśpiewać ci jakąś…
   Raistlin obrócił się i spojrzał kenderowi w twarz. Ogień ogniska wywoływał refleksy w klepsydrowych oczach.
- A może i nie – stwierdził lekko onieśmielony Earwing.
   Tylko, że żaden kender nie jest onieśmielony przez dłuższy czas.
- Tutaj jest doprawdy nudno – dodał wciąż trzymając się boku maga – Myślałem, że trzymanie nocnej strazy będzie zabawne, i nawet przez chwilkę było, ponieważ oczekiwałem, że coś wyskoczy z krzaków i nas zaatakuje, ponieważ Caramon powidział, że właśnie po to trzyma się straż w nocy, lecz nic nie wyskoczyło i nie zaatakowało i tu się staje naprawdę nudne.
- Dulak – szepnął Raistli i znów zaczął kaszleć.
   Światło kryształo przyciemniało i zaraz zgasło. Mag opadł powoli na posłanie, zmęczone nogi z trudem go utrzymywały.
- Och, Raistlin, pozwól, że ci pomogę – zaoferował Earwing i szybko rozłożył derkę maga.
   Kender wciąż stał i z nadzieją w oczach wpatrywał się w maga.
- A mógłbyś na powrót zapalić tą laskę, Raistlin?
   Mag wciągnął osłabione ciało pod ciężką derkę.
- A mógłbym dostać swój flet?
   Raistlin zamknął oczy. Eawing ciężko westchnął. Wzrok kendera ruszył w stronę rękawa szata maga, w którym zniknął flet.
- Dobrej nocy, Raistlin. Mam nadzieję, że rano poczujesz się lepiej.
   Mag poczuł jeszcze jak mała rączka troskliwie go poklepuje. Kender podreptał dalej a jego niewielkie stopy nie wydawały prawie żadnego dźwięku na zroszonej rosą trawie.
   Raistlin już odpływał w krainę snu , gdy ponownie usłyszał piskliwy ton fletu. Caramon zbudził się parę godzin przed świtem. W sam czas by objąć wartę. Towarzysze uzgodnili, że będą pełnić dwie warty. Pierwszą wziął Earwing, Caramon drugą. Caramon wolał wziąć drugą wartę, ostatnią wartę nocy, znaną jako „warta martwego człowieka” ponieważ to właśnie wtedy była największa możliwość dużych kłopotów.
- Earwing, idź spać – powiedział Caramon i zauważył, że jego polecenie już zostało spełnione.
   Kender zasnął błyskawicznie wciąż jednak mocno trzymając w dłoni flet. Caramon tylko potrząsnął głową. A czego miał się spodziewać po kenderze? Kender z natury nie obawia się niczego, ani żywych, ani martwych. Z tego też powodu nastręczało SARP kłopotów zainteresowanie kendera koniecznością trzymania nocnej warty w obozowisku.
   Wojownik co prawda nie sądził, żeby znajdowali się tu w jakimś niebezpieczeństwie; okolica wokół była spokojna i cicha. Tyle, że Caramon prędzej przeżyłby dzień bez jedzenia niż zgodziłby się udać na spoczynek bez ustanowienia kolejności waty w obozie. To też był jeden z powodów – a przynajmniej tal powiedział bratu – dla którego potrzebowali Earwinga, jako towarzysza w podróży. Wojownik usiadł pod drzewem. Lubił tą część nocy. Lubił patrzeć, jak księżyc i gwiazdy zwolna gasną w pierwszym świetle poranka. Konstelacje na niebie kręciły się i obracały – platynowy smok Paladine, pięciogłowy smok Takhisis a między nimi bóg Gilean, symbol równowagi. Niewielu już na Krynnie wierzyło w starych bogów, żadko kto w ogóle pamiętał ich imiona, imiona konstelacji. Caramon nauczył się ich od brata. Czasami wojownik zastanawiał się, czy raistlin naprawdę wierzy we wzgardzonych bogów.jeżeli nawet, to nigdy o tym nie wspomniał, nigdy też otwarcie ich nie wyznawał. Pewnie dobrze czynił, pomyślał Caramon. W dzisiejszych czasach taka wiara mogła sprowadzić na ciebie śmierć.
   Caramon łączył jasne punkty na niebie a jego wyobraźnia rysowała linie, krzywizny i formowała gwiazdy w symbole dobra i zła. Znalazł imiennika bliźniaków – boga Majere, zwanego również (przez elfów, wg Tanisa) Samotną Różą, lub wg Sturma) Modliszką przez Rycerzy Solamnijskich. Konstelacja znajdowała się w głębokim zakątku czerni nad głową. Caramon wiedział od Raistlina, że miała podobno gwarantować stabilność, przetrwanie równowagi świata. Nieboskłon dawał takie poczucie stabilności… nieważne co się stanie, konstelacje będą tam zawsze.
   Caramon pozdrowił gwiazdozbiory i powoli się podniósł. Czas na pracę. Poruszał się cicho nie mając zamiaru budzić brata. Caramona zebrał broń u stóp i poddał ją gruntownemu przeglądowi. Były tam trzy miecze, wszytkie stare i widać, że w walce uzywane. Jeden z nichto był tzw. Bastard, miecz na półtorej dłoni bowiem można go było uzywać zarówno jedno jak dwuręcznie. Rękojeść była wybrudzona i poczerniała od krwi. Krzyżyk ochronny – prosty, nie ozdobiony metalowy pałąk biegnący w poprzek rękojeści w miejscu jej spotkania z czterostopową klingą – naznaczony był mnóstwem nacięć od parowania ciosów niezliczonych przeciwników. Pozostałe miecze były mniejsze; stary, nieco zużyty pałasz z przeciwwagą na końcu rękojeści oraz maingosz – póltorastopowy sztylet do parowania miecza zaopatrzony w koszową osłonę i szeroką klingę. Było to uzbrojenie tylko dla sprawnego wojownika, takiego co to nigdy nie poświęci swego honoru byle wygrać w konfrontacji. To byli starzy i zaufanie przyjaciele.
   Pozostałe sztuki broni Caramona to już zdobycze wojenne, dary poległych. Jeden, dwa czy nawet trzy sztylety wystawiały rękojeści rzeźbione w podobizny demonów i smoków. Był jeszcze dwustronny sztylecik o ostrzu wygiętym wężowato i kilka sztuk broni do ciskania, takich jak strzałki czy ręczne toporki. I były jeszcze inne: spiżowy cestus, sztylety do sztychów, ostrza kołowe. To już było zabrane wrogom, którzy nigdy nie będą tego potrzebować.
   Wojownik wziął ostrzałkę i szmatkę i zaczął broń polerować. Zaczął od mieczy, które wyostrzył kamieniem by potem wyczyścić szmatką zwilżoną wodą z bukłaka. Podnosił broń do oczu i sprawdzał ją w srebrnym świetle Solinari, wprawnym okiem upewniał się, że klinga jest prosta a kiedy było trzeba prostował gołymi dłońmi. Szukał pęknięć i szczerb, które oznaczałyby, że miecz jest już tylko wyrzucenia bowiem może się złamać w środku bitwy. Nic takiego nie znalazł. Caramon był ekspertem we wszystkich formach walki wręcz. Nie pozwalał sobie na żadne zaniedbania narzędzi swej pracy, wiedział dobrze, że taka dbałość może ocalić mu życie.
   Odłożył kamień i szmatkę, schował miecze do pochew. Niektóre na powrót przypasał do potężnego, muskularnego ciała. Jego ramiona mogły objąć najtęższą belkę, podnieść największy ciężar i poruszyć najgorsze przeszkody. Żyły występowały na wierzch muskułów tak twardych jak stalowe płyty. Skórzane rzemienie, przytrzymujące na miejscu zwykłą kolczugę trzeszczały, gdy tylko brał głębszy wdech. Grube, pancerne nagolenniki ledwo mu zakrywały łydki. Caramon, silny i mocarny, był zrodzony do walki tak jak jego brat był zrodzony do magii. Większość ludzi nie chciała wierzyć, że są bliźniakami.
   Niebo było czyste, gwiazdy świeciły jasno, nie była nawet śladu chmur.
- Jutro powinien być piękny dzień – mruknął do siebie Caramon i szeroko się przeciągnął.
   Podrapał się lewą ręką po karku a prawą pomasował twarz. Zimno mu było. Earwing zostawił dogasające ognisko, został już tylko dymiący żar. Wojownik ciężko westchnął i wymamrotał parę przekleństw pod adresem kendera. Podniósł się podszedł na skraj lasu szukając ułamanych gałęzi czy patyków. Raistlin będzie potrzebował dobrego, ciepłego ognia gdy tylko się obudzi. Zażąda płomieni do podgrzania mieszanki ziołowej jakiej używa by ulżyć sobie w tym kaszlu.
   Caramon poczuł spore rozczarowanie. Najbliższa przestrzeń została wyczyszczona z użytecznego drewna. Rzucił jeszcze okiem na brata wciąż okrytego derką o czym wszedł głębiej w las mając nadzieję, że nie odejdzie za daleko w poszukiwaniu paliwa.
   Krążył po lesie może kwadrans, gdy usłyszał dzieny dźwięk dochodzący z zagajnika. Najpierw sobie pomyśla, że to jakiś był to ruch jakiegoś leśnego drapieżnika, lecz wtedy ten ruch usłyszał – ruch skryty, ukradkowy więc podejrzany.
   Caramon skrył się za dużym dębem i po cichu wyciągnął pałasz oraz mniejszy, do lewej ręki przeznaczony maingosz. Nasłuchiwał w napięciu. Cyba posłyszał szeptem przekazywane sygnały – sygnał uwagi, sygnał by uderzyć razem. Przykulony pospieszył z powrotem w kierunku polany. Las dawał znakomitą osłonę, taką samą jak uzyli wrogowie by skryć swą obecność.
- Pięciu łajdaków – policzył po cichu Caramon przykucnąwszy pod kolejnym dębem.
   Słyszał odgłosy ich ruchów, poznał już sprawność, nasłuchiwał świstów przywódcy i odpowiedzi jego kompanów.
   Rozważał przez chwilę schowanie sztyletu a użycie jakiejś broni do rzucania, strzałki czy noża, by wybić intruzów jednego po drugim. Kiedy jednak podszedł do polany wszelki myśli o strategi wyparowały mu z głowy.
   Scenę na polanie zagajnika oświetlały Solinari i Lunitari. Srebrne i czerwone światło mieszało się i dawało podwójne cienie, które poruszały się w ślad za napastnikami.
   Trzej mężczyźni trzymający włócznie stli nad posłaniem Raistlina. Dwaj inni stali obok Earwiga.
- Ci głupcy nigdy nie dotrą do Mereklar powiedział najwyższy z nich, noszący czarny kaptur na głowie.
   Podniósł włócznię i wymierzył w nieruchomw ciało Raistlina.
   Caramon wypadł z lasu rycząc wściekle i pognał naprzód. Najpierw, po drodze, huknął pałaszem złoczyńcę stojącego nad Earwigiem po czym maingoszem dziabnął drugiego w brzuch. Zostawił sztylet w ciele umierającego bandyty  i oburącz złapał za miecz. Krew waliła mu w uszach zagłuszając wszelkie inne dźwięki  gdy tak runął na trójkę pozostałych bandytów.
   Jeden z nich podniósł włócznie do odbicia ciosu, lecz uderzeniem z góry Caramon roztrzaskał jej drzewce a miecz wbił głęboko w pierś przeciwnika. Ten zginął z wyrazem zaskoczenia na twarzy. Cios ten jednak kosztował sporo Caramona.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#2 2018-03-02 13:02:10

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 642

Re: Bracia Majere

Drugi z bandytów skoczył, by wielkiego wojownika pchnąć w plecy a ogromny mężczyzna po prostu nie miał już czasu by się obrócić i odbić atak. Nie miało to już znaczenia. Jego brat był martwy to i jego życie nie miało sensu. Wściekle szlochając ujrzał Caramon kątem oka nadchodzący cios klingi – cios powstrzymany w powietrzu. Zbir cały zesztywniał jak trup.
   Caramon zagapił się omalże wypuszczając z dłoni miecz. Wtedy posłyszał miękki, łagodny zaśpiew nadchodzący od brzegu lasu i zobaczył Raistlina pojawiającego się w cieniu. Caramon wyciągnął drżącą rękę w stronę brata.
- Raist? – szepnął.
- O co chodzi, Caramon? Wyglądasz jakbyś ujrzał ducha.
   Caramon powoli opuścił ręce.
- Przez chwilę myślałem, że tak! Myślałem, że zginąłeś!
   Wielki mężczyzna czuł ulgę tak ogromną, że z trudnością mówił. Twarz maga, ocieniona czerwonym kapturem, nie wykazywała śladu emocji.
- To trochę dzięki tobie, nie zginąłem!
   Z zimnym zaciekawieniem podszedł, by bliżej przyjrzeć się jedynemu, pozostałemu jeszcze napastnikowi. Kończyny złodzieja były usztywnione magią. Nie mógł się ruszyć, nie miał sił do przezwyciężenia woli nieodpartej magii.
- Poszedłem do lasu – wstydliwie wymamrotał Caramon – Tak uczciwie, to nie sądziłem, że kryje się tu jakiś niebezpieczeństwo. Ognisko dogasało i wiedziałem, że przemarzniesz do kości, i jeszcze przecież trzeba te twoje zioła…
- Nieważne! – Raistlin szorstko przerwał wyjaśnienia brata – Nic się nie stało. Wiesz, że mam bardzo lekki sen. Słyszałem, że nadchodzą już od dłuższej chwili – mag przerwał i uważnie przyjrzał się schwytanemu – Trochę to niezwykłe, jak na zawodowego złodzieja, jak myślisz, Caramon?
- Tak, rzeczywiście – powiedział wojownik drapiąc się po głowie – Wyglądają dość niezdarnie.
- Szkoda, że prowodyr uciekł.
- Uciekł? – warknął Caramon i zaczął się dokoła rozglądać.
- Mężczyzna w czarnym kapturze. Zaczął uciekać jak tylko wyskoczyłeś z lasu. Sądzę, że rozmowa z nim mogłe by być bardzo interesująca. Słyszałeś może, żeby coś mówił zanim uderzył sądząc, że ma przed sobą słabe i nie oporne ciało?
   Caramon usiłował sobie przypomnieć , aż wreszcie przez zalewającą go krew i złość przebiły się słowa „ci głupcy nigdy nie dojdą do Mereklar”
- A niech będę przeklęty – powiedział wielki wojownik uzmysławiając sobie nagle znaczenie tego, co usłyszał.
- Tak, bracie. Nie złodziej, wynajęci mordercy.
- Mogę za nim pognać.
- Nigdy go nie złapiesz. Zna tutaj każdą ścieżkę a my nie. Przyjrzyjmy się bliżej temu, którego schwytaliśmy. Shirak!
   Rozbłysło magiczne światło laski. Raistlin trzymał ją blisko zabójcy podczas gdy brat złapał przetłuszczony, skórzany hełm jaki ten nosił i zdarł mu go z głowy. Gapiąca się na nich twarz była niby zamrożona zaklęciem Raistlina, rzuconym gdy zamierzał uderzyć Caramona. Usta zabójcy wciąż wykrzywiał grymas krwiożerczości. Wręcz widać było zadowolenie, że oto zaraz wbije w plecy przeciwnika nóż.
- Zamierzam zdjąć czar. Trzymaj go – polecił Raistlin.
   Caramon złapał mężczyznę i oplótł chudy karka potężnym ramieniem. Jednocześnie do szyi przycisnął sztylet.
   W odpowiedzi na drobny ruch złotoskórej dłoni Raistlina ciało mężczyzny zadrżało. Odkrył, że już jest wolny od magii i natychmiast rzucił się do ucieczki, to znaczy: chciał się rzucić. Caramon zacieśnił uchwyt i docisnął sztylet do szyi łotra.
- Nie ucieknę! – zapszczał schwytany i natychmiast zmiękł – tylko już nie pozwól mu na żadną magię przeciw mnie!
- Nie użyję… o ile odpowiesz na kilka pytań – powiedział miękkim głosem, omalże szeptem, Raistlin.
- Pewnie! Powiem wszystko! Tylko już nie magia!
- Kto was wynajął, żebyście nas zabili?
- Nie wiem. Chłop w czarnym kapturze. Nigdy nie widział jego gęby.
- Jak się zwie?
- Nie wiem. Nie mówił.
- A gdzie go spotkaliście?
- W gospodzie niedaleko Meleklar. Czarny Kot. Ostatniej nocy. Powiedział, że ma dla nas robotę. Powiedział, że tylko mamy obrabować! Nie mówił o zabijaniu!
- Kłamiesz – zimno odparł Raistlin – Zostaliście najęci, żeby nas zabić we śnie.
- Nie! Przysięgam! Ja byłem…
- Zmęczył mnie ten bełkot. Ucisz go, Caramon.
- Na dobre? – zasugerował Caramon zaciskając dłonie na szyi łotra.
   Raistlin chyba rozważał pytanie. Złodziej zachowywał ciszę, lecz twarz wykrzywiał mu grymas przerażenia.
- Nie, przyda się do czegoś innego. Trzymaj go dobrze.
   Raistlin odrzucił kaptur z głowy i odrzucił na kark. Światło dwóch bliźniaczych księżyców połyskiwało odbiciami w jego oczach, oczami widzącymi głównie, rozkład, usychanie i śmierć.  Światłó odbiło się od złotawej skóry i przedwcześnie pobielałych włosów, które wyglądały dość okropnie u kogoś, kto ledwie skończył dwadzieścia jeden lat. Raistlin powoli zbliżał się do złodzieja.
   Mężczyzna krzyczał i zwijał się desperacko w mocnym uścisku Caramona. Raistlin wyciągnął ramię i dotknął wszystkimi pięcioma palcami czoła jeńca. Ten skurczył się pod dotknięciem i zaczął wyć.
- Zamknij się – warknął Caramon – i słuchaj mojego brata!
- Kiedy zobaczysz człowieka w czarnym kapturze powiesz mu ,że mój brat i ja nadchodzimy do Mereklar i nie spoczniemy, nim go nie znajdziemy. Czy mnie zrozumiałeś?
- Tak! Tak! – jękliwie zapewniał mężczyzna.
- A teraz nałożę na ciebie klątwę. Następnym razem, gdy z zimną krwią zabierzesz komuś życie, duch zamordowanego powstanie i pójdzie za tobą. Za dnia będzie szedł po twych tropach. W nocy nawiedzi twoje sny. Wszystko uczynisz byle się go pozbyć, lecz nie odniesie to skutku. Duch doprowadzi cię do szaleństwa i kiedyś, na koniec, zmusi cię do obrócenia własnego, zbrukanego noża przeciwko sobie.
   Raistlin zabrał rękę.
- Możesz go puścić, Caramonie.
   Puszczony przez Caramona morderca upadł na kolana. Ciągle jeszcze klęczał popatrując ukradkiem na braci. Caramon wykonał ruch sztyletem chcąc go postraszyć i mężczyzna skoczył na równe nogi. Po chwili już, zdjęty paniką, gnał do lasu. Przez dłuższą chwilę słychać było jak wpada na drzewa i przedziera się przez krzaki.
- To straszliwa klątwa – powiedział zdumiony Caramon – Nie wiedziałem, że jesteś w stanie rzucać na ludzi taki rodzaj zaklęć.
- Nie jestem – odparł Raistlin i zaczął kaszleć tak mocno, że spazmy zaczęły składać szczupłe ciało we dwoje.
   Wyciągnął ramię do brata. Caramon delikatnie chwycił jego dłoń i poprowadził maga w stronę posłań.
- To znaczy… nie ciąży na nim żadna klątwa? – spytał zdumiony Caramon pomagając bratu położyć się na posłaniu.
- Och, jest na nim klątwa – odparł Raistlin, gdy wreszcie wrócił mu głos – Tylko nie ja ją nałożyłem – usta maga wygięły się w lekkim uśmiechu – Sam to sobie zrobi. Nie stój tak i się nie gap! Przemarzłem do kości. Zbierz więcej drewna. Utrzymam światło dopóki nie rozpalisz ogniska.
   Caramon potrząsnął głową; nic nie rozumiał.
   Wojownik poszedł zebrać drewno, które porzucił rzucając się do ataku na zabójców. Omalże nie wywalił się wpadając przy tym na posłanie Earwiga. W całym tym zamieszaniu zapomniał o kenderze. Pamiętał, jak zabójcy stali na Earwigiem z włóczniami skierowanymi w dół. Przyklęknął i położył dłoń na niewielkiej, przykrytej derką postaci.
- Earwig? – zapytał z niepokojem.
   Z głębin posłania dobiegł odgłos ziewania, widać było przeciągające ruchy a w końcu na wierzch wychyliła się głowa. W sennym zamieszaniu rozejrzał się kender po scenerii oświetlonej przedświtem i ujrzał pocięte i zakrwawione ciała martwych, leżące na ziemi oraz porozrzucaną wszędzie broń i trawę zdeptaną przez wiele stóp.
   Earwig szeroko otworzył usta. Oczy wyszły mu na wierzch. Popatrzył dziko na Raistlina i Caramona a potem na Caramona i Raistlina. Nagle kender opuścił głowę i zaczął głośno szlochać.
- Już wszystko w porządku, Earwig – uspokajał gp Caramon – Nie płacz. Jesteś bezpieczny. Zabójców już nie ma.
- Wiem! – zawołał kender ganiając nagle wszędzie i kopiąc ze złości nogą – Nie pogarszaj sprawy!
- Co? – spytał zaskoczony wojownik – O co ci chodzi?
- Jak mogłeś, Caramonie? – szlochał Earwig – Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi! Walka! A ty pozwoliłeś mi ją całą przespać!

Rozdział 2

   Optymistyczna prognoza Caramona okazała się poprawna: Dzień był rzeczywiście bardzo ładny. Temperatura wzrosła do poziomu bardzo wygodnego, było wystarczająco ciepło do marszu, lecz nadal chłodno na tyle, że marsz stawał się przyjemnością. Słońce, wędrujące po niebie wolnym od chmur, wolnym od wszelkiego chaosu świeciło przyjemnie na maszerujących towarzyszy.
   Martwe ciała niedoszłych zabójców leżały dalej na polanie. Earwig, chcąc sobie zadośćuczynić przegapienie nocnej walki, przeszukał martwe ciała w celu „znalezienia jakiejś wskazówki, stąd ci ludzie byli” – przynajmniej tak mówił. W jednej z kieszeni któregoś złodzieja znalazł puzderko wykonane ze złotych nici wyglądających jak linki. Odszukał ukryty zatrzask, tak mały, że tylko kender mógł nań wpaść, i otworzył. W środku Earwig znalazł całą kolekcję miniaturowych instrumentów muzycznych wykonanych ze srebra, kości i hebanu. Były wykonane perfekcyjnie, do najmniejszego detalu, jakby właśnie czekały na muzyków by zacząć grać. Kender zamknął medalion i odłożył na swą derkę do innych „skarbów”. Podszedł do kolejnego ciała i zauważył trzy pierścienie na dłoni bandyty, każdy ze złota i z błyszczącymi diamentami połyskującymi w porannym świetle. Uwagę Earwiga przykuł jednak tajemniczy splot linek, jaki wypadł z kieszeni złodzieja. Kender podniósł metalową pętlę, skręcającą się we wszystkie strony bez powodu. Potrząsnął splotem i usłyszał jak przyciszony dźwięk – jakby szkło odbijało się od metalu. Podniósł rzecz do światła i zobaczył, że wewnątrz splotu znajduje się paciorek. Earwig wpatrywał się przez parę minut zafascynowany tajemniczym obiektem. W końcu znudził się i dodał do kolekcji.
   Kender przechodził od ciała do ciała zbierając złoto i diamenty i trzymając to wszystko w dłoni. Czuł ich wagę, kształt a potem się nimi nudził i odrzucał na bok i zapominał. Sięgał teraz bowiem po stare pióro do pisania ze srebrną końcówka, kawałek purpurowego szkiełka, jakieś drewienko przycięte na kształt orła nie większego od jego własnej dłoni. Wartości nadawane rzeczom przez inne rasy nie miały żadnego znaczenia dla kendera. Ciekawość wzbudzała pożadanie posiadania tego, co właśnie zachwyciło oczy. Nie miało znaczenia co w tej chwili trzymają już w dłoni.
- No jak, znalazłeś coś? – pytał Caramon.
- No pewnie – powiedział dumny Earwig wskazując na derkę – No co, nie powinniśmy tego przejrzeć?
   Dodał bowiem zauważył wahanie Caramona.
- Tak przypuszczam – powoli odparł mężczyzna i przyklęknął – Tyle, że dreszcze mnie przechodzą gdy mam grzebać w rzeczach należących do poległych.
- Dlaczego? Przecież wziąłeś ich broń.
- To coś innego.
- Jak to? Nie rozumiem…
- Tak już jest! Dobrze? – Caramon ostro spojrzał na kendera.
- Jesteś stanowczo przewrażliwiony, bracie – powiedział miękko Raistlin, stając za ich plecami – Przesuń się. Zasłaniasz światło. Ja nie żywię żadnych przesądnych obaw co do prywatnych rzeczy umarłych.
   Mag się schylił. Delikatnymi, szczupłymi dłońmi przesunął po rozsypanych na derce rzeczach. Niektóre podnosił i uważnie się im przyglądał. Earwig nie spuszczał z niego wzroku.
- To chyba największe diameny, jakie w życiu widziałem, Raistlin. Widziałeś kiedy takie duże?
- Szkło – odparł mag i odrzucił pierścień na bok.
   Earwig był lekko załamany, lecz po chwili znów się rozjaśnił.
- Ten złoty łańcuch jest naprawdę ciężki, co, Raistlin?
- Powinien być. To ołów. A co to jest?
   Dwoma palcami mag podniósł srebrny talizman. Trzymając go na dłoni podsunął do oczu Caramonowi. Ten tylko skrzywił twarz.
- Tfu! A kto by to nosił?
- Ja będę! – zawołał Earwig tęsknie patrząc na ozdóbkę.
   Amulet był ukształtowany na podobieństwo kociej czaszki. Miał nawet malutkie rubiny jako oczy umieszczone w oczodołach.
- Który z nich to nosił? – spytał Raistlin.
   Earwig się zastanowił.
- Żaden z nich. Znalazłem w trawie, o , tam.
   Wskazał na miejsce obok posłania Raistlina.
- Przywódca – warknął Caramon.
- Tak – zgodził się z nim Raistlin przyglądając się amuletowi.
   Przez jego ciało przeleciał nagły dreszcz a dłoń mu zadrżała.
- Jest zły, Caramonie. Przedmiot ciemności. I jest bardzo stary. Pochodzi z czasów gdzieś daleko przed Kataklizmem.
- Wyrzuć go! – lakonicznie zażądał wojownik.
- Nie, ja… Raistlin zawahał się a potem odwrócił w stronę Earwiga – Naprawdę chciałbyś to nosić?
- Och, tak! – westchnął kender – O jej! Przedmiot ciemności!
- Raist… -  zaczął Caramon, lecz brat cisnął mu tylko ostrzegawcze spojrzenie i wielki mężczyzna zamilkł.
   Nawlókł czaszkę na srebrny łańcuszek znaleziony w łupach a następnie założył na szyję kendera. Wymamrotał kilka cichych słów i dotknął metalu łańcuszka wąskimi palcami. Twarz Earwiga zajaśniała z radości, popatrywał na naszyjnik z podziwem.
   Raistlin wyprostował się po czy złapał go kolejny atak kaszlu wywołanego chłodnym powietrzem poranka. Odwrócił się i poszedł na powrót w stronę ogniska. Caramon za nim.
- Co zrobimy z całą resztą?
- Zostaw to. Jest bezwartościowe.
   Caramon obejrzał się za siebie. Earwig radośnie ładował do sakw i paczek tyle zdobycznych skarbów ile tylko zdoła się zmieścić.
- Uczyniłeś z kendera cel, Raistlin – stwierdził wojownik.
   Mag uklęknął przy ogniu usiłując trochę rozgrzać wychudzone ciało.
- Nie cel, bracie – odparł zimno – Przynętę.
- Tak, czy inaczej, znalazł się w niebezpieczeństwie. Niezależnie, kto nosił amulet, teraz pewnie będzie chciał go odzyskać. Będzie wiedział, że kender był świadkiem zbrodni. Coś tam gadał nad tym naszyjnikiem? Jakiegoś rodzaju zaklęcie ochronne?
   Raistlin parsknął.
- Nie bądź głupcem, Caramonie. Prosta sztuczka, która powstrzyma kendera przed zdjęciem i porzuceniem naszyjnika. A jesie chodzi o niebezpieczeństw, to w jego przypadku jest mniejsze niż gdyby to któryś z nas założył talizman. Nikt nie bierze kenderów poważnie. Uznają, że znalazł i sam założył dla żartu. My natomiast musimy obserować tego, kto wykaże niezwykłe zainteresowanie naszyjnikiem.
- Nie podoba mi się to, Raist – upierał w sposób dla nie go zwykły Caramon.
- Nie podoba mi się, że omal mnie nie zamordowano we śnie! – warknął jego bliźniak i podniósł się wsparty na lasce – Idziemy. Czas już ruszyć. Chciałbym tam dojść przed zmrokiem.
- Tam? Gdzie? Mereklar?
   Caramon rozrzucił ciężkim butem węgle ogniska i zalał je wodą.
- Nie. Gospoda Czarny Kot.
   Caramon nigdy nie przestał podziwiać swego brata. Zwłaszcza zaś od czasu gdy niesławna próba wymagana od każdego, kto aspiruje do wejścia w krainę magii – próba, która czasem bywa nawet śmiertelna – zdruzgotała zdrowie Raistlina. Ciało miał wychudłe, ledwie skóra i kości. Ciągle męczył go kaszel. Czasem nawet Caramon zastanawiał się z przerażeniem, czy bratu starczy sił na kolejny oddech. Raistlin rzucał się czasem krzyczał przez sen, nawiedzały go koszmary. Bywało, że ranem ledwo starczyło mu ił , by wyczołgać się z posłania.
   Tego jednak poranka młody mag wyglądał wręcz niezwykle dobrze. Szedł dziarskim krokiem i właściwie nie opierał się na lasce. Zjadł spore – jak na niego śniadanie składające się z chleba i owoców. Nie potrzebował nawet herbaty ziołowej do uspokojenia kaszlu ani też nie użył torebki z oparami ziołowymi. Oczy miał spokojne a nawet żywe, błyszczące w porannym świetle.
- Jakaś w tym tajemnica – mruknął w duchu Caramon – Takie sprawki dobrze mu służą. Cieszę się, że to Raist się tym zajmie. Ja… wolałbym spotkać armię goblinów, nie lubię takiego przemykania.
   Wojownik ciężko westchnął. Cały dzień spędził dźwigając pałasz w dłoni i ciskając spojrzenia w las. Zasadzki spodziewal się dosłownie w każdej chwili.
   Drugi z towarzyszy Caramona całkiem nieźle się bawił. Earwig podskakiwał na ścieżce wywijając ulubioną bronią kenderów – hoopakiem. Był to kij podróżny z procą w jarzmie na samym czubku. Hoopak Earwiga był dość niezwykły; czubek można było zdjąć i przekształcić w coś w rodzaju strzelby. Strzelało to małymi, ostrymi strzałkami z zadziorem jakie kender nosił w wewnętrznym prawym rękawie bluzy podróżnej.
   Earwig był oczarowany bronią wszelkiej maści i niezwykle dumny z własnej kolekcji. Niezwykły nóż do rzucania, z pięcioma ostrzami wykrzywionymi w różnych kierunkach, był specjalną dumą kolekcji i ulubioną zabawką. Nosił też broń własnego konceptu – wydmuszki jaj napełnione specjalnymi proszkami i cieczami uwalnianymi w momencie uderzenia. Posiadał poza tym mnóstwo innej broni, lecz o nie zwykle zapominał lub bezsensownie wymieniał na inne, bardziej podniecające wyobraźnie, obiekty.
   Earwig spędził w towarzystwie bliźniaków bardzo niewiele czasu. Skoro jednak wyruszyli na nową przygodę to pragnął całym sercem im towarzyszyć. Był zafascynowany magiem o dziwnych oczach i złotej skórze oraz oczywiście bardzo szczęśliwy, że jest z kimś interesującym i wyjątkowym. Kender jednak bardzo współczuł Raistlinowi. Mag był zawsze ponury. Wziął więc Earwig na siebie wysiłki zmierzające do pewnego rozweselenia przez uraczenie go opowieściami o fantastycznych przygodach w innych częściach Krynnu oraz całą gamą opowieści zasłyszanych od przyjaciół i krewnych. Starał się rozproszyć ciągłą melancholię, która spowijała Raistlina szczelniej od ciężkich, czerwonych szat.
   Zazwyczaj mag go tylko ignorował, czasmi jednak bywał w wyjątkowo złym humorze a wtedy odganiał Earwiga z drogi swą laską. W takim przypadku Earwig dołączał do Caramona, który zawsze chętnie słuchał opowieści a nawet miał kilka własnych, tak dzikich, że nawet kender miał trudności z uwierzeniem w ich prawdziwość.
   Earwig zauważył, że Raistlin jest tego ranka w wyjątkowo dobrym humorze. Kender był  zdecydowany utrzymać ten stan dicha maga, więc zdecydował się opowiedzieć Raistlinowi ulubiony dowcip.
- Hej, Raistlin – zaczął – Słyszałeś może o Dizzy Longtongue, kenderze co potrafił cisnąć własny hoopak z taką zręcznością i dokładnością, że ten wracał do jego ręki No więc, pewnego dnia minotaur założył się z kenderem, że ten nie potrafi cisnąć laski wokół zagajnika, a Dizzy odpowiedział, że jeśli zdoła posłać hoopak tak, że ten wróci do jego ręki to on weźmie złote kółko z nosa minotaura. Minotaur się zgodził i powiedział, że jeśli mu się to jednak nie uda to on będzie miał Dizzy’ego na deser po obiedzie. Dizzy naturalnie się zgodził.
   Earwig przerwał czekając na jakąś reakcję Raistlina. Tyle, że mag, kaszląc od czasu do czasu, trzymał kaptur zwrócony wyłącznie w stronę drogi.
   Kender wzruszył ramionami i ciągnął dalej.
- Dizzy wziął sto kroków rozbiegu nim puścił z ręki hoopak, który potężnie zagwizdał.
   Earwig naśladował wspaniały rzut Dizzy’ego, wywijając hopakiem nad głową i nie wypuszczając go z dłoni. Smukły drążek wydał prawidłowy gwizd i brzęk.
- Dizzy i minotaur czekali parę godzin, nasłuchwali dźwięku powracającego hopaka. Gdy dzień minął minotaur powiedział „cóż, chłopcze, wygląda mi na to, że mam cię na wety a Dizzy odparł…
- Popatrz, Caramon – Raistlin podniósł laskę i wskazał nią do przodu – Gospoda.
-  Nie, nie sądzę, żeby Dizzy to powiedział – Earwig poskrobał się po głowie – „patrz, Caramon, gospoda” nie ma tu najmniejszego sensu, prawda? W rzeczywistości Dizzy powiedział…
- Nie widzę znaku – Caramon popatrywał między drzewami.
- Nie, nie, nie – zawołał poirytowany Earwig – To nie było to! No a jeśli już musisz wiedzieć, to tam jest znak czarnego kota. A teraz, jeśli będziecie cicho, to powiem wam co odpowiedział Dizzy minotaurowi, który miał go zjeść na obiad. Otóż powiedział…
- Obiad – spokojnie odezwał się Raistlin – Uważam, że powinniśmy się tu zatrzymać na obiad i chyba na również na nocleg, bracie. Chyba się ze mną zgodzisz? Tego zresztą przecież chciałeś.
- Pewnie, Raist.
   Caramon zgodził się bez wielkiego entuzjazmu, prawie ponuro patrzył na gospodę. Włożył na powrót pałasz do futerału, lecz pilnował by był luźno w nim umieszczony i łatwy do użycia. Earwig zaś, widząc takie przygotowania, szeroko otworzył oczy.
- Och, Caramon! Myślisz, że pakujemy się w kłopoty?
   Wielki mężczyzna tylko mruknął. Raistlin tymczasem, uśmiechając się szeroko do Earwiga, sięgnął ręką i poprawił naszyjnik tak, by był dobrze widoczny na niewielkiej piersi kendera.
- Dzięki, Raistlin – powiedział oczarowany kender.
   Nie pamiętał by mag kiedykolwiek był wobec niego tak troskliwy. Polubił moje dowcipy – pomyślał ostatecznie kender, po czym głośno kontynuował.
- A więc Dizzy powiedział do minotaura…
   Lecz Raistlin i Caramon już odeszli. Gospoda, spory, dwupiętrowy budynek obok drogi, była położona na samym skraju lasu. Maiła ściany z białego tynku z brązowymi obelkowaniami. Najwyraźniej była stara, lecz bynajmniej nie popadała w ruinę. Pociemniałe ze starości poprzeczki dekorowały parapety i ramy wokół okien i półek. Każda szyba była czysta i jasna natomiast pomarańczowe promienie słońca odbijały się od okien wyższej kondygnacji chwytając ostatnie promienie światła nim zostaną uwięzione w leśnym gąszczu ścieżek.
   W podnieceniu zapomniał kender całkiem o kontynuacji swego dowcipu. Pognał w  stronę tawerny oglądając się za siebie i starając się pogonić ludzi. Caramon bardzo chętnie przyśpieszyłby kroku, lecz nagle Raistlin jakby osłabł i miał coraz większe trudności z marszem. Ciężko opierał się na lasce i mocno się garbił, zupełnie jakby plecy zginał mu niewidoczny ciężar. Co chwilę się potykał.
   Czy taka nagła słabość był prawdziwa czy udawana? Zastanawiał się Caramon pomagając bratu pokonać kolejne kroki. Z Raistlinem nigdy nie wiadomo.
   W końcu cała trójka dotarła do otwartego ogrodzenia z prostych, drewnianych słupków otaczającego gospodę. Caramon zaglądał do środka przez spore, szklane okno. Tafle okna podzielone były pionowymi i poziomymi drewnianymi deszczułkami, udekorowanymi rzeźbieniem skrywającym praktyczne zastosowanie. Tawerna wydawała się ciepła i przyjazna i, chociaż słońce stało jeszcze całkiem wysoko, wielu klientów już siedziało nad kuflami piwa i pucharami wina.
   Znak tawerny nad ich głowami pokiwał się na wietrze i zapiszczał zupełnie jak mały kot. Na znaku umieszczono rysunek czarnego kota. Kota stojącego z dumnie podniesionym i na końcu zakrzywionym ogonem.
- Interesujące – mruknął Raistlin.
- To kot – powiedział Caramon.
- Tak, czarny kot. Czarne koty to ulubione domowe zwierzątko czarodziejów czarnych szat. Generalnie można uznać, że obraz czarnego kota jest obraźliwy, że jest to portret zwierzęcia równie złego jak jego pan. Kot na tym rysunku jest raczej łaskawy,  to wręcz ochronny znak. Interesujące.
   Caramon nie skomentował. Otworzył duże, drewniane drzwi, wzmocnione żelaznymi okuciami i zaopatrzone w żelazny zamek. Wewnątzr gospody było gorąco jak w piecu. Wielkie palenisko na środku pomieszczenia paliło się bardzo jasno. Nocne powietrze stawało się już chłodne, więc palenisko było czymś mile widzianym. Wielki wojownik rozciągnął mięśnie, rozłożył szerokie ramion i wygiął plecy, rozluźnił się.
   Earwig, jak zawsze zaintrygowany wszystkim co się dzieje, przebiegł szybko przez korytarz oddzielający jadalnie od holu z piwem oraz od dużego przedsionka. Raistlin z kolei pośpiesznie podszedł do ognia. Oparł laskę o ramię i wyciągnął obie dłonie w stronę płomieni. Złotawa skóra ledwo odbijała światło.
   Caramon spojrzał na brata. Musiał być pewny, że wszystko jest w porządku. Potem starał się odnaleźć w tłumie Earwiga. Beznadziejna sprawa; kender znikł. Caramon ciężko westchnął: jak, u licha, mają strzec kendera skoro przez więcej jak połowę czasu nie mogą go nawet znaleźć. Wojownik nie wiedział, czego się może spodziewać; zły człowiek w czarnym kapturze może, na przykład, wyskoczyć spod stołu. Ostrym wzrokiem popatrzył po otoczeniu. Nikt nie wyglądał specjalnie groźnie. Długie doświadczenie z przeróżnymi gospodami powiedziało wojownikowi, że coś nie jest tu w porządku. Wszyscy byli zbyt… cicho.
   Caramon podszedł do długiego kontuaru ciągnącego się przez większość pomieszczenia po lewej stronie. Cierpliwie czekał przez parę minut wciąż spoglądając na brata stojącego ciągle przy ogniu. Raistlin się nie ruszał. Zupełnie jakby nawet nie oddychał. Caramon rozejrzał się po jadalni nasłuchując pośpiesznych przekleństw i trzaskających garnków, które zwykle zwiastują pojawienie się Earwiga w tłumie. Nie słyszał niczego. Zaczął bębnić palcami po ladzie, tuż obok sporej, oprawnej w skórę otwartej księgi. Na jej stronach widnieli aktualni goście zajmujący pokoje w gospodzie. Caramon czekał już bezskutecznie ponad dziesięć minut i zaczynał być lekko poirytowany. Usłyszał, że brat zaczął znowu kaszleć więc obawiał się, że i tak słabe już siły Raistlina zaczynają się wyczerpywać. Chciał już odejść od lady i ruszyć do brata gdy z tłumu w jadlani podszedł mężczyzna w średnim wieku, noszący czysty fartuch.
   Głowa mężczyzny była nisko pochylona, jakby szedł zamyślony i skupiony na czymś zupełnie innym, i nie zwracał uwagi na otoczenie. Zaszedł za ladę, wziął z szuflady świecę, zapalił ją i poszedł w kierunku ciemnego pokoju za miejscem recepcjonisty. Nie zwrócił najmniejszej uwagi na stojącego obok wojownika.
   Caramon obserwował nadejście i szybki odwrót mężczyzny. Był już gotów wywrzeszczeć własne zdenerwowanie gdy mężczyzna wyszedł z już jasnego pomieszczenia. Poskoczył na widok uzbrojonego wojownika a potem posępnie mu się przyjrzał.
- Potrzebujemy pokoju – stwierdził Caramon – Pokoju z trzema posłaniami … popatrzył na Raistlina… i dobrze, żeby tam był kominek.
   Caramon popatrzył w brązowe oczy mężczyzny, jakby chciał go wręcz zachęcić do stwierdzenia, że nic takiego nie mają. Karczmarz jednak po prostu podsunął mu księgę, wręczył pióra i powiedział.
- Podpisz tu, proszę.
   Caramon popatrzył znowu na brata a wzrok oberżysty poszedł za nim.
- Czarodziej! – powiedział mężczyzna wręcz zszokowany własną nieuwagą.
- Tak. Więc? – powiedział Caramon – Jestem jego bratem.
- Wybacz, panie. Bez urazy. Tylko, że… w tych okolicach rzadko widuje się czarodzieja.
   Caramon miał już na końcu języka ripostę, że to pewnie dlatego, że wszystkich morduje się w lesie, lecz końcu nic nie powiedział. Wziął pióro i napisał imię, po czym dodał szybki rysunek róży z gwiazdą pośrodku kwiatu – jego osobisty obraz starego, zapomnianego boga, Majer, po którym ich ojciec wziął swe nazwanie.
   Caramon odwrócił księgę w stronę oberżysty by ten sprawdził zapis, lecz oberżysta miast zajrzeć do księgi tylko powiedział.
- Na imię mam Yost. W razie jakichś potrzeb, proszę mnie wołać – podał klucz Caramonowi i wskazał na schody – Trzeci pokój po prawej stronie.
   Opuścił ladę i szybko poszedł do sali jadalnej ciągle popatrując w stronę Raistlina.
   Caramon wzruszył ramionami. Nigdy nie był jeszcze w tak dziwnej gospodzie. Spojrzał na klucz do którego doczepiona była niewielka, skórzana łatka z wypisanym numerem 221. Potrząsnął głową, podszedł do brata i już chciał go objąć za ramiona by razem łatwiej weszli p schodach.
- Ćśś! – mag ostrzegawczo podniósł palec – Usiądź! – syknął samym kącikiem ust.
   Zdumiony Caramon zaczął
- Jak  będziesz gotowy, to możemy iść do pokoju. Jest tam kominek i…
- Tak, tak. Słyszałem – cisnął Raistlin niecierpliwie i odesłał brata jednym ruchem złotej ręki.
   Caramon, lekko wzruszając ramionami, obrócił się by posłuchać polecenia brata i omal się nie przewrócił potykając o Earwiga, który właśnie wrócił z sali jadalnej.
- Nie masz tam po co chodzić – powiedział kender – Nudno jak w grobowcu. Nikt się nie śmieje, nikt nie śpiewa ani nic. Hej, a właściwie dlaczego tak się mówi, Caramon? „Nudno jak w grobowcu”? Myślę, że w grobowcu może być całkiem żwawo…
   Raistli aż warknął poirytowany a potem zaczął kaszleć. Spazmy chciały gp chyba rozerwać na części. Oparł się ciężko o laskę i zawierzył jej wytrzymałości czekając aż będzie mógł złapać oddech. Tym razem Caramon był pewny, że kaszel nie był udawany.
- Zabierz mnie do pokoju – sapnął Raistlin łapiąc ramię wojownika.
   Caramon delikatnie pomógł bliźniakowi wspiąć się po schodach i dojść na piętro. Przechodząc obok niewielkiego, otwartego okienka, zauważył, że już zapadła  noc. Dwa księżyce wznosiły się wdzięcznie na wschodnim nieboskłonie a srebro i czerwień ich świateł było teraz jaskrawsze niż parę dni wstecz.
   Kiedy bliźniacy doszli do pokoju 221 Raistlin zaczął się trząść: potworny kaszel całkowicie pozbawił go oddechu i nie miał zamiaru przestać. Caramon szybko otworzył drzwi i zaprowadził brata do posłania przy kominku. Obok był już niewielki stosik drewna więc Caramon zaczął pośpiesznie rozpalać ogień.
- Stój! – zatrzymał go chrapliwym szeptem Raistlin – Idź na dół i przynieś wrzątek. Szybko!
   Widząc zaś, że brat się waha i nie bardzo chce chorego opuszczać pogonił go ruchem ręki.
   Caramon wybiegł z pokoju i pognał do kuchni jak mu kazano. Raistlin usiadł wspierając się ramieniem o podłogę i trzymając laskę w zmęczonych dłoniach. Patrzył jak gwiazdy migoczą i świecą ponad jego głową. Brak powietrza i potężne spazmy spowodowały zaburzenia wzroku. Nerwowo szukał torebki ziołowej, potrzymał przy ustach i zaczął przezeń oddychać. Wejrzał w głąb siebie, głęboko w mrok gdzie gwiazdy naprawdę świecą na własnym niebie, gdzie słońce świeci w tej samej sferze. Wciąż rządził, wciąż miał niezmienny cel a jego żądania nic się nie zmieniły.
   Słysząc Caramona łomoczącego na schodach z powrotem Raistlin odstawił laskę i zaczął wyjmować lekarstwa, jakich potrzebował do napoju. Caramon przyniósł czajniczek gorącej, jeszcze parującej wody. Raistli podszedł do łóżka i podał mu małą torebkę z liśćmi, które tłumią chorobę maga, choćby tylko na pewien czas.
   Caramon pośpiesznie nalał wody do czarki, grzebiąc palcem w gorącej wodzie w nadziei, że miksturę przyrządzi szybciej niż nadejdzie kolejny atak kaszlu brata.
   Raistlin obserwował i w pewnej chwili dodał.
- Pamiętaj, Caramon, wstrząśnięte, nie zmieszane.
  Gorzki zapach herbaty wypełnił cały pokój. Matka bliźniaków zawsze powtarzała.
- Im gorszy smak lekarstwa, tym lepiej leczy.
   Caramon dziwił się, że ta herbaa nie ożywia umarłych.
   Raistlin wypił i na koniec przymknął oczy. Głęboko wciągnął powietrze i oparł się zagłówek łóżka.
- To dziwaczne miejsce, Raist – mruknął Caramon – Nie podoba mi się. Tu jest za cicho.
   Mag znowu zaczerpnął tchu.
- Tak. Tyle, że nie jest to jaskinia morderców i złodziei jak przypuszczałem. Widziałeś ludzi, bracie? Chłopi, prości robotnicy, farmerzy w średnim wieku.
- Taaa – Caramon przeczesał włosy dłonią – Lecz jest tak, jak mówił Earwig. Wszyscy tylko siedzą i gadają przyciszonym głosem. Nie ma śpiewu ani śmiechu. Może tu jest jakaś wojna – dodał z nadzieją w głosie.
   To by mu odpowiadało. Gładko i prosto. Tłuc po łbach i wybijać głupotę z mózgów.
- Nie, nie sądzę. Podsłuchiwałem rozmowy w tamtej izbie nim na mnie nie wpadłeś i nie rozproszyłeś.
- Wybacz. Myślałem, że stoisz tam chory, nie wiedziałem…


