DragonLance Forum

Forum dla fanów DragonLance, książek fantasy oraz RPG.

#21 2018-12-13 16:22:29

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 720

Re: Riverwind z równin

Rozdział 21

Droga Wojownika
   Gdy tylko Riverwind w towarzystwie Bruda weszli na wielki plac ujrzeli Catchflea i Di An przywiązanych do resztek złamanych kolumn w portyku starego budynku. Oboje byli zakneblowania. Wzrok Riverwind powędrował najpierw do Catchflea. Stary mężczyzna był blady. Strumień krwi wysychał właśnie na lewym boku koszuli. Twarz Di An skręcał ból. Gobliny przywiązały do kolumny na tyle wysoko, że stopy dziewczyny wisiały dobrych parę cali nad posadzką. Ciasne więzy wrzynały jej w ciało metal miedzianej koszuli.
   Thouriss stał na szczycie połamanych schodów. W zielono emaliowanym pancerzu poznakowanym czarno i złoto by upodabniał go do wężowej skóry wyglądał olśniewająco. Komendant ofidianów nie miał na sobie hełmu a gładka, nieomal ludzka twarz ostro kontrastowała z gębami goblinów czy smokowców zebranych na placu.
   Riverwind pomyślał, że zebrali tam chyba cały garnizon. Może nawet setka goblinów stała w linii pod krzywymi ścianami wokół placu. U stóp schodów, niedaleko Thourissa, stał kapitan Shanz oraz sześć smokowców postawie na baczność. Nie było natomiast śladu Krago. Riverwind rozejrzał się na lewo i prawo. Nie było chyba, o ile mógł dostrzec, żadnych łuczników na dachach. Jak dotąd, jak najgorzej, pomyślał ponuro. Zatrzymał się w miejscu, gdzie strumień wpływał do sporego, trójkątnego stawu dominującego wyglądem na całym placu.
   Strumienie trzech wodospadów otaczających pierścieniem Xak Tsaroth tutaj właśnie się zbiegały. Nad strumieniami przerzucono kładki z mocnych, drewnianych belek. Kładki łączyły brzegi wszystkich trzech strumieni, choć żaden z nich nawet do pasa nikomu nie sięgał. Riverwind zakpił pod nosem, że pewnie gobliny nie przepadają za kąpielą. Myśli mu galopowały po głowie we wszystkie strony, starał się wykombinować jakiś plan.
- Czekamy, barbarzyńco! – zahuczał Thouriss.
- Nie mam ochoty na włócznię w plecy – odpalił Riverwind.
- Rozkazałem swoim wojownikom by ci nie przeszkadzali.
- Wojownicy? Ci tutaj? – Riverwind machnął ręką wskazując ciche szeregi goblinów – Wszystko, do czego są zdolni, to zniewalanie i mordowanie bezbronnych krasnoludów żlebowych.
- Śmiała mowa ciepłokrwistego! Ten maluch pilnuje ci pleców? Ho! Ho!
   W szeregach goblinów rozległy się głośne śmiechy.
- Był martwy raz! Niedługo będzie dwa razy martwy. Chodź bliżej i spotkaj własne przeznaczenie, barbarzyńco!
- Brud zostaje – szepnął za plecami wojownika krasnolud żlebowy.
- Goblin nie uderzy. Słyszałeś, co powiedział ich wódz.
- Nie wierzyć. Thouriss chce rozdzielić a potem brać po jednym.
   Riverwind poczuł ucisk na nodze gdy Aghar przysunął się jeszcze mocniej. Wojownik ruszył w stronę wschodniej kładki. Brud szedł tuż za nim. Riverwind zatrzymał się przed schodami pałacu.
- Co z moimi przyjaciółmi? – spytał.
   Ściskał tak mocno rękojeść maczugi, że już zaczęła mu drętwieć ręka.
- Wszystko w porządku. Stary trochę oberwał od strażnika. Głupiec usiłował odeprzeć mojego wojownika gołymi rękami – zakpił głośno Thouriss.
- Chcę usłyszeć jak mówią – postawił stopę na pierwszym stopniu.
   Thouriss wyciągnął błyszczący, dwuręczny miecz.
- Zostań, gdzie stoisz, ciepłokrwisty.
   Thouriss rzucił jakiś rozkaz i natychmiast smokowiec pojawił się u jego boku.
- Odknebluj im gęby – rozkazał.
   Jaszczur rozplątał kneble Di An i Catchflea.
- Jesteś ranny, stary? – zawołał Riverwind.
- Tylko draśnięcie – chrapliwie odparł Catchflea.
- A ty, maleńka?
- On chce cię zabić! – wrzasnęła Di An.
- To żadna tajemnica – serdecznie stwierdził Thouriss.
   Machnął ręką smokowcom i kneble powróciły na swoje miejsca. Podniósł miecz i w powietrzu wyciął „X”.