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#3 2018-03-09 13:39:19

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 642

Re: Bracia Majere

Raistlin kontynuował spokojnie, zupełnie chyba nie zauważył wtrącenia jakby mówił tylko do siebie.
- Ci ludzie są przerażeni, Caramonie.
- Tak? Czym? Mordercami?
- Nie. Ich koty zniknęły.

Rodział 3

   Bliźniacy wyszli z pokoju na piętrze i powoli zeszli po schodach. Raistlin mocno opierał się na bracie i drewnianej lasce, której drzewce stukało w stopnie. Stopnie odpowiadały głuchym pogłosem. Obeszli usytuowane w środku wielkiej izby palenisko i przeszli do jadalni. Zanim jednak Caramon zdołał tam wejść Raistlin go zatrzymał, odchylił kaptur i ukazał jedno ucho.
   Wojownik rozpoznał sygnał – znak, jaki bliźniacy wypracowali zeszłego lata – i szybko przemknął za naroże wejścia nim którykolwiek z biesiadników zdołał go dostrzec. Nadstawił ucha, nasłuchiwał i miał nadzieję odkryć to, co brat uznał za interesujące.
   Głosy przlewały się przez izbę jak krążąca mgła.
- To robota złego, mówię!
- A jak, to prawda!
- Przeżyłem ośmdziesiąt latek – wtrącił jakiś starzec – i nigdym nic takiego nie widział! Zawsześmy o nasze koty dbali, jak nakazywała legenda. A teraz od nas odeszły! Nieszczęście na nasze głowy!
- Pewnikiem robota jakiego złego czarodziej.
- Nigdym im nie dowierzał.
- Taaa! A spalić ich, mówię! Jak za dawnych dni.
- Co się więc stanie z Mereklar, stary?
- Mereklar? Ja się o świat stracham!
- Słyszałem żem, że w mieście nie ostało już nijakiego kota – rzekła mężczyzna odziany w farmerski fartuch i kapelusz z szerokim rondem – Prawda to?
- Parę zostało, setka albo co – odparł  starzec.
- Setka! Tam były zawsze tysiące – dodał inny – A ich liczba maleje co dzień.
   Wszyscy zaczęli gadać jednocześnie dodając co i rusz zasłyszane plotki. Zaczęli się sami doprowadzać do szału.
   Caramon wyszedł ze swej kryjówki by dołączyć do brata. Pociągnął rękaw Raistlina.
- Myślę, że zabłądziliśmy do wariatkowa – szepnął głośno – Ci ludzie powariowali! Tak szaleć z powodu gromady kotów!
- Cicho, Caramonie. Powinieneś rozpatrzyć to bardzo poważnie. Sądzę nawet, że ma to wiele wspólnego z pracą, której poszukujemy.
- Mamy się wynająć do szukania zgubionych kotów?
   Caramon wybuchnął głośnym śmiechem a jego dźwięczny baryton wypełnił całą gospodę. Wszyscy ucichli i popatrzyli na braci z wyraźną wrogością.
- Pamiętaj, Caramonie – Raistlin zamknął uścisk wątłych, długich palców na potężnym bicepsie brata – Nas też już ktoś chciał zabić z tego powodu.
   Śmiech Caramona szybko przygasł. Weszli we dwóch do jadalni. Ich obecność nie była tam mile widziana. Byli obcy, wtrącali się w strach, jakiego zrozumieć przecież nie mogli. Nikt się nie odezwał. Nikt nie powiedział, żeby siedli.
- Hej! Raistlin! Caramon! Tutaj!
   Dźwięczny głos Earwiga przerwał ponurą ciszę. Bliźniacy przeszli na kraniec izby. Goście gospody rzucali im ukradkowe spojrzenia, popatrywali na maga, poszeptywali, kręcili głowami i groźnie krzywili gęby. Raistlin ignorował ich pogardliwie. Na ustach wykwitł mu krzywy, kpiący uśmieszek.
   Caramon podprowadził brata do ławki i pomógł mu usadzić się za drewnianym stołem tak wygodnie, jak to tylko możliwe. Potem wojownik skinął na kelnerkę, która – po potwierdzającym skinieniu Yosta – podeszła do stołu.
   Caramon powąchał powietrze i zmarszczył nos, zapachy kuchenne tym razem mu nie bardzo odpowiadały.
- Potrawka z królika – powiedziała kobieta – Bierzesz, czy nie?
- Wezmę – odparł Caramon, z żalem myśląc o przyprawianych ziemniaczkach Otika w Gospodzie Ostatni Dom.
   Spojrzał na brata. Raistlin zakrył usta chustką i potrząsnął głową.
- Dla mojego brata trochę białego wina. Chcesz też może czegoś, Earwig?
- Och, nie, Caramon. Ja już jadłem. Wiesz, stał sobie talerz potrawki a ja tam właśnie siedziałem. Moja matka zawsze mówiła, że marnowanie jedzenia jest grzechem i dodawała ”ludzie w Solamni głodują”. Tak więc pomogłem głodującym w Solamni. Zjadłem potrawkę. Chociaż nie wiem jak to mogło pomóc tym ludziom. A ty wiesz, Caramon?
   Caramon też nie wiedział. Kelnerka się pośpieszyła i już po chwili wróciła z talerzem pełnym jedzenia i kuflem piwa, który postawiła przed Caramonem. Dla Raistina przyniosła kielich wina.
   Caramon przypiął się do swego posiłku z pośpiechem, siorbał, żuł i dokładał sobie szybko. Earwig obserwował go z oczami okrągłymi z podziwu. Raistlin patrzył raczej z niesmakiem gdy nagle jego uwagę przykuł na w pół opróżniony talerz Caramona.
- Daj mi to zobaczyć! – zawołał  zabierając talerz.
- Hej! Przecież nie skończyłem! Ja…
- Właśnie skończyłeś – powiedział zmno raistlin zrzucając resztę jedzenia na podłogę.
- Co tp jest? Pokaż! – Earwig zerwał się i usiadł obok maga.
- To jakiś wiersz – powiedział Raistlin  wpatrując się z napięciem w talerz.
- Wiersz! – ryknął Caramon – Zrujnowałeś mi obiad dla wiersza!
   Raistlin przeczytał wiersz po cichu po czym oddał talerz bratu:

/ (napisano, ziemia pozna pięć wieków,
    Lecz ostatni nie nadejdzie jeśli ciemność
    Zwycięży przechodząc przez bramę.
    Ciemność wysyła szpiegów, niewidzialnych
    I czarnych, by znaleźć bramę, by
    Być tam gdy nadejdzie czas.
    Koty żywe obracają
    Kamień, decydują o losie,
    Ciemność czy światło,
    W mieście
    Co stoi przed
    Pierwszymi bogami
- No i? – powiedział Raistlin.
- Koty, znowu – odparł Caramon zwracając talerz.
- Tak – mruknął Raistlin – znowu koty.
- Rozumiesz to?
- Nie całkiem. Jak do tej pory były cztery wieki – Wiek Snów, Wiek Światła, Wiek Mocy oraz Wiek Ciemności, który właśnie trwa. Nadchodzi nowy wiek…
- Lecz nie jeśli „ciemność zwycięży” – powiedział Caramon czytając talerz do góry nogami.
- Tak. Natomiast „koty żywe odwracają kamień”. Interesujące, bracie, bardzo interesujące.
   Raistlin ostrożnie odłożył talerz na stół i zacisnął usta w zamyśleniu.
- Poczekajcie chwilkę! – zawołał Earwig – Coś sobie przypomniałem.
   Podskoczył, dopadł drugiego stołu, złapał za pusty talerz i podał go magowi.
- Popatrz! Inny wiersz! Znalazłem go jak skończyłem swój posiłek. Widząc zaś, że wojownik jest całkowicie zaabsorbowany czytaniem, szybko przywłaszczył sobie jego kufel piwa.

   Jest napisane.
   Władca Kotów
   Nadejdzie, wspomagając swe
   Dominium, zajmując się tylko
   Nimi, nie idąc za nikim.
   Szpiedzy dla jednego i trzech.
   Koty żywe odwracają kamień,
   Decydują o losie, ciemność czy światło,
   W mieście co stoi przed pierwszymi bogami.
- W mieście co stoi przed pierwszymi bogami – powtórzył Raistlin biorąc talerz z rąk Caramona i czytając po raz wtóry, a potem kolejny.
   Od zawsze interesowały go historie i plotki o pierwszych bogach. Od zawsze wierzył, że oni rzeczywiście istnieją.
- We wszystkich naszych wędrówkach, braciszku, nigdy jeszcze nie napotkaliśmy czegoś podobnego! Być może, że teraz znajdę odpowiedzi, jakich długo już szukam!
- Uff, Raist! – odezwał się ciepło Caramon.
   Pozostali goście gospody gwałtownie umilkli i zaczęli przypatrywać się braciom i kenderowi z mroczną i nerwową niechęcią. Paru nawet się już podniosło.
- Co wy, obcy, tutaj robicie? Pośmiewisko z przepowiedni? – pytał jeden z nich z zaciśniętymi pięściami.
- Tylko ją czytamy, to wszystko – odparł Caramon z poczerwieniałą twarzą – Czy to przestępstwo?
- Może być. I nie spodoba wam się kara.
   Caramon się podniósł i stanął wyprostowany. Był sam przeciwko dwudziestce, lecz wielki wojownik nie bardzo się przejmował nierównymi warunkami. Kącikiem oka zauważył, że dłoń brata już zdążyła się gnąć do sakwy, jaką Raistlin zawsze miał przy boku – sakwy, której zawartość była równie magiczna i tajemnicza jak jej właściciel.
- Bójka? – spytał Earwig poskakując.
   Kender złapał za hoopak.
- Będzie bójka w barze? Nigdy jeszcze nie widziałem bójki w barze! Chłopaki! Kuzyn Tas miał rację jak o was gadał!
- Nie będzie żadnej bójki w moim domostwie! – huknął twardy głos – Spokój tam, Hamish, i ty też, Bartoc, siadajcie spokojnie.
   Oberżysta stanął między Caramonem a tłumem i uspokajająco gestykulował. Mężczyźni uspokoili się i siedli z powrotem. Powrócili do ponurych rozmów. Caramon tymczasem, powoli i spokojnie wrócił do stołu.
- Wybaczcie, panowie – powiedział Yost do bliźniaków – Zazwyczaj nikt tu nie jest tak nieprzyjazny, lecz teraz w Meleklar dzieją się złe rzeczy.
- A co z barową bójką? – zawołał Earwig.
- Zamknij się warknął Caramon i siłą posadził na krześle.
- Złe rzecz? – pytał Raistlin – Takie jak znikanie kotów?
   Yost popatrzył zdumiony na maga.
- Skąd to wiecie, panie?
   Raistlin wzruszył ramionami.
- A właściwie… przecież jesteś czarodziejem – ciągnął dalej gospodarz – Przypuszczam,  że wiesz sporo o sprawach o których reszta z nas nie ma pojęcia.
- I dlatego każdy tutaj był gotów rzucić się nam do gardła? – spytał Caramon wskazując palcem przez ramię na pozostałych gości gospody.
- To dlatego, że koty znaczą dla nas tyle, co słowo honoru dla Rycerzy z Solamni.
   Caramon pomyślał o swym druhu i przyjacielu, o Sturmie. Solamnijski Rycerz z chęcią poświęciłby własne życie byle zachować honor.
- Usiądź, panie…
- Yost. Wszyscy mówią Yost.
- Usiądź z nami… Yost – powiedział cicho Raistlin – I opowiedz więcej o kotach.
   Yost popatrzył na pozostałych gości z lekkim niepokojem, lecz usiadł dokładnie naprzeciwko Earwiga. Caramon sięgnął po swoje piwo tylko po to, by stwierdzić, że kender już się nim zajął.
- Zawołam kelnerkę po jakiś napitek – powiedział Yost.
   Caramon popatrzył na brata, który potrząsnął głową przypominając Caramonowi o kończących się funduszach. Wojownik ciężko westchnął.
- Nie, dziękuję. Nie jestem spragniony.
   Oberżysta się uśmiechnął i skinął na kelnerkę.
- Na mój koszt – powiedział – Przynieś szklanki i coś z mojego prywatnego zapasu.
   Kelnerka wróciła przynosząc pokrytą butelkę z brązowgo szkła. Caramon rozpoznał butelkę z destylowanym alkoholem. Yostnalał szklankę sobie i wojownikowi. Raistlin odmówił.
- Chcesz spróbować? – spytał Yost kendera – Skręcą ci się od tego włosy.
- Naprawdę? – sptał Earwig popatrując na butelkę ze zdumieniem.
   Kender przejechał dłonią po kitce na głowie, po swojej dumie i radości.
- Uch, przypuszczam, że lepiej nie. Lubię swoje włosy takie, jak są.
   Yost ciągnął dalej.
- W Mereklar, a i w całej dokoła okolicy, wierzymy, że nasze koty któregoś dnia uratują świat.
   Caramon powąchał zaoferowany napitek i ostrożnie pociągnął niewielki łyk. Skrzywił się czując smak, lecz po chwili oczy mu się rozszerzyły gdy poczuł przyjemność z płonącego ciepła rozgrzewającego wnętrzności. Odważył się się pociągnąć większy łyk.
- Jak? – spytał raistlin popatrując na brata i wzruszając ramionami.
- Nikt tego nie wie z pewnością, lecz wszyscy w to wierzymy. W tym mieści się całe nasze dziedzictwo.
   Yost posmakował napitku i przełknął.
- Dlatego też, koty od zawsze były dobrze widziane w Mereklar. Skrzywdzenie kota to przeciw prawu, karane zresztą śmiercią. Co prawda nikt tego nie robi – oberżysta rozejrzał się smutno – Sam miałem tu ich pewnie ze trzydzieści. Chodziły wszędzie, wskakiwały na ramiona i zwijały się na kolanach. Najlepsze kąski z każdego talerza były dla nich. A mruczenie było tak uspokajające. A teraz – potrząsnął głową – odeszły.
- I nie wiecie, dokąd? – napierał Raistlin.
- Nie, panie. Szukaliśmy. Nigdzie ani śladu.
- Jeszcze jednego, przyjacielu – Yost podniósł butelkę – Widzę, że zasmakowało.
- Pewnie! – powiedział Caramon z załzawionymi oczami i szarpiącym gardłem – Jak to nazywacie?
- Krasnoludzka gorzałka. Ciężko ostatnio dostać, bowiem krasnoludy zamknęły bramy Thorbardinu.
   Yost obrócił się do Raistlina.- Wyglądacie na bardzo zainteresowanych naszymi sprawami, czarodzieju. Czy wolno mi spytać, czemu?
- Pokaż mu papier, Caramonie.
- Ha? Aaa, tak.
   Wojownik pogrzebał za skórzanym napierśnikiem po czym podał pergamin znaleziony na skrzyżowaniu.
- Ach, tak! Rada przegłosowała nagrodę dla każdego, kto odnajdzie nasze koty…
- O tym tu nie pisze – wskazał Caramon.
- No pewnie – Yost aż się zarumienił – Wiemy, jak wygląda świat poza naszymi granicami. Nasza miłość do kotów może się wydawać dziwaczna. Nie śadzę, żeby jakiś obcokrajowiec to zrozumiał nim tu dotrze.
- Jeśli tu dotrze – mruknął Z niemiłym uśmiechem raistlin.
   Yost ostro spojrzał na maga. Nie miał pewności, czy dobrze usłyszał, cz też nie, więc zdecydował się zignorować uwagę.
- Pomysł nagrody wyszedł od radnej nasze Rady, Lady Shavas. Jeżeli jesteście zainteresowani robotą, to najlepiej zgłosić się do niej.
- Tak zamierzamy uczynić – odparł Raistlin popatrując na brata, który już sam się obsłużył z kolejną porcją mocnego napitku.
   Earwig ziewnął szeroko.
- A może znasz jeszcze jakieś historie? A na przykład o tym Władcy Kotów?
- Ach, to.
   Yost popatrzył w szklankę. Wyglądało, że czuje się mocno niezręcznie.
- Władca Kotów to król kotów, bóstwo, które mówi im co mają robić – przerwał, pociągnął łyk i ciągnął dalej – Jest tylko jeden problem. Opowieści nie mówią czy on pomoże światu, czy go zniszczy.
- A więc wierzycie we Włacę Kotów? – spytał Caramon.
- Wierzymy w jego istnienie – Yost rozejrzał się, jakby bał się, że ktoś może go śledzić – Po prostu nie wiemy, czym się kieruje, o co mu chodzi.
   Caramon sięgnął po butelkę. Ręka Raistlina wystrzeliła do przodu i zamknęła się przegubie brata.
- A gdzie jest brama o jakiej mówi przepowiednia? – spytał mag.
- Niewiele wiemy o tej przepowiedni, niestety – odparł Yost – Została znaleziona bardzo dawno temu, właściwie to zaraz po Katakliźmie. Być może, gdybyśmy ją rozumieli to wiedzielibyśmy, co się tu wyrabia. Jeżeli to was interesuje, to słyszałem, że Lady Shavas ma księgę o Władcy Kotów i o przepowiedni, no i oparu jeszcze sprawach. Napisane to jest w twom języku – języku magii, tyle, że nie było tu maga w okolicy od ponad stu lat. Nigdy nie był tu żaden mile widziany, jeśli rozumiesz co mam na myśli.
   Oberżysta wstał i skierował się do wyjścia zabierając, ku rozczarowaniu Caramona, butelkę ze sobą.
- Patrzy na to, że macie dość na dziś. Może pójdziecie do pokoju? – zasugerował stanowczo Yost.
- Dziękuję za troskę – odparł Raistlin – Lecz nie jesteśmy zmęczeni.
- Bawcie się dobrze – Yost wzruszył ramionami i odszedł.
   Earwig zawsze zasypiał szybko. Tym razem po prostu położył głowę na ramieniu jak na poduszce i już drzemał. Caramon, pewnie na skutek spożycia napitku, miał szkalne oczy gapiące się przed siebie i patrzące w zachwycie na nic szczególnego. Raistlin sięgnął nad stołem, złapał go za ramię i potrząsnął.
- Hę? – spytał wielki mężczyzna mrugając oczami.
- Wytrzeźwiej, durniu! Potrzebuję cię. Nie wierzę temu mężczyźnie. Popatrz, gada teraz z kimś w rogu, Chcę…
   Kątem oka ujrzał raistlin linię. Ledwo widoczne, lecz niepodważalnie istniejące, światło powstające z podłogi – strumień białego światła idący przez całą długość izby, płynący wprost ku północy. Czuł moc, moc tak starą jak świat, moc przepływającą przez Ansalon, ponad oceany i dalej, wznoszącą się do niewidocznych, niewyobrażalnych królestw. Tylko ci, co kroczą cienistymi płaszczyznami istnienia mogą takie królestwa znać. Lub też tacy, którzy którzy kontaktują się z kimś, kto tam chadza.
   Drżący Raistlin zamknął oczy. Kiedy zaś je otworzył i rozejrzał się dokoła widział już tylko podłogę – trwała, pociemniałą ze starości i mokrą od rozlanego piwa.
- Co jest, Raist? – powiedział Caramon lekko bełkotliwy głosem – Co się dzieje? O co tu chodzi?
   Caramon tego nie widział. Raistlin przetarł oczy. Czy to była jeo choroba, jakieś omamy czy co? Wino na palcach spowodowało, że oczy go parzyły i zaczęły łzawić. Popatrzył przez drzwi na bocznej ścianie ozby w stronę paleniska w głównej sali. Tam znowu było widać linię, niesamowite białe światło o szerokości rozstawu dłoni. Obrócił głowę i popatrzył nań prosto – linia zniknęła.
- Raist, dobrze się czujesz?
- To musi być jakieś złudzenie moich oczu – mruknął Raistlin do siebie.
   A mimo to, skoro czuł moc, wiedział, że nia ma do czynienia ze złudzeniem. Razem z mocą nadszedł strach – straszliwy, obezwładniający, osłabiający strach. Nie chciał znów go spotykać. Nie był gotowy. Mag popatrzył na powałę, belki, wsporniki i rozpórki wykonane z grubych drewnianych drągów, które kształtowały sklepienie nad głowami. Kiedy tylko patrzył w inną stronę. Linie stawały się widoczne – miękkie światło podnoszące się z podłogi. Kiedy patrzył bezpośrednio, zanikały.
   Raistlin chwycił laskę i wstał pośpiesznie stukając laską o ławę.
- Bójka w barze? – Earwig podniósł głowę i zamrugał zaspany.
- Cśś – powiedział Caramon.
- Co Raistlin robi? – szepnął kender.
- Nie wiem – odparł caramon – Ale kiedy jest taki jak teraz to lepiej zostawić go w spokoju.
   Co takiego widział? Co to może być? Czy zresztą naprawdę widziałem? Mag przesunął się do południowej ściany jadalni. Wyjrzał przez okno i popatrzył w niebo. Blask pojawił się miękkiej, zielonej trawie oświetlonej srebrem i czerwienią dwóch księżyców. Raistlin trzymał oczy otwarte tak długo, że zaczęły mu znowu łzawić. Linia światła stawała się bardziej jaskrawa. Wrócił do stołu, umoczył palce w winie i przetarł nimi oczy. Alkohol spowodował gwałtowne łzawienie. Linia stała się widoczna mimo zamazanej wizji – zupełnie jak taśma wiodąca na północ. Raistlin zwrócił się do północnego okna i ujrzał, że strumień światła wypływa z podłogi, przez ścianę i leci do trawy na zewnątrz – stabilna, płynąca rzeka białego światła. Mag ciężko usiadł na ławce.
- Hej, Raistlin – krzyknął Earwig i skoczył na równe nogi – Ty płaczesz!
- Raist…
- Zamknij się, Caramon.
   Mag machnął laską nad głową kendera zmuszając tego ostatniego do gwałtownego uniku w celu uniknięcia jeśli nie dekapitacji to już na pewno przeczesania kitki. Mag wskazał na dół.
- Co tam widzisz, kenderze?
   Earwig był kompletnie zaskoczony pytaniem. Popatrzył jednak w kierunku wskazanym przez laskę. Jasny, błękitny kamień wisiał dosłownie parę cali nad podłogą.
- Uch, widzę kłębki kurzu. Zabawna nazwa. Kłębki kurzu? Chyba tylko dlatego, że przypominają kłbki wełny…
- Popatrz na mnie – rozkazał mag.
- Pewnie – kender posłusznie popatrzył w górę.
   Raistlin wpakował palce w  wino a potem prysnął nim prosto w szeroko otwarte oczy Earwiga.
- Ouć! Hej, co ty robisz? – zawołał Earwig, który szybko poczuł ból piekących oczu.
   Zaczął trzeć oczy dłońmi, starając się jak najszybciej pozbyć z nich alkoholu.
- A co teraz widzisz? – spytał znowu Raistlin.
   Kender popatrzył krzywo, łzy leciały mu po policzkach, spojrzał zaczerwienionymi oczami.
- Och, jej! Cała izba za mgłą. A każdy jakby spuchł nieco! Dzięki, Raistlin! Ale zabawa!
- Miałem na myśli odłogę – powiedział Raistlin, wyraźnie poirytowany.
- Nie widzę podłogi – powiedział kender – Nic, tylko czarna bryła.
   Raistlin się uśmiechnął.
- O co chodzi, Raist? – spytał Caramon.
   Cały się już naiął bowiem znał ten wyraz twarzy brata; odkryto coś niezwykłego.
- Hej, Caramon, a ty co widzisz? – zawołał radośnie Earwig.
   Po tym okrzyku złapał za szklankę i chlusnął winem w twarz wojownika.
- Martwego kendera! – wrzasnął parskający Caramon – Co ty sobie myślisz?
  Zawołał a jednocześnie złapał Earwiga za kołnierz.
- Spokojnie, bracie – powiedział Raistlin i podniósł prawą dłoń.
   Caramon puścił kendera popychając mocno na miejsce.
- Poza tym – łagodnie kontynuował mag – Co tak naprawdę widzisz, Caramonie?
- Niczego nie widzę! Warkął wojownik wycierając oczy wierzchem dłoni.
- Nic na podłodze?
- O co chodzi z tą podłogą? Ciągle się na nią gapisz, Raist. Przecież t tylko podłoga, nie?
- Tak, tylko podłoga. Znajdź Caramonie tego oberżystę. Jak mu na imię… Yost.
- Pewnie, Raist – oczy mu się nagle zaświeciły – Mam go tu przyprowadzić?
- Nie, dowiedz się tylko w którą stronę stąd znajduje się Mereklar.
- Och – wzruszył ramionami Caramon – Dobra.
- Pójdę z tobą – zaoferował Earwig wyraźnie znudzony faktem, że szczypanie i palenie już całkiem wygasły mu w oczach.
   Opuścili izbę we dwóch. Raistlin bezwładnie opadł na siedzisko.Czuł się wyżęty, nagle całkiem pozbawiony energii, jakby z niej wyssany. Linie magii, widzialne tylko dla jego oczu. Co to może oznaczać? Skąd się tutaj wzięły? I skąd wzięła się ta cieniutka, lodowata drzazga strachu?...
   Caramon odnalazł Yosta i butelkę krasnoludzkiej gorzałki. Earwig ich obserwował, trochę słuchał, lecz szybko się tym wszystkim znudził. Nie miał zamiaru wracać do izby jadalnej. Przecież już tam był.
- Przypuszczam, że się troszkę przespaceruję – powiedział do Caramona.
- Co, pewnie, Earwax. Idź sobie – potwierdził wielki wojownik niewyraźnym głosem.
- Earwig! Och, nieważne!
   Z hopakiem w dłoni kender wyskoczył przez frontowe drzwi gospody i zderzył się z trójką mężczyzn stojących w świetle księżyca.
- Och, proszę wybaczyć – uprzejmie odezwał się Earwig.
   Mężczyźni byli wysocy, muskularni i wszyscy ubrani byli w czarne stroje ze skóry, która nosił ślady długiego uzywania. Na opasujących ich ciasno taśmach wisiały podróżne sakwy oraz połyskliwa, ostra broń.
- Witaj, mały. Nie masz chyba nic przeciwko, żebyśmy zadali ci kilka pytań? – zapytał stojący po środku mężczyzna.
   Głos miał niski i dźwięczny. Kiedy przyćmione światło paleniska oświetliło mu twarz, zachwycony kender spostrzegł, że jest równie czarna jak otaczająca noc.
- Nie, proszę, pytaj! – poganiał Earwig.
   W przyćmionym świetle błękitne oczy mężczyzny połyskiwały głęboką czerwienia. Zgrabnym ruchem, z pełnią graci i elegancji, chwycił dłoń kendera wślizgującą się właśnie do jednej z jego sakw.
- Zatrzymałbym tą rękę przy sobie, gdybym był tobą – doradził czarnoskóry.
- Och, przepraszam – powiedział Earwig popatrując na własną rękę jakby wyskoczyła z ciała zaczęła działać na własny rachunek – Nie mam pojęcia skąd się tam wzięła.
- Nic się nie stało. Moi przyjaciele i ja – mężczyzna wskazał na dwójkę towarzyszy stojących tuż obok – zastanawialiśmy się, skąd masz ten wspaniały naszyjnik?
   Wskazał palcem na kocią czaszkę zwieszającą się z szyi kendera.
- Jaki naszyjnik? – spytał zmieszany Earwig, który prawdę mówiąc już całkowicie zapomniał o naszyjniku – Ach, to?
   Spojrzał w dół, zobaczył go i trzymając amulet wystawił do przodu, w stronę mężczyzn, by mogli go podziwiać.
- To dziedzicto. Jest w rodzinie już od dawna.
- A, to niedobrze – powiedział czarnoskóry, któremu oczy świeciły teraz równie rubinowo jak kociej czaszce – Mieliśmy nadzieję, że możesz pamiętać skąd go masz, to moglibyśmy zdobyć taki sam i dla siebie.
- Cóż, nie mam pojęcia, ale przecież możecie mieć ten – zaoferował Earwig, który uwielbiał rozdawać prezenty i natychmiast spróbował odpiąć łańcuszek, bez skutku niestety – To dziwne. Cóż, przykro mi. Przypuszczam, że nie możecie mieć tego.
- Nam też przykro – powiedział spokojnie czarnoskóry.
   Nachylił się bliżej Earwiga i kender teraz spostrzegł, że błyszczące czerwienią oczy są jakby lekko skrzywione – Nie śpiesz się. Pomyśl dobrze skąd go masz. Mamy całą noc.
- Cóż, ja nie mam! – cisnął Earwig.
   Ta rozmowa zaczynała go męczyć. Poza tym, nie umiał przewidzieć w jakie kłopoty może wpakować się Caramon, jeśli w pobliżu nie będzie miał kendera, żeby go pilnował. Earwig ruszył, by przepchnąć się między trzema mężczyznami, lecz nagle zablokowali mu drogę. Jeden z nich położył rękę na ramieniu kendera.
- Możemy wyciągnąć z ciebie informację, i to razem z wnętrznościami!
- Naprawdę możecie to zrobić? – spytał Earwig, który uznał, że rzeczy zaczynają być na powrót intersujące – Wyciągnąć wnętrzności? Jak? Przez usta? A nie będzie troszkę, hmm, niechlujne…
   Mężczyzna warknął a uścisk dłoni na ramieniu Earwiga zacisnął się boleśnie.
- Zaczekaj! – rozkazał czarnoskóry – Jesteś absolutnie pewny, kenderze, że nie masz pojęcia w jaki sposób uzyskałeś ten naszyjnik?
   I znowu ten naszyjnik. Earwig wyrwał ramię. Teraz już zaczynał być poirytowany.
- Nie, nie mam! Doprawdy, nie mam! A teraz, wybaczcie, lecz muszę już wracać.
   Kender zrobił krok w stronę trójki mężczyzn, dając wyraźnie dozrozumienia, że jeśli się nie ruszą to po prostu przejdzie przez nich. Przywódca patrzył nań z góry. Czerwone oczy rozbłysły. I nagle, z gładkim i wdzięcznym ukłonem, odsunął się na bok odsłaniając drzwi. Jego towarzysze odstąpili dając kenderowi wolną drogę.
- Jeśli sobie przypomnisz, jak wszedłeś w posiadanie tego naszyjnika, to proszę, daj nam znać – wyszeptał gładki głos gdy kender ich mijał.
   Earwig odwrócił się, by odpowiedzieć, lecz ku swemu zdumieniu, wszyscy mężczyźni zniknęli.
   Samotnie siedzący Raistlin doznał kolejnego ataku kaszlu. Oddech odmówił wejścia w płuca. Czul, że jest już bliski utraty przytomności. Głowa mu się chwiała gdy popatrywał w czarkę przed sobą, gdzie leżały resztki lekarstwa. Liście przyklejone do dna. Wychudzoną dłonią się gnął w stronę przechodzącej kelnerki.
- Gorąca woda! – wychrypiał.
   Maggie popatrzyła na dłoń chwytającą jej fartuch. Dłoń złotego koloru i wychudzoną jak u martwego.
- Jesteście chorzy, panie? W czym mogę pomóc?
- Woda! – wychrypiał Raistlin.
   Wystraszona kobieta pognała wykonać zamówienie. Załamany Raistlin schował głowę w ramionach. Drobinki światła zaczęły tańczyć mu przed oczami. Widział coś takiego w wykonaniu iluzjonisty – tańczące, błyszczące, zmieniające kolory i kształty, lecz zawsze złudne, zawsze nierealne i to bez względu na to jak bardzo chciałby, żeby były inne. Myślał teraz, jak wiele już razy pragnął, by sprawy przybrały inny wymiar, żeby się zmieniły ponieważ on pragnął by się zmieniły. Myślał, jak wiele już razy musiał się ciężko rozczarować.
   Dlaczego nie mógł mieć fizycznej siły dorównującej mentalnej mocy? Dlaczego nie mógł być przystojny i sprawiać, że ludzie by go kochali? Dlaczego został zmuszony by poświęcić tak wiele a otrzymać tak mało?
- Na razie mało – powiedział sam do siebie – Lecz osiągnę więcej wraz z upływem czasu. Par-Salian przyrzekł, że kiedyś to moja moc będzie kształtować świat!
   Grzebał dłonią przy boku w poszukiwaniu torby ziołami. Któż to wie, co mogłoby go uleczyć? Sądził, że już jest silniejszy, lecz osłabiona dłoń nie słuchała jego poleceń i musiał uznać, że jednak potrzebuje pomocy Caramona.
   Nie potrzebuję go – pomyślał wyzywająco. Światła w izbie przygasały w miarę jak mrok pokrywał mu oczy. Słuchając samego siebie, poznał jak dziecinnie brzmi to wszystko. Usta wykrzywił mu gorzki uśmiech. Bardzo dobrze, pomyślał, teraz go potrzebuję. Ale przyjdzie czas gdy nie będę!
   Kelnerka przyniosła wodę, postawiła szybko dzbanek. Chciała… odejść a jednak chciała… zostać. Maggie nie lubiła maga ze złotą skórą i laską czarodzieja. I jeszcze te przerażające oczy, które wręcz wyrywają duszę z ciała. Nie lubiła go, lecz ją fascynował. Był tak wątły, tak słaby, lecz – w jakiś sposób – tak mocny.
- Naleję tej wody dla was, panie. Dobrze? – spytała omalże szepcząc.
  Nie mógł właściwie ruszyć nawet głową, lecz jakoś zdołał skinąć i złapać czarkę oburącz. Pił głębok aż mu język drętwiał. Brak odczuć, spowodowany słabością Raistlina, usunął wszelki dyskomfort powodowany gorącem napoju. Opróżnił czarkę i zdołał zaczerpnąć powietrza, długi swobodny haust. Mag oparł się o ścianę tawerny i zamknął oczy odcinając się od całego świata.
   Caramon wrócił i zastał go w tym stanie. Wojownik wślizgnął się cicho na ławkę sądząc, że brat śpi.
- Caramon? – spytał Raistlin nie otwierając oczu.
- Taaa, to ja. Chcesz teraz iść na górę?
   Słowa wojownika były dość bełkotliwe a jego oddech zalatywał odorem destylatu.
- Za chwilę. W jakiem kirunku leży Mereklar?
- Północ. Prawie dokładnie na północ.
   Północ. Nie otwierając nawet oczu, Raistlin mógł zobaczyć białą linię biegnącą na północ, prowadzącą go, przewodzącą mu.
   Nadziewającą go.