- Twoje imię zostanie zapomniane w szeregach wszystkich ofiar Thourissa Zdobywcy.
- Tylko jeśli chcesz mnie zagadać na śmierć – zimno odparł Riverwind.
   Thouris roześmiał się głośno. Nieprzyjemny to był dźwięk; zupełnie jakby stopione żelazo lano do wody.
- Masz w dłoni maczugę. Wiesz chociaż jak jej użyć? – spytał.
- To nie jest broń jaką bym wybrał
- Shanz! Daj barbarzyńcy swoje ostrze!
   Smokowiec wyczłapał ze swego miejsca w kordonie. Brud schował się za mieszkańcem równin i postarał Asię być jeszcze mniejszym niż był. Shanz wręczył Riverwindowi prosty miecz. Riverwind przekazał mu maczugę.
- Długo ćwiczyłem z Shanzem i innymi Bozakami – powiedział Thouriss – Ale jeszcze nigdy nie walczyłem przeciwko człowiekowi. Ciekaw jestem, jakie to będzie uczucie gdy zabiję jednego z nich.
- Jeszcze nie skrzyżowaliśmy ostrzy a ty już widzisz mnie martwego – powiedział Rivwerwind – Dlaczego miałbym się starać, żeby być tylko rozrywką dla ciebie?
- Czyż nie mówiłem? – Thouris odparł z przesadnym zaskoczeniem – Jeśli dobrze się sprawisz oszczędzę starego mężczyznę i tą dziewczynę. Broń ci odpowiada, barbarzyńco?
- Ciut ciężka, lecz da sobie radę – odparł Riverwind.
   Na zewnątrz wyglądał na całkiem spokojnego i kontrolującego własne emocje. Wewnętrznie aż kipiał ze złości, obawy i oczekiwań. Zaczynał się rysować pewien pomysł, sposób na pokonanie wspaniałego komendanta…
    Roztargnienie szybko wyparował wraz z pierwszym zamachem jaki Thouriss wykonał ogromnym mieczem. Dwuręczne ostrze cięło powietrze w drodze do czaszki Riverwinda. Mieszkaniec równin cofnął się o dwa kroki i niezdarnie odparował. Miecz Shanza był o wiele cięższy od jego własnej szabli ale i tak wyglądał jak drewniany mieczyk komedianta w porównaniu do monstrualnej broni jaką posługiwał się Thouriss. Biedny, przerażony Brud padł na ziemię na najniższym stopniu schodów i cały drżał.
   Komendant schodził na dół po dwa stopnie za każdym krokiem. Potężne mięśnie pulsowały i zwijały się jak liny pod łuskowo – kolczugowym pancerzem tworząc obraz pracującej, fantastycznej maszynerii. Kiedy oczy wszystkich wbite wprost były w walkę, Brud skoczył na równe nogi i pognał po schodach pałacu. Przebiegł tuż obok Catchflea i zniknął w ruinach. Nie było co wieszać na nim psów. Stary mężczyzna też wolałby stąd zniknąć.
- Jak mi idzie? – spytał Riverwind starając się ukryć ciężki oddech.
   Sprytnymi unikami minął kilka ciosów Thourissa mierzonych na głowę
- Nie najgorzej.
   Thouriss uniósł czubek miecza z neutralnej postawy i ciął spod ręki prosto w pierś Riverwinda. Mieszkaniec równin płazem powstrzymał dwuręczne ostrze. Uderzenie odrętwiło mu rękę, lecz i tak czuł zadowolenie z wagi pożyczonego od smokowca miecza. Odbił na bok atak Thourissa i natychmiast wyprostował ramię na całą długość i zadał sztych. Thouriss sparował i cofnął się o krok. Szponiastą piętą zawadził o poszczerbioną, marmurową płytę schodów i się potknął. Riverwind cofnął ostrze i nagle ciął przez pierś komendanta. Czubek miecza zaznaczył jasną linię na błyszczącym pancerzu. Gobliny ostro się poruszyły i zaczęły warczeć, lecz wystarczyło jedno spojrzenie Shanza by ucichły. Riverwind cofnął się o krok i ciężko dyszał. Machanie mieczem Shanza było doprawdy męczące!
- Nieźle! – powiedział Thouriss – gdyby nie pancerz to już widziałbyś moją krew!
- Zauważyłem, że masz pancerz podczas gdy ja tylko skórzaną koszulę – dyszał Riverwind.
- Równe szanse. Ciężar pancerza bardzo mnie spowalnia.
   Jedną ręką wywinął mieczem nad głową. Połyskująca stal zostawiała za sobą błysk śladu w powietrzu, tak szybko komendant mieczem wywijał. Riverwind wskoczył pod wirujący wysoko miecz. Wskoczył, lecz tylko po to by Thouriss odbił jego boczny atak. Skoczył znowu a stal ześlizgnęła się po stali. Wężowe oczy Thourissa rozszerzyły się gdy miecz Riverwinda błysnął mu przy gardle. Zrobił krok w przód i opancerzoną dłonią uderzył ostrze mieszkańca równin. Czubek miecza przeszedł mu pod ramieniem a wojownicy nagle znaleźli się w zwarciu. Usta Thourissa były otwarte i wykrzywione z gniewu i złości. Dwu calowe kły błyszczały blisko twarzy Riverwinda.
   Ofidian trzasnął Riverwinda w twarz wierzchem dłoni. Szczęka zabolała, potknął się wstecz a krew popłynęła mu z podbródka, gdzie kolczuga zostawiła krwawe ślady.
- Rahhh-sss! – zawył Thouriss – Dość zabawy! Teraz umieraj!
   Riverwind rozejrzał się. Stał plecami do pobliskiego już stawu. Dokładnie tam, gdzie chciał się znaleźć.
   Di An jęknęła przez knebel. Popatrzyła na Catchflea. Oczy miał zamknięte a usta poruszały się jakby coś mówił. Pewnie modlił się do swych bogów, pomyślała, i dodała cichą modlitwę do jego modłów.
   Riverwind poruszył palcami na rękojeści obitej skórą rekina. Thouriss wrzeszczał teraz na niego. Przy całych swych imponujących rozmiarach nie był jednak doświadczonym pojedynkowiczem. Na to liczył Riverwind.
   Thouriss ruszył do szarży z wyciągniętym przed siebie mieczem. Riverwind zrobił krok do przodu by go spotkać. Wymieniali cięcia – raz, dwa, raz, dwa – aż komendant obrócił pięścią i uderzył Riverwinda w oko osłoną rękojeści miecza. Oslepiony Riverwind odskoczył do tyłu. Ledwie uniknął ciosu nadlatującego z oślepionej strony. Na piętach zachlupotała mu woda. Był na samym brzegu stawu.
   Prawe oko zaczęło widzieć na tyle szybko by mógł zobaczyć cięcie nadlatujące od tej strony. Riverwind niezdarnie je zablokował. Szok uderzenia miecza o miecz przemaszerował po całym ramieniu. Poczuł coś ciepłego i ujrzał, że ostrze Thourissa skaleczyło go w ramię. Krew wypława kropla po kropli. Widok krwi przeciwnika przywrócił Thourissowi dobry humor.
- tak rana, mam nadzieję ci nie przeszkadza? – syknął troszkę już zasapany.
- Tylko draśnięcie – zapewnił go Riverwind.
   Krew spływała po przedramieniu i kroplami spadała pomiędzy palce. Gardło mu wyschło od ciężkiego oddechu a serce mocno waliło. To może dziwne, lecz był coraz spokojniejszy. Thouriss nie był doskonałą maszyną do walki na jaką wyglądał. Jeszcze nie.
   Komendant nie zamierzał zaliczać kolejnych Zranień. Teraz zbliżał się by zabić. Podziemne miasto rozdzwoniło się echem stali uderzającej o stal. Krasnoludy żlebowe wyszły ze swych ruder i nasłuchiwały. Nawet beznamiętni żołnierze goblinów poruszyli się niecierpliwie gdy dwójka walczących tłukła się tuż przed nimi.
   Thouriss ruszył z potężnym, dwuręcznym cięciem. Riverwind był już tak wyczerpany, że z trudem tylko mógł podnieść pożyczony miecz do odparcia cięcia. Nadszedł ten czas. Rzucił miecz sztychem wprost w pierś Thourissa. Zaskoczony komendant zmienił atak by odbić nadlatującą broń. Gdy to uczynił Riverwind obniżył bark i przemknął pod jego mieczem. Chwyził o wiele wyższego stwora i wpakował nogę pomiędzy muskularne kolana Thourissa jednocześnie oplatając ramionami szeroki tors komendanta.
   Riverwind był niezłym zapaśnikiem, cenionym wśród swego ludu, lecz nie łudził się, że długo wytrzyma wobec brutalnej siły Thourissa. Komendant znowu zawył. Tym razem jednak był to sardoniczny śmiech.
- Ależ obejmij mnie, ciepłokrwisty! Rozedrę cię jak zmurszałe drewno! – zawołał.
   Ściskanie Thourissa było podobne do obejmowania pomnika, tylko ,że ten pomnik miał miażdżący własny uścisk. Thouri objął szponiastą łapą czoło Riverwinda i zaczął mu wykręcać głowę. Wojownik sapnął i zawarczał, usiłował całym ciężarem naprzeć na splecione nogi komendanta. Syczący śmiech Thourissa wypełniał mu uszy, powoli zaczął poddawać głowę w obrocie. Gdzieś we wnętrzu duszy ujrzał twarz Goldmoon. Dowiedziała się o jego śmierci, choć jednak nie płakała to cały smutek świata zagościł jej na twarzy. Nie pozwoli, nie dopuści do tego! Otworzył oczy i ujrzał Di An. Twarz dziewczyny wyrażała tylko krańcowe przerażenie.