Rozdział 4

   Raistlin wiedział, że śni, a jednak się bał – śnił ten sen wiele razy – nie umiał jednak zmusić się do przebudzenia. Coś w jego wnętrzu, śilniejsze niż jego własna wola, domagało się jego poddania.
   Młody mag opuścił posłanie, podszedł do drzwi, przeszedł przez nie, otworzył drzwi, zamknął drzwi i wszedł w szarą mgłę jaka spowijała korytarz gospody. Patrząc wstecz nie mógł nawet dojrzeć Caramona, lecz jednak widział Caramona oddychającego spokojnie przez sen.
   Mag poszedł schodami wiodącymi na dół do głównej izby. Miał w dłoni Laskę Magiusa, choć nawet nie pamiętał, że ją wziął.
   Potrzebował światła. Droga przed nim była przerażająco ciemna dla białej linii mocy płynącej pod nim i złotej nici, która łączyła go z inną.
- Shirak – szepnął.
   Linia prowadziła go i kierowała jego krokami. Błąkał się po korytarzach i ścieżkach gospody i jej otoczenia, po wszystkim co pokrywała szara mgła, która zwijała się teraz i poruszała niewidzialnym życiem. Przed nim był ten, którego szukał. Ten, kto zna odpowiedzi na tak wiele pytań, życiodawca i niszczyciel.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#4 2018-03-13 09:51:29

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 642

Re: Bracia Majere

Fantastyczne, skrzydlate bestie – czerwone, czarne, zielone i niebieskie – przecinały lotem jego ścieżkę. Przeszkadzał im we śnie swymi wędrówkami a świecąca laska wyraźnie je budziła. Bestie patrzyły nań oczami wypełnionymi nienawiścią, głodnymi oczami. Chcały go unicestwić, lecz nie mogły. Nie teraz. Nie dziś.
   Raistlin wszedł do pokoju. Cztery ściany wyglądały solidnie, lecz sklepieni i podłodze nie dostawało materialności. Przed nim stał stół. Podniósł jeden z napitków jakie tam stały i pociągnął łyk. Płyn przyniósł chłodną, łagodzącą ulgę – smak owoców i alkoholu. Czekał aż przybędzie drugi.
   Cienista postać odziana w długą, czarną szatę, ledwie widzialna, ledwie rozpoznawalna, ukazała się powoli.
- Ty jesteś on? – spytał Raistlin.
   Jego głos brzmiał dziwacznie. Nie rozpoznawał go, jako swego własnego głosu. Widział złotą nić połyskującą od niego samego do drugiego.
- Oczywiście. Nie pamiętasz? – rzekł drugi, tak jak zawsze.
- A jak cena? – spytał Raistlin, tak jak zawsze.
- Część już zapłaciłeś. Reszta będzie zapłacona później – odparł drugi, jak zawsze.
   Tym razem jednak wystąpiła pewna różnica. Rozmowa się nie urwała. Pokój nie znikł. Raistli był w stanie zadać pytanie, jekiego mu wcześnie wzbroniono.
- A moja nagroda?
- Idź za linią, jak i inni idą.
- Inni?
- Jesteś obserwowany nawet teraz.
- Któż może mnie tu widzieć?
- Człowiek, a jednak nie człowiek.
- Życzy mi dobrze, czy źle?
- Zależy od tego, czego ty mu życzysz.
   Raistlin opuścił cztery ściany ze sklepieniem i podłogą bez materii a skrzydlate bestie odlatywały z jego ścieżki. Linia prowadziła go za powrót do gospody i bezpieczeństwa własnego posłania. Złota nić popłynęła z powrotem połyskując i znikając w ciemności.

Rozdział 5

   Miasto Mereklar stało w samym środku trójkąta uformowanego przez trzy, potężne ściany, każda o wysokości trzydziestu stóp. Kamień był czysty, bez skaz, łączeń, szczelin czy dziur. Tyle, ze biały kamień ścian zwróconych na zewnątrz pokryty był symbolami, znakami i obrazami. Każdy z nich przedstawiał jedną z er tego świata. Niektóre z legend łatwo było rozpoznać – Szary Klajnot Gargatha, Młot Kharasa, Huma i Srebrny Smok. Inne jednak dawno już zniknęły z pamięci ludzi, elfów czy krasnoludów. A wszystkie były przedstawione ze zręcznością, z jaką nikt nie mógł rywalizować czy choćby mieć nadzieję na dorównanie.
   Kiedy już historie się skończyły reszta ścian pozostała czysta. Zupełnie, jakby czekała na prawdziwego artystę, na jego powrót i umieszczenie kolejnego kawałka historii na białej powierzchni. Żyjący w Mereklar wierzyli, że gdy zewnętrzna mury zostaną zapełnione historiami to świat się skończy lub też na jego miejsce odrodzi się drugi.
   Odwrotnie niż ściany zewnętrzne, na murach wewnętrznych miasta nie było żadnych symboli. Prastary kamień nie mógł być naruszony żadnym narzędziem czy bronią dostępną dłoniom na Krynnie. Dla mieszkańców miasta stanowiło wielką tajemnicę w jaki sposób te muru zostały zbudowane. Choć trzeba napomknąć, że samo pochodzenie Mereklar też jest tajemnicą równie wielką dla obecnych mieszkańców miasta jak było dla ich przodków.
   Według ich legend Mereklar zostało zbudowane przez pierwszych bogów z zupełnie nieznanego powodu. Zaraz po Kataklizmie pierwsi mieszkańcy zeszli ze wzgórz i gór otaczających miasto, uciekając przed wszechogarniającym chaosem świata. Miasto już było zbudowane, zupełnie jakby na nich czekało. Ludzie się w nim osiedlili i od tej chwili aż do dziś są tam bezpieczni i wolni od jakichkolwiek zewnętrznych wpływów. Nawet najstarsi z Meleklarskich rodzin, rodzin żyjących tu już setki lat, nie mają pojęcia o pochodzeniu miasta. Świat się zmienia, ludzie się zmieniają, lecz Meleklar, Miasto Białego Kamienia, pozostaje to samo.
   W Meleklar żyło dziesięć szlachetnych rodzin, każda miała wielką, luksusową posiadłość z której wyrastały wysoko ponad poziom ulicy białe wieże. Wielkie rodziny były pierwszymi negocjatorami i koordynatorami, nadzorowały pola zbóż, ogrody z owocami i pastwiska zwierząt. Sprawiały, że miasto rosło i się rozwijało. Zachowywały swą pozycję dzięki mądrości i zdolności przewidywania, inteligencji i elastyczności. Każdy z wielkich domów posiadał własny park, park bujny, zielony, wypełniony drzewami i kwiatami, które kwitną przez cały rok. Niewielkie strumyki przepływały przez utworzone w mieście stawy gdzie członkowie szlachetnych rodzin czasem się zbierali. Miewali tam zabawy lub odbywali samotne przechadzki by na nowo przeżywać romantyczne, melancholijne potrzeby posępnego serca. Same domy były zwykle cztero piętrowe i cztero stronne, jak większość budynków w całym Mereklar.
   Miasto prosperowało i było samo wystarczalne. Każdy z żyjących w Merklar akceptował legendy i przepowiednie znalezione w prastarych księgach pozostawionych w nieużywanych bibliotekach, czy wyrysowanych na zewnętrznych murach obronnych. Koty ocalą świat, bez żadnych wątpliwości. Wszystkie drzwi pozostają otwarte. Małe łapki prawie bezdźwięcznie przechodziły od domu do domu, otrzymując jedzenie, ciepło i wygodę. Koty zawsze były tu kochane, zawsze były szanowane. Zbierały się w parkach, leniwie wylegiwały na słońcu ub włóczyły po ulicach ocierając się o nogi przechodniów.
   Być może teraz Lord Alfred Brunswick, Minister Rolnictwa, kontemplował historię Mereklar, lub właśnie rozważał nieobecność kotów. Słudzy zastanawiali się co robi za zamkniętymi drzwiami gabinetu przesiadując tam cały dzień i jeszcze kawał nocy. Jego żona też się zastanawiała.
- Mój drogi, wcale cię już nie widuję – skarżyła się każdego dnai – Wiem, że niepokoich się o koty, lecz przecież nic nie możesz zrobić…
   W tym punkcie rozmowy Lord Brunswick podnosił się i opuszczał pokój, wracał do gabinetu i zamykał drzwi.
   Gabinet był spory, okrągłym pokojem wypełnionym księgami zebranymi przez przodków lorda. Każda z ksiąg zawierała inną opowieść o Mereklar. W środku pokoju stał trójkątny stół o boku długości wzrostu dorosłego mężczyzny. Stól był otoczony krzesłami. Dzisięcioma krzesłami – po jednym dla każdego z ministrów Merekler. Na stole znajdował się doskonały model miasta, dokładny do najmniejszych szczególików. Każde drzewo stało na odpowiednim miejscu, każda rzeczka czy strumyk płynęły w prawidłowym kierunku i nawet płaskorzeźby na zewnętrznych murach były odtworzone z niebywałym mistrzostwem. Podobnie do samego miasta tak i pochodzenie tego modelu było owiane mrokiem tajemnicy. Znajdował się w tym samym miejscu już wtedy, gdy przodkowie ministra wprowadzili się do tej posiadłości.
   Model otaczały ziemie kontrolowane przez Lorda Brunswicka – ziemie owoców, zbóż i ziarna. Słudzy widzieli często jak uważnie bada model i określa, które ogrody należy opuścić a czasem powiększyć, step wypalić lub ugorować. Żona widywała jak zapisuje uwagi w księdze, lub na zwoju. Było to jednak zanim zaczął zamykać drzwi gabinetu.
- Obiad podano, mój panie – powiedział, pukać delikatnie w drzwi, jeden ze służących.
   Każdego wieczoru rodzina Brunswick siadała do białego, pokrytego szkłem stołu. Ojciec i matka siadali na końcach stołu, młodsze dzieci po prawej stronie a dwie starsze córki po lewej. Posiłek zawsze zaczynał się od złożenia podziękowań koto, obrońcom ziemi i świata, za ich łaskawość. Przez ostatnie tygodnie ten zwyczaj został jednakże porzucony.
- Nie – Lord Brunswick przerwał gwałtownie, gdy pewnego wieczora jego żona zaczęła recytację słów podzięki – W tym domu już nie będzie się mówiło o kotach.
   Wszyscy wiedzieli, zarówno żona jak i dzieci, dlaczego był tak zdenerwowany. Ich koty zaginęły jako jedne z pierwszych. Tak więc Brunswickowie nie mówili o kotach, lecz przy obiedzie mówili tylko o zwykłych sprawach. Sprawach, które najpewniej nie zdenerwują Lorda Brunswicka.
- Jak dzisiaj przeszła Rada, kochanie? – spytała żona, nalewając zupę.
- Jak zwykle – odparł krótko Lord Brunswick.
- Tatusiu – zaczęła najstarsza córka – Jak wiesz, za dwa tygodnie odbędzie się Festiwal Oka.
   Lord Brunswick ostro spojrzał na córkę, lecz nie powiedział ani słowa.
   Dziewczyna, zbierając się na odwagę, wzięła głęboki wdech.
- Kiedy będę mogła kupić nową sukienkę na bal, Papo?
- Nie idziesz – powiedział minister.
- Och, przecież powiedziałeś, że mogę! Tylko miesiąc temu, prawda, Mama? – córka się rozpłakała.
- Tak, kochanie. Przyrzekłeś – powiedziała Lady Brunswick, dziwnie popatrując na męża – Nie pamiętasz?
- Naprawdę? – niewyraźnie powiedział Lord i nagle strzelił palcami – Festiwal Oka! Nie mam czasu na takie głupstwa.
   Ledy Brunswick potrząsnęła głową a do córki odezwała się po cichu.
- Pomówimy o tym później.
   Obiad przebiegał w kompletnej ciszy. Po deserze dziewczyny przeprosiły za odejście od stołu i poszły do swych pokoi.
- Co się dzieje, kochanie? – Lady Brunswick zwróciła się do męża z twarzą napiętą niepokojem – Zawsze uwielbiałeś Festiwal Oka. Nawet mimo ostatnich, przyznaję strasznych, problemów powinieneś się zrelaksować i wziąć w nim udział. Przecież jest tylko raz w roku.
- Dlaczego musisz mi zawracać głowę tak trywialnymi sprawami? – wybuchnął Lord.
   Żona spojrzała nań zszokowana.
- Przez dwadzieścia pięć lata naszego małżeństwa nigdy nie podniosłeś na mnie głosu – zawołała i wybuchnęła płaczem.
- Zamierzam iść na spacer. Potrzebuję ciszy i spokoju!
   Zapadła noc. To była ta sama noc podczas której w gospodzie niedaleko miasta kender sprzeczał się z dziwnym, czarnoskórym mężczyzną, maga walczył o odzyskanie oddechu a wojownik popijał krasno ludzką gorzałkę z butelki oberżysty. Minister opuścił swą posiadłość tylnymi drzwiami domu i rozpoczął spacer po ogrodzie przechadzając się z lewym ramieniem trzymanym sztywno za plecami jak przystało na prawdziwego dżentelmena. Kilka kotów jakie jeszcze zostało w Mereklar a weszło na jego teren natychmiast się rozbiegło gdy tylko zaczął się zbliżać.
   Lord Brunswick wciąż oglądał się za siebie, wolał wiedzieć, czy jest śledzony. Kontynuował przechadzkę aż doszedł do granic własnej posiadłości. Stała tu wysoka, ceramiczna urna. Jedna z wielu jakie znajdowały się na granicznej linii. Oparł się o nią niby przypadkowo. Odczekał parę sekund by upewnić się, że jest tu sam po czym odepchnął urnę ramieniem. Odsunęła się na bok ujawniając ukryte przejście w ziemi. Rozejrzał się jeszcze raz, chyba już ostatni, po okolicy po czym wszedł na schody. Korytarza rozjaśnił się dziwnym, niesamowitym światłem. Sięgnął ręką i szarpnął dźwignię wystającą ze ściany. Urna przesunęła się na pierwotne miejsce, skrywając wejście całkowicie.
   Lord Alvin, Minister Nieruchomości, kończył obiad w tym samym czasie co Lord Brunswick. W porównaniu do luksusowego posiłku Ministra Rolnictwa, obiad Lorda Alvina był prosty, podany w kamiennych naczyniach i to w kuchni własnego domu. Jadł samotnie, przygotowywał posiłki własnoręcznie, bez pomocy służących. W swej wielkiej posiadłości mieszkał sam, zatrudniał tylko ogrodnika, który zajmował się ogrodem i drzewami. Lord Alvin był mizantropem i sknerą.
   Powróciwszy do gabinetu Lord Alvin sztywno zasiadł w krześle. Bez specjalnego zainteresowania przeglądał księgę – listę gruntów i ich właścicieli. Kiedy zaś bicie wodnego zegara wskazało godzinę ósmą podniósł się z krzesła i skierował do piwnicy pod domem.
   Piwnica winna była dużym pomieszczeniem, mieściła setki butelek z alkoholem a każdy rocznik winobrania miał tu własny, oddzielny stojak. Wina były tu przechowywane od lat a z każdym rokiem ich wartość tylko wzrastała.
   Lord zszedł niżej po drewnianych schodach. Z uchwytu przy ścianie wziął oliwną lampę, zapalił ją i poszedł dalej do samego końca piwnicy. Nie zważając nawet na potrącanie kolejnych butelek przeszedł przez labirynt stojaków z winem. Gdy jedna z butelek spadła na posadzkę i się rozbiła nie zwrócił na nią nawet najmniejszej uwagi.
   W najdalszym krańcu, AM gdzie leżakowały najstarsze butelki, Lord Alvin podszedł do stojaka wyglądającego szczególne staro. Wyciągnął dłoń wysoki przejechał palcami po półce, sięgnął do czerwonej butelki i ją mocno pociągnął. Stojak się poruszył szurając po posadzce i po chwili wsunął w ścianę. Lord wszedł do tunelu, który skrywany był za stojakiem. W pustym korytarzu jego kroki odbijały się przytłumionym echem.
   Tej samej nocy, w całym Mereklar za białymi murami, siedmiu jeszcze szlachetnych lordów maszerowało innymi, mrocznymi ścieżkami. Wszystkie wiodły do tego samego miejsca.

Rozdział 6

   Miejscowi goście gospody Czarny Kot zostali długo w noc w izbie jadalnej i omawiali złowieszcze zapowiedzi związane ze znikającymi kotami. Nie mieli ochoty wracać i pozwalać, by własne lęki zakłóciły im sen. W końcu jednak senność przemogła i wyszli w stronę swych domostw. Tylko jeden mężczyzna pozostał w jadalni.
   Siedział tu cały wieczór samotnie, wciąż miał ten sam napitek jaki zamówił na samym początku. Nikt z nim nie gadał, on też nie gadał do nikogo. Na koniec Yost podszedł do obcego.
- Zaraz zamykam. Albo bierzesz pokój na noc, albo wychodzisz.
   Mężczyzna wstał.
- Drzwi frontowe zamknąłeś, co? Nikt nie zdoła wyjść… ani wejść?
- Nie bez obudzenia mnie, nie – prychnął Yost – Sądzisz, że pozwalam tu każdemu tak wchodzić i wychodzić nie mając pewności, że zapłacą?
   Mężczyzna skinął głową i położył na stole kawałek stali. Znacznie więcej to było warte niż cały jego napitek. Odwiązał wierzchowca od poręczy na tyle gospody i odjechał prosto w ciszę nocy.
   Jechał szybko, przemierzając łąki i pola, unikając szpalerów krzewów i błotnistych strumieni. Uprząż konia brzmiała jak muzyka przy każdym ruchu potężnych nóg zwierzęcia i każdym wyciągnięciu jego karku czy poruszeniu łbem. Jadąc równym galopem kierowli się, jeździec i koń, wprost na północ.
   Mereklar cicho spało w oświetleniu dwóch księżyców. Światło Solinari panowało oświetlając srebrem wieże miasta, rozjaśniając najmroczniejsze zaułki niebiańskim promieniem. Blask Lunitari rozpościerał się nad miastem jak koc, wygodny i bezpieczny, rzucając czerwonawe cienie z poblaskiem srebra.
   Jeździec przegalopował bramy miejskie okazując strażom niesiony w dłoni emblemat. W świetle księżyca zajaśniało złotem. Gwardziści go przepuścili. Bez najmniejszej zwłoki mężczyzna gnał do swego celu.
   Na niewielkim wzgórzu w samym środku miasta stał dom całkiem do innych nie podobny. Nie w Mereklar. Kwadratowy dom posiadał iglicowy dach z dwoma wieżami z przodu i z tyłu. Zbudowany był z kamienia żółto brązowego a nie czysto białego jak wszystko w mieście. Ciemne belki, poczerniałe od wiatru i deszczu, wspierały ściany. Winorośla i bluszcze sięgały w górę aż wreszcie chwyciły się dachu. Poplamione szkło okien, mieniące się teraz milionem barw, świeciło od wewnątrz tworząc dziwaczne, poruszające się wzory, które wręcz wydawały się żywe.
   Jeździec zeskoczył z konia i uwiązał go do jednego z wielu drzew otaczających dziwny dom. Pobiegł ścieżką wysypaną pokruszonym białym żwirem, który teraz trzeszczał mu pod stopami. Dobiegł do masywnych, dębowych drzwi wyciętych z jednego kawałka drzewa i wyciągnął rękę by chwycić gałkę – kawałek metalu odlany w formie groźnego kota. Szybko wycofał rękę. Żelazo gałki było zimne jak chłodne powietrze nocy. Sięgnął ponownie, chwycił gałkę silną dłonią i lekko popchnął. Drzwi się nie otworzyły. Popatrzył po domu w poszukiwaniu oznak życia i wygiął szyję by popatrzeć przez kolorowe okna. Spróbował jeszcze raz. Tym razem drzwi otworzyły się lekko przy pierwszym nacisku. Nie słyszał niczego. Wycofał dłoń a dreszcz lęku przeszedł mu po kręgosłupie. Wchodząc do środka jeździec rozglądał się uważnie na boki. Nasłuchiwał oznak czyjejkolwiek obecności. Wyglądało tak, jakby nie było nikogo, lecz ktoś – lub coś – przecież otworzyło drzwi. Przeszedł do samego końca obłożonego boazerią holu wejściowego i wszedł do głównej poczekalni. Pluszowe fotele powinny być ciepłe, miękkie i wygodne. Kiedy jednak w jednym usiadł od razu poczuł jak niemile widziany intruz. Westchnął w zamyśleniu, skrzyżował nogi i nerwowo rozejrzał się wokół. Nie był pewny, czy gospodyni domu przybędzie, nie był pewny, czy ktokolwiek jeszcze jest w ciemnym, rozległym domu. Oprócz niego, oczywiście.
   Jedyne dźwięki, jakie doń dobiegały to było bicie własnego serca w takt niewidzialnego zegara – woda zegara kapała regularnie, w odmierzonych przerwach – oraz podmuchy wiatru przez otwarte okno. Miał niesamowite wrażenie, że sam dom jest żywy, żywy krwią i tchnieniem. Mężczyzna się podniósł i zaczął nerwowo chodzić. Nagle zmienił zdanie. Zupełnie jakby bał się przeszkadzać domowi.
   Nie umiał określić ilości minut spędzonych na oczekiwaniu. Tak, jakby czas zupełnie stracił na znaczeniu. Mężczyzna zaczynał być zły. Kazano mu się śpieszyć. Na końcu pokoju były kolejne drzwi, zupełnie takie same, jak te którymi jeździec tu wszedł. Złapał za gałkę i nacisnął. Stuknięcie zasuwki zabrzmiało głośno w ciszy takiego domu.
   Otworzyły się drzwi do następnego pokoju, pokoju o podobnych rozmiarach, lecz oświetlonego samotnym kominkiem na dalekim końcu. Rozejrzał się. W migotliwym oświetleniu dostrzegał biblioteki zapełnione setkami książek, odnoszących się do wiedzy wieków minionych. Kompletne zbroje odbijały stalą znaczone światło, każda z nich trzymała broń – dwuręczny miecz, halabardę, pikę.
- Jakie przyniosłeś wieści? – odezwał się zmysłowy, wyraźnie kobiecy głos.
   Mężczyzna omal nie wyskoczył przez drzwi a jego ręka już zamknęła się na rękojeści noszonego u pasa sztyletu. Kątem oka dostrzegł samotną postać kobiety w długiej szacie. Siedziała obok niego u końca stołu. Czarny kaptur otoczony bielą miała zarzucony na głowę. Mógłby przysiąc, że nie było jej tu gdy otwierał drzwi.
- Trzech przybyło do Gospody Czarny Kot, pani – powiedział mężczyzna niskim barytonem – Odkryli przepowiednię i zadawali pytania. Pytali o drogę do Mereklar.
   Przez moment kobieta milczała w zastanowieniu.
- Kiedy przybędą? – spytała w końcu.
- Jutro, pani – mężczyzna odkrył, że wciąż jeszcze ściska nóż.
- Dobrze się spisałeś – powiedziała kobieta, wyraźnie kończąc rozmowę.
   Skłonił się z szacunkiem. Zamknął za sobą drzwi najciszej jak umiał byle tylko nie przeszkadzać gospodyni. Poszedł szybko i z ulgą wydostał się z domu. Wsiadając na zdenerwowanego wierzchowca, jadąc ulicami Mereklar, marzył tylko o wygodzie własnego domu, gdzie żaden pokój nie czuje odrazy do jego obecności.
   Kobieta w czarnym kapturze mieszkała w domu na szczycie jedynego wzgórza w Mereklar przez całe swe życie. Czuła się wygodnie w jego pokojach i korytarzach. Podobały jej się wzory wytwarzane na poplamionych szybach przez światła dobiegające z zewnątrz. Gdy agent wyszedł podniosła się jednym, płynnym ruchem z fotela i spokojnie przeszła przez ciemność gabinetu do drzwi we wschodniej ścianie. Niewidoczny zegar wodny wciąż kapiący kolejne godziny był jedynym źródłem dźwięku w całym domu. Sama kobieta też nie czyniła hałasu przechodząc przez drzwi do bocznego pokoju. Tam podeszła do kolejnych drzwi usytuowanych na końcu korytarza. Weszła do arboretum, przeszła wąską ścieżką do szklanych drzwi i opuściła ogród zamykając je za sobą. Kaptur miała nisko opuszczony więc jej twarz była ukryta nawet przed spojrzeniem dwójki księżyców.
   Pewnym krokiem przeszła przez ciemność, szybko przekroczyła jeden z ogrodów otaczających dom. Podeszła do starego drzewa. Było martwe, brązowe i poranione. Popchnęła jeden z konarów stopą odkrywając wejście do podziemi – pasaż pozbawiony światła. Pewnym krokiem weszła w ciemność.
   Przeszła jakąś odległość, znajdowała drogę w labiryntach, wybierała ścieżki i przejścia biegnące w różnych kierunkach, na koniec doszła do celu wędrówki – jaskini z płaskim kamieniem przy drugim końcu od wejścia. W uchwytach płonęły tu pochodnie a cienie tańczył na ścianach. W środku komnaty stał owalny półokrąg na którym spoczywał kawał skały tak wielki, że potrzeba by ze stu ludzi by go poruszyć. Dokoła takiego ołtarza widać było dziewięć postaci, dziewięciu ludzi odzianych w szaty odpowiednie do swego stanu i służby.
- Spóźniłaś się, Shavas – stwierdził Lord Alvin odwracając twarz w stronę wejścia.
- Tak – odparła kobieta w drzwiach.
   Weszła do komnaty a cienie świateł z pochodni tańczyły na jej szatach. Ministrowie popatrzyli po sobie nawzajem, potem spojrzeli na kobietę. Widać było, że nie zamierza za nic przepraszać.
- Jakie wieści przynosisz? – zapytał jeden z nich.
   Pytający minister był niewysoki, miał przygarbione ramiona a z szyi zwieszał mu się złoty medalion o kształcie wybuchającego słońca. Ubrany był w ciemno niebieską pelerynę obramowaną złotym haftem. Przód koszuli zdobiły mu gęsto złote guziki, częściowo skryte pod ciemno niebieską kamizelką.
- Trzech nadchodzi na pomoc miastu.
- A czy rozwiążą tajemnicę znikających kotów? – spytał niski mężczyzna.
- Próbować będą – odparła Shavas, której kaptur nadal skrywał twarz.
- Tylko bez paniki – stwierdziła kobieta o twardej twarzy i włosach przyprószonych siwizną – Jesteśmy już blisko celu.
- Nie ma wyboru – powiedział krótko Lord Alvin – Musisz tych ludzi wynająć, Shavas.
- Zgadzam się z tym – powiedział Lord Brunswick.
   Zgodny pomruk potwierdzeń wypełnił całą komnatę. Połączone głosy opatuliły jaskinię.
- Jak mam rozumieć, chcecie, żebym zrobiłe wszystko, co konieczne, żeby naprawić was głupi błąd – powiedziała Shavas.
   Cisnęła im jeszcze pogardliwe spojrzenie, obrócił się i wyszła z komnaty. Prawa ręka wciąż pozostawała zaciśnięta mocno na sporym, ognistym opalu zwisającym jej z szyi. Zupełnie jakby własne życie trzymała w garści.
   Tej samej nocy ktoś jeszcze w gospodzie zauważył pośpieszny odjazd jeźdźca i uznał sprawę za bardzo interesującą. Czarny kształt, w ciemności omal niewidoczny, zszedł na dół tą samą ścieżką jaką wybrał jeździec. W jego oczach połyskiwała czerwień.

Rozdział 7

   Następnego ranka Caramon zbudził się z dźwiękiem kucia w głowie, dźwiękiem tak mocarnym, że i jego serdeczny druh trudniący się obróbką metali, Flint Fireforge,  by się powstydził. Uporczywe uderzenia młota, spadające ze straszliwą regularnością, powodowały stały grymas bólu. Delikatne dźwięki ćwierkających ptaków stawały się trzaskiem włóczni a odgłosy chrapania innych gości gospody powodowały tylko falę agonii.
   Powoli ściągnął poduszkę z głowy. Wystawił tylko zmierzwione snem włosy i przekrwione, na wpół przymknięte oczy. Rozejrzał się po pokoju. Skrzywił się ponownie, gdy promień światła padł mu na twarz.
- Okrutny cios! – mruknął.
   Szybkim ruchem ściągnął z głowy resztę posłania. Podniósł kołdrę z jednej strony – unikając kolejnego ciosu światła – i popatrzył na brata z szerokości pokoju. Raistlin wyraźnie czuł ból – plecy wygięte w łuk, dłonie zaciśnięte w kułak – lecz oddychał swobodniej. Caramon westchnął z ulgą.
   Wojownik rzucił okiem na posłanie Earwiga, mając nadzieję, że kender – zwłaszcza przy swym piskliwie przenikliwym głosie – cięgle jeszcze śpi. Spał, o ile można było wnioskować ze stałego wznoszenia się i opadania jego nakrycia.
- Dobrze – powiedział do siebie Caramon – Zejdę na dół i zażyję wypróbowanego lekarstwa na przepicie.
   Wojownik podniósł się z posłania z głową niską zwieszoną w celu uniknięcia strumienia światła.
- Dzień dobry, Caramonie! – radośnie zapiszczał Earwig głosem, który przeszył czaszkę Caramona ostrzem miecza.
   Wojownik runął na łóżko jak gdyby powalił go mocarny cios. Nie pamiętał już, kiedy ostatnio czuł się równie parszywie. Przypomniał sobie, co Flint mawiał często o krasnoludzkiej gorzałce.
- Największy wróg każdego wojownika.
   Nigdy nie rozumiał o co chodziło. Aż do dziś. Zastanawiał się również, czy Flint – mówiąc o tym strasznym trunku, krasnoludzkiej gorzałce – wspominał, że oznacza ona upadek wojownika.
- Earwig – zaczął Caramon mówiąc przez zaciśnięte zęby pięściami ściskając głowę – Jeżeli się natychmiast nie zamkniesz będę musiał cię zabić.
- Co? – głos Earwiga nie ścichł ani o ton – Dlaczego tak mówisz? Nic cię nie słyszę. Czy mógłbyś, proszę, powtórzyć?
   W odpowiedzi Caramon złapał w lewą rękę poduszkę, podszedł do kendera i opakował mu głowę poduchą.
- To jakaś zabawa? Co mam robić? – wołał bardzo podniecony kender.
- Po prostu tam siedź – warknął Caramon – Dopóki nie powiem, żebyś się ruszył.
- Dobra. Hej, ale zabawa.
   Z głową owiniętą poduszką Earwig usadził się wygodnie i czekał na kolejną część cudownej zabawy jak przecież zaraz miała nastąpić.
   Caramon wyszedł z pokoju. Poszedł na zewnątrz, wyciągnął ze studni wiadro lodowato zimnej wody i wpakował weń głowę. Otrząsnął się po tym jak pies i rękawem zaczął wycierać twarz. Wrócił do gospody dalej jeszcze się wycierając do sucha. Wszedł do izby jadalnej gdzie podawano o tej porze śniadanie. Zapach jaj, bekonu i gorących muf finów troszkę ulżył w nieugiętym bólu głowy.  Przypomniał sobie, że nic nie jadł od ostatniego obiadu a i ten przerwano mu w połowie.
   Dobrze, że – pomyślał sobie z dumą – nigdy nie choruję po przepiciu.
   Izba była prawie pusta. Kilku ponurych klientów rzuciło okiem na wojownika, skrzywiło się i odwróciło wzrok. Caramon ich zignorował. Podszedł do stołu zajmowanego ostatniego wieczora i opadł na ławę z taką siłą, że omal się z niej nie zwalił. Wyprostował się, siadl sztywno i tak siedział aż nie minęły mu zawroty głowy.
- Cóż, prawie nigdy – ddał w myśli.
- Co mogę ci podać takiego poranka?
   To był Yost, oberżysta, któremu lekki uśmiech przecinał całą twarz.
- Napitek. Dwie trzecie ziarna, jedna część soku, jedna część przypraw kuchennych, zielone łodygi warzyw, coś absolutnie bez smaku. I sporo pieprzu – dodał na koniec.
- Ach – odparł Yost – Doświadczony wojownik. Napój Starego Wiarusa. I założę się, że potem będziesz chciał śniadanie. Maggie! – ten okrzyk wywołał u Caramona kolejną falę bólu – Przynieś temu dżentelmenowi coś do jedzenia.
   Caramon wypił trzy szklanki Wiarusa, pierwsze dwie dosłownie połknął. Ciężki smak pieprzy jakoś zwalczył straszny smak alkoholu. Każdą szklaneczkę mieszał bezmyślnie łodygą jakiegoś warzywa. Dziobał widelcem jedzenie, jakby nie miał pewności, czy żołądek jest w stanie cokolwiek przyjąć.
   Jednak po czwartej dawce lekarstwa Caramonowi zaczął wracać apetyt. Na razie jadł powoli, jakby dopiero nabierał rozpędu. Na koniec, kiedy już poczuł, że na powrót jest Caramonem zjadł całość i usiadł opierając się o ścianę i prostując wreszcie ramiona. Pozostali klienci gospody już wyszli, wojownik był sam w jadalni.
   Yost podszedł do Caramona, przystanął przy nim i powiedział ponuro.
- Jeśli te kłopoty się szybko nie skończą to będę zrujnowany. Nadchodzi Festival Oka. Sporo ludzi z Mereklar przybywa tutaj, żeby się zabawić, do mojej gospody. W tym roku nie przyjdą. Maggie, wyczyść stół.
   Maggie pośpiesznie zaczęła zbierać talerze i ustawiać je na drewnianej tacy. Caramon zauważył, że dziewczyna była niezwykle ładna, miała zaróżowione policzki, hożą figurkę i słomiano jasne włosy związane wysoko żółtą wstążką. Niewyraźnie przypominał sobie, że wczorajszego wieczoru nawet się do niego uśmiechała.
- Hej – zawołał – To za ciężkie dla ciebie – i chwycił tacę.
- Och, nie, panie. To mija praca – powiedziała Maggie głęboko się rumieniąc i próbując odebrać tacę.
   Podczas takich przyjacielskich przekomarzań i zapasów udało się nawet Caramonowi pocałować dziewczynę w różowy policzek za co zresztą został lekko spoliczkowany. Taca jednak omal nie znalazła się na podłodze.
- Którędy do kuchni? – spytał Caramon tonem zwycięzcy.
- Tędy, panie.
   Wściekle zaczerwieniona Maggie prowadziła. Za nią szedł Caramon niosąc tacę a na końcu maszerował ponury Yost. Kuchnia była spora i bezprzykładnie czysta. Niezliczone rondle i patelnie zwieszały się świecąc czystością z domytych do białości ścian.
- Ktoś jeszcze na śniadanie? – spytała kucharka, nieduża, szczupła, ciemnowłosa kobieta.
- Nie – odparł ponuro Yost.
   Kucharka zaczęła przygotowania do wczesnego lunchu. Maggie skierowała Caramona do jednego ze zlewów. Szybko zabrała talerze z niesionej przez niego tacy i wpakowała   je do spienionej wody.
- Cóż, oberżysto – zaczął Caramon rozmowę z Yostem wciąż jednak popatrując śmiało w oczy Maggie, co spowodowało u niej takie zamieszanie, że omal nie upuściła kubka – Jeśli tylko może ci to humor poprawić, to wiedz, że mój brat i ja idziemy do Mereklar i spróbujemy zarobić na nagrodę.
- Och, naprawdę, panie? – Maggie obróciła się tak gwałtownie, że posłała na Caramona sporo wody ze zmywaka – O panie! Przepraszam, panie!
   Chwyciła ręcznik i zaczęła gwałtownie wycierać szeroką pierś wojownika, starając się ją wysuszyć. Caramon chwycił jej dłoń i przytrzymał mocno. Dziewczyna miała brązowe oczy i długie rzęsy. Włosy przypominały barwą liście drzewa vallen późną jesienią. Nie sięgała mu nawet głową do ramion. Serce Caramona waliło mocno. SAchylił się, żeby skraść kolejnego całusa, lecz Maggie – rzucając długie spojrzenie na swego pracodawcę – wyrwała się i zaczęła zmywać z szaloną prędkością.
   Yost skinął głową.
- też tak sobie pomyślałem. Mag zadawał tyle pytań. On naprawdę jest twoim bratem?
- I to bliźniakiem – odparł z dumą Caramon – Przeszedł Próbę w Wieży Wielkiej Magii jak miał dopiero dwadzieścia lat. Najmłodszy w historii. I zdał. Choć to go kosztowało… kosztowało nas obu – dodał już tylko do siebie.
   Maggie jednak dosłyszała i posłała mu ciepłe, przyjazne spojrzenie.
- Jest naprawdę chory, prawda, twój brat? – spytała cicho.
- Taa. Bardzo się o niego martwię. Lecz – Caramon zaczął mówić szybciej widząc jak wydłuża się mina Yosta – On jest silniejszy niż na to wygląda. Jeżeli ktokolwiek jest w stanie rozwiązać tajemnicę waszych kotów, to jest to Raistlin. Z nas dwóch to on dostał cały umysł, a ja całe mięśnie. – dodał wesoło potężny mężczyzna.
- Dlaczego twój brat miałby się kłopotać, żeby nam pomóc? – spytał Yost popatrując podejrzliwie na Caramona.
- Brak nam pieniędzy. A robotę możemy wykonać. Poza tym, zdaje się, że zaistniały jeszcze bardziej osobiste powody – mrugnął do Maggie, która tylko uśmiechnęła się skromnie.
- A po co, jeśli mogę spytać – ciągnął dalej Yost – pieniądze magowi? Myślałem, że potrafią je tworzyć, ja wiem, z powietrza, czy jakoś tak.
- Nie robią tego. To tylko głupi mit, jak całowanie żaby i dostawanie brodawek – powiedział spokojnie Caramon udowadniając głęboką znajomość magii.
- Ropuchy – poprawiła cicho kucharka nawet nie podnosząc wzroku od pracy, czyli przesiewania mąki do wielkiej misy.
   Caramon spojrzał zaskoczony.
- Brodawek dostaje się od ropuchy – powtórzyła – I nie potrzebujemy tu żadnych magików.
- Nigdy ich tu nie było – zgodził się Yost – i żyło się nam wcale dobrze. Wiesz, to wygląda dziwnie – głos nagle mu stwardniał – nasze koty znikają a twój brat właśnie wtedy zmierza do miasta.
- Z tego, co słyszałem, to koty zaczęły znikać już parę tygodni temu. Mój brat i ja nie byliśmy wtedy nawet w pobliżu…
- Kiedyś tu był jeden czarodziej – wtrąciła pośpiesznie Maggie – Pamiętasz, Yost? Ten zwariowany, stary pustelnik, który mieszkał w jaskini w górach?
- A, ten – przypomniał sobie oberżysta – Prawie o nim zapomniałem. Nigdy nam się nie naprzykrzał. Podobno już umarł, wystraszony na śmierć przez duch, czy jakoś tak.
- Nikt nie ma pewności – dodała kucharka złowieszczo, koncentrując się na kruchych ciastkach.
- Cóż, to i tak bez znaczenia – Yost wzruszył ramionami i zakończył temat – Dziwiłem się tylko , dlaczego czarodziej chciałby nam pomagać, to wszystko.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#5 2018-03-15 21:24:03

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 642

Re: Bracia Majere

- Mój brat ma swoje własne powody – stwierdził krótko Caramon – Wiele rzeczy zrobił byle tylko pomóc zwykłym ludziom, takich na przykład jak ujawnienie fałszywego kapłana w Larnish.
- Larnish! – krzyknęła kucharka.
   Upuściła nawet torbę z mąką na stół posyłając w powietrze niewielką chmurkę.
- Słyszałaś o tym? – spytał Caramon.
- Mam tam rodzinę – odpowiedziała.
   Wojownik czekał, lecz kobieta już się nie odezwała.
- Cóż, powiedziałbym, że źle to wszystko wróży! Magowie! Tfu! – mruczał Yost i po chwili wyszedł z kuchni.
- Wiesz, mogę ci pomóc w wycieraniu – powiedział Caramon łapiąc ścierkę do wycierania i ustawiając się obok Maggie.
- Och nie, panie! To praca dla kobiet! Poza tym, możesz potłuc… - Maggie przerwała widząc, że Caramon już wyciera talerze, ito szybko i dokładnie.
- Moja matka sporo chorowała – powiedział cicho jakby chciał się wytłumaczyć – Mój brat i ja przywykliśmy do dbania o siebie. Raist zmywał naczynia i je wycierałem. To było zabawne. Nawet to lubiliśmy. Dużo gadaliśmy…
   Głos wojownika zamarł, jakby on sam właśnie sobie przypomniał szczęśliwsze czasy. Lecz Maggie właśnie się do niego uśmiechała a ten uśmiech rozświetlał kuchnię lepiej od świecącego za oknem słońca.
   Caramon wrócił do pokoju gdzie Raistlin i Earwig kończyli śniadanie
- Nie bardzo mi się podoba ta gra – powiedział poważnie Earwig.
- Hę? – wojownik wyglądał na oszołomionego.
- Nieważne – rzucił Raistlin – Gdzie byłeś?
- Och, po prostu spacerowałem. Dowiedziałem się paru rzeczy. Pomóc ci w pakowaniu, Raistlin?
   Caramon podszedł do brata dziobiącego widelcem mały kawałek chleba na talerzu i kilka kawałków owoców.
- Jestem spakowany.
   Raistlin wyglądał na nieobecnego, niezwykle wycofanego. Twarz miał szarą i ciemne obwódki wokół oczu.
- Zła noc? – spytał Caramon.
- Znowu ten sen – odparł krótko Raistlin.
   Odwrócił wzrok od brata i zaczął wyglądać przez okno.
- Ja też jestem spakowany!
   Earwig wpakował w usta potężny kawał ciasta kukurydzianego. Syrop spływał mu na talerz po napiętych policzkach. Wciąż jeszcze żując już głośno łykał mleko z dzbanka.
- Earwig, wyjdź na zewnątrz – kazał Caramon.
- Nie skończyłem!
- Skończyłeś. Raist, myślę, że powinienem…
- Wspaniała sugestia, bracie. Poczekaj razem z nim.
- Ale…
- Idź! – kazał mag zaciskając pięści.
   Wciąż patrzył w okno.
- Pewnie, Raist. Poczekamy na dole schodów. Przyjdź, jak już będziesz gotowy.
   Caramon złapał swój bagaż i brata i opuścił pokój. Earwig pociągnął ostatni łyk z dzbanka i też wyszedł.
   Raistlin usłyszał jak drzwi za plecami się zamykają. Ciepłe i ożywiające słońce świeciło przez okno. Powodowało, że skóra maga świeciła wewnętrznym złotem, które teraz wydawało się zdrowym, zwłaszcza w porównaniu do poprzedniego wieczoru. Sięgnął dłonią i dotknął Laski Magiusa. Dotyk drewna przyniósł trochę ulgi.
- Dlaczego nie mogę pamiętać? I dlaczego wściekam się przez taki pół sen, którego nawet nie pamiętam? Coś ważnego…
- Przepraszam, pani – odezwał się bojaźliwy głos osoby wyraźnie wystraszonej.
   Raistlin szybko się odwrócił. Nie słyszał otwierania drzwi.
- Czego chcesz? – spytał surowo widząc smukłą, ciemnowłosą kobietę stojącą w wejściu.
   Kobieta zbladła słysząc ostry ton, lecz zebrała się na odwagę i wykonała jeden, drżący krok do pokoju.
- Wybacz, panie, lecz rozmawiałam z twoim bratem i powiedział on, że to ty spowodowałeś upadek kapłana Larnish?
   Oczy maga ostro się zwęziły. Czyżby jakiś fanatyk religijny miał zamiar go tu zrugać?
- Był oszustem i szarlatanem. Trzeciorzędny iluzjonista – szepnął Raistlin.
   Obrócił się by stanąć twarzą do kobiety i zrzucił kaptur. Kobieta dostrzegła klepsydrowe oczy otoczone złotą skórą odbijającą poranne promienie słońca. Widok był co najmniej alarmujący, lecz się nie cofnęła.
- Ukradł pieniądze niwinnych ludzi w imieniu fałszywych bogów – ciągnął dalej Raistlin – Zrujnował niezliczonych ludzi. Tak, byłem odpowiedzialny za jego upadek. A teraz powtarzam, kobieto, czego ode mnie chcesz?
- Ja tylko… Ja po prostu przyszłam dziękować ci i wręczyć ci to – powiedziała kucharka podchodząc bliżej i dzierżąc coś w dłoni – Chodzi o mego syna, panie. Był jednym z tych co za nim poszli. Teraz jest znów w domu ze mną i dobrze nam się wiedzie.
   Kobieta złożyła podarunek na ręce maga.
- To amulet szczęścia – powiedziała wstydliwie.
   Raistlin uniósł przedmiot. Amulet zaiskrzył i błyszczał. Był gładki i nawleczony na łańcuszek. Był też bardzo stary a kamienie w nim zawarte miały swą wartość. Rozpoznał to, jako cenioną własność, taką co można sprzedać w czarnej godzinie, lecz jednak trzyma się ją przez pamięć kogoś, kogo się kochało, choć on już dawno odszedł.
- Muszę wracać do pracy – powiedziała kucharka i zaczęła się wycofywać – Chciałam tylko po…
   Raistlin wyciągnął wychudzoną na szkielet rękę i przytrzymał ramię kobiety. Skuliła się i lekko cofnęła.
- Dzięki ci, pani – powiedział miękko – Obdarowałaś mnie cudownym amuletem. Zawsze będę go chronił.
   Twarz kobiety rozjaśniła się radością. Skłoniła się nisko i nieśmiało ucałowała rękę maga. Zadrżała przy tym dotykając skóry nadto gorącej. Mag puścił jej ramię a ona szybko uciekła z pokoju.
   Osamotniony ponownie Raistlin starał się przywołać z pamięci sen, lecz nie mógł go uchwycić. Westchnął, wcisnął talizman do jednej z sakiewek po czym, mocno opierając się na lasce, podciągnął się do pionu. Rzucił jeszcze okiem na widok za oknem. Ujrzał ponownie, jak na tle zielonej trawy błyszczy dziwna, biała linia. I wiedzie na północ, do Mereklar.
   Raistlin wyszedł z gospody. Złote pazury laski błysnęły w promieniach słońca a blado błękitna kula jakby absorbowała świt i przekształcała jego światło we własne.
- Gdzie jest Caramon? – spytał Earwiga, który siedział przygarbiony na bagażach.
- Kazał mi zostać i poczekać na niego, ale to strasznie nudne. Moglibyśmy już pójść?
- Gdzie… - zaczął jeszcze raz Raistlin.
- Och, poszedł za róg tego budynku jakąś minutę temu – wskazał kender.
   Raistli popatrzył po bagażach, które już całą pewnością zostały przejrzane i zastanawiał się, jak wiele ich własności znalazło drogę do sakiewek Earwiga. Caramon był czasem takim głupcem.
   Z ponurą, pobrużdżoną ciemnymi liniami twarzą, mag obszedł naroże budynku gospody. Znalazł brata trzymającego w objęciach jedną z kelnerek. Potężne ramiona wojownika obejmowały znacznie mniejszą dziewczynę.
   Raistli patrzył nieobecnym wzrokiem. Lekki wiaterek powoli poruszał jego szatą i był to jedyny ruch w całej okolicy. Oddechu nie słychać a z ust nie padł żaden dźwięk. Wezbrały w magu uczucia, których źródło musiał na zawsze zapieczętować, jeśli zamierzał osiągnąć prawdziwą moc. Stał tylko i patrzył a żar gorzał w piersi. Po chwili jednak chłód wnętrza duszy zgasił powstałe, wszechogarniające ciepło. Mimo potężnego wysiłku woli coś zmuszało go by stał i patrzył aż wreszcie nie mógł już tego znieść.
- Chodź, Caramon! Nie mamy czasu na twoje kolejne, małe podboje! – syknął czarodziej.
   Z rozbawieniem patrzył, jak oboje podskoczyli a dziewczyna zaczerwieniła się ze wstydu. Odeszła szybko w stronę drzwi gospody.
- Muszę już iść – powiedział Caramon, wyraźnie powściągając własne chętki.
- Pewnie – szepnęła Maggie odsuwając z czoła potargane włosy – Masz. Chcę, żebyś to miał przy sobie – wcisnęła coś w rozcięcie koszuli mężczyzny – To tyko amulet. Żebyś mnie pamiętał i żebyś miał szczęście w podróży.
- Nigdy cię nie zapomnę! – przyrzekł Caramon.
   Przyrzekał tak już setki razy, setkom kobiet i zawsze robił to szczerze, całym sercem i duszą.
- Och, dajże spokój – odparła Mggi dając mu lekkiego klapsa.
   Westchnęła, oparła się o drzewo, przymknęła lekko oczy i patrzyła jak wojownik podąża za magiem. Towarzysze ruszyli w drogę idąc przez jakiś czas w kompletnej ciszy – mag usiłował pozbyć się irytacji a wojownik pozwalał bliźniakowi ochłonąć. Na całe szczęście Earwig pognał do przodu, żeby „wszystko sprawdzić”.
   Droga była pusta, lecz też wyraźne były dowody, że ktoś nią galopował nie więcej jak parę godzin temu. Podkowy były odbite w błocie na sporą głębokość, były też bardzo wyraźne.
   Raistlin przyglądał się śladom końskich kopyt i zastanawiał się jakiż to pośpiech kazał jeźdźcowi tak męczyć zwierzę. Powodów mogło być sporo. Po zastanowieniu mag doszedł do intuicyjnego raczej przekonania, że wiąże się to z ich osobami. W Raistlinie narastała niepewność. Odnosił mocne wrażenie, że miast maszerować stronę Mereklar, powinni raczej pośpiesznie się od niego oddalić. Zatrzymał się.
- Caramon. Co to jest? – Raistlin wskazał laską w stronę śladu znajdującego się w błotnistej drodze.
   Caramon cofnął się i uważnie popatrzył.
- Ten trop?
   Wojownik przyklęknął i zmarszczył brew w wyrazie koncentracji.
- Nie jestem pewien, Raist – oparł wstając i ostrożnie mówił dalej – Nie jestem wielkim tropicielem. Tutaj najlepszy byłby jeden z tych barbarzyńców z Que-Shu…
- Caramon. Jakie zwierzę zostawiło ten ślad?
   Wojownik wyglądał na bardzo zakłopotanego.
- Cóż, gdybym musiał…
- Musisz.
- Przypuszczam tylko… kot.
- Kot? – brwi Raistlina się mocno zmarszczyły.
- Bardzo… duży… kot – wyjąkał Caramon.
- Dziękuję , bracie – Raistlin poszedł spokojnie dalej.
   Caramon poszedł w jego ślady. Westchnął z potężną ulgą, że humor brata bliźniaka tak wyraźnie się poprawił. Wojownik wydostał z kieszeni niewielkie, płócienne zawiniątko. Podniósł je do nosa, powąchał i z uśmiechem powitał słodki zapach przypraw. Zawiniątko było udekorowane cekinami naszytymi delikatną rączką. Z czubka zawiniątka zwisała luźna wstążka, żółta wstążka wykonana z włosów dziewczyny.
- Co to jest? – spytał chłodno Raistlin.
- Prezent. Ma podobno przynosić szczęście!
   Caramon podniósł amulet za wstążkę i kręcąc nim w powietrzu popatrywał z uśmiechem, jak cekiny odbijają poranne słońce. Mag włożył rękę do kieszeni i palcami dotknął podarunku otrzymanego dzisiejszego poranka.
- Jesteś doprawdy zabobonnym głupcem, bracie! – powiedział prychając wzgardliwie.

Rozdział 8

   Była już noc, gdy zbliżyli się do Mereklar. Białe mury miejskie błyszczały złowieszczo w srebrnym świetle księżyca. Płaskorzeźby na murach – wyryte sceny z historii Krynnu, ogromne płaskorzeźby, błyszczały jak aktorzy zamarznięci w lodzie – rzucały dziwne, ruchome cienie na otaczające pola.
   Earwig był zafascynowany. Nigdy jeszcze, w żadnej ze swych wielu wędrówek, nie widział niczego równie wspaniałego. Uwielbiał historie i opowiadania. Teraz zaś miał przed sobą każdą z nich, tuż przed oczami. Dłońmi wodził po murach, szedł powoli i obserwował w zdumieniu.
- Tutaj to Huma i Srebrny Smok – powiedział wskazując na bohatera i jego tragiczną miłość, oddane w rzeźbie w sposób tak subtelny, delikatny i w doskonałych proporcjach.
- tej jednak nie rozpoznaję. O, i tej też nie. A ten mężczyzna to czarodziej. Prawda, Raistlin? Zupełnie jak ty. Hej, to przecież ty! Popatrz, Raistlin, tutaj walczysz z innym czarodziejem, z sobą – prawdziwym, stary magiem. A ten wojownik to przecież wygląda zupełnie jak ty, Caramon. Ten na arenie, walczący z Minotaurem. A ten… usta Earwiga zamarły, szczęka opadła… przysiągłbym, że Kuzyn Tas! Tutaj! Rozmawia z pięciogłowym smokiem! Raistlin, popatrz tylko, no popatrz!
- Nonsens!
   Mag walczył o oddech. Prawie nie patrzył na mury. Siły opuszczały go bardzo szybko. Działo się tak zawsze, gdy tylko zbliżała się noc. Od kilku już mil opierał się mocno na potężnym ramieniu brata.
- Pośpiesz się, Earwig! – cisnął Caramon.
   Konicznie chciał jak najszybciej doprowadzić brata do miejsca, gdzie ten mógłby odpocząć.
- Idę, idę – mruczał kender powłócząc powoli nogami – Zastanawia mnie, dlaczego ta część muru jest pusta… Wiem! Założę się, że oni czekają… czekają na wielkie zdarzenia, żeby je tu zapisać! A może nawet – tu westchnął jakby był w ekstazie – może nawet kiedyś i ja tu się znajdę!
   Każde posunięcie palcami po gładkiej płycie kamienia posyłało mu dreszcz emocji przez ramię aż do kręgosłupa. Prawie, że już widział. Widział siebie unieśmiertelnionego w kamieniu, dołączającego do sław i bohaterów Krynnu.
- Earwig! – zawołał zdenerwowany Caramon.
    Kender przestał, zatrzymał się i spojrzał wstecz na mur. Czarodziej zdecydowanie przypominał Raistlina. Jakim jednak cudem mógł mag być tu i teraz a jednak być tutaj również w dalekiej przezłości? Trzeba zapamiętać, żeby zapytać.
- Kender! – Caramon wrzeszczał z całych sił – Albo idziesz, albo cię tu zostawiam!
   Earwig przyśpieszył kroku, by ich dogonić. Mógłby nawet, w tym cudownym mieście, dostać szansę zostania bohaterem i uzyskania własnego obrazu na murze. Wyobrażając już sobie odpowiednie przygody kompletnie zapomniał zapytać Raistlina, jakim cudem mógł on być panem teraźniejszości i przeszłości.
- Zaczekaj chwilę, Caramon! – Raistlin zacisnął pięść na piersi – Pozwól… złapię oddech.
- Pewnie, Raist.
   Caramon przystanął. Raistli, ciężko wsparty na lasce, stał przed miejskim murem. Na szczęście nie miał kaszlu. Wojownik spojrzał uważniej i dostrzegł, że jego brat patrzy w ziemię, patrzy bardzo uważnie i z pełną koncentracją. Twarz Raistlina skrywał czerwony kaptur zasłaniający ją przed srebrnym światłem księżyca.
   Wojownik znowu doświadczył uczucia, jakie często towarzyszyło mu w pobliżu brata. Pewność, że nikt na świecie nie zdoła wedrzeć się w myśli młodego maga; że żadna siła na świecie nie zdoła pozbawić Raistlina jego ambicji i celów. Caramon często zastanawiał się, z dużym zreszta zakłopotaniem, jakie to mogą być ambicje i cele.
   Raistlin popatrzył na brata. Światło czerwonego księżyca wypełniło kaptur maga powodując, że jego złota skóra nabrała odcienia ognia – ognisko wewnętrznej siły, nieposkromionej, nienasyconej siły.  Klepsydrowe oczy wypełniała purpura nie skażona srebrną poświatą drugiego księżyca. Caramon patrzył i zastanawiał się, czy ta zjawa to naprawdę jego brat bliźniak. Rasistli, świadomy w pełni zdenerwowania brata, lekko się uśmiechnął.
- Nie wchodzimy do środka? – Earwig patrzył zaniepokojony.
   Caramon nagle krzyknął.
- Nie! – obrócił się i poszedł prosto do gospody.
   Z intuicyjną pewnością wyczuwał, że Raistlin wierzy iż wielkie niebezpieczeństwo chycha tuż, tuż. To odczuwanie czyniło ich bliźniakami w stopniu bardziej duchowym, niż fizycznym. Wielkie niebezpieczeństwo… lecz i wielka nagroda.
- No nie! Przecież to ty kazałeś mi się pośpieszyć! – piskliwym i zbyt przenikliwym jak na nocną porę  głosem naciskał Earwig.
- Magia – mruczał pod nosem Caramon – Zaryzykuje dla nie własne życie!
   A w ciszy dodał: i moje też.
   Raistlin wyciągnął przed siebie lewe ramię wskazując w stronę otwartej bramy Mereklar. Prawą dłonią ściskał Laskę Magnusa, czarną kreskę w czerwonym i srebrnym świetle księżyców.
- Nie powinniśmy już wejść, bracie?
   Wielka brama wiodąca do Merklar była dość duża by pięć wierzchowców nią wjechało jadąc jeden obok drugiego. A na skrzydłach zmieściłyby się jeszcze ze trzy. Była podnoszona i opuszczana niewidocznym z zewnątrz mechanizmem, skrytym gdzieś głęboko w murach. W każdym razie nie widać było ani łańcuchów, ani lin. Przesuwała się w naciętych po bokach głębokich rowach. Dzięki nim poruszała się gładko i bezgłośnie. Choć miasto było bardzo stare to jednak żelazne sztaby opuszczanej kraty nie nosiły znamion wieku. Zanjdowały się na nich jakieś metalowe płyty, najwidoczniej dodatkowe zdobienia. Na każdej z tych płyt wyobrażono wizerunek kota.
   Mury miejskie miały pięć stóp grubości, były doskonale gładkie i czyste od pleśni czy porostów. Nawet gniazda bramy, wycięte w portalu i powale były doskonale gładkie. Nawet najmniejszy odpryska skalny nie pozostawił szramy  na powierzchni bliskiej prowadnic, a każdy kto kiedykolwiek widział bramy zamkowe wiedział, że kamień w tym miejscu najszybciej ulega uszkodzeniom. Towarzysze weszli prosto w otwartą bramą. Caramon oceniał walory obronne miasta okiem żołnierza. Earwig po prostu podziwiał ogrom bramy i murów. Raistlin widział jedynie linię mocy, połyskujący pas u swych stóp, prowadzącą prosto do miasta.
- Stać! – zawołał przenikliwy głos.
   Z budynku straży wyszedł żołnierz i gestem przywołał pozostałą piątkę. Siedzieli gdzieś poza zasięgiem wzroku wygodnie rozparci w krzesłach i wdychający chłodne powietrze nocy. Teraz gwałtownie gnali do szyku dzierżąc potężne glewie. Ciała poruszały się w przesadnym rozkołysie na lewo i prawo równoważąc ciężar potężnej broni.
   Blixniaki i kender stali spokojnie. Caramon stał z przodu z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Zza pleców wystawała rękojeść miecz a u boku zwisał pałasz. Raistli, wyraźnie wymęczony, ciężko wspierał się na lasce. Earwig wystąpił do przodu i uprzejmie wyciągnął dłoń na powitanie.
- Hej! Uwielbiam wasze mury miejskie!
   Caramon złapał go za kołnierz i odciągnął wstecz.
- Ja będę gadał!
   Żołnierz, który kazał im się zatrzymać był wysokim, szczupłym mężczyzną o gromnych dłoniach. Dystynkcje na niebieskim mundurze wskazywały, że jest sierżantem.
- Zgodnie z prawem, muszę wypytać każdego obcego, który chce wejść do miasta.
- Pewnie, rozumie się, Sierżancie – powiedział Caramon z przyjacielskim uśmiechem.
- Wasze imiona?
- Caramon Majere. Raistlin Majere – powiedział Caramon wskazując siebie i brata.
- A ten – tu poklepał kendera po ramieniu – to Earwig.
- Earwig. A nazwisko?
- Ee, po prostu Earwig.
- Nie, nie po prostu Earwig! – krzyknął oburzony kender kompletnie ignorując wysiłki wojownika zmierzające do uciszenia go – Nazywam się Earwig Lockpicker.
   Caramon tylko cicho warknął, przecież „lockpicker” we wspólnym oznacza tego, komu żaden zamek się nie oprze.
- Lockpicker? – sierżant opatrzył groźnie – Tak się zastanawiam, co może takie przezwisko oznaczać?
- Och, jeśli cię interesuje to zaraz ci wyjaśnię – żwawo zaoferował Earwig – Widzisz, kiedy pierwszy kender zamieszkał w Kenderówku, mój pra- pra- pra- pra- pra- pra- pradziadek… to znaczy tak sądzę, wiem, że to był jakiś pradziadek tylko nie iwem czy dość tych pra-. Może nawet to był pra- pra- pra- pra- pra- pra- pra- pradziadek, który…
- To tylko nazwisko, panie oficerze, i poza oznaczeniem ich plemienia nie posiada znaczenia – powiedział Raistlin gładko przecinając recytację Earwiga dotyczącą genealogii rodziny – Między kenderami jest całkiem zwykłe.
- Zwykłe? Wcale nie jest zwykłe… - zawołał Earwig, lecz wielka dłoń Caramona szybko go zakneblowała.
- Widzać, że wiesz o nich sporo, panie. Dużo masz Konderskich przyjaciół?
   Podejrzliwe oko sierżanta spoczęło na sylwetce maga, który stał teraz nieruchomo za swym bratem.
- O dwóch z dużo – kwaśno odparł raistlin.
   Nagle dopadł go kaszel tak potężny, że omal nie padł na ziemię. Caramon natychmiast skoczył na pomoc.
- Słuchaj – gniewnie powiedział wielki wojownik – Odpowiedzieliśmy na wszystkie pytania, sierżancie. Teraz daj nam przejść. Nie widzisz, że mój brat jest chory?
- To widzę. I to mi się nie podoba. Słyszeliśmy tu o zarazie za naszymi murami – powiedział coraz to bardziej nachmurzony sierżant – Chyba będzie leiej jeśli wasza trójka wróci tam, skąd tu przyszła.
- Nie niosę zarazy – powiedział Raistlin oddychając już troszkę lżej i stając prosto – I zamierzamy wejść do miasta.
   Mag wsunął dłoń w fałdy obszernej szaty. Palce prześlizgnęły się pomiędzy prostymi zapinkami dzierżącymi przednie poły.
- Nawet gdybyśmy mieli przejść przez was – rzekł ponuro Caramon i stanął obok brata z dobytym już mieczem.
- Zatrzymać ich! – wrzasnął sierżant.
   Żołnierze niechętnie obniżyli broń, strasząc towarzyszy szerokimi ostrzami glewii. Chociaż żaden nie próbował powstrzymać maga. Żaden nawet nie chciał się doń zbliżyć.
- No, chodźcie! – wołał Earwig wywijając hopakiem, który już zaczął wydaać charakterystyczny świst – Możecie nawet wszyscy na raz!
- Zaczekać, sierżancie! – zawołał jakiś głos.
Cienia wyszedł mężczyzna, który dotąd stał w ukryciu. Sierżant, dotąd groźnie spoglądający na towarzyszy, wystąpił krok do przdu. Dwójka mężczyzn porozmawiała krótko i sierżant po chwili skinął głową. Wrócił wyraźnie rozluźniony a jego ludzie rozpłynęli się w cieniu.
- Proszę wybaczyć moją podejrzliwość, panowie – powiedział sierżant z ukłonem – Sami rozumiecie; trudne czasy. W naszym mieście jesteście mile widziani.
- Doprawdy? – zdziwił się Caramon.
- Tak. Pokoje dla panów są już zamówione w Barnstoke Hall.
- Skąd ktokolwiek mógł się dowiedzieć, że nadcho… - zaczął Caramon, lecz ucichł szybko czując na ramieniu nacisk dłoni brata.
   Sierżant wręczył Caramonowi ozdobny pojemnik ze zwojem.
- Proszę. To dla was.
   Caramon wręczył pojemnik bratu a ten schował go w fałdach szaty.
- Jak możemy trafić do domu Radczyni Shavas? – dopytywał Raistlin.
- Dom Radczyni Shavas znajduje się w samym środku miasta. Po prostu idźcie jakąkolwiek główną ulicą. Wszystkie tam prowadzą. Pensjonat Barnstoke Hall jest na takiej drodze, to niedaleko stąd.
   Raistlina znów złapał kaszel. Caramon natychmiast wsparł go ramieniem.
- Dzięki, sierżancie. Pójdziemy już – powiedział.
   Powoli poszli ulicą. Za nimi pozostali strażnicy potrząsający głowami i mruczący jakieś przekleństwa pod nosem.
   Zaabsorbowani rozmową na temat przybycia czarodzieja strażnicy nawet nie dostrzegli ciemnej sylwetki na białych murach Mereklar. Ubrana na czarno postać, bez użycia lin czy innych narzędzi, wspinała się z łatwością po murze znajdując oparcie dla stóp i uchwyt dla rąk na powierzchni płaskorzeźb. Postać wspięła się do szczytu muru po czym lekko zeskoczyła lądując na czworakach na poziomie ulicy. Po chwili, wciąż trzymając się cienia, postać minęła strażników i oddaliła się ulicą. Utrzymywała wciąż kontakt wzrokowy z wędrującymi towarzyszami.
- Skąd u diabła mogli w Meleklar wiedzieć, że tu idziemy? – dopytywał barata Caramon, gdy już minął atak kaszlu.
- Ten mężczyzna co stał w cieniu – szepnął Raistlin – Był w gospodzie wtedy gdy i my tam byliśmy. Pamiętasz te ślady podków na szlaku?
- To jego? – Caramon rozejrzał się dokoła – Może powinienem tam wrócić i…
- Nie! Nie powinieneś - - cisnął przez zęby Raistlin – Słabnę z każdą chwilą. Chcesz mnie tu zostawić, żebym zdechł w błocie?
- Nie, Raist. Oczywiście, że nie – cierpliwie odpowiedział Caramon i dalej pomagał bratu w marszu cichą, nocną ulicą.
   Każdy mijany budynek był zbudowany z tego samego, białego kamienia. Każda ulica miała doskonały, gładki, biały bruk. Właściwie to całe miasto wyglądało jakby wyrzeźbione z jednego kawałka skały.
- Flint pokochałby to miejsce – mruknął Caramon.
- Hej! Popatrzcie tutaj! – krzyknął Earwig wskazując palcem.
   Drobiny światła unosiły się nad ziemią niczym wodą bulgocząca w garnku. Po kilku chwilach światło wzniosło się w powietrze ponad trotuary i uice, zalało je promiennym blaskiem, które wprost oświetlało dalszą drogę nocnym wędrowcom.
   Dzisiejszej nocy jednak świciło na darmo. W pobliżu nie było nikogo co Caramon uznał za dziwny fakt, bowiem wcale nie było jeszcze tak późno. Popatrywał ciągle w zacienione zaułki i ostro patrzył w ciemną bramę którą już przeszli. Ostrooki kender zauważył zdenerwowanie wojownika.
- Myślisz, że ktoś tu moża na nas wyskoczyć – spytał podniecony – Jesteś mi winien bójkę, no wiesz, od czasu jak pozwoliłeś mi przespać…
- Cicho bądź, kenderze! – warknął Raistlin.
- Raist – szepnął Caramon rozglądając się wokół – Ktoś próbował nas powstrzymać przed przybyciem do Mereklar. Dlaczego nie spróbował znowu?
   Mag ciężko kiwnął głową.
- Dobre pytanie, bracie. Ppatrz może na to z takiej strony. Tamtej nocy nikt nie miał pojęcie, że idziemy do Mereklar, poza zabójcą oczywiście. Możemy przypuszczać, jak sądzę, że ktoś dostrzegł jak zdejmujesz kartkę ze słupa na skrzyżowaniu. Gdybyśmy zginęli tamtej nocy…
   Mag ciężko walczył o oddech. Rozkaszlał się. Po chwili odzyskał głos i kontynuował.
- Gdybyśmy zginęli tamtej nocy to nikt by się o tym nie dowedział i nikogo by to nie obeszło. Kiedy jednak dotarliśmy do gospody to nie czyniliśmy żadnej tajemnicy ze swego celu podróży. Ludzie już wiedzieli, że idziemy i gdzie idziemy. Gdyby wtedy coś nam się stało, to zawsze mogłyby powstać pytania. Ludzie by się tym zaciekawili.
- To prawda – rzekła Caramon patrząc z podziwem na brata – Myślisz, że teraz jesteśmy już bezpieczni?
   Raistlin popatrzył na białą linię jak wciąż połyskiwała u jego stóp. Była bardzo jasna. Widział ją teraz wyraźnie, nawet nie potrzebował kropel wina w oku.
- Nie, Caramonie – odpowiedział – Nie przypuszczam…
   Ciało Raistlina przeszył spazm bólu. Przez całe jestestwo przelaciąl dreszcz agonii przypominający tysiące ognistych strzałek. Kłęby światła opuściły ulicę i rozpoczęły taniec w jego wizjach. Zwinął się wpół skręcony bólem w groteskową postać. Z płuc wyparło mu cały oddech, nie starczyło nawet powietrza na chrapliwy krzyk cierpienia. Raistlin padł nieprzytomny. Laska zadźwięczała na ulicy. Wojownik podniósł brata mocarnymi ramionami i dziko rozejrzał się wokół w poszukiwaniu pomocy. Sylwetka maga przypominała szmcianą lalkę.
- Tam jest gospoda! – krzyknął Earwig – Ale jest całkiem ciemna!
- Widać ludzie się kładą o zachodzie słońca! Idź po pomoc! – rozkazał Caramon.
   Kender pognał ulicą i dopadł drzwi Barnstoke Hall. Zaczął w nie walić i krzyczeć na całe gardło.
- Pomocy! Pożar! Złodzieje! Człowiek za burtą!
   Wrzeszczał co sił w płucach usiłując przypomnieć sobie co bardziej alarmujące zawołania. Zapłonęły światła. W oknach na parterze ukazały się głowy.
- O co chodzi? – zagrzmiał mężczyzna w szlafmycy stojący na balkonie pierwszego piętra.
- Otwórzcie! – krzyknął Caramon.
- Za późno dziś. Już zamknięte na noc. Przyjdźcie rankiem…
   Usta Caramona ponuro się zacisnęły. Mocno ujął nieruchome i jakbuy martwe ciało brata po czym kopnął drzwi pensjonatu. Drzazgi poleciały, lecz drzwi jeszcze wytrzymały. Caramon kopnął po raz drugi. Rozległ się potworny trzask i drzwi tym razem runęły. Mężczyzna na balkonie krzyknął coś gniewnie i zniknął we wnętrzu.
   Caramon przekroczył leżace szczątki. Rozejrzał się we wnętrzu i wypatrzył sofę. Delikatnie ułożył na niej brata. Pakunek ze zwojem wysunął się z rękawa aistlina i potoczył się po podłodze. Caramon nie zwrócił nań uwagi. Twarz brata była wynędzniała a wargi sine. Oddech Raistlina jakby ustał.
- Zawołam straże! – wrzeszczał ze schodów właściciel pensjonatu zaciskając ze złości pięści – Zapłacicie za…
   Caramon cisnął mu jedno spojrzenie.
- Gorące wody! – rozkazał – Szybko!
   Oberżysta aż się zachłystnął z wściekłości, lecz jego wzrok padł nagle na opakowanie porzuconego zwoju. Pobledł nagle.
- No? I co tak wszyscy sterczycie? – krzyczał na  zaspaną służbę – Nie słyszycie gentlemana? Gorącej wody! I nie marudzić!
   Służąca pognała do kuchni wróciła po chwili z dzbankiem wrzątku, jakiego zazwyczaj używa się do porannej herbaty. Caramon nalał parującej wody do filiżanki i potrząsnął zawartością jednej z sakiewek Raistlina. Zioła i kawałki kory wpadły do wody i zaczęły bulgotać. Caramon ostrożnie podniósł nieprzytomnego Raistlina i uniósł wywar do jego ust. Opary wpłynęły dp nosa i ust maga. Oddech Raistlina powrócił, lecz sam czarodziej pozostawał nieprzytomny. Caramon ciężko westchnął. Otarł spocone czoło wierzchem dłoni i delikatnie podniósł brata.
- Wasze pokoje są już gotowe, panie – pwiedział oberżysta – Tędy proszę. Pokażę je osobiście.
- Przepraszam za drzwi – mruknął Caramon.
- Och, proszę się tym nie przejmować – lekko odparł oberżysta, zupełnie jakby wymieniał takie drzwi co dzień – czy będziecie jeszcze czegoś potrzebować? Jedzenie? Coś do picia?
   Cała procesja wężykiem wspinała się po schodach. Earwig tymczasem, chwilowo całkiem zapomniany, ruszył za nimi, lecz nagle coś sobie przypomniał.
- Laska Raistlina! Zostawił ją na ulicy! Z pewnością chce, żebym ją przyniósł!
   Kender obrócił się na pięcie i pognał na zewnątrz. Na środku ulicy leżała spokojnie laska maga. Earwig spoglądał na nią w zachwycie. Kryształowa kula, mocno trzymana przez smocze pazury, wyglądała na ciemną i tak pozbawioną życia jak jej właściciel.
- Może uda mi się nią poświecić – mruknął kender i drżącą ręką złapał laskę.
   Ze wszystkich interesujących rzeczy jakie mu się w życiu przytrafiły ta chwila będzie najcudowniejsza. Oto dzierży laskę maga…
- Hej! – zawołał rozłoszczony – Co się…?
   Kender spoglądał dokoła we wszystkich kierunkach na raz.
   Laska zniknęła.
- Ups! – powiedział Earwig Lockpicker.