   Riverwind wbił łokieć w dołek na plecach komendanta i Thouriss poleciał do przodu. Zdołał jednak chwycić Riverwinda w pasie i obaj wpadli do stawu na placu. Walczący zniknęli pod powierzchnią wody.
- Riverwind! – wrzasnęła Di An.
  Jakoś udało się jej pozbyć knebla. Catchflea otworzył oczy. Woda w stawie zawsze wirowała i falowała z powodu spotykających się tu trzech strumieni więc nie miał sposobu, by dostrzec gdzie tych dwóch zniknęło. Żołnierze goblinów złamali szyk i zebrali się wokół stawu. Shanz nakazał natychmiastowy powrót na miejsca.
   Początkowo Thouuris nie reagował na zanurzenie, kiedy jednak dotarło do niego, że jest pod wodą natychmiast wpadł w panikę. O tym właśnie myślał Riverwind: pięciomiesięczny komendant, wymyslony i wychowany przez złego magika, nie umiał pływać. Riverwind nauczył się pływania równie wcześnie jak chodzenia.
   Thouriss puścił przeciwnika i kopnięciem usiłował wydostać się na powierzchnię. Riverwind owinął ramię wokół jego nóg i trzymał go pod wodą. Thouriss walił i łomotał pięścią plecy Riverwinda. Jego wielkość i siła były jednak poważnie uszczuplone strachem przed utonięciem. Wyrwał się z chwytu wojownika i ponownie ruszył do powierzchni. Riverwind wpadł mu na plecy. Siły Thourissa były tak wielkie, że zdołał przebić się na powierzchnię mając Riverwinda na plecach. Wystrzelili z wody a Thouriss rozpacziwie usiłował zaczerpnąć powietrza. Riverwind tymczasem zamknął mu szyję w chwycie ramienia i znowu ściągnął go w dół. Zeszli tak głęboko, że woda stała się fioletowa i ciemna. Wszędzie sterczały połamane fragmenty brukowania zwiększając jeszcze zagrożenie. Thouriss chiał wbić Riverwinda na taki pal lecz wojownik stopami odepchnął się od kamienia. Ciśnienie zaczęło już dokuczać Riverwindowi. Czuł jak imadło ściska mu głowę, piersi, uszy a ktoś to imadło jeszcze dokręca…
- Długo już są pod wodą – powiedział Catchflea.
   Stary wreszcie też zdołał wypluć knebel.
- Czy Riverwind jest dobry w pływaniu? – drżąco pytała Di An.
- Najlepszy pośród Que-Shu – oznajmił stary, choć właściwie nie miał o tym pojęcia.
   Smokowcy pomiędzy sobą zaczęli coś mruczeć i mamrotać. Gobliny podnosiły się na palce i popatrywały w stronę Shanza. Kapitan smokowców podszedł na przeg stawu i spojrzał w wodę. Nie mógł dostrzec żadnego wojownika. Podniósł swój miecz i włożył go do pochwy.
- Co mam robić, panie? – zawołał jeden ze smokowców.
- Pozostać na miejscach! – warknął Shanz – Komendant rozkazał byśmy się nie wtrącali!
- Dzięki bogom, że oni są posłuszni rozkazom – szepnął Catchflea.
   Sekundy ciągnęły się dalej, były to już minuty. Di An już szlochała głęboko a Catchflea poczuł jak w gardle narasta mu ogromna kula lęku. Nikt chyba, żaden człowiek, żaden jaszczur, nie przeżyje tak długo pod wodą. Na koniec podszedł Shanz. Wyciągnął miecz tak gwałtownie, że Catchflea już poważnie zaczął się obawiać o utratę głowy. Smokowiec Miat tego przeciął więzy krępujące do kolumn zarówno niego jak i Di An.
- Jesteśmy wolni? – z nadzieją w głosie spytał wróżbita.
   Shanz wsunął miecz do pochwy.
- Zabiorę was do Mistrza Krago. On będzie wiedział, co robić.
   Czterech smokowców otoczyło Catchflea i Di An i poprowadziło ich w stronę prywatnego sanktuarium Krago. Di An wciąż patrzyła na powierzchnię stawu. Woda w nim wciąż wirowała. Nie odkrywała nic z losów wojowników pod swą powierzchnią.
* * * * *
   Krago był zajęty studiowanie prastarego zwoju gdy Shanz doprowadził więźniów.
- O co chodzi? – spytał młody kapłan – Dlaczego ich tu sprowadzasz?
- Mistrzu – powiedział Shanz – Z przykrością zawiadamiam… Muszę ci powiedzieć…
- Co takiego? Gadaj wreszcie.
- Komendant Thouriss… zaginął.
   Krago wstał tak gwałtownie, że wywalił krzesło.