Rozdział 9

   Caramon pilnował Raistlina przez całą noc, nie odstąpił nawet na krok, nie poruszył się i odwrócił wzroku od nieruchomej postaci maga. Obserwował ały czas równomierne wznoszenie się i opadania oddychającej piersi brata. W tak złym stanie wojownik widział Raistlina tylko raz; gdy ścigał ich w lesie kapłan ludu Larnish. Mag wtedy stracił większość sił na odpieranie ataków włóczni i strzał podtrzymując tarczę, jakiej nie mogły pociski przebić. Chronił ich obu tak długo, aż wreszcie znaleźli schronienie w ukrytej jaskini.
   Caramon wtedy odszedł zatrzeć ich ślady przed ścigającymi a gdy wrócił ujrzał swego brata.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#6 2018-03-31 16:41:24

DeepHeat

Giermek

Zarejestrowany: 2018-03-31
Posty: 12

Re: Bracia Majere

Wiedz, że wciąz są ludzie, którzy z niecierpliwością czekają na dalszy ciąg i doceniają Twoją ciężką pracę.
Nie poddawaj się! Czekam na dalszy ciąg.

Offline

 

#7 2018-04-01 21:46:08

 Chainekken

Giermek

Skąd: Lublin
Zarejestrowany: 2014-11-11
Posty: 36

Re: Bracia Majere

Mogę tylko potwierdzić na każdy kolejny fragment wyczekuję jak na ulubiony serial

Offline

 

#8 2018-04-02 19:40:38

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 642

Re: Bracia Majere

Miałem troszkę problemów rodzinnych (choroby, agonie, jeden pogrzeb), lecz obiecuję, że dalej robotę poprowadzę. Przynajmniej cykl Preludiów MUSZĘ skończyć. A potem... kto wie.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#9 2018-04-05 14:00:48

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 642

Re: Bracia Majere

Leżał oparty o ścianę, Głowę miał odchyloną pod dziwacznym kątem. Oczy wywrócone białkami na zewnątrz. Po kilku jednak momentach Raistlin doszedł do siebie i zaczął działać jakby nic się nie przydarzyło. Caramon jednak zdawał sobie sprawę, że brat wyczerpał własne siły ponad wszelkie granice swej nieugiętej woli.
   Tej nocy Raistlin się jednak nie budził. I to pomimo faktu, że Caramon zadziałał na czas i tak, jak trzeba wmusił wdech oparów ziół prosto do płuc maga.
- Dzieje się coś, czego nie rozumiem – mruknął wojownik.
   Caramon popatrzył na nieruchomą postać wciąż spoczywającą na łóżku. Delikatnym ruchem odgarnął długie, białe włosy z twarzy maga. Zobaczył wręcz metaliczną maskę nie zdradzającą żadnych uczuć ani myśli, jakie się za nią kryją. Raistlina wciąż jeszcze spowijały purpurowe szaty a ich czerwień skrywała słabość ciała.
   Siedząc wciąż na wielkim, pluszowym fotelu, Caramon pozwolił sobie na przymknięcie oczu i przeciągnięcie wielkiego cielska. Był zmęczony, lecz nie miał najmniejszego zamiaru pozwolić sobie na zaśnięcie podczas gdy jego bliźniak był w mocy jakiejś dziwnej choroby.
   Oliwne lampki płonące w czterech narożach pokoju, opuszczone na srebrnych łańcuszkach ze sklepienia, tworzyły stałą, biało żółtą iluminację. Idąc od jednej do drugiej Caramon gasił je po kolei aż wreszcie mrok spowił cały pokój. Zgasiwszy ostatnią odwrócił się w stronę czarodzieja i aż wstrzymał oddech ze zdumienia. Ciało Raistlina okryte było jasno błękitnym blaskiem, aurą, która poruszała się i niemal tańczyła wokół złotej skóry maga. Krótkie błyskawice pobłyskiwały pomiędzy jego palcami.
- Raist! – szepnął zdumiony Caramon – Co się dzieje? Błagam, powiedz! Nigdy czegoś takiego nie widziałem! Jestem przerażony! Raist! Proszę!
   Brat jednak odpowiedzieć nie mógł.
- To się nie dzieje. To jakieś złudzenie oczu bo jestem niewyspany – Caramon przecierał oczy lecz blask wokół Raistina pozostawał.
   Biegnąc w stronę łóżka wojownik wyobrażał sobie, że aura wokół brata robi się coraz jaśniejsze w miarę jak on się doń zbliża. Niepewną ręką sięgnął i dotknął ramienia Raistlina. Świetlne linie wokół ręki maga wyciągnęły się w jego stronę jakby na ślepo wyczuwały jeszcze jedną obecność.
   Caramon szybko się wycofał. Nie miał ochoty na żaden kontakt z mocą, która teraz otaczała ciało czarodzieja.
- Mogę zrobić teraz jedną z dwóch rzezy – gadał do siebie Earwig stojąc na środku pustej ulicy – Mogę wrócić do Raistlina i powiedzieć, że zgubiłem jego laskę…
   Kender przerwał i zaczął sobie wyobrażać ciąg dalszy. Raistlin nie będzie zadowolony. Najpewniej też zrobi kenderowi coś niesamowicie interesującego, lecz Earwig nie był przekonany, czy chce spędzić resztę życia jako, na przykład, ślimak.
- Lub też – powiedział do siebie – Mogę pójść i odszukać laskę, a gdy mu ją przyniosę to będzie wdzięczny do końca życia.
   To już brzmiało dużo lepiej. Earwig zawrócił do gospody z zamiarem zabrania kolekcji sakiewek i swego hopaka. Miał jednak pecha bowiem jeden ze służących został postawiony na miejscu zrujnowanych drzwi i miał za zadanie ochronę gospody przed niechcianymi intruzami. Kendera zatrzymał natychmiast.
- Ależ ja jestem razem z Caramonem i Raistlinem Majere! Jestem Earwig Lockpicker! – oburzał się kender przejęty najwidoczniej własną ważnością.
- Tak, to jeden z nich – potwierdził oberżysta schodzący pośpiesznie po schodach – Radna Shavas kazała zapewnić im wszelkie wygody i zaopatrzyć we wszystko. Lecz – powiedział kiwając palcem w stronę kendera – Musicie pozostać w pokojach i nie włóczyć się po mieście! Chodź tędy.
   No i zanim jeszcze zaskoczony kender zdążył zaprotestować to już oberżysta wciągnął go po schodach, wprowadził do pokoju po czy zamknął za sobą drzwi na klucz.
- Cóż – powiedział głośno Earwig po czym usiadł i zaczął roztrząsać problem – To oczywiście miłe, że tak się przejmują moim wypoczynkiem, lecz przecież nie mają pojęcia jak ważna misja stoi przede mną. Nie mam ochoty ranić ich uczuć, oczywiście, zwłaszcza po tym jak zadali sobie ze mną tyle trudu. Och, po prostu poczekam aż pójdą spać i wtedy się wyślizgnę.
   Gdy tylko ucichły kroki oberżysty i wszystko wokół zamarło Earwig podszedł do drzwi. Oparł o framugę swój hoopak i wydobył skórzaną sakiewkę wielkości ludzkiej pięści. W jej środku był cały pęczek narzędzi o drewnianych rączkach i metalowych czubkach powyginanych pod różnymi kątami i uformowanych w różne kształty. Delikatnymi poruszeniami palców uważnie badał narzędzia a jednocześnie przyglądał się zamkowi. W końcu Earwig ujął instrument o czubku zakończonym w literę V i wsadził tenże w zamek. Po kilku chwilach powolnej, nieśpiesznej pracy dał się słyszeć z zamka cichy stuk mechanizmu. Drzwi były otwarte.
- Kiepski zamek. Powinni go jednak wymienić. Powiem im o tym rano.
   Przekradał się przez korytarz rozglądając się jednocześnie czy też nikt się nie obudził. Rzeczywiście, nikt.
   Zadowolony Earwig wrzucił narzędzie do sakiewki a samą sakiewkę schował do swego bagażu. Już miał zejść po schodach kiedy przypomniał sobie o dużym i niezbyt przyjaznym słudze siędzącym teraz przy drzwiach.
- Pewnie już zasnął. Nie należy mu przeszkadzać – powiedział do siebie i ruszył w przeciwnym kierunku.
   Zamknięte okno nie wymagało, ku wielkiemu rozczarowaniu Earwiga, używania żadnego z narzędzi. Wspiął się na zewnątrz, powoli zszedł po kracie i szczęśliwie wylądował na ulicy za gospodą.
   Barnstoke Hall stał w środku długiej alei domów i sklepów na Southgate Street. Była to jedna z trzech głównych arterii, każda o długości kilku mil, wiodących od bram do centrum Mereklar. Budynek był bardzo długi, okryty drewnianymi panelami o jasnych barwach zarówno na ścianach jaki na podłodze. Tylko sklepienie pozostawało nie przykryte odsłaniając biały budulec użyty do każdego budynku w mieście.
   Światła Mereklar rozjaśniały jaskrawo ulice miasta używając pewnie magii jako paliwa do lamp wyglądających na niewyczerpane. W jedną z nich wpatrywał się teraz Earwig. Wisiała nad nim, lecz była poza zasięgiem krótkich ramion kendera. Pomyślał nawet o użyciu linki jaką był przepasany, żeby złapać takie miniaturowe słońce dla siebie, lecz zdecydował się z tym jednak poczekać. Teraz miał bardzo ważną misję – odnalezienie laski Raistlina. Kender skręcił w prawo, zatrzymał się, popatrzył za siebie wyginając kark. Zminił zdanie, skręciłw lewo, lecz nagle znów się zaczął oglądać wstecz.
- Mhmm – mruknął – W którą stronę powinienem pójść? Pomyślmy. Gdybyn był laską czarodzieja to gdzie bym teraz był?
   Kender usiłował wyobrazić sobie samego siebie jako laskę. Okazało się to bardzo mało pomocne, niestety. Sięgnął do plecaka. Wydobył aksamitną sakiewkę, potrząsnął, zagrzechotała. Rozwiązał sznurek i ujrzał cały komplet gier; szklane kości do gry, szachy z kości słoniowej, kolorowe patyki – właściwie wszystko, czego używa się mając zręczność, szczęście lub szansę. Wpakował dłoń do sakiewki, troszkę pogrzebał rozsypując kości i pionki. W końcu wyciągnął niewielką, kwadratową deseczkę z metalową strzałką przygwożdżoną w samym środku.
   Na porozrzucane wokoło drobiazgi Earwig nie zwracał uwagi tylko usiadł na ziemi a ruchomą strzałkę umieścił na kamieniu przed swymi kolanami.
- No, to teraz popatrzmy, w którą stronę udała się laska – mruknął i popchnął strzałkę wskazującym palcem.
   Wstrzymał oddech a strzałka zaczęła się kręcić. Po chwili stanęła wskazując prosto na Barnstoke Hall.
- Ła! Ależ się pomyliłaś. Tam nie może być!
   Earwig zakręcił ponownie, lecz strzałka znów wskazała gospodę.
- Zepsułaś się?
   Kender ścisnął igłę i ją dość mocno wykrzywił. Odstawił tabliczkę z igłą na ziemię i znowu zakręcił. Wskazywała teraz dokładnie w samo serce miasta.
- Co za przypadek! Właśnie tam zamierzałem iść! – zawołał uradowany.
   Wsadził obrotową strzałkę do kieszeni torbiastych nogawic i pomaszerował na północ Southgate  Street dzierżąc Mosno hoopaka w dłoni.
   Raistlin tymczasem rzucał się na łóżku. Plecy miał wygięte w łuk a na twarzy zastygł mu straszliwy wyraz, złota maska z teatralnej groteski. Usta otworzył do krzyku, lecz ból agonii objął już ciało. Nie mógł wydać żadnego dźwięku. W płucach nie było ani odrobiny powietrza.
   Nagle całe ciało maga otoczyła błyskawica, która bielą i błękitem jakby przypalała jego mięśnie. Caramon stał tak blisko brata jak tylko to było możliwe, lecz blask był tak potężny, że musiał osłonić oczy. Braterska miłość przezwyciężyła strach. Przysunął się do łóżka o jeszcze kilka cali. Nie potrafił dłużej już patrzyć na swego bliźniaka. Światło stało się tak intensywne, że przenikało nawet zaciśnięte powieki. Gdy tylko je uchylił widział jak przed oczami przepływają wizje duchów, mięśni i zwykłe żółte plamy. Podchodził jednak bliżej. Był zdecydowany nieść taką pomoc, na jaką tylko będzie go stać. Wyciągnął ramię i dotknął dłoni Raistlina.
   Ból wybuchł z przodu ciała Caramona. Obszedł go po bokach i uderzył z tyłu ostrym szponem błękitnej błyskawicy. Zapłonął każdy nerw, ogień był takie, że mięśnie utraciły czucie, zdrętwiały ponad wszelką miarę. Ostrza ognia przeszyły mu płuca i uderzyły w serce aż wreszcie uznał, że zostanie spopielony na miejscu.
   Stracił równowagę. Opadł na kolano, lecz wciąż trzymał w dłoni sztywną dłoń brata. I nagle, bez najmniejszego ostrzeżenia, oślepiające światło znikło a Caramona spowiła ciemność. Poczuł jak dłoń Raistlina zaciska się na jego dłoni.
- Już po wszystkim, bracie – powiedział ciężko oddychający mag.
   Earwig spacerował tymczasem już od paru godzin. Oglądał widoki Mereklar i zapisywał wszystko w pamięci. Od czasu do czasu rozglądał się wokoło w poszukiwaniu laski. Nigdy jeszcze nie był w tak cichym mieście. Na ulicach nie było nikogo. Nie słyszało się żadnych dźwięków. Nie słyszał nawet miauczenia kotów a gorączkowo go nasłuchiwał. Po chwili Earwig czuł już, jakby całe miasto już wprost należało tylko do niego – wielkie, murami otoczone miasto a magiczne światła świciły tylko dla niego, jedynego wędrowca. Nagle zatrzymał się po dojściu do kolejnego skrzyżowania.
- I w którą stronę powinienem teraz pójść? – powiedział głośno po czym sam się klapnął w usta.
   Nie zamierzał naruszać ciszy. Pojawił się kot. Popatrzył niepewnie na kendera i prysnął w ciemność. Po kilku chwilach pojawiło się jeszcze trochę kotów biegnących samym środkiem drogi.
- Hej! – zawołał Earwig i ruszył w ich stronę, lecz one natychmiast rozprysnęły się w mroku.
   Kender patrzył za nimi zafascynowany.
- O rany! I pomyśleć, że tu bywało wokoło tysiące kotów! Ciekawe, dokąd poszły? Muszę to odkryć.
   Earwig głęboko pogrzebał w przepastnych kieszeniach i na powrót wydobył obrotową strzałkę. Zakręcił palcem a strzałka z uporem wskazała wstecz, prosto w gospodę.
- Głupia rzecz! – warknął kender i schował zabawkę do kieszeni.
   Odwrócił się w stronę dokładnie przeciwną do wskazań strzałki – w stronę alei stanowiącej wąski, oświetlony korytarz a zstępujące stopniowo w dół.
- To wygląda interesująco. Gdybym był laską albo kotem to z pewnością poszedłbym tam na dół.
   Kender wmaszerował w alejkę. Zaczął pogwizdywać marszową piosenkę, lecz po chwili zastanowienia przestał. Przecież nie miał zamiaru przeszkadzać nikomu, kto mógłby właśnie smacznie spać.
   Mury alejki były szare i surowe. Tak zazwyczaj błyszczący w świetle biały kamień był tu niewidoczny. Earwig miał przeczucie, że coś jeszcze różniło to miejsce od całej reszty, lecz nie potrafił uzmysłowić sobie, co właściwe..
   Hałas. To było to. Ta część miasta nie spała!
   Kender słyszał dźwięki ludzi śpiewających i roześmianych. Ostrym wzrokiem dostrzegł ciemno czerwony blask ognia dobiegający gdzieś z lewej strony na otwartej przestrzeni – samego miejsca jeszcze nie widział. Doszedł do końca alei i zachwycony rozejrzał się wokoło. Stanął tak nagle, że omal się przewrócił. Dotarł do arkad wypełnionych niewielkimi sklepikami i wystawami. Wzrok zaczął mu ganiać od jednego miejsca do drugiego a każde z nich wręcz wołało go by natychmiast podszedł i sprawdził, co też jest tam oferowane.
   Jeden ze straganów był dosłownie wypełniony kolorowymi klejnotami, które połyskiwały w księżycowym świetle. Inny sklepik sprzedawał ubrania tkane w piękne wzory a jeszcze inny oferował kupującym broń. Earwig szalał po w środku targowiska zastanawiając się, co by tu najpierw obejrzeć.
   Nagle aż podskoczył na dźwięk krzyku i rozbijanych garnków. Rozejrzał się dokoła. Ujrzał źródło czerwonawej poświaty – płonące palenisko prześwitujące przez okno gospody. Usłyszał kolejny krzyk dobiegający z tego samego miejsca.
- No, tej bójki to już nie ominę! – zawołał podniecony kender i zaczął popatrywać przez niezbyt czyste okno by ujrzeć co się dzieje we wnętrzu.
   Ze dwudziestu ludzi siedziało tam przy stołach i ławach. Wszyscy ubrani byli w czarne pancerze, które wyglądały kenderowi na znajome. Nie mógł tylko przypomnieć sobie, skąd je znał. Dzbany ale oraz flaszki piwa rozlewały zawartość po podłodze gdy tylko szli gospodą. Głosy ludzi tłumiły okiennice. Barmanki wywijały między klientami, zręcznie unikając drapieżnych łapsk. Oberżysta, wielki i niezbyt przyjemnie wyglądający mężczyzna, stał za barem i wycierał naczynia brudną ścierką.  Earwig dostrzegł, że wszyscy mężczyźni byli uzbrojeni – noże i miecze znajdowały się albo w pochwach, albo wręcz na stole, gotowe do natychmiastowego użycia w razie kłopotów. Earwig wspiął się na palce i ujrzał jak jedna z barmanek, ciemnowłosa, wcale atrakcyjnej budowy dwudziestolatka, schyla się by podnieść rozbity dzbanek. Jeden z mężczyzn, ubrany tak trochę lepiej od pozostałych, trzepnął ją w zadek płazem miecza. Dziewczyna poleciała aż do okiennej framugi co spowodowało wybuch śmiechu pozostałych mężczyzn. Z wysiłkiem wstała i spojrzała w okno. Jej wzrok napotkał zaciekawione oczy kendera. Zaskoczona dziewczyna odskoczyła do tyłu. Earwig z zainteresowaniem obserwował dalszy bieg wypadków.
   Zmęczonym krokiem dziewczyna podeszła do mężczyzny, który ją uderzył.
- Masz już chyba dość, panie. Lepiej wracaj do domu.
- A właśnie, że jeszcze chcę! – wybełkotał zapytany – Nie możesz mnie wyrzucić!
- Catherine! – warknął głośno oberżysta – Obudź stajennego. Wyślij go natychmiast do Radnej Shavas.
   Na sam dźwięk tego mienia na twarzy mężczyzny pojawił się wyraz głębszego zastanowienia. Pomrukując odsunął hałaśliwie krzesło i niepewnym krokiem skierował się do drzwi. Otworzył drewniane drzwi z hukiem. Podrapał się po potężnym brzuchu prawą ręką a lewą potarł po karku. Rozejrzał się po alejce i dostrzegł Earwiga.
- Skąd to masz, złodziejaszku? – zawołał chrapliwie i chwiejnym krokiem sszedł po schodach gospody – To mm moje!
   Zaskoczony Earwig położył dłoń na naszyjniku kociej czaszki i wzruszył ramionami. Nie polubił tego faceta.
- Ty zapluty opoju! – szydził kender zaciskając jednocześnie dłoń na hopaku – Tobie to nie powiedziałbym nawet czy jest noc, czy dzień. Nie powiedziałbym nawet czy masz roporek rozpięty, choć w rzeczy samej właśnie masz. Nie powiedziałbym…
   Mężczyzna sięgnął łapskiem w dół i pochwycił koszulę kendera. Drugą ręką wyciągnął zza pasa sztylet.
- Zabiję cię, robalu! – wrzasnął.
- Czym? Śmierdzącym tchem?
   Z całych sił podniósł Earwig hoopak między nogami opoja i walnął go w krocze. Mężczyzna złożył się w pół z bólu. Po sekundzie hoopak opadł na dół i trzasnął go w głowę pozbawiając przytomności.
- O rany! – rozległ się głos – Teraz Toś narozrabiał!
   Earwig ujrzał barmankę stojącą w drzwiach gospody. Głos miała zaniepokojony, lecz widać było, że z trudem powstrzymuje się od śmiechu.
- Lepiej już zmykaj! – powiedział miękko śpiesząc w dół po schodach – ten facet to ważna figura w mieście. Możesz mieć kłopoty.
- Mówisz o tych w gospodzie? Dam sobie z nimi radę! – śmiało odparł Earwig.
- Nie, nie o nich. Lepiej zmykaj, szybko. I… dziękuję – szepnęła cicho i przymilnie.
   Schyliła się i delikatnie pocałowała kendera w policzek. Słysząc głośne nawoływania z gospody pomachała mu tylko i pognała po schodach zamykając za sobą drzwi. Earwig został na środku alejki z dłonią dociśniętą do policzka i wyrazem kompletnego zaskoczenia na twarzy.
- O rany! Nie dziwota, że Caramon tak lubi całujące dziewczyny! To nawet lepsze od otwierania zamkniętych zamków!
   Caramon tymczasem stał nad swym bratem i obserwował go z zaniepokojeniem.
- Jesteś pewien, że wszystko już w porządku? Co się dzieje, Raist? Co to było?
- Nie wiem – odparł mag słabym głosem – Nie jestem pewny. Caramonie, bądź cicho. Pozwól mi pomyśleć.
   Jego umysł z jakiegoś powodu powędrował aż do lat ich wspólnego dzieciństwa. Raistlin miał niejasne wrażenie, że coś takiego przydarzyło mu się w przeszłości. Dawno temu. Pamiętał jaskrawe, kolorowe ubrania, i muzykę, i jedzenie zbyt dużych ilości słodyczy… ciastek. Prawie czuł zapach świeżo upieczonych ciastek.
   Festiwal Oka!
   Raistlin usiadł w takim pośpiechu, że aż w głowie mu zawirowało a światło pociemniało w oczach. Upadł bokiem na łóżko, zamknął oczy i sięgnął po laskę jak zawsze gdy tylko słabość brała górę nad wolą. Gdy tylko dotknął czarnego drewna wielka sfera błyskawicy objęła mu ramię i rozświetliła cały pokój błękitem.
   Caramon krzyknął z przerażenia, lecz pokój po chwili znów stał się ciemny gdy tylko ostatnie już resztki magii się wyczerpały i powróciły do labiryntów zamkniętych w lasce. Raistlin usiadł. Na wspomnienie młodości zagościł mu na ustach gorzki uśmiech – czasy gdy stawał się celem wszystkich drwin i obelg.
   Festiwal Oka. Raz do roku dzieciakom wolno było ubrać się jak dorośli i zachowywać po dorosłemu. On sam nosił szaty maga, zszyte byle jak przez niezbyt cierpliwą i kiepską w robótkach starszą, przyrodnią siostrę; Kitiarę. Caramona przebrała za wojownika, miał i drewnianą tarczę i takiż miecz, a potem chodziła z nimi od drzwi do drzwi prosząc o specjalne ciastka wypieczone z okazji tego święta. I to był już ostatni dla braci festiwal wspólny z siostrą. Wkrótce potem Kit odeszła i dalej maszerowała przez życie na własny sposób.
   Tamtej nocy, kiedy już wracali uradowani do domu by cieszyć się w spokoju zdobyczą, Raistlina nagle dopadła choroba, ból ściskający żołądek i boki. Brat i siostra musieli go zanieść do domu. Kiedy jednak splunął chcąc pozbyć się gorzkiego smaku z ust, to wystrzelił mu z gardła niewielki kłąb błękitnego płomyka. Wciąż jeszcze pamiętał wyraz przerażenia na twarzach rodzeństwa.
   Następnego ranka Raistlin był już całkiem zdrów. Choroba już nigdy się nie powtórzyła a brat i siostra nikomu nie powiedzieli co zaszło.
   Raistlin pomyślał, że oto zaczyna coś rozumieć.
- Podaj moją paczkę – powiedział bratu.
   Zdumiony Caramon usłuchał. Mag przetrząsnął bagaż i wyciągnął niedużą książkę. Powoli przewracał strony. Caramon popatrywał ponad ramieniem brata, lecz widział tylko kolumny i rzędy liczb wydrukowane na pożółkłych stronicach. Pozycje i fazy księżyców też się tam znajdowały.
   Niektóre daty były okolone dużymi kółkami wokół liczb, zwłaszcza gdy obraz dwójki księżyców tworzył sporą kropkę na danej stronie. Raistlin dalej przewracał strony aż wreszcie dotarł do środka książki. Otworzył ją szeroko aż grzbiet oprawy zaprotestował trzaskiem i położył na łóżku przed sobą. Po kilku chwilach cichych obliczeń zamknął ją i schował do paczki.
- Co jest? – spytał Caramon.
-Festiwal Oka – odparł Raistlin – Pamiętasz? Dawno temu, kiedy jeszcze byliśmy mali?
  Oczy Caramona zwęziły się w zamyśleniu. Usta mu opadły.
- A niech mnie – wymamrotał patrząc na brata – Co to może oznaczać? Przecież to tylko święto, nie?
- Dla większości z was, tak – odparł Raistlin gorzkim tonem – To czas na przebieranki i złamanie nudnej codzienności. Lecz dla nas, magów, to coś więcej, o wiele więcej.
- Taa, pamiętam – powiedział Caramon – W ten dzień świadczycie usługi bez zapłaty.
- Ba! To akurat najmniejsze ze wszystkiego! – parsknął niecierpliwie Raostlin – W rzeczywistości jest to czas potężnej mocy magicznej. Zaczęło się tp całe wieki temu, gdy trzech magów o wielkich i niezrównanych zdolnościach oddało życie swej sztuce, kończąc własną egzystencję w jednym, wielkim wydarzeniu, jakie wyssało im dusze. Użyli własnej energii by powołać potęgę nieskończenie większą niż ktokolwiek samotny mógłby kiedyś wezwać.
   Caramon poruszył się nerwowo, co czynił zawsze zresztą gdy tylko bliźniak zaczynał mówić o arkanach swej sztuki.
- Niektóre teksty mistyczne stwierdzają, że z tej trójki magów każdy miał inną proweniencję – kontynuował Raistlin – Dobro, bezstronność i zło – inkantacje wymagały obecności trzech członków trzech zakonów Wielkiej Równowagi Świata. Niektóre księgi stwierdzają, że magowie rzucili czar ryzykując hazard dla przyszłości swych bóstw, mając nadzieję, że to ich własny porządek rzeczy zdobędzie całą kontrolę, gdy nadejdzie właściwy czas – Raistlin wzruszył ramionami – Magowie wybrali grę, lecz to bogowie rzucali kości. Magowie umarli, lecz energia pozostała, chociaż przytłumiona. Teksty twierdzą, że energia ta zostanie uwolniona tylko wtedy, gdy Wielkie Oko znajduje się w niebiosach.
- Wielkie Oko?
- Nie przerywaj mi, jeśli chcesz wiedzieć o co tu chodzi. Festiwal Oka będzie w tym roku bardzo różny od pozostałych. Wszystkie trzy księżyce, włączając czarnego Nuitari, poruszają się w kierunku rzadkiej koniunkcji. Uformują Wielkie Oko – kulę czerwieni, srebra i czerni wiszącą na niebie i spoglądającą na Krynn z niezgłębionym zamiarem.
   Raistlin przerwał i popatrzył na brata złotymi, klepsydrowymi oczami.
- W historii świata zdarzyło się to dopiero raz – w czasie Kataklizmu.
   Caramon potrząsnął głową.
- Spójrz no, przecież Festiwal Oka jest co roku. A przecież nigdy przedtem tak nie chorowałeś. Poza tym jednym przypadkiem.
- A tamtej nocy Festiwalu – nocy, gdy tak dziwnie zachorowałem – była według tych książek konwergencja dwójki widzialnych księżyców – Lunitari i Solinari. To coś, co zdarza się trochę częściej. W tym zaś roku, zgodnie z książką, ma się to zdarzyć ponownie, lecz zgodnie z moimi obliczeniami i trzeci księżyc – czarny księżyc zapomnianej boginii, Takhisis, Królowej Mroku – zetknie się z nimi dwoma i utworzy Wielkie Oko. To, co odczułem wiele lat temu było wczesnym gromadzeniem tajemnej mocy, jak zostanie uwolniona w trakcie zbliżającego się festiwalu. To wiele wyjaśnia – dodał, myśląc o białej linii i rozumiejąc teraz dlaczego mógł ją widzieć.
- Może tobie, lecz nie mnie – warknął ziewający już Caramon.
   Popatrzył na brata z zakłopotaniem.
- Czy ta choroba może jeszcze powrócić?
   Lecz Raistlin już zatopił się w rozważaniach i nie odpowiedział.
Earwig tymczasem dziarsko maszerował z powrotem Suthgate Street mijając całe szeregi zblokowanych domów.
- Każdemu mój naszyjnik przypada do gustu – rzekł dumnie sam do siebie – Ciszę się, że go znalazłem. O rany, ale jestem zmęczony. Bycie wielkim wojownikiem i jeszcze te całusy od pięknych kobiet to naprawdę wysysają siły z mężczyzny.
   Wracał właśnie do Barnstoke Hall gdy znalazł uliczkę dosłownie obsypaną kośćmi do gry oraz kawałkami gier. Pozbierał je wszystkie i wpakował do kiszeni nogawic. Dziwił się tylko, skąd to się tam wzięło.
   Wielki i niezbyt przyjazny służący wciąż trzymał straż w drzwiach gospody. Kender uprzejmie nie przerywał mu odpoczynku tyko poszedł na tyły gospody gdzie wspiął się po kratownicy i przelazł przez okno.
- Tylko jeszcze wpadnę i opowiem Caramonowi o swoich przygodach – powiedział podchodząc do drzwi pokoju bliźniaków o głośno w nie pukając.
   Drzwi otworzył zaspany Caramon.
- Ty! – warknął na kendera – Czy ty wiesz która godzina?
- Nie – radośnie odparł Earwig – Lecz dla ciebie mogę zaraz sprawdzić. W główne komnacie jest zegar. Ja… - usta kendera zamarły a on sam tylko się gapił.
- Laska Raistlina!
- Taa, i co z tego?
- Ale ona… to znaczy ja chciałem… ona przecież zni…!
- Zobaczymy się rano, Earwig! – warknął Caramon i trzasnął drzwiami omal nie przycinając ciekawskiego nosa kenderowi.
- Ale to cudowne! Musiała chyba wrócić całkiem samodzielnie! Ale przecież – dodał Earwig – można by sądzić, że powie coś zanim pozwoli mi podjąć trud poszukiwań.
   Ziewnął i ruszył w stronę swego pokoju, tylko nie potrafił teraz przypomnieć sobie który to pokój. Szedł więc na dół, prosto do ciemnej jadalni, odpakował śpiwór i padł zasypiając pod głównym stołem.
- Ty mały…!!!
   Okrzyk kobiety rozległ się echem po całej gospodzie i rozbudził Caramona. Po chwili na schodach zadudniły szybkie kroki a pięść walnęła w drzwi.
   Wojownik szybko obrócił się w stronę Raistlina, mając nadzieję, że brat jeszcze śpi. Mięśnie na twarzy brata poruszyły się a on sam nerwowo przez sen się obrócił. Caramon skoczył na równe nogi a zmęczenie opuściło go natychmiast gdy wściekły dopadł drzwi. Z rozmachem je otworzył i ujrzał właściciela gospody, którego krótko widział ostatniego wieczoru.
- Dość tych wrzasków! – szepnął z całych sił – Mój brat jest chory!
- Błagam, łaskawy panie! Wiem, żeście ważni ludzie – przyjaciele radnej – ale musisz mi pomóc! – właściciel wskazał na schody – Wasz druh napada na moich gości!
- Mój przyjaciel?
   Wojownik rozejrzał się po pokoju szukając kogo tu mógł zapomnieć i nagle się zorientował.
- Earwig! – warknął.
- Błagam, panie, błagam!
   Oberżysta ciągnął Caramona za ramię chcąc już wyrwać go za drzwi. Ten jednak stanął twardo w miejscu i popatrzył właścicielowi prosto w oczy.
- Nie pozwól nikomu przeszkadzać memu bratu, zrozumiano? – paluch wskazujący przed oczami właściciela podkreślał znaczenie słów.
- Oczywiście, że nie pozwolę – odezwał się oberżysta – A teraz błagam, przemów do rozumu swemu przyjacielowi, panie?
- Rozum? Kender? To byłby pierwszy raz w życiu! – mruczał pod nosem Caramon delikatnie zamykając drzwi.
   Caramon wszedł do jadalni i szeroko otworzył oczy ze zdumienia. Earwig stał na niewielkim, dębowym stole w narożu komnaty i dzierżył w dłoni hoopak. Groził nim wszystkim pracownikom gospody. Coś białego i falbaniastego zakrywało mu głowę.
   Jeden z kucharzy, potężny i tłusty mężczyzna, wywijał wielkim rzeźnickim nożem.
- Obetnę ci uszy! – groził zbliżając się do kendera.
- Wytnij mi też oczy – drwił kender – To nie będę już musiał patrzyć na taką paskudną gębę!
   Łup! Hoopak zawinął w powietrzu i trafił mężczyznę prosto w nos.
- No, chodźcie! Kto następny? Jestem wielkim wojownikiem, ja, Earwig Lockpicker! – wywinął laską odganiając zbliżających się ludzi – Podziwiany przez ludzi! Kochany przez kobiety!
   Ciężko wzdychając Caramon podszedł bliżej. Widząc przyjaciela Earwig zaczął ostrzeżenia.
- Oddal się ode mnie, panie. Jestem w stanie sławnego Kenderskiego Transu Bezerkera, jakiego nie widziano na Krynnie od setek lat!
   Caramon chwycił laskę przelatującą właśnie nad jego głową. Drewno klasnęło mu w dłoń z siłą, która u kilku obecnych w jadalni wywołała grymas bólu.
- Dość tego, Earwig – wojownik wyrwał hoopak z dłoni kendera.
- Dobądź miecza, Caramon! Tnij ich wszystkich! – wołał kender zeskakując ze stołu – Zaatakowali mnie!
- Zaatakowali ciebie? – Caramon wpatrywał się w kendera – Co takiego, na Otchłań, masz na głowie?
   Wyraz twarzy Earwiga zmienił się z prawdziwego gniewu na czystą niewinność w czasie o wiele krótszym niż wymaga powiedzenie tego.
- To moje włosy, Caramonie.
   Wojownik popatrzył na tasiemkowate nakrycie głowy owinięte wokół kitki kendera. Nakrycie wyglądało znajomo. To było…
- Podwiązki! – nagle krzyknął wojownik.
   Twarz Caramona zarumieniła się głęboką czerwienią. Sięgnął ramieniem i chwycił część żeńskiej garderoby spodniej.
- Słyszałem już, że kender potrafi capnąć wiele rzeczy! – syknął prosto w ucho Earwiga potrząsając jednocześnie malcem aż mu zęby zaczęły dzwonić – Tylko w jaki sposób udało ci się ukraść TO?
- W tym kłopot, panie – powiedział oberżysta schodząc ze schodów gdzie oczekiwał zakończenia bitwy – Że ta… osoba.. starała się… chciała ukraść…
- Ukraść! – oczy Earwiga aż rozszerzyła się na sam dźwięk tak nieuczciwego oskarżenia – Kender… ukraść?
   Aż mu słów brakło tak oburzające podejrzenie.
- Panie – Kontynuował właściciel – Młoda dama zasiadła właśnie do śniadania gdy ta … hm… osoba…
   Ignorując jąkającego się oberżystę Caramon groźnie popatrzył na Earwiga.
- Co się tu stało? – zapytał z ciężkim westchnieniem przygotowując się długie i skomplikowane objaśnienia.
- No więc, ostatniej nocy poszedłem podnieść laskę Raistlina, którą zostawił na ulicy, tylko, że gdy ją chwyciłem to laska zniknęła. Pomyślałem, że lepiej będzie jak jej poszukam… sam wiesz, Caramonie, jak twój brat lubi tą laskę. Cóż, w każdym razie poszedłem z powrotem…
- Przecież zamknąłem cię w pokoju! – zagrzmiał oberżysta – radna Shavas nie chciałaby, żeby włóczył się po ulicach po zmroku – dodał pośpiesznie w stronę Caramon – Tak mała osoba mogłaby doznać krzywdy.
- Hmmmpf! – mruknął Caramon i wzruszył ramionami.
- Cóż, w każdym razie – kontynuował Earwig decydując się wspaniałomyślnie na pominięcie nazwania go „ małą osobą” – Poszedłem sobie po mieście i widziałem dużo kotów, i widziałem taki bar co wyglądał na zabawny. I był! Jakiś mężczyzna chciał mnie zabić, Caramonie! Nożem! Co o tym myślisz? Walczyłem z nim! Trzask! Dostał hopakiem w głowę. A wtedy najpiękniejsza dziewczyna jaką kiedykolwiek widziałem pocałowała mnie w policzek. Zupełnie jakbym był tobą, Caramon! No ale potem to już poczułem się trochę zmęczony, więc wróciłem i znalazłem te wszystkie drobiazgi porozrzucane na ziemi więc je pozbierałem i wspiąłem się po kratownicy a potem przez okno i…
- Co takiego!? – wrzasnął właściciel.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#10 2018-04-16 21:12:05