   Shanz mówił dalej, choć w głosie było słychać oczywistą trwogę. Słow dobierał niezwykle ostrożnie.
- Wywabił wysokiego barbarzyńcę na pojedynek grożąc, że zemści się na jeńcach. Barbarzyńca walczył dobrze, do samego końca. Wtedy odrzucił miecz i skoczył do zapasów. Obydwaj wpadli do stawu na placu i żaden już nie wypłynął.
   Krago zwiesił głowę. Przez dłuższą chwilę milczał i patrzył tylko na własne palce u stóp.
- Khisanth nie będzie zadowolona – odparł na koniec.
- Mistrzu Krago … zaczął Shanz.
- Jeszcze moment, kapitanie. Daj mi pomyśleć.
   Podniósł niewielki zwój, który właśnie czytał i odłożył go z powrotem. Chodził jak nieprzytomny po pokoju. Oczy miał jak błyszczące szparki. Na koniec usiadł na krześle z wysokim oparciem.
- Zostawcie jeńców u mnie – powiedział obojętnie.
   Shanzowi to się nie podobało, lecz rozkaz to rozkaz.
- Co z komendantem Thourissem? – spytał.
- Weźcie jakieś haki i liny, przeczesać staw – powiedział Krago –Znajdźcie ciało Thourissa. Mogę być w stanie przywrócić go do życia. Jeżeli nie… - kapłan potrząsnął głową – Będę musiał wykluć nowego samca w kadzi.
   Shanz ustawił czwórkę goblinów jako straż przed drzwiami Krago. Kiedy tylko wyszedł Catchflea zaczął dziękować młodemu kapłanowi.
- Nie rób sobie kłopotu – zimno odparł Krago – Dla was obojga mam zadanie. Przysporzycie mi najmniejszej choćby troski a uwędzę was jak szynki. Czy to jest jasne?
   Było. Kapłan opadł głęboko w krzesło i zwiesił głowę.
- Tego za wiele – jęknął – Moje dzieło zniszczone, utopione jak szczur!
- Przecież zrobiłeś go wojownikiem – powiedział Catchflea przyciągając posmutniałą Di An do siebie – Myślałeś, że będzie żył wiecznie?
- Thouriss był zbyt wartościowy by zginąć w pojedynku – oświadczył Krago – gdyby powołał już synów i córki, gdyby został ojcem to nie przejmowałbym się dalszymi jego losami.
- Czy to już wszystko o czym możesz myśleć? – spytała Di An przecierając dłonią oczy – O kłopocie, jaki spowodował Thouriss dla twego projektu umierając za wcześnie?
- Tak. Nic innego nie ma znaczenia – Krago wygładził zwój na stole – Absolutnie nic.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#22 2018-12-15 19:20:22

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 720

Re: Riverwind z równin

Rozdział 22

Z głębin
 
   Zamknięty w uścisku Riverwinda Thouriss w końcu zwiotczał. Wojownik go puścił. Ciężar pancerza Thourissa ściągnął go w dół, w najniższe rejony stawu. Riverwind potrzebował powietrza, lecz wolał poszukać innego wyjścia niż wypłynięcie w samym środku placu, wprost na oczach i w ramiona oczekujących goblinów i ich smokowcowych panów. We wschodniej stronie stawu znalazł tunel do którego prowadził rwący strumień wody. Wpłynął do dziury i pozwolił unosić się wodzie aż wreszcie wytrzymać już nie mógł. Napędzany palącą potrzebą zaczerpnięcia tchu ruszył do góry i wypłynął w niewielkiej grocie. Miał do dyspozycji może z dziesięć cali więc ruszał lekko nogami i powoli wypełniał płuca powietrzem, uspokajał oddech.
   Sklepienie groty nie wyglądało na naturalne. Dla Riverwinda było co prawda zbyt ciemno by mógł się rozejrzeć, lecz sklepienie w dotyku przypominało wypaloną glinę. Pomyślał, że jest to jakiś rodzaj rury albo pozostałość zbiornika wody z wielkich dni Xak Tsaroth. Riverwind popłynął w całkowitej ciemności. Dłońmi co i rusz wymacywał pęknięcia w terakocie. Woda płynęła więc musiała mieć jakieś ujście. Miał tylko nadzieję, że będzie na tyle szeroki, że będzie mógł je pokonać.
   Dno tunelu podniosło się gwałtownie i wreszcie wojownik mógł stanąć na własnych nogach. Ruszył do przodu pochylony. Rura dalej się zwężała więc po jakimś czasie poruszał się już na czworakach. Woda ochlapywała mu podbródek. Dotarł do rozwidlenia. Wybrał drogę w lewo bowiem widział tam słabe światło w głębi.
   Riverwind, wciąż posuwając się wyłącznie na czworakach, pełzł w kierunku światła. Rana na ramieniu znowu zaczęła krwawić, lewe oko było zamknięte opuchlizną a całe ciało obolałe z powodu bicia jakie sprawił mu Thouriss. Ból jednak był daleko mniej ważny od wydobycia się z tego spływu wody i odnalezienia Di An oraz Catchflea.
   Światło okazało się cienką jak palec smugą wpadającą przez otwarcie, które w dawnych wiekach mogło być jakąś studnią. Opadł na dno gruz częściowo wypełnił okrągły przewód czyniąc na dnie niewielką wyspę. Riverwind usiłował na niej stanąć by sięgnąć do światła i zacząć wspinaczkę. Nie mógł. Wszystkie siły opuściły ramiona a on sam klapnął na dół. Był całkowicie wyczerpany. Otoczyła go ciemność omdlenia a woda dokoła tylko wirowała i chlupotała.
* * * * *
   Di An stanęła na palcach przy kadzi w której spał kolejny stwór Krago. Nienawidziła tej rzeczy na wpół zanurzonej w kąpieli z rtęci. Przez cały czas wzrastała świadomość tej rzeczy; gdy tylko Di An była w pobliżu to obracało głową w jej kierunku jakby na nią patrzyło. Było to tym bardziej niepokojące, ponieważ oczy monstrum nadal pozostawały zamknięte. Krago czasami podchodził i gadał do tego stwora, przekonywał jak pięknym i potężnym jest stworzeniem. Di An była chora słysząc to. Od pojedynku minął już cały dzień. Smokowcy nie wydobyli ze stawu żadnych ciał. Kiedy raz za razem haki ze stawu wyciągano puste to Catchflea i Di An nie bardzo wiedzieli, czy mają się tym cieszyć czy smucić. Riverwins musiał tam umrzeć; a jednak, skoro nie znaleziono ciała, to może jakoś przetrwał. Tyle, że nie mógł.
   Catchflea opatrzył jakoś zranienie na boku. Czuł się mocniejszy po posiłkach dostarczanych przez Krago. Di An też chodziła lepiej niż jeszcze dzień wcześniej. Catchflea rzucił jakąś uwagę na ten temat obserwując jak potrząsa dzbankiem z żółtym proszkiem z alchemicznych zestawów Krago.
- Kostki i nogi już mnie prawie nie bolą – przyznała – Ale biodra tak.
   Krago odebrał od dziewczyny szklany dzbanek nawet na nią nie patrząc znad swego roboczego blatu. Odmierzył łyżeczkę żółtawego proszku i oddał dzbanek Di An.
- Cz ty przypadkiem nie stajesz się wyższa? – spytał mrużąc przy tym oczy i patrząc na nią.
   Popatrzyła na stopy jakby to one miały odpowiedzieć.
- Jakim sposobem? – spytała.
- Wypiłaś przecież mój eliksir oczyszczenia krwi – odparł Krago.
- A ty dałeś mi antidotum.
- Nie – odpowiedział powoli – Dałem ci środek na uśmierzenie bólów brzucha.
   Di An popatrzyła na kapłana i zwróciła się w stronę Catchflea.
- Czy ja jestem wyższa? – spytała.
   Stary wróżbita podniósł się z ławki i podszedł do niej. Głowa Di An sięgała mu dotąd do dolnych żeber; Teraz szczyt głowy sięgał mu do ramion. Klasnał w dłonie i zawołał.
- Rośniesz!
   Nie umiała tego pojąć. Ból stawów był trudny do zniesienia, lecz radość spowodowana wzrastaniem… a może i stawaniem się kobietą… sprawiała, że ból był już tylko pomniejszą zawadą. Di An błagała jakieś lusterko, żeby wreszcie mogła ujrzeć sama siebie.
- W pracowni nie trzymam żadnych luster – odparł obojętnie Krago – Idź do pomieszczenia z kadzią i spróbuj może z cynową tacą albo czymś takim.
   Di An nienawidziła myśli o wejściu do pomieszczenia gdzie leżało to coś w kadzi, lecz prawie czuła tempo własnego wzrastania. Musi jakoś zobaczyć czyniony postęp. Weszła. Na stole w odległym kącie obramowanego półkami pokoju leżała cynowa taca. Di An ją wytarła i zbliżyła do twarzy.
   Kopacze mieli prę własnych lusterek więc i Di An widziała już własne odbicie kilka razy. Teraz zaś uważnie się własnemu obliczu przyglądała. Czy jej podbródek nie był przedtem mniej zaostrzony?  A włosy, czyżby były teraz dłuższe? Nie sterczały teraz na wszystkie strony, lecz układały się płasko a końcami sięgały szpiczastych uszu. Na skórze pojawił się jasny rumieniec. Delikatnie dotknęła twarzy trzema palcami. Na twarzy miała delikatny meszek.
   Za plecami dziewczyny poruszyła się w kadzi Lyrexis. Poruszenie powietrza spowodowane przejściem Di An i ciepłota jej ciała przebiły się przez pół sen stwora. Lyrexis usiadła.