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 642

Re: Bracia Majere

- Ćśśś! – naciskał Caramon czując, że teraz musi nastąpić najciekawsza część opowiadania kendera.
- Poszedłem do twojego pokoju a tam okazało się, że laska Raistlina sama do niego wróciła! To doprawdy zdumiewające, tylko, że przez nią wpadłem w masę kłopotów a mogła przecież okazać więcej zrozumienia. Kiedy potem nie mogłem sobie przypomnieć numeru pokoju to poszedłem spać pod stołem a kiedy się obudziłem to tamta kobieta siedziała dokładnie nade mną i widziałem jak części jej ubrania zjeżdżają jej po nogach, a gdyby to – tu kender wskazał na podwiązki – opadło na dół i owinęło się jej wokół kostek to mogłaby się przewrócić i nawet poranić, tak więc jej to zdjąłem. Przypuszczam, że słyszałeś jej krzyki, co? A potem to ona zemdlała. A jeszcze potem to ci wszyscy ludzie na mnie napadli. I to zupełnie bez powodu! – dodał z oburzeniem.
   Caramona paliła twarz gdy tak wciąż trzymał damskie podwiązki i rozglądał się niepewnie dokoła. Zastanawiał się, co właściwie ma zrobić i powiedzieć.
- Ja to wezmę, panie – odezwała się jedna ze służących.
- O tak! Dzięki! – Caramon z ulgą oddał jej trofeum kendera – tak naprawdę to on wcale nie miał zamiaru spowodować komukolwiek jakichś kłopotów, pani oberżysto. Po prostu w dziwny sposób znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Będę miał teraz oko na niego. Nic więcej się nie zdarzy.
- Mam nadzieję, że nie – odparł lekko już udobruchany właściciel.
- Proszę przekazać nasze serdeczne przeprosiny dla młodej damy – dodał Caramon ciągnąc jednocześnie Earwiga w górę schodów.
- A miałem nadzieję na jeszcze jednego całusa, Caramonie – zawołał radośnie kender – O rany! Ależ to była zabawa!
   Raistlin stał przy oknie i obserwował ulicę poniżej. Nawet teraz, za dnia, nie było tam wielu więcej przechodniów niż w nocy. Natomiast ci, którzy akurat przechodzili mieli głowy zwieszone i rzucali ukradkowe spojrzenia na wszystkie strony. Raistlin widział już miasta będące w uścisku zarazy. Czuł wtedy zapach strachu unoszący się w powietrzu. Mógłby przysiąc, że teraz czuje ten sam odór. I na dodatek wciąż na tle białego kamienia świeciła jasna linia.
   Caramon wszedł do pokoju zaraz za plecami Earwiga. W rzeczy samej to popychał kendera przed sobą skutecznie udaremniając jakąkolwiek próbę ucieczki. Raistlin powoli odwrócił się od okna.
- Jak się czujesz? – spytał Caramon.
- A jak ja się zawsze czuję? – parsknął Raistlin.
   Ujrzawszy zranione spojrzenie Caramona mag tylko potrząsnął głową.
- Wybacz, bracie. Czuję się, jakby przygniatał mnie miażdżący ciężar. Jakby mnie tu przysłano bym zdziałał coś bardzo ważnego a ja nawet nie mam pojęcia o co chodzi! I nie mamy zbyt wiele czasu by tego dokonać!
- O czym ty mówisz? Mamy cały czas tego świata – stwierdził praktycznie Caramon – Zamówiłem już śniadanie. Za chwilę będzie na górze.
- Czas! – Raistlin odwrócił się do okna patrząc na białą linię – „by znaleźć bramę, by tam być gdy czas nadejdzie”. Nie, nie mamy czasu, bracie. Tylko do Festiwalu Oka. Trzy dni.
- Co? – Caramon wzruszył ramionami.
- To właśnie ten wiersz cytowałeś, co Raistlin? – zapiszczał Earwig – Ja go pamiętam, wiesz? „Mrok wyśle agentów, niewidzialnych i czarnych, by znaleźć bramę, by być tam gdy nadejdzie czas”. Uwielbiam historie a ta jest wspaniała. Mówiłem wam może o Dizzy Longtongue i Minotaurze…?
- Chyba coś ci wypadło – powiedział Caramon wysypując zawartość jednej z sakiewek kendera na podłogę.
   Szklane i kościane kawałki gier potoczyły się po podłodze. Jeden z nich zatrzymał się przy stopie Raistlina. Sięgnął i podniósł. Była to mała pożółkła figurka wyrzeźbiona na podobieństwo pięknej kobiety – pięknej, królewskiej, złej i dominującej. Mag podniósł ją do oczy i uważnie obejrzał. Oglądał każdy detal wycięty w kości. Obrócił do góry nogami i obejrzał podstawę na jakiej stała figurka kobiety. Zobaczył wyrzezane na dni „X”. Taki znak określał postać jako Mroczną królową w jedenj z ulubionych gier maga; Czarodzieje i Wojownicy.
- To nie może być przypadek – mruknął – „koty zadecydują o przeznaczeniu” a one znikły. Nadchodzi znowu czas Wielkiego Oka gdzie niewypowiedziane moce oczekują tych, którzy potrafią ich użyć. Gdybym był Królową mroku i chciał wybrać czas powrotu na świat…
   Głos Raistlina zamarł. Caramon zaczął wręcz drwić.
- Hej, Raistlin, nie gadaj tak! Sam to już powiedziałeś. Przypadek. Znajdziemy te koty i one same staną się doskonale logicznym wyjaśnieniem ich zniknięcia. A może to było jak w tej historyjce co to gość z fletem przyszedł do miasta i zaczął grać a wszystkie szczury za nim opuściły granice miatsa.
- Tyle, że zapominasz, bracie, końca tej historii. Na koniec flecista wrócił i zabrał precz wszystkie dzieci.
   Caramon zamilkł. Chyba jednak w niczym nie pomógł. Raistlin jeszcze raz popatrzył na figurkę z gry i oddał ją kenderowi. Earwig popatrzył na nią równie uważnie jak mag, lecz nie doszukał się niczego szczególnie interesującego. Po prostu, jeszcze jedna figurka gry.
- Los działa jak chce – mruknął pod nosem Caramon powtarzając ulubione przysłowie – Co teraz zrobimy?
- Czas już przyjrzeć się Mereklar.
- A co ze spotkaniem z Radną Shavas? Nie powinniśmy pójść do niej na spotkanie?
- Sądzę, bracie, że chyba pozwolę jej przyjść do nas – zimno stwierdził Raistlin.

*****

- Jesteście tu obcy więc nie widzicie spraw tak, jak my.
- Przypuszczam, że nie, pani – powiedział Caramon – Jak dla mnie, to to miejsce wygląda na przepełnione.
- Nie, panie, wcale nie. Tam gdzie kiedyś były tysiące teraz jest tylko kilka. Zbyt mało – stwierdziła starsza kobieta.
- To prawda – wtrącił mężczyzna siedzący przy sąsiednim stole – Od rana do wieczora. Koty wypełniały wszystkie ulice. Białe, szare, brązowe, pasiaste, łaciate i kudłate. Wszystkie rodzaje kotów.
- Poza czarnymi – wtrąciła starsza kobieta – Niegdy nie dowiedzieliśmy się dlaczego, lecz w tej całej masie nie było ani jednego czarnego kota.
- Niektórzy uważają, że jakiś mag tu przybył i zabrał wszystkie czarne – dodał mężczyzna popatrując z ukosa na Raistlina.
   Raistlin uniósł brew i spojrzał z ukosa na brata. Caramon czuł się wspaniale, właśnie zanurzył nos w kolejnym kuflu ale. Trójka towarzyszy włóczyła się teraz po mieście udając, że oglądają znaki drogowe. Za każdym jednak razem gdy tylko zoczyli jakąś tawernę Raistlin upierał się, żeby tam wejść. Konwersację pozostawiał bratu. Przystojny, rubaszny i dobry z natury wojownik łatwo nawiązywał kontakty a inni wręcz do niego lgnęli.. Początkowo Caramon zastanawiał się jak mają zapłacić za wszystko, co wypili, lecz wystarczało, że Raistlin tylko pokazał tubę zwoju a na sam jej widok każdy wzbraniał się wręcz przed przyjęciem pieniędzy.
   Raistlin głównie nasłuchiwał i trzymał wzrok na postaci kendera; obserwował, czy ktoś nie wykaże nienaturalnego zainteresowania czaszkowym naszyjnikiem noszonym przez Earwiga.
- Zawsze zostawiamy talerze z jedzeniem i niewielkie czarki z mlekiem zaraz za domem dla kotów, które tam przychodzą się posilić – powiedział wojownikowi mężczyzna w średnim wieku – Choć czasem to tylko zostawimy otwarte drzwi i czekamy aż koty wejdą, mogą się wtedy przyłączyć do śniadania.
- Zawsze włóczą się ulicami czy w parkach i tylko czekają, żeby je głaskać – powiedziała, wpatrująca się wciąż w Caramona, młoda barmanka – Nikt by nawet nie pomyślał, żeby je skrzywdzić. Przecież kiedyś to one ocalą świat!
   Wszyscy w tawernie ochoczo potwierdzili słowa barmanki.
- Nie widzieliście tu nigdzie w okolicy nikogo grającego na flecie, co? – zaczął Caramon, lecz brat cisnął mu tak zjadliwe spojrzenie, że wojownik nagle zamilkł. Wstali i ruszyli do wyjścia.
- Do Otchłani z czarodziejami! Warknął jeden z gości, gdy mag wyszedł.
- O! Ależ to brutalne! – zawołał Earwig.
   Caramona wręcz obróciło. Zacisnął pięści, lecz Raistlin położył dłoń na węźlastym ramieniu brata.
- Spokój. Caramonie.
- Jak możesz pozwolić im wygadywać takie rzeczy? – złościł się wojownik.
- Ponieważ ich rozumiem – odparł szeptem Raistlin – Ci wszyscy ludzie siedzą tu w uścisku strachu – dodał gdy wyszli na ulicę – Całe życie spędzili w tym mieście a teraz coś, co wielbili, jedyny święty dla nich byt, nagle zaczyna znikać. Bez widocznej przyczyny, bez żadnego powodu. A ja jestem w takiej sprawie łatwym celem, łatwo na maga zrzucić winę.
   Popatrzył w dal ulicy. Biała linia, prowadząca wciąż do przodu, była tam nadal. Nie oddalali się od niej od chwili opuszczenia gospody choć ani Caramon, ani Earwig nie mogli jej widzieć.
- Dom radnych? Po prostu idźcie prosto tą ulicą  powiedział przechodzień zapytany przez Caramona o drogę.
- Dzięki – odparł wojownik wracając do brata i do kendera, siedzących przy stoliku zewnętrznym kolejnej tawerny.
   Od chwili przybycia do Mereklar widzieli tylko kilka kotów. Czasami któryś z kotów przechodził obok towarzyszy w czasie przechadzki. Caramon miał wtedy dziwne wrażenie, że oto jest badany i oceniany przez zielone, nigdy nie mrugające oczy. A potem coraz to ich więcej i więcej pojawiało się w pobliżu. Teraz zaś Earwig był dosłownie pochłonięty przez koty. Skakały mu na ramiona, bawiły się kitką i ocierały o szyję małego kendera. Ten zaś ich uwagą i obecnością był wprost zachwycony i więcej niż chętny do zabawy z nowymi przyjaciółmi.
   Obok siedział Raistlin; cichy i całkiem samotny. Żaden kot do niego nie podszedł.
- Tylko popatrz – Caramon usłyszał szept kobiety wskazującej na maga – Nigdy nie widziałam by koty zachowywały się aż tak nie przyjaźnie wobec kogokolwiek.
- Widzę – odparła jej towarzyszka – Może wiedzą coś, czego my nie wiemy!
   Trzecia kobieta syknęła.
- Założę się, że czarodziej ma coś wspólnego z zaginionymi kotami! Przecież nie było żadnego problemu póki się nie pojawił!
- Wasze kłopoty zaczęły się zanim tu przybyliśmy – gorąco zaczął Caramon, lecz brat rzucił mu znów ostrzegawcze spojrzenie i wojownik wręcz połknął własne słowa.
- Słyszałam, że to oni są odpowiedzialni za całe zło jakie dzieje się na świecie!
   Mag zignorował te słowa. Siedział swobodnie na krześle i popijał od czasu do czasu lokalny specjał zwany hyava, jaki podano mu w niewielkiej porcelanowej filiżance. Ciepło napoju wypełniające całe ciało było mile widziane mimo, że dzień nie był specjalnie chłodny a on był odziany od stóp do głów w czerwone szaty maga.
   Caramon usiadł i starał się rozmawiać z bratem przekrzykując ciągłe chichoty Earwiga.
- Strażnik powiedział, że mamy dalej iść Southgate Street do samego centrum miasta gdzie znajdziemy dom radnych. On powiedział, że wszystkie drogi tam prowadzą i nie zdołamy zabłądzić.
- Nie sądzisz, że to dość dziwne? – spytał Raistlin – Dom radnych w dokładnym środku miasta?
- Taaa, pomyślałem, że dość to dziwaczne, lecz z drugiej strony… całe to miejsce jest dość dziwaczne – mruknął wojownik.
- Sądzę, że dobrze by było zobaczyć ten dom.
   Raistlin sięgnął wyciągniętym ramieniem do barku Earwiga. Koty zaprzestały zabawy z kenderem i obróciły spojrzenia na maga. Zastygły wszystkie jakby nagle stały się posążkami.
- Earwig – powiedział Raistlin patrząc na koty – Czas już iść.
   Ponieważ koty nawet się nie poruszyły, to kender wstał powoli z rozhuśtanego krzesła. Koty zeskoczyły, lecz wzrok wciąż miały wlepiony w Raistlina.
   Mag zaciągnął kaptur na twarz. Zasłonił wąskie, złote źrenice przed światłem dnia. Szukał ucieczki w cieniu szat. Wziął Laskę Magnusa i na niej wsparty ruszył ulicą. Caramon i Earwig poszli w jego ślady.
   Koty postały chwilkę i również one wolno pomaszerowały za towarzyszami, tyle, że trzymały się o dziesięć stóp w tyle.
- Popatrzcie na to! – zawołał zachwycony Earwig.
   Raistlin przystanął i obejrzał się za siebie. Koty stanęły w miejscu. Raistlin ruszył do przodu to i one ruszyły za nim. Coraz więcej kotów przyłączało się do towarzyszy i już po chwili szli oni w otoczeniu gromady futer, ogonów i błyszczących ślepi poruszających się bez wydawania najmniejszych dźwięków.
- Dlaczego tak się zachowują? – spytał ktoś z boku.
- Nie wiem – padła odpowiedź – Może ich jakoś zaczarował!
- Wątpię. Raczej wie co robimy z tymi, co to używają magii na nasze koty.
   Nagle Raistlin odwrócił się i zerwał kaptur z głowy. Koty natychmiast się rozprysły pozostawiając ulicę do dyspozycji maga.
   Caramon był już w życiu w wielu miastach i miasteczkach. Nigdy jeszcze nie widział czegoś w podobie Mereklar. Było tu więcej miejsc gdzie można było zjeść i wypić na jednej Southgate Street niż wojownik pamiętał w dotąd odwiedzonych miastach. I na dodatek miejsca tutaj specjalizowały się w jednym typie posiłków a nie serwowały tego samego co dzień.
- I jeszcze te okna – mruknął wojownik pod nosem – Skąd ludzie biorą pieniądze na tyle szkła?
   Wzdłuż ulicy znajdowały się też sklepy. Wszystkie rodzaje sklepów jakie można sobie wyobrazić. Sprzedawały wszelkie cuda i cudeńka. Mijali właśnie sklep z książkami, który na oknie miał wymalowaną nazwę – „Oxford”. Na drewnianym piedestale wystawy pokazany był, całkiem pokaźnych rozmiarów, otwarty słownik. Raistlin popatrzył na tom i wydał długie westchnienie. Pokazana cena była wręcz niewyobrażalnie wysoka, w każdym razie Raistlin jeszcze tyle w życiu nie zarobił.
   W miarę jak mag postępował dalej szeroką aleją coraz to więcej ludzi zatrzymywało się, przerywało własne czynności i obserwowało czerwone szaty skrywające człowieka mocy. Kilkoro dzieci pobiegło w kierunku Raistlina. Wyciągniętymi ramionami usiłowały dotknąć laski z czarnego drewna ze złotymi szponami dzierżącymi błękitną, kryształową kulę. Mag nie czynił niczego, by im w tym przeszkodzić. Wyglądało na to, że gdy tylko podeszli bliżej to sama czarna laska ich odgoniła.
   Caramon również przyciągał uwagę. Mężczyźni popatrywali nań zazdroszcząc młodości i siły. Kobiety rzucały spojrzenia tylko kątem oczu podziwiając potężne ramiona, szeroką pierś, kędzierzawe brązowe włosy i miłą twarz.
- Hej, Caramon, dlaczego te dziewczyny ci się przyglądają? – podchwytliwie wypytywał Earwig.
   Kiedy wojownik tylko spojrzał  ich kierunku natychmiast zasłoniły twarze dłońmi chichocząc na widok lubieżnego i szerokiego grymasu młodego mężczyzny.
- Pewnie nigdy nie widziały tak wielkiego miecza – kpił wojownik.
   Raistlin tylko parsknął z oburzeniem. Minęła jeszcze kolejna godzina nim podróżni wreszcie ujrzeli dom Shivas. Bystry wzrok Earwiga pierwszy rozpoznał niektóre detale.
- Wygląda jak pokryty roślinnością. A jego okna zrobiono z kolorowego szkła!
   Raistlin się nie odzywał, lecz opisów domu radnej w wykonaniu kendera słuchał z napiętą uwagą. Jeżeli kender miał rację to ten dom ogromnie się musiał różnić od wszystkich domów w mieście. Mag, oparty o laskę bardziej dla wygody niż z konieczności, wpatrywał się w dal przed sobą. Czuł się niezwykle odświeżony, wręcz ożywiony, od czasu niezwykłej próby poprzedniej nocy. Biała linia wciąż błyszczała mu u stóp. Teraz już jaśniej i czyściej z każdym, kolejnym krokiem.
   Wkrótce już wszyscy towarzysze mogli wyraźnie zobaczyć dom wzniesiony gruntowym wzgórzu, wzgórzu perfekcyjnie okrągłym, które kończyło się w miejscu, gdzie zaczynał się wszechobecny biały kamień ulic i szerokie aleje. Wzgórze wznosiło się ponad poziom miasta a kamienna ścieżka wiła się zakolami do domu radnej okrążając niewielki zagajniki porastające wzgórze. Szczyt wzniesienia był wystarczająco spory i płaski by pomieścić niewielki staw z którego wypływały niewielkie strumienie zasilające kolorowe ogrody rosnące na obrzeżach posiadłości.
   Raistlin stanął. Uważnie przyglądał się witrażowym oknom domu. Z fascynacją obserwował grę kolorów gdy słoneczne refleksy zatańczyły na barwionym szkle odbijając całą gamę kolorów – czerwień, błękit, zieleń, biel i czerń. Pięć kolorów. Przypomniało mu to sen z ostatniej nocy. Pięć kolorów…
   Mag mrugnął oczami i ujrzał, że szkło w oknach to tylko szkło podtrzymywane ołowianymi pasmami powyginanymi w dziwaczne kształty, które z dziwnego powodu wydawały się znajome. Chciał bardzo mocno przypomnieć sobie gdzie przedtem je widział, lecz umysł odmówił współpracy.
   Raistlin nagle poczuł straszne osłabienie, nie mógł iść dalej.
- Caramon! – zawołał do brata idącego troszkę z tyłu – Muszę odpocząć.
   Mag opadł na krzesło należące do kolejnego lokalu sprzedającego hyava. Oparł się ciężko o laskę. Oddech mu się skrócił. Odwrócił się plecami od posiadłości i okrył głowę kapturem gdy Caramon pośpiesznie doń podszedł. Wyglądająca na zdenerwowaną młoda barmanka szybko przyniosła dwie czarki mocnego, ciemnego napitku.
- Nie – zawołał wojownik – On potrzebuje gorącej wody.
- To całkiem wystarczy, bracie.
   Raistlin odebrał z rąk dziewczyny oba napitki. Natomiast gdy brat rzucił mu pytające spojrzenie odparł lekko.
- Po prostu trochę mnie przechadzka zmęczyła. Raistlin używał chwili, odpoczywał dzierżąc dziwacznie małe naczynie palcami i powoli popijając. Earwig usiadł uszczęśliwiony i zaczął przetrząsać swe sakiewki.
- Widzisz to? - spytał kender wyciągając kryształowe pióro przetkane złotymi nićmi – Znalazłem to leżące na ulicy. Pomyślałem „jak leży na ulicy to pewnie nikt tego nie chce” no i znalazłem też to.
   Earwig wyciągnął cekinową kulkę z przyszytą żółtą tasiemką.
- Oddawaj! – krzyknął Caramon nachylając się nad stołem i palcami łapiąc już kendera.
- To moje! Ja to znalazłem!
- Było moje! Tamta dziewczyna gospodzie mi to dała! A to wiele znaczy!
- Więc nie powinieneś tego gubić odciął się kender wręczając jednocześnie kulkę prawowitemu właścicielowi.
   Kulka zakręciła się rozsiewając wokoło miriady refleksów.
- Daję słowo, Caramon! Bywasz strasznie nieuważny. A poza tym, to jest wspaniała zabawka dla kotów. One ją uwielbiają! Widzisz, jak ten czarny się w nią wpatruje?
   Raistlin nachylił się mocno w swoim krześle.
- Jaki czarny kot?
- Tamten czarny kot – odparł Earwig wskazując za plecy maga.
   Raistlin obrócił się żywo i stanął twarzą w twarz ze zwierzęciem. Kot, chociaż nie należał do największych, był bardzo, ale to bardzo czarny. Siedział teraz spokojnie i wpatrywał się w maga szerokimi, błękitnymi oczami.
- Hej, kici, kici – Caramon pokiwał zabawką na wstążce.
   Kot pozostał w bezruchu jeszcze przez chwilkę. Jego wzrok wbity w maga wyrażał zmagania woli – błękitne oczy przeciw klepsydrowym źrenicom. Po chwili kor ruszył ze swego miejsca na białym kamieniu i spokojnie przeszedł obok Raistlina. Zwierzę trzykrotni pacnęło w kulkę i znów usiadło obserwując jak Caramon wpatruje się w brata.
   Earwig nie chciał utracić uwagi kota więc sięgnął dłonią i pogłaskał czarne futro. Kot nie okazał ani przyjemności ani odrazy. Spojrzał krótko na kendera i powrócił do obserwowania wojownika.
   Caramon usiłował wciąż nakłonić zwierzę do zabawy kulką. Obserwując to Raistlin pocierał palcami drewn laski. Był to pierwszy czarny kot jakiego ujrzał w całym Mereklar. Zastanawiał się czy nie rzucić czaru pozwalającego mu zobaczyć czy ten zwierzak nie jest zawładnięty przez ducha – stałby się wtedy famulusem czarodzieja – gdy zza rogu ulicy wyjechał otwarty powóz ciągnięty przez dwa białe konie. Znaki drzwiczkach powozu były dokładnie takie same jak na tubie zwoju.
- Radna – powiedział Raistlin poszturchując brata.
   Caramon się rozejrzał a Earwig aż podskoczył z podniecenia. Czarny kot przykucnął za nogami kendera i zszedł z widoku, wyraźnie chciał się ukryć.
- Zatrzymaj tu – dobiegł ich głos.
   Powóz podjechał bliżej i stanął przed frontem lokaliku z hyava. Z siedzenia powozu podniosła się kobieta. Ubrana w biały, pofałdowany jedwab. Skórę miała tak jasną, że porównać ją można było do tego jedwabiu. Ciemne włosy nosiła zaplecione w warkocz, ciasno obwiązany wokół głowy. Z szyi, zwieszając na złotym łańcuchu, czerwienił się ognisty opal.
   Kobieta popatrzyła na nich władczym spojrzeniem.
- Jestem Radna Shavas. Przyłączcie się, proszę, do mnie na posiłek.
   Co powiedziawszy odjechała. Konie powiodły powóz naprzód w stronę posiadłości na wzgórzu. Głęboki, wibrujący głos radnej wciąż jeszcze rozbrzmiewał im w myślach.


- Moja rodzina zamieszkuje w Mereklar od wielu już lat – powiedziała radna Shavas siedząc przy kominku w głównej bibliotece swej posiadłości. Właśnie skończyli wspaniały obiad a ona siedziała z wielką szklanką nienapoczętej brandy w dłoni.
   Za jej plecami tańczyły płomienie kominka rzucając migotliwe światła i cienie i podkreślając jej figurę. Rozmawaiła z braćmi swobodnie, zupełnie jakby znała ich obu całe życie. Urodę miała niezrównaną a głos jak płynny bursztyn. Nic więc dziwnego, że ani Caramon, ani Raistlin nie zauważyli nieobecności kendera.
- Mówiłaś, że twoi przodkowie mieszkali w niedalekiej, wiejskie okolicy?
   Raistli przysiadł przy kominku. W złoconej dłoni trzymał szklankę brandy, lecz i ta pozostawała nienaruszona. Mag nie miał zamiaru poświęcić własnej samokontroli za fizycznie przyjemne doznania. Kaptur miał odrzucony na kark a płomienie oświetlały mu oczy wypełniając ich czerń ogniem.
- Tak, to prawda. Nie jestem niestety pewna dokładnego umiejscowienia – odparła radna.
   Raistlin spostrzegł, że choć kobieta zwracała się do nich obu, jego i brata, to spojrzenie miała utkwione tylko w jego osobie. I w jej oczach nie mógł dostrzec odrazy czy strachu, jakie przywykł widzieć w oczach kobiet. W oczach tej kobiety dostrzegał fascynację, nawet uwielbienie. Czuł od tego mrowienie krwi w żyłach.
- Być może ich pochodzenie mogło by być odnalezione w tej bibliotece? – zasugerował wskazując jednocześnie ramieniem tysiące woluminów dosłownie pokrywających ściany. Pamiętał jak mu mówiono, że niektóre z nich są magiczne.
- Gdybyś tego chciała, to mógłbym w takich poszukiwaniach pomóc.
- Tak, chyba by mi to odpowiadało – odparła radna.
   Lekki blask rozświetlił jej bladą skórę. Spojrzała w głąb własnej szklanki po czym podniosła wzrok i wlepiła spojrzenie wielkich oczu w maga. Raistlin uważnie obserwował siedzącą przed nim kobietę. Coś było nie w porządku, coś było źle, coś go kłopotało, dokuczało, wymagało uwagi. Olśniony jej urodą nie potrafił tego przemyśleć. Być może chodziło o samą Shavas. Powiedziała im bardzo dużo… i nie powiedziała niczego. Więcej już dowiedział się od ludzi na ulicy. Czuł wyraźnie, że ona coś ukrywa, coś co wyjaśni mu tylko na osobności. Mag rzucił ostre, znaczące spojrzenie na brata.
   Caramon udał, że tego nie zauważa. Bywał już świadkiem jak brat traktuje innych. Znał dobrze nieustanne manipulacje i manewry, te delikatne wskazówki mające wpadać do odpowiednich uszu, aluzje do spraw jakie tylko przypuszczał, zmuszanie ofiary do wyjawienia informacji jaką zdołała zachować w tajemnicy przed pozostałymi. Wojownik zawsze był zawstydzony faktem, że mag wręcz żył potrzebą wykazywania swej poznawczej wyższości nad innymi. Poza tym Caramon wcale nie miał ochoty pozbawiać się obecności pięknej kobiety. Zauważył już, że choć głównie rozmawia ona z Raistlinem to wciąż jakby popatrywała na potężnego wojownika.
- Cóż, Mistrzu Czarodzieju – odezwała się Shavas przerywając nieco przedłużającą się, kłopotliwą ciszę – Czy ty i twój brat zechcecie pomóc naszemu w miastu w tak poważnej potrzebie?
- Mówi się tu – oznajmił mag wyciągając zza pazuchy zwinięty pergamin – Że wynagrodzenie za pracę jest „negocjowalne”. Jakie pole zostało pozostawione do ewentualnych negocjacji?
- Wynagrodzenie określone przez Ministra Finansów wynosi dziesięć tysięcy stalowych monet – odparła Shavas.
   Caramonowi opadła szczęka. Dziesięć tysięcy stalowych monet nie oglądał przez całe życie, nie mówiąc już żeby jednorazowo. Sama myśl o tak wielkiej sumie rozpoczęła gonitwę myśli na temat możliwości zakupu! Gospoda! Nie! Wielka tawerna, z kominkiem na środku jadalni i z tuzinem gościnnych pokoi. I jeszcze stajnie na zapleczu. Samo wyobrażenie tawerny zawieszonej wysoko w konarach drzew vallen podnieciło go do tego stopnia, że zaczął łazić po pokoju, uderzać w meble a nawet wywrócił krzesło.
- Caramon – odezwał się Raistlin głosem pełnym irytacji – Gdzie jest Earwig?
- Nie wiem – odparł Caramon – To nie jest mój dzień na pilnowanie kendera.
   Radna była wyraźnie zaalarmowana, twarz wyrażała spore zaniepokojenie.
- Nie chcę, żeby włóczył się po moim domu! Jest tu zbyt wiele cennych drobiazgów, które nawet dotykane być nie mogą! Czy pójdziesz go odszukać, panie?
   Popatrzywszy w oczy kobiety Caramon poczuł, że gdyby tylko poprosiła go aby udał się do Otchłani i dopadł pięciogłowego smoka to wyruszyłby natychmiast.
- Pewnie. Z przyjemnością, pani – odparł.
   Przeszedł przez pokój do bocznych drzwi i wyszedł, głośno je za sobą zamykając. Raistlin wstał z krzesła wspierając się na Lasce Magnusa choć nie czuł się jakoś bardziej zmęczony niż wcześniej tego popołudnia. Podszedł do półki z książkami. Oparł się o nią. Rzucał ukradkowe spojrzenia na teksty. Może to, co go niepokoiło pochodziło z tych tomów?
- Jest coś, o co muszę cię zapytać ,pani.
- Mów mi Shavas, proszę – powiedziała podchodząc bliżej.
   Mag przesunął dłonią po grzbietach kilkunastu książek. Na palcach zebrało mu się sporo kurzu. Wzdrygnął się lekko na ten widok; nie podobał mu się sposób traktowania jakiego księgi doświadczyły. Otrząsnął palce i zrzucił kurz na dywan.
- Ile jest dla ciebie wart nasz sukces?
- Obawiam się, że nie rozumiem pytania – odpowiedziała Shavas lekko potrząsnąwszy głową i zmarszczywszy brwi łukowate brwi.
- To bardzo proste, Radna – powiedział Raistlin bezwiednie się do niej przybliżając – Jaką wartość przykładasz do naszego sukcesu?
- Będzie oznaczał uratowanie miasta i właściwie reszty całego świata. To oczywiste. Dla mnie oznacza wszystko. Przecież jeżeli nie wygracie to nie pozostanie nic poza rozpaczą i mrokiem.
   Shavas odpowiedziała niejako mimochodem, nie było widać najmniejszego podekscytowania. Nawet lekko się uśmiechnęła, zupełnie jakby mrok i rozpacz nie były niczym, z czym nie umiała by sobie poradzić.
- Jakich słów się po mnie spodziewasz? Że sukces twej misji wart jest bogactw całego miasta? Że mógłbyś, Mistrzu Czarodzieju, zażądać czego tylko chcesz?
   Popatrzyła kusząco na maga. Poczuł, jak całe ciało reaguje na jej obecność i natychmiast rozzłoszczony wzniósł obronne bariery.
- Nie jestem Mistrzem, tak wysokiego poziomu nie osiągnąłem – odparł z pozorną pokorą – Wybacz, pytałem tylko dla zasady, jeżeli poczułaś się urażona przepraszam powtórnie – dodał zaciągając jednocześnie kaptur na głowę.
   Radna podeszła o krok bliżej.
- A więc zgadzasz się na nasze warunki?
- Och, nie. Tego nie powiedziałem. Muszę mieć troszkę czasu na zastanowienie – odparł mag z głębi czerwonych szat.
- Odpowiesz jutro? – spytała troszkę zniecierpliwiona Shavas.
- Być może.
   Raistli odwrócił do ognia i z zaskoczeniem zauważył, że Shavas znowu staje tuż obok niego. Przywdział na twarz zwykły wyraz złotej maski i spytał szorstko.
- Radna, czy coś jest nie w porządku?
- Nie – odparła bawiąc się naszyjnikiem noszonym na szyi – ja tylko nigdy jeszcze nie znajdowałam się tak blisko czarodzieja.
- W Mereklar nie ma mistyków? – zapytał Raistlin lekko podnosząc głos.
- Tak, to prawda. Od bardzo dawna żaden czarodziej nie przekroczył bram miasta.
- Zastanawiam się, z jakiego powodu.
- Nie wiem – Shavas wzruszyła jasnymi ramionami a po chwili zastanowienia dodała – Jakiś czarodziej żył w tutejszych górach. Słyszałam tylko, że został zabity dawno temu przez jakieś… mroczne siły.
- Duchy – dodał z pół uśmiechem Raistlin.
- Co? – kobieta wyglądała na zaskoczoną.
- Nic takiego, jakieś idiotyzmy mego brata. Jakaż to moc go zabiła?
- Nie jestem pewna. To tylko legenda rozpowszechniana od czasów jeszcze przed moimi narodzinami. Lecz wracając do tych… idiotyzmów. Słyszałam, że zabiły go duchy zmarłych. Czy tak bywa między magami?
- ten rodzaj magii nie znajduje się w kręgu mych studiów, radna. Nie jestem nekromantą.
   Shavas lekko się pochyliła.
- A nigdy nie rozważałeś tego kierunku?
   Niemal go dotykała. Raistlin uważnie na nią popatrzył.
- Cóż, Radna? – spytał miękko – Czyżbyś oferowała mi swe nauki?
   Kobieta wesoło się roześmiała.
- Ależ żartowniś z ciebie! Jak gdybym mogła cię czegokolwiek nauczyć! Nie wiem nic o magii i magach.
   Tak, tak, moja pani – pomyślał cicho mag – w tą stronę zmierzasz. Tylko czemu zadajesz takie pytania? Dlaczego księgozbiór masz wypełniony magicznymi księgami jeśli nie możesz ich czytać?
   Między radną a magie zapadła chwila niezręcznej ciszy. Raistlin powoli rozglądał się po bibliotece. Shavas stała nieruchomo. Poruszała się tylko głowa śledząca ruchy maga. Jej warkocz połyskiwał głębokim, czerwonawym brązem. Światło z kominka nie sięgało do jej zielonych oczu, lecz połyskiwały teraz jak szmaragdy.
- Dokąd zmierzaliście nim zdecydowaliście się zajść do Mereklar? – spytała.
   Raistlin powiódł palcami po zgromadzonych tomach, przeczytał parę tytułów i nazwisk autorów.
- Masz tu wspaniałą kolekcję ksiąg, Radna – stwierdził napotykając szczególnie interesujący manuskrypt – Historia Nowoczesnej Filozofii.
- Dziękuję, lecz nadal nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
   Raistlin obrócił twarz w stronę gospodyni a księga sama wpadła na swoje miejsce.
- Moi towarzysze i ja przebyliśmy Nowe Morze w prywatnych interesach.
   Głos miał zimny, omalże obraźliwy.
- Teraz to moja kolej stwierdzić, że jest mi przykro jeśli kogoś obraziłam – powiedziała radna siadając z powrotem w fotelu.
   Raistlin skorzystał z okazji i włożył palec w szklankę stojącą na stoliku. Kiedy już był pewien, że radna nie patrzy w jego stronę potarł palcem oczy i spowodował łzawienie wywołane alkoholem. Szybko rozejrzał się po pokoju oglądając również sklepienie i ściany.
   Linia – strumień wieku i niewypowiedzianej mocy – znikła. Gdzież jest? Przecież musiała prowadzić tutaj aż od Southgate Street i ucięła się gdzieś w tym domu!   Raistlin podszedł do okna i zaczął się rozglądać na zewnątrz, na drogę do bramy. Miał nadzieję na odnalezienie tam linii lecz szkło okienne było matowe.
- Szukasz czegoś, Raistlinie? – spytała poważnym tonem Shavas.
- Jakiś popiół wpadł mi do oka – odparł pocierając oczy.
   Nagle pojął, co go tak dziwiło. Wiedza dosłownie go oszołomiła. Efektem posiadania klepsydro kich źrenic było postrzeganie wszystkiego wokół przez pryzmat czasu. Taką klątwę nań rzucił Mistrz Wieży, mając nadzieję, że nauczy go to współczucia dla innych, mając też nadzieję, że będzie mu to przypominało, że jest równie śmiertelny jak inni ludzie. Książki na półce spostrzegał jako rozpadające się tomy a ich skórzane okładki były już szare i postrzępione. Widział jak stoły traciły politurę i stawały się stare i pokrzywione.
   Kiedy jednak patrzył na Shavas widział ją młodą, piękną i niezmienną.
   Tak nie może być – krzyknął w duchu i mocno potarł oczy. Gdy je znów otworzył, zamarł z zimna. Ciało radnej było już tylko gnijącymi zwłokami poddanymi działaniu niewypowiedzianych epok, były abominacją dla życia, czymś nienaturalnym, parodią do zniszczenia. Koniecznie.
   Cóż za nowy żarcik mistrzowie dlań przygotowali? Wbił teraz pięści w oczy starając się wymazać horrendalny obraz jakiego właśnie doświadczył.
- Coś złego? – spytała Shavas wstając z fotela.
   Podeszła bliżej i Raistlin poczuł jak jej dłoń dotyka ozłoconego ciała. Czuł dotyk kobiety, śmiertelny dotyk czegoś, czego nie spodziewał się poczuć.
- Jak już mówiłem; wszystko w porządku – odparł szorstko.
  Jednym ruchem wyrwał ramię z uchwytu kobiety.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#11 2018-05-03 16:38:21

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 642

Re: Bracia Majere

Popatrzyła na niego wzrokiem, który przypominał zranionego Caramona. Raistlin westchnął. Jego ramię sięgnęło po laskę, lecz ta została oparta wcześniej o półkę z książkami.
- Wybacz mi, radna. Nie przywykłem, by ktokolwiek… dotykał mnie. Wybacz jeśli wydałem się nieokrzesany.
- Przeprosiny nie są potrzebne, Raistlinie. Sądzę, że cię rozumiem. Zawsze byłeś źle traktowany, wykorzystywany. Szybko wzniosłeś swe mury obronne – radna uniosła dłoń i położyła ją na ramieniu maga – Zapewniam cię, panie – mruknęła przysuwając się tak blisko, że poczuł nawet zapach jej włosów – W mojej obecności obronne mury są ci zbyteczne!
   Raistlin poczuł jej oddech, odczuwał zapach wręcz jako duszący. Lecz to uczucie, odwrotnie do objawów jego choroby, było wręcz przyjemne. Była piękna, jedyne piękno jakie widział przez bardzo długi czas. Ramię maga prześliznęło wokół smukłego ciała kobiety. Przyciągnął ją do siebie.

Rozdział 13

    Caramon maszerował korytarzami domu radnej i z każdym krokiem stawał się coraz bardziej nerwowy, choć nie umiał powiedzieć z jakiego powodu. Nic w posiadłości nie było groźniejszego od nieożywionej przecież zbroi w bibliotece. Potarł dłonią mięsień na prawej nodze; niewielka, cienka blizna właśnie zmieniała odcień na niebieskawy.
- Kiedy to się stało? – pytal sam siebie – Nie pamiętam, żebym w cokolwiek walnął.
   Korytarz powiódł go z biblioteki do środka domu. Tutaj już oświetlenie słabe i miało dziwny, lekko purpurowy czy lawendowy kolor. Brązowe lampy oliwne, rozmieszczone w regularnych odstępach i przymocowane bezpośrednio do ściany, dawały tylko lekki odblask. Matowe szkło okrywające knoty rozpraszało żółto białe płomienie i tłumiło je prawie ze szczętem.
- Dlaczego u licha, trzyma tu wszystko w takiej ciemnicy? – mruczał do siebie i zastanawiał się o ile też drzwi kender go wyprzedza – Earwig! Earwig! Gdzieś ty się podział?
   Łaził tak po domu i nawoływał, potem czekał na odpowiedź aż wreszcie, wydawało mu się, że po paru godzinach, usłyszał:
- Caramon? To ty?
- Oczywiście, że ja! Gdzie jesteś?
- Tutaj, wewnątrz!
   Caramon przeszedł jeszcze kilka kroków i doszedł do drzwi w środku korytarza. Przekręcił gałkę, wszedł i stanął jak wryty.
- Sypialnia Shavas – mruknął.
   Wiedział, że powinien wyjść. Wiedział, że to, co robi jest niewłaściwe. Nic nie mógł poradzić. Piękno i kusząca tajemnica pokoju niejako go wciągnęły do środka. Poza ty, mówił do siebie, słyszałem głos kendera a chyba ostatnią rzeczą, jaką mogłaby taka kobieta pragnąć, to kender buszujący w jej osobistych drobiazgach.
- Tylko się troszkę wślizgnę i szybko rozejrzę za Earwigiem – mruknął cicho Caramon wchodząc do pokoju.
   Nie mając pojęcia czemu to robi, zamknął ostrożni drzwi za sobą.
   Pokój radnej był doskonale oświetlony, znacznie jaśniej od korytarza. Obfitość świec płonęła w kandelabrach, a każda w innym kształcie przypominającym przeróżne rodzaje stworów: gryfów, smoków i innych dziwnych  i groteskowych stworzeń. Topiący się wosk wydzielał słabą woń perfum, która przywiodła Caramonowi na myśl osobę kobiety. Szarpnęła nim nić pożądania, nagle stwierdził, że stoi u boku jej łóżka.
   Sama konstrukcja łoża była wykonana z brązu. Była też udekorowana wizerunkami tych samych stworzeń, jakie wyobrażono na świecach. Łoże dominowało nad wyposażeniem całego pokoju. Zasłony i draperie z szarego jedwabiu zwieszały się ze sklepienia i metalowych prętów. Toaletki i szuflady porozstawiane były dosłownie wszędzie. Wszystkie pokryte lakierem; czarnym, czerwonym i pomarańczowym. Pokryte też były rysunkami dziwnych ptaków, pokręconych drzew i niesamowitych kwiatów. Było też sześć krzeseł pasujących do reszty sposobem zaprojektowania. Trzy stoliki pokryte były niewielkimi puzderkami zawierającymi biżuterię. Złoto, srebro i inne szlachetne metale, ukształtowane w tak drobiazgowo przedstawione detale, że musiały wręcz stanowić prastare artefakty. Caramon nie był co prawda ekspertem w obróbce metali, lecz z łatwością mógł orzec, że puzderka wykonał mistrz swego rzemiosła.
   Podłoga była wręcz zasłana przebogatymi dywanami a ich wzory wypełniały szalone wiry, wstążki i koła. Wszystko w tych samych kolorach jak i cała reszta w tym pokoju. Na ścianach przymocowano kilka luster. Było też jedno o pełnym wymiarze. To jedno obramowano ramą złotą i drewnianą i stało w rogu pokoju. W tej chwili odbijało obraz samego Caramona. Wojownik zauważył, że jego odbicie w lustrze nadbiega z jakby większej odległości niż w rzeczywistości.
- Jak długo już tu stoję? – pytał głośno samego siebie.
   Zamrugał, dźwięk własnego głosu jakby rozwiał fascynujący, lubieżny czar pokoju.
- No i gdzie jest Earwig?
   Rozejrzał się nerwowo po pokoju a później nawet przeszukał. Nie znalazł nawet śladu kendera.
- Powinienem wyjść – powiedział so siebie opierając się stoliku lakierowanym na czarno i ozdobionym malunkami pomarańczowych kwiatów i zielonych liści.
   Pod naciskiem dłoni drewno stolika stało zadziwiająco ciepłe. Bezwiednie ujął w dłonie część ubrania porzuconą przypadkowo na stole i zaczął ją głaskać. Nie myśląc nawet co czyni podszedł w kierunku łóżka wciąż pieszcząc chłodną, gładką tkaninę.
- Radna jest najwspanialszą kobietą jaką kiedykolwiek w życiu widziałem – mruknął.
   Ubranie w jego dłoniach stawało się coraz cieplejsze – Ciekaw jestem, jak ona naprawdę jest? – powiedział miękko.
   Wstał i podszedł do wielkiego lustra gdzie uważnie przyjrzał się swej twarzy – twarzy, którą wielu uważało za całkiem przystojną. Ciało miał poszramione po wielu bitwach a mięśnie nie skrywały potężnej siły. Wziął głęboki wdech i obserwował jak wielka pierś się rozszerza a ramiona stają się twarde. I wtedy spostrzegł, co trzyma w dłoniach.
- Co ja wyczyniam?
Zakłopotania aż mu gęba poczerwieniała. Szybko ruszył do stołu by odłożyć czarny jedwab, jaki wciąż jeszcze gładził gdy za jego plecami zadźwięczał wysoki, świergotliwy głosik.
- Co tam trzymasz, Caramon?
- Nic! – ryknął wojownik i odwrócił się w stronę gapiącego się nań, uśmiechniętego kendera.
- Co to jest? – spytał Earwig obchodząc Caramona przy stoliku.
- Nie rusz! – szybko powiedział wojownik – To tylko… coś, co należy do radnej.
- Och – powiedział kender i wzruszył ramionami.
- Chodźmy, Earwig! Nie powinno nas tu być – powiedział CAramon poważnie bowiem czuł się winny.
   Wyciągnął kendera z pokoju. Wojownik ruszył szybko do drzwi. Earwig początkowo poszedł za nim, lecz nagle dostrzegł na stoliku niewielkie pudełko.
   Zabierz mnie! Zabierz mnie!
- Co takiego? – powiedział kender wpatrując się w pudełko z zachwytem w oczach.
- Nic nie mówiłem! – cisnął Caramon.
   Zatoczył się na wilki, ręcznie malowany parawan i omalże go wywalił. W ostatniej chwili go chwycił i uratował od upadku.
  Zabierz mnie! Zabierz mnie!
- Sam chciałeś! – wrzasnął kender.
   Złapał pudełko i szybko wcisnął je do jednej z wielu sakiewek.
- Earwig!
   Caramon, uporawszy się z parawanem, stał już przy drzwiach. Znowu używał Tego Głosu. Earwig dołączył i razem opuścili pokój. Caramon delikatnie zamknął drzwi za sobą.
- O co chodzi, Caramon? – spytał kender zauważając, że twarz wojownika stała się czerwona a on sam oddycha gwałtownie, duzo szybciej niż zwykle.
- O nic! Zostaw mnie w spokoju! – rozkazał Caramon i ciężko pomaszerował korytarzem.
  Otwórz mnie! Otwórz mnie!
- To doprawdy niezwykłe! – rzekł Earwig gdy uradowany sięgnął do sakiewki po pudełko.
   Doprawdy nie było żadnego powodu, by nie otwierać go w obecności Caramona, lecz kender poczuł nagłe pragnienie by cudowne pudełko jednak przed przyjacielem ukryć. Pozwolił wojownikowi odejść trochę do przodu a sam palcem trącił zatrzask. Pokrywa pudełka odskoczyła. W środku znajdował się jeden tylko pierścień – prosta, złota obrączka bez żadnego kamienia czy rytu. Leżał sobie na czerwonym aksamicie. Earwig, lekko rozczarowany, tylko wzruszył ramionami. Zdecydowanie miał nadzieję na coś bardziej interesującego. No przecież to pudełko samo do niego wołało.
- Więc, gdzieś ty był? – zażądał odpowiedzi Caramon gwałtownie zatrzymując się przed kenderem – Chowałeś się za zasłoną?
   Earwig szybko wepchnął pudełko pod tunikę.
- Zasłoną? Nie byłem za żadną zasłoną!
- Przecież słyszałem jak wołasz mnie z tamtego pokoju! Przecież gdzieś tam musiałeś być. W jakimś kredensie?
   Earwig potrząsnął głową.
- Nie wiem o czym ty gadasz, Caramon. Wszedłem do tego pokoju szukając właśnie ciebie!
   Wojownik popatrzył na kendera dość sceptycznie, by nie powiedzieć podejrzliwie. Potem wzruszył ramionami, potrząsnął głową i westchnął.
- To dziwny dom. Sprawia, że słyszę głosy. No więc, gdzie byłeś?
- Cóż, byłem w Solace, w Thelgaard i na Południowym Ergoth i…
- Miałem na myśli ten dom! – krzyknął wyczerpany już caramon.
-- Och. Dlaczego tego nie powiedziałeś? – powiedział Earwig klepiąc się w czoło wierzchem dłoni i wznosząc oczy ku niebu – Tam jest taki fantastyczny pokój, cały wypełniony roślinami, i one rosną wewnątrz.
- Rośliny? – zdumiewał się caramon – Jesteś pewien tego pokju z roślinami?
- Taaa. I tam jest bardzo ciepło i parno.
- A-ha. Zaraz mi jeszcze powiesz, że gdzieś tam jest tajna komnata.
- O rany! Skąd ty wie…
- Na Otchłań! Earwig! Przestań już tymi dzikimi opowiastkami! – Caramon ostro pomaszerował korytarzem – Chodź już. Chyba powinniśmy już wracać do Raista.
- Pewnie, Caramon – radośnie zgodził się Earwig.

- Ty i Caramon jesteście bliźniakami? – dopytywała Shavas poprzez niewielki stolik.
   Raistlin tymczasem, kompletnie zresztą zaskoczony wynikiem obserwacji, wpatrywał się w planszę do gry leżącą na stole. Nie zauważył jej wcześniej.
- Nie sądziłem, że to takie oczywiste – odparł sucho.
- Zapewne, przecież wcale nie jesteście podobni, choć z drugiej strony przypominacie siebie nawzajem znacznie bardziej niż może się to wam wydawać.
- Powątpiewam, Lady Shavas. Po prostu, tem sam informator, który powiedział o naszych planach udania się do Mereklar musiał przekazać pani i tą informację.
- Nie złość, Raistlin – odparła wpatrując się weń jednocześnie wspaniałymi, cudownymi oczami pozbawionymi wieku – Wobec tak strasznych kłopotów nadciągających do naszego miasta jest moim obowiązkiem jako radnej, by poznać intencje i motywy każdego, kto zmierza do Mereklar.
   Miała rację, musiał to przyznać. Raistlin niechętnie to uznał i ironicznie się do sibie uśmiechnął. Ta przeklęta natura każąca mu uzyskać dominację nad każdym… niezależnie od faktu, że wciąż jeszcze czuł słodycz jej ust na swoich.
   Planszę gry stanowił blok niezidentyfikowanego metalu długości męskiego ramienia i grubości kilku cali. Na wierzchu była szachownica kwadratów srebrnych i czarnych. Mag sięgnął ramieniem i przesunął wyrzeźbioną figurę jeźdźca o dwa kwadraty w lewo i jeden do przodu.
- Ruch doskonały, lecz dobrze mi znany – uśmiechnęła się radna.
   Wzięła złoty żeton – prostokąt z wzniesionym czerwonym kwadracikiem – z wagi ustawionej obok graczy i umieściła go w niewielkim stosie jaki właśnie gromadziła. Waga przechyliła się w stronę maga. Shavas przeniosła jeden ze swych żetonów – mężczyznę z wielką tarczą i włócznią – z przed Raistlinowego rycerza w stronę dwóch innych w tym samym rzędzie. Pod swymi ludźmi umieściła stalową sztabkę tworząc w ten sposób barierę, której jeździec Raistlina nie mógł pokonać.
   Mag wystawił jeden ze swych żetonów – wieżę – za plecy swego konnego i zabrał z wagi większą sztabkę. Waga lekko się pochyliła, lecz wciąż jeszcze wskazywała na niego. Zabrał sztabkę i trzech mężczyzn z planszy a swego rycerza przesunął do przodu o jedno pole.
- Ten ruch też jest mi dobrze znany – odparł Raistlin i oparł się o krzesło uważnie obliczając sytuację na planszy.
   Jego taktyka zmusiła Shavas do poświęcenia ważnej magii – przedstawionej tu za pomocą sztabek kruszcu – i przesunięcia jej części ze strony, na której czekała już prawdziwa koncentracja sił maga. Zmusił ją do poświęcenia gospodarza, fortyfikacji oraz pozycji w grze. A wszystko za pomocą niewielkiej dywersji.
   Shavas również rozparła się wygodnie w krześle. Szybko zliczyła pozostałą w jej dyspozycji magię odczytując wskazania wagi. Wyraźnie przechlała się na korzyść przeciwnika.
- Doskonale grasz, Mistrzu Magii.
- Dziękuję. Sporo w to grywam.
   Drzwi otworzyły się z hukiem i uderzyły w ścianę. Caramon i Earwig wmaszerowali do pokoju.
- Znalazłem go – powiedział Caramon.
- Znalazłeś kogo? Mnie? Ja się nie zgubiłe, prawda? Zgubiłem się, Raist? – dopytywał  Earwig.
   Mag tymczasem uważnie obserwował Shavas, której wzrok dosłownie wpił się w Earwiga. Oczy jej zalśniły a powieki zwęziły do szparek. Raistlin rzucił szybkie spojrzenie na kendera i dostrzegł, że kołnierz jego koszuli był przekrzywiony a naszyjnik kociej czaszki jasno świecił w ogniu kominka. Spojrzał szybko na radną, lecz wyraz jej twarzy nie zdradzał żadnych emocji.
   Pomyśla, że musiał się chyba pomylić choć przez ciało i tak przebiegł mu zimny dreszcz.
- Dużo czasu ci to zajęło. Coś ty takiego robił? – pytał lakonicznie usiłując ukryć własne emocje.
- Ja tylko… łaziłem wkoło – wymamrotał Caramon.
   Popatrzył na rozstawioną grą w jaką przed chwilą grali.
- Czarodzieje i Wojownicy. Nigdy nie załapałem o co tu chodzi.
- Większość ludzi ma kłopoty z uzyskanie biegłości w tej grze, Caramonie – uspokajająco odezwała się kobieta.
- Przypuszczam, że ja po prostu nie mam głowy do długoterminowych strategii – wyznał wojownik.
   Wzrok radnej napotkał oczy Caramona. Wydało mu się, że chce ten wzrok powiedzieć, iż zachwyca ją ktoś, kto czuje się ponad głupimi gierkami. Wojownik poczuł jak gorąca krew napływa mu do twarzy.
- Hej! – zawołał podniecony Earwig – te żetony wyglądają zupełnie jak inne w mojej sakiewce. Chcecie zobaczyć?
   Kender klapnął na kanapę, wpadł ostro na Caramona, który stracił równowagę i szturchnął planszę do gry. Żetony posypały się we wszystkie strony.
- Ty niezdarny ośle! Gramy już całe godziny! – warknął rozzłoszczony raistlin.
- Ja… ja przepraszam, Raist – szepnął skruszony wojownik.
   Chciał dodać coś jeszcze, lecz spojrzenie radnej spowodowało, że natychmiast zapomniał, co.
- Nic się nie stało – Shavas uśmiechnęła się prosto w oczy Caramona – Tak czy inaczej, powinniśmy już wrócić do rozmowy o naszych sprawach. Twój brat i ja spędzaliśmy po prostu czas przy grze w oczekiwaniu na wasz powrót.
   Jej spojrzenie wyraźnie powiedziało Caramonowi, że liczy na coś więcej. Nigdy jeszcze wojownik nie spotkał kobiety tak fascynującej, tak kuszącej. Nie potrafił nawet pojąć, w jaki sposób mógł wytrzymać bez nie j tak długo. To ten dom… pomyślał… ten dziwny dom.
- A tak poza tym, co co cię tak długo zatrzymało? – pytał Raistlin – Z całą pewnością nie potrzeba aż tyle czasu żeby odnaleźć kendera!
- Ależ ja się nie zgubiłem! – twardo oznajmił Earwig – Cały czas wiedziałem gdzie jestem. Jeżeli ktokolwiek się zgubił, to Caramon. Znalazłem go w…. ouć! Hej!
- Co? Och, wybacz Earwig. Nie miałem zamiaru siadać na tobie.
   Caramon wyciągnął kendera spod siebie i sam przesunął się na drugą stronę kanapy, bliżej swego brata.
- Jak już zapewne wiecie – zaczęła radna doczekawszy się aż jej goście wygodnie usiądą – Dobro Mereklaru zależy od żyjących tu kotów. Chronią nas przed złem tego świata. Proroctwo…
- Czytaliśmy proroctwa – przerwał Raistlin krótko – Lecz może możesz na zdradzić, kto je dał?
- Przykro mi. Nie potrafię. Mogę kontynuować? W ostatnim czasie koty zaczęły znikać. Nikt nie ma pojęcia dokąd odchodzą. Obywatele zaczynają obawiać się o swe życie. Wiecie, wierzą w proroctwo. Obawiają się, że nadchodzi koniec świata.
- Czy znacie pochodzenie naszego miasta? – spytała całą trójkę.
- Trochę słyszeliśmy o Mereklar – odparł mag – lecz może mogłabyś uzupełnić parę detali?
   Shavas lekko się uśmiechnęła i skinęła głową.
- Nikt jest pewien początków miasta. Pewne jest tylko, że miasto przetrwało Kataklizm bez uszczerbku. Jego mieszkańcy już niestety nie. Kiedy ludzie żyjący w otaczających nas okolicach napłynęli do miasta to odkryli, że wszystkie budynki są puste. Mieszkańcy Mereklar – jeśli tacy istnieli – po prostu zniknęli.
- Co rozumiesz przez „ jeśli istnieli”?
- Są tacy, co uważają, że miasto datuje się samego Kataklizmu. Że go tu przedtem wcale nie było. To absurd, wiem, lecz uważam, że i o tym należało wspomnieć.
- Gdzie to ja? A, tak. Po pewnym czasie niektóre rodziny zajęły w mieście kluczowe pozycje jeśli chodzi o sprawowanie władzy. Mieli obowiązek pomagać wszystkim we wspólnym bytowaniu w nowym miejscu.
- Twoja rodzina między innymi? – spytał Raistlin.
- To prawda. W mojej rodzinie zawsze byli radni, tacy co to kierują i przewodzą we wszystkich aspektach życia miasta. Lord Brunswick to nasz Minister Rolnictwa sprawujący pieczę nad ziemiami produkującymi dla nas żywność. Lord Alvin to Minister Własności. Pozostalo lordowie i ladies zajmują się innymi sferami działalności. Jest Sierżant Armii, Mistrz Bibliotek i podobne, inne funkcje. Jest ich zawsze dziesięciu.
   Shavas poprawiła się w fotelu leniwym ruchem. Dłoń z gracją poprawiła fałdy szat odsłaniając przy tym szyję, długi,wygięty w łuk kark i marmurowo białą skórę. Bracia patrzyli jak urzeczeni.
- Mówiąc, że nie było tu żadnych śladów poprzednich mieszkańców nie była całkiem precyzyjna – mruknęła bawiąc się jednocześnie opalowym naszyjnikiem – Znaleźliśmy proroctwa, w każdym bez wyjątków domu były proroctwa. A te wszystkie ksiązki były tu już w bibliotece. A poza tym były…
- … koty! – zawołał Earwig.
   Raistlin i Caramon podskoczyli, jakby głos kendera przebudził ich z pożądliwych snów na jawie.
- Ta, to prawda, Earwig – radna uśmiechnęła się do kendera – Koty. Tysiące ich swobodnie poruszało się po ulicach. Zawsze przyjacielskie, zawsze zadowolone z obecności ludzi wokoło. Nowi obywatele Mereklar uznali koty za znak od bogów.
- A kiedy zorientowaliście się, że koty znikają? Spytał odchnąkąwszy, Caramon.
- Troszkę ponad miesiąc temu.
- Ale skąd wiedzieliście, że znikają. To znaczy, wciąż jest ich tu mnóstwo włóczących się we wszystkie strony…
- Nie było to łatwe, bowiem kotów jest tu rzeczywiście mnóstwo. Ludzie jednak z niektórych kotów uczynili swych ulubieńców… a może to koty uczyniły ulubieńców z ludzi, czasem to trudno odróżnić. Ci ludzie pierwsi zauważyli znikanie kotów a potem to już liczba kotów w mieście zaczęła dramatycznie spadać.
- I jesteście pewni, że nigdzie się nie skrywają? Albo, że po prostu wyszły za mury miasta?
   Shavas zmarszczyła brwi.
- Nie jesteśmy głupcami.
   Caramon zaczerwienił się aż po korzonki włosów.
- Nie miałem zamiaru…
- Wybacz, panie – radna ciężko westchnęła – Proszę o wybaczenie. Ja… to był czas trudnej próby. Tak, jesteśmy pewni. W przeciwnym wypadku nie oferowalibyśmy nagrody.
- Tak dokładnie, to czego od nas oczekujecie. Co mamy zrobić? – spytał Raistlin.
- No jakże? Chcemy, byście oskryli co się dzieje z kotami i to powstrzymali – odparła zaskoczona pytaniem Shavas.
- Mówisz „my”. Czy mogę przez to rozumieć, że pozostali członkowie rady miasta też chcą naszej pomocy?
   Raistlin uważnie obserwował kobietę. Zauważył, ze trochę pobladła. Opuściła wzrok.
- Niektórzy są niechętni… ściąganiu z zewnątrz… - Shavas wyraźnie miała problem z dokończeniem zdania.
   Usta Raistlina wygięły się w drwiącym grymasie.
- Chcesz chyba powiedzieć, pani, że niektórzy członkowie rady nie chcą czarodzieja w mieście ponieważ sądzą, że cały za cały problem odpowiada społeczność magów!
- Nie złość się, Raistlin! – oczy Shavas wręcz błagały – Część członków rady rzeczywiście obwinia czarodziejów za znikanie kotów. Jak na razie. Przekonałam ich jednak, że potrzebujemy twojej pomocy, że nie każdy czarodziej to samo zło. Pomożesz nam? Proszę?
   Caramon wręcz czuł satysfakcję płynącą od brata – satysfakcję, że oto przymusił tą piękną, pociągającą kobietę do błagania. Wojownik był wręcz wściekły na swego bliźniaka. Nagle ujrzał jak Earwig wpycha do sakiewki pionki, rycerze i inne żetony radnej. Z westchnieniem przesunął ramię i chwycił kendera.
- Odłóż to!
- Odłożyć co?
- Te żetony!
- Dlaczego? Przecież to moje!
- Nie, nie twoje.
- A właśnie, że moje. Zapytaj Raistlina. Oglądał je dziś rano. O, tutaj mam Mroczną Królową, i jeszcze jedną mroczną Królową… O rany! Mam dwie! Czy to nie wspaniale…
   Caramon chwycił sakiewkę kendera… ignorując zresztą jego gorące protesty… i wywalił jej zawartość na planszę.
- Czy widzisz tu jeszcze cokolwiek, co do ciebie należy, pani?
   Spojrzenie Shavas błysnęło w kierunku kendera i przez chwilkę spoczywało na pierścieniu na jego palcu.
- Nie – powiedziała do Caramona – Dziękuję ci.
- Na nas już najwyższy czas – rzekł Raistli wstając i ciężko opierając się o laskę – Zmęczony już jestem a dużo jeszcze do przemyślenia.
- Mój powóz odwiezie was do gospody. Czy jutro odpowiesz mi, raistlinie, czy podejmujecie się tej pracy? – spytała Shavas wstając z gracją z fotela.
- Być może, pani – odparł mag, skłonił się i opuścił pokój.

Rozdział 11

- Dlaczego ty zawsze tak traktujesz ludzi, Raist? – wypytwał Caramon.
   Rozsiadł się już wygodnie na skórzanym siedzisku prywatnego powozu radnej. Powoz był zamknięty dla ochrony przed wieczornym chłodem. Raistli spojrzał na brata. Był wyraźnie rozbawiony niezwykle wrogim tonem.
- Traktuję jak co?
- Dobrze wiesz – Caramon nie umiał dobrze ubierać myśli w słowa – Nie zrobiła nic co by ci mogło szkodzić.
- Doprawdy? – mruknął Raistli, lecz te słowa stłumił już kaptur czerwonej szaty. Mag lekko się poruszył – Nie bądź naiwny, Caramonie. Ona chce naszej pomocy tak długo, jak to jej odpowiada. Słyszałeś przecież, jak wyznała, że pozostali członkowie rady nas nienawidzą i zamierzają na wynająć tylko dlatego, że muszą. Nie mają innego wyjścia.
- Nienawidzą tylko ciebie – strzelił Caramon i natychmiast palnął się w usta.
   Nie mógł sobie wyobrazić, że właśnie to powiedział. Poza tym, natychmiast gorzej się poczuł. Wnętzności zaczęły mu się kręcić jak węże w brzuchu. Raistli spojrzał twardo na brata.
- Cóż – powiedział Earwig – bieżemy tą robotę czy też nie?
- A co to za różnica dla ciebie? – spytał rozzłoszczony Raistlin – Od kiedy to tak troszczysz się o pracę?
   Earwig zamrugał i potarł dłonie. Swędziło go przy jednym z palców.
- Troszczę się o wiele spraw! A wy nigdy nie traktujecie mnie poważnie, to wszystko. A powinniście! – stwierdził wbijając wzrok w towarzyszy – Jeśli nie, to któregoś dnia tego bardzo pożałujecie!
- Uspokój się – mruknął Caramon pocierając dłonią palący brzuch.
- Weźmiemy tą pracę. Nigdy nie było w tej sprawie wątpliwości – zaznaczył Raistlin.
- To kiedy zaczynamy? Co robimy najpierw? Musze to wiedzieć! – zawołał głośno Earwig.
   Caramon popatrzył na przyjaciela krzywo. Całą twarz miał wykrzywioną z bólu i zakłopotania.
- Dlaczego?
- Po prostu musze i już! – buntowniczym tonem odezwał się kender.
   Opadł z powrotem na siedzenie powozu i skrzyżował ramiona na niedużej piersi.
- Co się z tobą dzisiaj dzieje? – pytał zdumiony Caramon.
- Co się dzieje z nami wszystkimi? – cisnął Raistlin.
   Nikt się już nie odezwał. Każdy z braci miał jakąś tam własną odpowiedź, lecz żaden nie powiedział jej głośno.
   Jazda do tawerny odbyła się w ciszy. Noc też była cicha i spokojna. Raistlin widział porozwieszane dekoracje, przygotowywane na zbliżający się Festiwal Oka. Z wolna potrząsnął głowa i stuknął parę razy w podłogę Laską Magiusa. Ci wszyscy ludzie. Są tak głupi. Będą świętować i tańczyć. Nie wiedzą nawet dlaczego. Nie rozumieją straszliwego poświęcenia jakie ma odbyć się w to święto. Gadał do siebie w ciszy.
   Powrócił myślami do czasu spędzonego z radną. Dzielona z nią intymność była bardzo podniecająca i stanowczo za krótka. Wyślizgnęła się z jego objęć równie gładko jak przedtem w nie weszła. Szeptała coś o obecności służby. Raistlin więc ażeby się otrzeźwić, skupić znowu na tym co ważne, zaczął przeglądać uważniej półki z księgami. Znalazł tam księgi sztuk magicznych, czarąw, przywołań. Zauważył nawet rzadko spotykane woluminy z imionami magów, iluzji, inwokacji. Cuda z przeszłych wieków spoczywały na półkach, cuda zaginione przed setkami lat.
   Słyszał o tych księgach kiedy jeszcze był tylko uczniem. Dlaczego znajdują się właśnie tutaj? Dlaczego w jej posiadaniu? Coś sobie przypominał, że mówiła iż wszystkie te księgi znajdowały się tu gdy jej rodzina tu przybyła po Katakliźmie. Odpowiedź to wiarygodne, lecz…
   Mag usiłował sobie przypomnieć każdy szczegół wszystkiego, co widział w jej pokoju – każdą dekorację, statuetkę, obraz. Na stole spoczywało tam pięć kamieni o niezwykłych odcieniach i kolorach. Każdy był długości palca. Każdy niezwykle gładki i połyskujący w świetle kominka. Mogły nawet pasować do opisu zaginionych Kamieni Odesłań. Był tam też model wszechświata – wykonana z brązu konstrukcja ruchomych części, sfer i wskaźników, skręcanych sprężyn, stalowych zwojów uwalniających energię po naprężeniu…
   Raistlin poczuł dłoń na ramieniu. Podskoczył, lecz szybko się uspokoił widząc, że to tylko dłoń Caramona.
- Nie dotykaj mnie! Wiesz, że tego nie znoszę! – warknął.
- Przepraszam, Raist, lecz… nie czuję się dobrze.
- Doprawdy? Shirak – szepnął.
   Światło laski rozjaśniło wnętrze powozu. Raistlin popatrzył w twarz brata. Oczy miał zapadnięte i podkrążone z ciemnymi obwódkami u spodu. Wyglądał, jakby nie spał od wielu dni. Plecy zgarbione, Ramiona opuszczone.
- To musi być ta brandy – mruknął Caramon i oparł się o bok powozu.
- Dużo tego wypiłeś? – spytał Raistlin.
- Nie za wiele – usprawiedliwiał się Caramon.
   Raistlin w ciszy skinął głową. Caramon mógł w zawodach w piciu każdego zapędzić pod stół. Raistlin ujął brata za przegub. Poczuł puls; przyśpieszony i słaby. Krople potu zaczynały już kapać z czoła wojownika i z górnej wargi.
   Raistlin znał te symptomy. Znał bardzo dobrze. Nie chciał ich jednak uznać nawet przed samym sobą.
- Musisz nauczyć się kontrolować swe apetyty, bracie – powiedział.
   Powóz wysadził ich przed samym wejściem do gospody. Tym razem to Raistlin pomagał bratu w wejściu do Barnstoke Hall.
- Wszystko w porządku, Raist. Naprawdę – powiedział caramon wyraźnie zawstydzony własną słabością.
   Stanął prosto i odsunął ramię brata. Raistlin popatrzył nań i wzruszył ramionami. Opierając się na lasce poszedł w kierunku schodów. Earwig potruchtał w jego ślady. Głowa kendera wisiała opuszczona. Nie patrzył na lewo, czy prawo, lecz trzymał wzrok spuszczony prosto na podłogę leżącą u jego stóp. Caramon szedł za nimi lekko się zataczając. Zastanawiał się czy sklepienie komnaty nie zamierza zamknąć mu się na głowie. Przynajmniej tak to wyglądało.
   Właściciel gospody stał za ladą z boku głównej komnaty, przeglądał księgi i robił czarnym piórem notatki. Podniósł wzrok jak tylko goście nadjechali.
- Późno wracacie. Jest już dobrze po północy. Zatem przypuszczam, że spotkanie z naszą radną przebiegło pomyślnie, czyż nie, panowie?
- Nie sądzę, żeby był to twój interes – odparł miękko Raistlin mijając ladę.
   Powoli wstępował na schody kierując się do swego pokoju. Urażony właściciel wrócił do swej pracy.
   Caramon potknął się idąc do schodów i upadł na kolana. Raistlin obejrzał się i popatrzył z troska.
- Idź dalej – machnął Caramon w stronę brata – ja… musze odpocząć. Spotkamy się… w pokoju.
   Wojownik z wysiłkiem wstał i oparł się o poręcz schodów. Earwig tymczasem, na nikogo się nie oglądając, wciąż wspinał się na górę.
   Raistli popatrzył na kendera. Zachowywał się równie dziwacznie i obco jak Caramon. Mag nie wiedział komu towarzyszyć.
- Zaczekam na ciebie na półpiętrze, bracie – powiedział mając jedno oko zwrócone na Caramona a drugim obserwując kendera.
   Wojownik skinął głową i zaczął wspinać się po schodach. Raistlin chwycił go pod ramię i poprowadził w stronę pokoju.
- Earwig, otwórz drzwi.
   Kender tylko skinął i bez komentarza zrobił o co został poproszony. Zachowywał się jakby był pogrążony we śnie. Caramon wtoczył się do pokoju. Podniósł głowę i w świetle laski dostrzegł szybkie poruszenie w ciemnym narożniku.
- Raist…
   Zaczął tylko, lecz zanim zdążył powiedzieć cokolwiek brat już odepchnął go mocno na bok. Strzałka, z grotem połyskującym w świetle laski, pomknęła z ciemności wprost w kierunku wojownika. Raistlin stanął na jej drodze otwierając szatę jak tarczę z tkaniny. Za pierwszą poleciały jeszcze dwie strzałki i ugrzęzły w Zojach szaty nim zdołały dosięgnąć celu.
   Zabójca runął do przodu – postać w czerni prześlizgnęła się obok maga ze zwinnością akrobaty. Przeskoczyła nad ogłupiałym kenderem, schodami dopadła jednym susem parteru i zniknęła na ulicy.
   Raistlin dopadł okna wyciągając jednocześnie szklaną kulę z sakwy. Używał kuli do rzucania zaklęć, lecz zabójca zdążył już zniknąć. Mag odwrócił się i dopadł do leżacego na podłodze Caramona.
- Caramon? Jesteś ranny? – zapytał przyklękając przy bracie.
- Nie… nie sądzę.
   Caramon popatrzył w twarz bliźniaka i ujrzał tam prawdziwą obawę, prawdziwą troskę. Ciepło rozlało mu się po całym ciele na moment przeganiając słabość. A więc gdzieś tam głęboko jednak Raistlin też się o niego troskał. Za taką wiedzę mógł zapłacić spotkaniem ze wszystkimi zabójcami świata.
- Dzięki, Raist – rzekł słabym głosem.
   Raistlin przejrzał uważnie szaty i wydobył z materii trzy strzałki. Dwie utknęły w fałdach materiału, lecz trzecie uderzyła prosto w metalowy dysk – amulet szęścia otrzymany od kobiety w Czarnym Kocie. Spojrzał nań z uczuciem rozbawienia. Tymczasem Earwig, włócząc się bez celu i pomysłu po pokoju, znalzł jeszcze jedną strzałkę porzuconą przez zabójcę. Nie mówiąc nic braciom kender wrzucił ją do kieszeni.
- Potrzebujesz czegoś, Caramon? – spytał Raistlin.