   Di An opuściła z ramion tasiemki koszuli – naprawiła już rozdarcia poczynione przez goblina – i obserwowała swe ciało. Zmiany dostrzec można było wszędzie. Nareszcie dorastała. Było to troszkę przerażające, lecz przyjemność wypływająca z tego faktu przewyższała zdenerwowanie. Na twarzy Di An pojawił się szeroki uśmiech.
   W polu widzenia pojawiła się jakaś forma, zamazany cień w prowizorycznym lustrze. Di An odwróciła się. Lyrexis, niedokończona partnerka Thourissa, wstała ze swej kąpieli i stała teraz za plecami Di An. Wyłupiaste krągłości oczu wciąż jeszcze pokrywala jasna, cienka skóra. Okrągłe krople rtęci wypływały z nozdrzy stwora i jego uszu. To… ona… uniosło dłoń w stronę elfie dziewczyny. Di An wrzasnęła. Do pomieszczenia wpadł Krago a za nim Catchflea.
- Nie ruszaj się! – krzyknął Krago.
- Na Wielkiego Hest! Nie drgnę!
    Krago przeszedł za plecami na wpół przytomnej Lyrexis. Nie dotykał miękkich łusek jej skóry. Miast tego przemawiał niskim, władczym tonem.
- Lyrexis, wracaj. Wraca do swego posłania – powiedział.
   Dłoń stwora wahała się może o cal od twarzy Di An.
- Wracaj, Lyrexis. Jeszcze nie czas na wstawanie.
   Żeński ofidian obrócił się w miejscu z ręką wciąż wyciągniętą. Krago spokojnie wszedł w  zasięg dłoni i pozwolił, by żółto-zielona dłoń dotknęła jego twarzy.
- Idź, Lyrexis. Wracaj do łoża – powiedział.
   Okrągła, bezwłosa głowa opadła na dół. Powoli, sztucznymi ruchami, stwór poczłapał w stronę kadzi. Krago pomógł jej dostać się do ożywczej kąpieli z rtęci. Rozzłoszczony obrócił się do Di An i krótkim ruchem kazał jej wyjść. Kiedy tylko wyszli z pracowni wybuchnął potężnie.
- Coś ty zrobiła?
- Przeglądałam się w cynowej tacy a to wślizgnęło się za mnie!
- Thouriss nigdy nie opuścił kadzi i nie chodził przed końcowym wybudzeniem – powiedział Krago.
   Brwi zmarszczyły mu się w namyśle, skrzyżował ręce na piersi.
- Co to może oznaczać?
- Osobliwość – powiedział Catchflea – Ona może wyczuć obecność innych osób, tak?
   Krago potwierdził.
- Czy może odróżnić płeć żeńską od męskiej?
- Nie. A przynajmniej nie posiada na ten temat naturalnej wiedzy.
- Jak może widzieć nie mając oczu? – z drżeniem w głosie spytała Di An.
- Podobnie jak węże od których pochodzi, Lyrexis jest w stanie wyczuć ich ciepło. Musisz być znacznie bardziej gorąco krwista niż ja czy stary człowiek.
   Di An tylko się zarumieniła. Shanz czekał już z drużyną goblinów w głównej komnacie gdy Krago i reszta wrócili z bocznego pomieszczenia.
- Co to była za awantura? – warknął.
- Lyrexis wstała z kąpieli i zaczęła chodzić – powiedział Krago zmęczonym głosem – Dziewczyna była przerażona. Wszystko już jest w porządku.
   Rogate nozdrza Shanza zadrżały.
- Czy twoje dzieło nie ucierpiało?
- W najmniejszym stopniu. Dla Lyrexis zbliża się już czas więc jej reakcje stają się coraz mocniejsze.
   Krago usiadł i na powrót zatopił się w zwoju który uprzednio studiował. Proszek dostarczony przez Di An wciąż stał na stole. Powolnym ruchem Krago założył pokrywkę na dzbanek, spojrzał na Shanza i wydał się kompletnie zaskoczony, że ten jeszcze tu stoi.
- Coś jeszcze, Kapitanie? – spytał ostro.
- Nie znaleźliśmy żadnych śladów komendanta Thourissa ani człowieka. Krasnoludy żlebowe zeznają, że staw jest połączony z odpływami tunelami prowadzącymi do innych części miasta. Rozkazałem goblinom przeszukanie starych zbiorników i studni w poszukiwaniu śladów – Shanz aż syknął ze zdenerwowania – Te przeklęte krasnoludy żlebowe porżnęły całe miasto tunelami. Nic dziwnego, że nie możemy ich nigdy wyłapać!
- Rób, co uważasz za niezbędne – powiedział Krago – Sprawy wojskowe to twoja domena, Kapitanie.
   Shanz krótko skinął i odszedł. Kiedy tylko wyszedł Catchflea wypuścił z ulgą powietrze z płuc. Krago spojrzał w jego kierunku.