Ostatnio edytowany przez janjuz (2018-05-03 16:38:47)


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#12 2018-05-15 17:39:23

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 642

Re: Bracia Majere

- Nie, nic. Po prostu muszę odpocząć.
   Wojownik padł na łóżko. Brat usiadł na brzegu opodal brata.
- Raist, myślałem, że obiecywałeś, że już nikt tu na nas nie czyha. Zbyt wielu ludzi już wie, że tu jesteśmy.
- Tu nie chodziło o „nas” Caramonie – Raistlin uważnie przyglądał się strzałkom – Chodziło tylko o ciebie.
- Hę? – wojownik aż uniósł się na łokciu.
- A dlaczego ktoś chciałby zabijać Caramona? – ziewnął Earwig.
- Te strzałki były wymierzone dokładnie w ciebie. Żadna nie leciała na mnie, czy kendera. No i ta tajemnicza choroba. Gdyby mnie tu nie było, nie byłbyś zdolny do reakcji, nie zrobiłbyś uniku. Byłbyś wtedy łatwą zdobyczą, bracie.
   Raistlin przytrzymał jedną ze strzałek w świetle lampy. Powąchał czubek i odsunął twarz marszcząc nos z nieukrywanym obrzydzeniem.
- Thorodrone – powiedział zaciskając usta i ponownie wąchając – Zdecydowanie. Niesamowicie zabójcza trucizna. Masz szczęście, że cię nie dosięgła, Caramon. Umarłbyś natychmiast, w mgnieniu oka.
   Mag potrzymał strzałkę w płomieniu pobliskiej lampy, co spowodowało, że czubek strzałki zalśnił na zielono. Spluwając na palce i pocierając czubek Raistlin zdjął truciznę, która przybrała już postać szarego proszku na czarnym metalu. To samo zrobił z pozostałymi strzałkami po czym ostrożnie schował je do kieszeni szaty.
   Raistlin wstał z łóżka, zgasił lampę i stłumił światło laski. Podszedł do okna.
- Co widzieliście, jeśli chodzi o tego mężczyznę? Spytał, jednocześnie lustrując ulicę w poszukiwaniu znaków jakichś intruzów.
- Nic. Ubrany był na czarno, no i był diablo szybki.
- I doprawdy wiedział jak się posługiwać dmuchawką – dodał Earwig usuwając szczyt hopaka.
   Odkrył w ten sposób otwór wylotowy własnej dmuchawki. W ciemności całkiem niewidoczny, kender ujął zatrutą strzałkę i starał się wpakować ją do swej broni. Nie pasowała; była jednak za duża. Popatrzył rozczarowany, lecz po chwili zorientował się, że jeśli usunie część piór to strzałka będzie doskonale pasować. Zaczął działać.
- Też za wiele nie widziałem – powiedział Raistlin.
   Earwig wsunął pozbawioną piór strzałkę w niewielką, ukrytą kieszonkę w rękawie po czym zamknął hoopak. Ziewnął ponownie, rozwinął śpiwór, położył się i błyskawicznie zasnął.
- Zauważyłeś może coś niezwykłego kiedy tak włóczyłeś się wieczorem po jej domu? – spytał nagle Raistlin.
- Niezwykłego?
- Niezwykłego. Dziwacznego. Nie na miejscu. Czy widziałeś lub słyszałeś cokolwiek dla ciebie niezrozumiałego?
   Caramon wrócił myślami do pokoju Shavas. Pamiętał dotyk jedwabiu, jego gładkość między palcami, chłodną a nagle się ocieplającą satynę. Falę ciepła skradzioną z jego ciała. Przypomniał sobie jak usłyszał głos earwiga kiedy kender przysięgał, że nie był w tym pokoju. Pomyślał też o fakcie, że błądził po domu godzinami, lecz dla niego wyglądało to tylko na kilka minut.
- Nie. Nic – odparł krótko – Damę zostaw w spokoju, Raist. Nie ma z tym nic wspólnego. Po prostu za dużo wypiłem, to wszystko. To moja wina.
- Być może – mruknął Raistlin – Muszę ponownie dostać się do tego domu… sam.
- Co? - ospale zapytał Caramon.
- Nic, bracie.
   Mag poszedł do łóżka. Kiedy posłyszał chrapanie Caramona, głęboki i regularny oddech brata, sam również odpłynął w objęcia snu.

Earwig. Co ty robisz?
-  Śpię. A wygląda, że co robię? – odpalił kender.
   Wielkie szpony, czarne szpony, szpony gigantycznego kota świsnęły w jego stronę. Earwig ledwie zdążył dać przed nimi nura.
Co robią twoi przyjaciele?
- Oni też śpią!
Obydwaj? Bezpieczni? Cali?
- Tak! Zostaw mnie w spokoju. Muszę zejść temu potworowi z drogi!
   Kender przeskoczył nad czymś co przypominało wyglądem metalowe pudełko z zębami.
Ja wrócę, Earwig… wrócę… wrócę…

   Następnego dnie, po nocy spędzonej na głęboki i mocnym śnie, Caramon zbudził się czując normalny wigor i chęć do życia. Z wczorajszej choroby nie zostało już ani śladu. Earwig jednak był nerwowy i wyraźnie nieswój.
- Co się z tobą dzieje? – pytał Caramon w czasie śniadania.
- Nic – odparł kender – Źle spałem, wystarczy?
- Pewnie – odparł zaskoczony Caramon – Tylko pytałem. Co zamierzasz dzisiaj robić, Raist?
   Raistlin pomyślał, że do Festiwalu Oka jest już tylko dwa dni. Mało czasu. Tylko jeszcze dobrze byłoby wiedzieć; mało, na co?
- Trzeba by jeszcze zbadać resztę miasta – powiedział głośno.
- Co? Po co? Czego my szukamy? – gwałtownie dopytywał Earwig.
   Mag popatrzył na kendera.
- Niczego szczególnego.
- Dobra, ja też idę – oznajmił Earwig – Dokąd idziemy?
- Do pozostałych dwóch bram miasta. No a potem sprawdzimy drogi od nich do centrum miasta.
- Właściciel gospody powiedział, że te czarne powozy to „transport publiczny” – oznajmił Caramon powtarzając obco brzmiące sformułowanie ze szczególną ostrożnością – I trzeba płacić za każdą jazdę.
- A więc radna Shavas zapłaci za nasze jazdy – stwierdził Raistlin – Idź i znajdź jeden.
   Przyjaciele pojechali powozem drogą zewnętrzną aż do Eastgate. Od każdej bramy wiodła do centrum miasta magistrala główna. Droga, którą jechali przebiegała przez przedmieścia. Dawało to szybki dostęp do dowolnego sąsiedztwa. Podróż zajęła mniej niż godzinę a dzień na szczęście dzień był ciepły.
   Koty były wszędzie – wylegiwały się na poboczach dróżek czy wręcz leżały ludziom na kolanach. Kilka co odważniejszych zwierzaków wchodziło do sklepów mieszając się z ludźmi wchodzącymi z ulicy, lub też wdrapywało się na fachy by stamtąd obserwować świat leżący poniżej.
   To Earwig był pierwszym, który zauważył, że część kotów idzie za ich powozem w bezpiecznej, dziesięciostopowej odległości. Kiedy powóz zwalniał omijając spacerujących ludzi, lub też by przepuścić wóz przecinający ulicę, koty też zwalniały.
- Popatrzcie! Zawołał zachwycony widokiem Kinder.
   Kiedy tylko Raistlin się do kotów obrócił te natychmiast uciekły. Poza jednym.
- To ten czarny kot. Ten, którego napotkaliśmy blisko domu radnej.
- _ Nie wiem, skąd możesz być tego pewien, Raist – rzekła Caramon – Jak dla mnie, to wszystkie czarne koty są takie same.
- Tyle, że w tym mieście nie ma innych czarnych kotów – mruknął Raistlin i obserwował kota podczas gdy powóz ruszył dalej – Idzie za nami.
   Z niezwykle poważną, przynajmniej jak na niego, twarzą Caramon pochylił się na siedzeniu powozu.
- Raist, to mi się nie podoba – powiedział – Nic mi tu nie odpowiada. Nie podoba mi się sposób w jaki te koty na nas patrzą. Nie podoba mi się, że są tu ludzie, którzy chcą nas po prostu zamordować. Nie podoba się, w jaki sposób zachowuje się kender…
- Nie zachowuję się w żaden sposób! – zaprotestował Earwig.
   Caramon zignorował protest.
- To wszystko nie jest warte dziesięciu tysięcy stali, Raist. Odejdźmy stąd… znajdźmy jakąś miłą, bezpieczną wojenkę.
   Raistli początkowo nie odpowiedział. Wpatrywał się wciąż za tył powozu. Prosto na kota postępującego w ich ślady. Po chwili, skinąwszy głową potwierdzająco, powiedział.
- Masz rację, bracie. To nie jest warte tych dziesięciu tysięcy stali.
   Nie powiedział nic więcej. Caramon tylko ciężko westchnął i opadł wstecz na siedzisko powozu.
   Dojechali w końcu do bramy. Podbnie do kraty w bramie południowej i ta tutaj była wykonana z metalu udekorowanego dziwnymi płytami i arkuszami na których zawsze widniała głowa kota.
- Jak nazywacie tą ulicę? – spytał mag woźnicę.
- Tą, panie? To jest Eastgate Street, panie.
- Twoją należność wypłaci Radna Shavas – powiedział Raistlin i powloi zaczął wysiadać z powozu – Nie musisz tu czekać.
- Tak, panie. Dzięki, panie.
   Woźnica chlasnął konie batem i oddalił jak najszybciej tylko mógł, omalże nie rozjeżdżając Caramona i Earwiga.
- Skoro już tu jesteśmy, to co teraz robimy? – spytał Caramon.
- Napijemy się czegoś – odparł Raistlin kierując kroki do pierwszej gospody hyava jaką wypattzyl.
- Hę? Tak rano? Od kiedy to…
- Ćśś, bracie. Jestem spragniony.
   Wojownik spojrzał na bliźniaka z widocznym zdumieniem. Najpierw zastanawiał się co też mu się stało, lecz po chwili wzruszył ramionami, pociągnął za sobą kendera i ruszył za bratem.
   Pijalnia hyava była dokładnie taka sama jak inne, jakie już mijali. Oferowała tak samo małe czarki napitku ustawione na równie małych talerzykach a stoliki i krzesełka ustawione były zawsze na zewnątrz, wprost na ulicy. Earwig i Caramon zamówili zwykłą hyava z babeczkami. Raistlin zamówił małą szklaneczkę brandy. Cała trójka wypoczywała w promieniach słońca.
- Dlaczego to wziąłeś? – spytał Caramon – Myślałem, że chcesz hyava.
   Raistli powoli sączył brandy. Caramon usiadł i zrobił groźną minę. Earwig swoją babeczkę połknął jednym kęsem. Widząc, że ogromny druh nie zamierza napocząć swojej, kender chwycił ciastko i podniósł do ust.
- Hej! Co robisz? – wrzasnął Caramon i palnął kendera w dłoń.
- Uważaj! - odkrzyknął kender i mocnie chwycił babeczkę.
   W rezultacie ciastko pękło i upadło na ziemię.
- No i widzisz coś narobił? Zniszczyłeś moją przekąskę!
- Twoją przekąskę? – odparł z niedowierzaniem wojownik – Co rozumiesz przez „twoją przekąskę”?
- Nie zamierzałeś jej jeść więc uznałem, że chcesz mi ją dać.
- A skąd ci przyszło do głowy, że nie zamierzałem jej zjeść? Ja tylko… a zresztą, do licha. Przynajmniej i tak się nie zmarnuje.
   W pobliżu włóczyło się parę kotów. Spostrzegły, że ani kender, ani wojownik nie chcą babeczki więc ją zabrały i rozwiązały problem. Wojownik serdecznie się uśmiał i pochylił, by pogłaskać zwierzaki. Kątem oka dostrzegł odzianą na czarno postać kucającą w cieniu.
- Earwig! – szepnął Caramon – Widzisz kogoś czającego się w tamtej alei? Nie, nie patrz tak!
- Co? Głośno spytał kender i podniósł głowę – Gdzie?
   Caramon zazgrzytał. Przyszło mu do głowy, że towarzystwo kendera nie zawsze jest warte ponoszonych wysiłków.
- Mówiłem, żebyś się nie gapił!
- No to nie wiem jak mam coś zobaczyć jak mam nie patrzyć!
- Nieważne. Teraz już za późno. Czy widzisz kogoś stojącego w alejce po drugiej stronie ulicy?
- Nie. Nikogo.
   Caramon się wyprostował i rozejrzał dokoła. Patrzył prosto w alejkę. Nie było tam nikogo. Jak się tak lepiej przyjrzał, to w rzeczy samej ujrzał, że jednak musiał się pomylić. To, co uznał za postać w czerni było tylko beczką na wodę.
- Więc? – domagał się wyjaśnień Raistlin.
- Nic. Chyba jeszcze jestem jeszcze ogłupiały po ostatniej nocy – mruknął Caramon.
   Pogłaskał kota, podniósł twarz i ujrzał ku swemu zdumieniu jak strumienie łez spływają po złotej skórze na twarzy bliźniaka.
- Raistlin! Co się dzie…
- Nic, Caramonie – przerwał mag – A nawet wręcz przeciwnie. Zaczynam rozumieć co nieco na temat tego miasta.
   Raistlin mocno zacisnął dłonie na drewnie swej laski chcąc opanować ogarniające go podniecenie.
   Tu są dwie linie, stwierdził. Obie idą środkiem głównych ulic miasta. Ta tutaj też z pewnością zmierza w stronę domu radnej! No i założę się o swą laskę, że trzecia linia biegnie od strony zachodniej. Linie mocy. Linie rozciągające się pewnie przez cały świat. Linie z każdym momentem bardziej jaśniejące. Te linie tutaj się kończą! W tym mieście. „Mieście co stało przed pierwszymi bogami”.
- Caramon – powiedział głośno Raistlin – Muszę mieć sekstant.
   Przyjaciele pomaszerowali trzecią dzielnicą miasta przeszukując sklepy z instrumentami nawigacyjnymi. Kiedy w końcu znaleźli jeden – mosiężny instrument z niezwykle dokładną lunetą i nawet bardziej dokładną podziałką – okazał się o wiele za kosztowny jak na ich możliwości.
- To okazja – zapewniał sklepikarz, lecz mag wręczył mu instrument z powrotem.
- Zwoju radnej Shavas nie możesz tu użyć? – spytał Caramon.
- Nie. To na, pozwoli pokryć tylko „mniejsze wydatki”. Wątpię by sekstant można do nich zaliczyć.
   Bracia wyszli na ulicę nie zauważając zniknięcia kendera do momentu aż znowu do nich dołączył.
- Raistlin – powiedział Earwig ciągnąc maga za szatę.
   W niesamowitych oczach zabłysnął gniew.
- Nie ośmielaj się mnie dotykać! Nigdy! – mag odepchnął kendera.
- Ale ja mam coś dla ciebie! – powiedział Earwig.
   Sięgnął za pazuchę i wydobył sekstant.
   Mag podniósł szybko dłoń do ust i palcami zakrył drgające wargi.
- Earwig. Skąd to wziąłeś? – Caramn próbował brzmieć bardzo surowo.
- Ze sklepu, to chyba oczywiste – odparł kender potrząsając głową – Właściciel powiedział, że możesz go wziąć jeśli przyrzekniesz zwrot gdy już skończysz pracę.
- Doprawdy? Właściciel osobiście ci to powiedział?
- Cóż. Może w rzeczywistości tego dosłownie nie powiedział, lecz s pewnością tak by się zachował gdyby był w tym czasie w pokoju.
   Raistlin odwrócił głowę. Szczupłe ramiona zaczęły się trząść a Caramon mógłby przysiąc, że brat właśnie się śmieje.
- Ehm, Raist. Nie sądzisz, że powinniśmy to oddać?
- Co? I zmarnować prezent od Earwiga? Nigdy! – odparł Raistlin.
   Odebrał narzędzie z rąk kendera i ukrył je w fałdach własnych, obszernych szat.
- Dzięki, Earwig – powiedział poważnie – To było bardzo ładnie z twej strony.
- Och, to nic takiego – odparł kender z ukłonem dzięki czemu zaczął wyglądać jak dawniejszy Earwig.
   Podróżnicy znaleźli inny powóz. Raistlin powiedział woźnicy by zabrał ich do Westgate Street. Zanim osiągnęli cel przejażdżki dzień zaczął się gwałtowni kończyć. Ostatnia brona była dokładnie taka sama jak pozostałe – metal nietknięty rdzą i z tymi samymi, niemożliwymi do odczytania arkuszami i płytami na prętach brony.
   Następnie udali się do kolejnego lokalu hyava, zamówili te same napitki i z identycznymi rezultatami. Earwig próbował zabrać babeczkę Caramona a gdy wojownik trzepnął go w dłoń ciastko upadło, przełamało się i zostało zjedzone przez kilka kotów siedzących u stopni lokalu.
- Następnym razem muszę mieć osobny stolik bo padnę z głodu – mamrotał wojownik.
   Caramon spojrzał w kierunku sklepu po drugiej stronie drogi – widać tam było wspaniałą kolekcję mieczy – i ujrzał ciemno skórego mężczyznę wpatrującego się prosto w nich poprzez szklane okno. Śmiało zmierzył się spojrzeniem z tajemniczym obserwatorem. Zadrżał z chłodu, mimo, że słońce wciąż jeszcze ogrzewało mu barki. W tym mężczyźnie było coś bardzo dziwnego. Dziwnego, lecz jakby znajomego.
   Wojownik odwrócił się  stronę brata, który właśnie zamierzał nakarmić jednego z kotów kawałkiem własnego ciastka. Caramon nigdy nie widział, by Raistlin okazywał jakieś uczucia skierowane ku zwierzętom. Jeden z kotów zaczął obwąchiwać oferowany kawałek i odbił się od wyciągniętej, złotej dłoni i po chwili odszedł.
   Mag westchnął i oparł się o Laskę Magiusa. Trzymał ją mocno a na twarzy miał wyraz rozzłoszczonego zaskoczenia. Caramon nie cierpiał wtrącać się w zamyślaenia brata, lecz teraz sprawę miał ważną.
- Raistlin, jesteśmy obserwowani.
   Mag ledwie nań spojrzał.
- Ten człowiek po drugiej stronie w sklepie z bronią? Tak, wiem. Jest tam od dziesięciu minut.
   Caramon zaczął się podnosić.
- Wiedziałeś? To może być jeden z tych co chicieli na zabić…
- Siadaj, bracie. Zabójcy nie obserwują zwierzyny tak otwarcie. Ten mężczyzna chce, żebyśmy wiedzieli, że nas obserwuje.
   Zdumiony Caramon usiadł cokolwiek niechętnie. Earwig też tam spojrzał.
- Hej! Ten człowiek koniecznie chiał mój naszyjnik!
- Co? Kiedy? – Raistlin wręcz rzucił się na zdumionego kendera.
- No, co … - bełkotał Earwig – To było… niech pomyślę… pamiętam. Tam, w Gospodzie Czarny Kot.
- Dlaczego nic o tym wtedy nie powiedziałeś? – Raistlin miał dosłownie pianę na ustach i zaczął gwałtownie kaszleć łapiąc się za pierś.
- Hej, raist! Spokojnie – powiedział Caramon.
- O rany, pewnie zapomniałem – wzruszył ramionami Earwig – Nie było to nic poważnego. Po prostu spytał mnie skąd wziąłem taki naszyjnik a ja powiedziałem, że to pamiątka rodzinna. Wyglądał na takiego, co bardzo go chce. Ja go nie potrzebowałem więc próbowałem mu go dać ale nie chodził. Jeden z ludzi co to był z nim mówił coś o „wyrwaniu moich flaków” ale chyba zdecydowali, że jednak nie – Earwig wyglądał na lekko tym rozczarowanego – A potem odeszli.
- Chyba lubię ten naszyjnik – dodał dumnie po chwili – Dzięki niemu spotykam masę ciekawych ludzi. Jeden człowiek w tawernie, tu w mieście, próbował nawet mnie zabić dla niego.
- Ja cię chyba zabiję! – chrapnął Raistlin, gdy już odzyskał głos.
- Kiedy to było? – spytał Caramon.
- Niech pomyślę. To była noc przed tym porankiem, kiedy miałem kłopoty z kobietą w gospodzie. Chodziłem po mieście kiedy usłyszałem jak mężczyźni się śmieją. Spojrzałem w okno, żeby zobaczyć co to takiego śmiesznego i zobaczyłem jak mężczyzna uderzył jedną barmankę. Wyrzucili go z gospody a wtedy zobaczył mój naszyjnik i zawołał, że to jego, i podszedł do mnie z nożem. Walnąłem go hopakiem a wtedy barmanka mnie pocałowała.
- To był ten sam mężczyzna, który już wcześniej chciał naszyjnik?
- Oczywiście, że nie! Tamten był miły. Ten absolutnie nie.
- Imię? – szepnął Raistlin – Słyszałeś jego imię?
- Nie – kender się namarzył, tak mocno myślał – Ale ta barmanka mówiła do niego „mój panie”.
   Raistlin wziął głęboki oddech. Caramon ruszył po gorącą wodę, lecz mag potrząsnął tylko przecząco głową. Spazm już minął. Mag zamyślił się głęboko popatrując przy tym na własne, złotoskóre dłonie. Caramon obrócił głowę by sprawdzić, czy wciąż są obserwowani.
- Już poszedł – rzekł Raistlin.
   Caramon zadrżał.
- Zupełnie jakby patrzył przeze mnie na wylot. Może też jest magiem?
- Nie sądzę – potrząsnął głową Raistlin – Istnieją pewne… odczucia… wspólne dla wszystkich magów. Takie odczuwanie – chwilkę szukał potrzebnego słowa – mocy. Nasz obserwator takie odczucia u mnie nie wywołał.
- Jakieś odczucie jednak ci wywołał – powiedział Caramon słysząc nutę wątpliwości w głosie brata.
- Tak, to prawda. Cokolwiek to jednak było to nie sądzę, żebym to czuł napotkawszy innego czarodzieja.
   Caramon chciał jeszcze spytać dlaczego Raistlin tylko „nie sądzi”, lecz chłodne spojrzenie maga ucięło dalszą dyskusję. Wojownik wolał zasugerować, że powinni już zjeść pełny, bardziej wszystkich zadowalający, posiłek.
- Czas chyba wrócić na Sothgate Street – uprzedził go Raistlin – Chciałby jeszcze raz spotkać się z Radną Shavas.
Rozdział 14

- Przybyliśmy, żeby przyjąć twoje zlecenie – powiedział Raistlin.
   Radna popatrzyła na towarzyszy z wyrazem twarzy przepełnionej wprost zadowoleniem i przyjemnością.
- Dziękuję – powiedziała – Jakoś tak wiedziałam, że przyjmiecie.
   Usiadła z gracją na krześle przed zestawem zbroi, której jedna rękawica dzierżyła dwuręczny miecz znacznie dłuższy od postury kendera. Gestem zaprosiła wszystkich by do niej dołączyli. Caramonowi wydawało się, że wpatruje się w jego oczy z wyrazem wskazującym na wiedzę.
   Wie, że byłem w jej pokoju, powiedział do siebie i aż się zarumienił z zakłopotania. Ona wie, że… trzymałem jej szal. Byle tylko ukryć własne zakłopotanie Caramon obrócił się w stronę półki z książkami i chwycił pierwszą z nich jak tylko wpadła mu w ręce.
   Raistlin rozmawiał z radną, omawiał warunki umowy i zadawał pytania na temat płaskorzeźb na murach miasta. Caramon nie zwracał na to najmniejszej uwagi. Myślał tylko o tej pięknej kobiecie. Bogata, wykształcona, dobrze urodzona… stała daleko wyżej od niego, była poza zasięgiem, jak księżyc czy gwiazdy.
   Caramon pomyśla, że robi z siebie durnia. Taka kobieta nigdy go przecież nie pokocha. Lepiej już pozostać przy kobietach w rodzaju Maggie… tyle, że nie umiał głodnego wzroku oderwać od jej twarzy.
- Kiedy miasto zostało ufundowane – mówiła Shavas – większość murów była zupełnie pusta. Uważamy, że kamień na mury został przez bogów zesłany pierwszym budowniczy. Jest nie do przełamania, choć wielu już próbowało. Niektórzy ludzie zauważyli, że w miarę upływu czasu na murze zaczęły pojawiać się płaskorzeźby. Zupełnie jakby ktoś je tam wyrył czystą magią.
   Cały czas patrzyła na nieruchomą postać maga.
- Płaskorzeźby ilustrowały opowieści o największych wydarzeniach na Krynnie; takich jak upadek Króla-Kapłana w Istar, Legenda o Humie, opowieść o Rycerzu Czarnej Róży, Lordzie Soth. Najwidoczniej jakaś nieznana moc ryje opowieści ze świata na naszych murach.
   Lord Soth. Ależ głupie imię, pomyślał Caramon odrywając wzrok od kobiety. Otworzył księgę i ją przejrzał. Głupia księga, pomyślał, kartkując szybko aż doszedł do jej końca. Ani ilustracji, ani pisma, no nic. Wzruszył ramionami i odłożył księgę skąd ją wziął. Rozejrzał się i dostrzegł, że Shavas uważnie mu się przygląda. Pod spojrzeniem aż się zarumienił.
- Znalazłeś coś interesującego? – spytała.
- Wątpię – Raistlin zastąpił brata w odpowiedzi – Caramon nie jest jakoś szczególnie zainteresowany czytaniem ksiąg. Ja, wprost przeciwnie, z wielką przyjemnością spędziłbym trochę czasu w twojej bibliotece.
- Oczywiście, czuj się w moim domu, w całej posiadłości, jak u siebie. Wszyscy tak się czujcie – dodała patrząc na Caramona.
   Caramon poczuł się lżej i uśmiechnął się w jej stronę. Może być bogata i wykształcona, lecz gdy dochodzi co do czego, to tak czy inaczej jest kobietą. A on jest mężczyzną.
- Musi się też spotkać z pozostałymi członkami rady miasta – ostro rzekł Raistlin.
   Caramo popatrzył na brata. Gdyby nie wyglądało to na niemożliwość to mógłby przysiąc, że bliźniak jest zazdrosny!
- Już zapalnowałam takie spotkanie na dzisiejszy wieczór – odezwała się nieśmiało – jak już mówiłam, byłam pewna waszej akceptacji.
   Spotkanie odbyło się w posiadłości Lorda Brunswicka niedaleko północnego końca trójkątnych murów Mereklar. Lord nawet, dla zapewnianie dyskrecji i pełnej prywatności, wysłał z miasta całą swą rodzinę.
   Najwyżsi urzędnicy miasta spotkali się w bibliotece, w której Lord trzymał model miasta. Krzesła i stoły wypełniły i tak już zatłoczony pokój. Wyglądał teraz na mniejszy niż w rzeczywistości. Caramon czuł się tu nieco klaustrofobicznie i nawet mocnie niż lekko nerwowy na samą myśl, że będzie przepytywany przez ludzi tak ważnych jak Ministrowie Mereklar.
- Spokojnie, bracie – odezwał się spod kaptura Raistlin – Nie musisz tu się angażować. Gadanie zostaw mnie.
   Wojownik się rozluźnił.
- Pewnie, Raist. Cokolwiek powiesz.
   Earwig wyglądał jakby wreszcie swą marudność porzucił bowiem doprowadził Caramona do kompletnego rozproszenia uwagi wtrącając się we wszystko i zaglądając wszędzie. Kender omal nie wywalił modelu miasta! Potem został pojmany gdy usiłował do kieszeni wpakować wielką księgę. W końcu Caramon chwycił go za kołnierz i wcisnął na kanapę pomiędzy siebie i Raistlina. Zagroził nawet, że go zwiąże przy pierwszej próbie ruchu. Kender wyciągnął z kieszeni pozwijany metal i zaczął potrząsać zwojem, chcąc go rozłożyć na części.
   Do pokoju jako pierwsza weszła Shavas i zajęła miejsce naprzeciwko towarzyszy. Rozdzielał ich model miasta. Biała szata ciasno owijała pełne kształty i stanowiła piękny kontrast z ciemnymi, zaplecionymi włosami.
   Następnie wszedł Lord Brunswick, właściciel tego domu. Obszedł pokój powolnym krokiem i usiadł obok Shavas. Twarz miał całkiem pozbawioną wyrazu, wyglądał… oficjalnie. Wszedł kolejny mężczyzna. Lord Alvin. Usiadł naprzeciw Brunswicka rzucając Raistlinowi złowrogie spojrzenie. Kolejni lordowie oraz damy wchodzili do pokoju przez szerokie, podwójne drzwi. Niski mężczyzna z ciemnymi włosami wąsami usiadł obok Lorda Brunswicka. Po lewej stronie Alvina usiadł inny mężczyzna, wysoki i nieco patykowaty.
   Do pokoju weszła kolejna kobieta. Ciemne włosy miała ciasno ściągnięte do tyłu – tworzyły czapkę ze skręconych kosmyków spiętą krótką, srebrną szpilą. Razem z nią wmaszerował nieciekawie wyglądający mężczyzna ubrany w szarą kamizelę i trochę ciemniejsze nogawice i koszulę. Miał niewielką szramę pod prawym okiem a czarne włosy nosił zaczesane na jedną stronę.
   Kolejna trójka urzędników dołączyła do obecnych w pokoju. Dwóch pierwszych stanowili mężczyźni. Jeden z nich był dosłownie opakowany w długą, brązową szatę – kapłan jakiejś religijnej sekty. Drugi nosił ceremonialny napierśnik ze stali i nagolenniki ze skóry. Jako trzecia weszła kobieta odziana w pełną, błękitną szatę. Nosiła amulet, lecz  jego symbolika nie była widoczna.
   Shavas podniosła się ze swego krzesła.
- Raistlinie Majere. Caramonie Majere. Earwigu Lockpicker. Pragnę przedstawić wam Radę Miasta Mereklar.
- Lord Brunswick, Minister Rolnictwa i nasz łaskawy gospodarz. Lord Alvin, Minister Własności. Lord Young, Minister Spraw Wewnętrznych. Lord Creole, Minister pracy. Lady Masak, Dyrektor Protokołu. Lord Wrghtwood, Minister Finansów. Lord Cal, Kapitan Gwardii.Lady Volia, Dyrektor Opieki Społecznej. Lord Manion… Shavas zamilkła… gdzie jest Lord Manion?
   Pozostali zaczęli się rozglądać.
- Nie wiem – kwaśno stwierdził Lord Alvin – Znał porę. Sam mu to mówiłem.
- Nigdy się nie spóźnia. Nie podoba mi się to.
   Shavas zagryzła dolną wargę. Cienka zmarszczka przecięła marmurowo gładkie czoło. Raistlin zauważył, że palce jednej dłoni zaczęły się zaciskać, po chwili stanowiły pięść.
- Może powinniśmy zaczekać – zasugerował mag podnosząc się lekko.
- Nie… nie – twarz Shavas się rozjaśniła, choć z wyraźnym wysiłkiem woli – Jestem pewna, że za chilę się zjawi.
- Oczywiście, Radna.
- Proszę o chwilkę rozmowy, Radna – odezwał się Lord Cal – Jedno słowo z tobą i pozostałymi członkami rady. Na osobności.
   Ministrowie zebrali się na uboczu rozmawiając szeptem. Raistlin obserwował ludzi, którzy też obserwowali jego osobę. Zdecydował szybko, że nie może zaufać żadnemu z nich. Jego doświadczenia z czynnikami oficjalnymi nauczyły go już, że przymierza między różnymi władcami państwa są niewidoczne i niebezpieczne.
- Osobnik złapany w sieć intryg szybko staje się karmą pająka – zacytował sobie po cichu stary cytat wielkiego rewolucjonisty politycznego, Eyavela. Zastanawiał się o czym oni mogą tak dyskutować. Rozważał już jak by się tu przysunąć bliżej by coś podsłuchać, gdy cienki chichot przypomniał mu o czymś ważnym, co miał zrobić.
   Pochylił się nad ramieniem Caramona, złapał Earwiga za kołnierz i złotą, wychudzoną dłonią przyciągnął go bliżej.
- Earwig, poznajesz kogoś z nich? Czy to może ktoś z nich próbował cię zabić?
   Kender natychmiast potrząsnął przecząco głową.
- Nie, Raist. Ale przecież mogę zapytać, czy nie wiedzą, kto by…
   Raistlin tylko papatrzył i zacisnął chwyt.
- Jeśli ośmielisz się odezwać choćby słowem to zamienię cię w kawałek szkła i cisnę z samego szczytu góry.
- Naprawdę? Zrobiłbyś to dla mnie? – wzruszony Earwig sięgnął dłonią, by poklepać z zachwytem palce, które go trzymały.
- Ouć! Ach! – mag wyszarpnął rękę z powrotem – Coś ty zrobił? Oparzyłeś mnie!
- Nic! Nie zrobiłem nic, Raistlin! – protestował Earwig gapiąc się z konsternacją na rękę.
   Raistlin chwycił przegub kendera. Przytrzymał i oglądał w świetle lampy. Jego uwagę przykuł gładki, złoty pierścień na czwartym palcu.
   Mag rozejrzał się, czy nikt się im nie przygląda. Ministrowie ciągle byli pogrążeni w prywatnej rozmowie.
- Earwig! – szepnął – Skąd masz ten pierścień?
- Pierścień? A, ten. Gdzieś go znalazłem – odparł beztrosko kender – ktoś go pewnie wyrzucił.
   Raistlin przytrzymał palec z pierścieniem i wymruczał zaklęcie. Pierścień zaczął świecić jakby padało nań jakieś światło z nieznanego źródła.
- Magia.
   Mag usiłował zdjąć pierścień z palca kendera.
- Ouć! Przestań! To boli! Hej, czy powiedziałeś, że mój pierścień jest magiczny?
   Wypytywał kender gdy Raistlin puścił dłoń z pierścieniem.
- Nie, Earwig. Powiedziałem tragiczny. To tragedia dla kogoś, kto zgubił tak cenny pierścień.
- Proszę! Dość już tych sprzeczek!
   Głośniejszy niż zwykle głos Shavas przerwał magowi.
- Zacznijmy.
   Kiedy już wszyscy w pokoju wrócili na miejsca i się uciszyli, mogła kontynuować.
- Dzisiejsze zebranie Rady Mereklar jest inne niż jakiekolwiek do dnia dzisiejszego. Miasto nasze jest w niebezpieczeństwie a los świata zawisł na włosku. Poprosiliśmy tych ludzi – gestem wskazała na towarzyszy – by wsperli nas w potrzebie. Czas teraz nadszedł na zadawanie pytań.
- Dziwnym zda mi się przypadek, że mag pojawia się właśnie teraz. Któż nam powie, czy to nie on jest powodem naszych problemów? – Lord Alvin ironicznie wskazał Raistlina – Wszak wiadomo, że czarodzieje zawsze spiskowali by przejąć władzę nad światem!
- Powiadam, Radna, że ich nie potrzebujemy! – dodał Lord Cal – Straż miejska zajmie się całym problemem. Potrzebujemy tylko więcej czasu!
- Proszę, Lordzie Alvin, opanuj się. Nie masz żadnych dowodów na wsparcie swych oskarżeń. A ty, Lordzie Cal, okaż trochę szacunku naszym gościom – poleciła Shavas – Pewna jestem, że gdyby Lord Manion był tu z nami, to zgodziłby się z podjętymi przeze mnie działaniami.
- Wybaczcie, Majere, jeśli was uraziłem – przeprosił Lord Alvin, choć mówił to przez zaciśnięte zęby.
   Lord Cal nic nie powiedział. Przez moment wydawało się, że wybiegnie z pokoju, lecz w końcu obłaskawił go lodowaty wzrok Shavas.
- Mag jest tu wyłącznie z powodu dziesięciu tysięcy sztuk stali – oznajmił Lord Brunswick.
- Całkiem na odwrót – odezwała się cokolwiek niedbale Shavas – Raistlin Majere odmówił jakiejkolwiek zapłaty.
   Całkowicie zaskoczeni ministrowie zaczęli na siebie nawzajem popatrywać. Zszokowany Caramon niedowierzająco patrzył na brata.
- Musi więc coś innego go tu ciągnąć – rzekł cicho Alvin.
- Muszę przypomnieć, Lordzie Alvin – odezwał się raistlin z głębi swego kaptura – że zgodnie z tradycją, służby czarodzieja są bezpłatne w trakcie Festiwalu Oka.
- A ja muszę ci przypomnieć, Mistrzu Magii, że festiwal to nic więcej jak dziecinna igraszka. Żadne legendy ani opowieści nie zmienią tego faktu! – parsknął Alvin – Powiedz więc o co ci naprawdę chodzi… jeśli się ośmielisz!
- Lordzie Alvin! – zawołała zszokowana radna Shavas – Skoro brakuje tu Lorda Maniona by cię skutecznie uciszyć, to ja będę zmuszona usunąć cię z dalszych rozmów o ile nie powstrzymasz swych wybuchów!


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

Stopka forum

RSS
Powered by PunBB
© Copyright 2002–2008 PunBB
Polityka cookies - Wersja Lo-Fi


Darmowe Forum | Ciekawe Fora | Darmowe Fora
biorezonans katowice Ostrowo campingi etykiety na wódkę wynajem autobusów Piła