- Najchętniej widziałby nas wszystkich martwych – powiedział rzeczowo – jak większość osobników jego rodzaju, nie wierzy ani nie lubi nikogo ciepłokrwistego.
- Dlaczego więc jest ci posłuszny? Czegoś się boi, tak? – powiedział Catchflea.
- Naszego wspólnego patrona, Khisanth, czarnego smoka.
- Naprawdę istnieje czarny smok? – pytał wróżbita.
- Z całą pewnością – odparł Krago – Nie pomyl się tylko. To ona rządzi w Xak Tsaroth.
   Popatrzył na zwój rozpostarty na stole. Nie patrząc na starego spytał.
- Widziałeś kiedykolwiek smoka, stary człowieku?
- Nigdy – Catchflea potrząsnął głową.
   Palec Krago podążał za wierszem jaki właśnie czytał. Tak długo już był cicho, że Catchflea pomyślał, że już nastąpił koniec rozmowy. Nagle Krago podniósł głowę i wpił wzrok w oczy starego wróżbity.
- Khisanth nadejdzie niebawem. Będzie chciała zemsty za kłopoty jakich byliście przyczyną. Wasza śmierć leci na smoku.
   Krago powrócił do studiowania zwoju a Catchflea pozostał gapiąc się jeszcze na pochyloną głowę maga.
   Di An odeszła w narożnik sypialnej części pomieszczeń Krago i opadła pomiędzy dwoma stertami książek. Cała radość z właśnie odkrytego dorastania została ostro przytłumiona niebezpieczeństwem w jakim oboje, ona i Catchflea, się znaleźli. Krago już raz ich ocalił, lecz tylko dla własnej wygody. Gdy smok powróci – Di An aż się zatrzęsła na samą myśl – ich ostatnia ochrona zniknie. Riverwind, powiedziała cicho a jej usta ostrożnie wypowiadały imię. Riverwind.
* * * * *
   Gwałtownie oprzytomniał. Leżał teraz na wysepce z mokrych kamieni. W zawrotnym tempie wszystko wróciło – Xak Tsaroth, Thouriss, walka, staw. Dopadło go całkowite wyczerpanie i leżał teraz w ciemności, odpoczywał aż po długim czasie odzyskał trochę równowagi. Oko ciągle było zamknięte opuchlizną a cięcie na ramieniu stało się sztywne od zakrzepłej krwi. Riverwind wstał i dłońmi badał otaczające go ściany studni. W końcu znalazł czego szukał: stopnie wykonane przez murarzy kładących najgłębiej położone cegły. Wziął kilka głębokich oddechów i rozciągnął zmęczone członki. Krótki sen trochę pomógł. Zaczął wspinaczkę w kierunku z którego, jak pamiętał, padało światło. Szczyt studni był zakryty kamiennymi płytami. Przerwy pomiędzy nimi pozawalały by wpadało do środka mdławe światełko. Riverwind patrzył przez szpary. Wszędzie wokoło widział tylko pogruchotane ściany domów.
   Zgiął kark, oparł mięśnie ramion o kamienie płyt i popchnął. Kaskada małych kamyków z hałasem poleciał w dół. Niezrażony popchnął jeszcze raz. Jedna z płyt usunęła się na bok a waga całej przeszkody natychmiast dramatycznie zmalała. Choć ramiona i plecy miał zmęczone i obolałe to odrzucił kamienie i powoli wygramolił się ze studni.
   Znajdował się gdzieś na północ i wschód od wielkiego placu. Wschodni Wodospad rozpylał wodę na lewo od niego. Riverwind prześlizgnął się nad rumowiskiem w stronę niskiej ściany i dostrzegł gar i windę linową leżące na bruku. Gara pilnował samotny goblin.
   Wielki plac był jasno oświetlony pochodniami. Riverwind nie miał pojęcia jak długo leżał nieprzytomny w studni, lecz było oczywiste, że gobliny i smokowce wciąż jeszcze szukają utraconego przywódcy. Masa pochodni dawała białym kamieniom Xak Tsaroth krwawy odcień.
   Riverwind. Riverwind.
   Słyszał, jak ktoś wypowiada jego imię, lecz nikogo w pobliżu nie było. Kryjąc się w cieniu ściany zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem rany nie spowodowały jakiegoś delirium. To brzmiało tak realnie. Pomyślał o Goldmoon. Ona mogłaby go tak wołać. Może wiedziała, że jest w niebezpieczeństwie i wołała do niego.
   Po drugiej stronie drogi zachrzęściły na żwirze jakieś kroki. Riverwind dojrzał stopy goblina, jedną parę. Leżał cicho i czekał aż goblin go minie po czym wyskoczył spod ściany i chwycił żołnierza od tyłu. Goblin nie był w stanie oprzeć się desperacji wojownika oraz sporemu kamieniowi, po chwili stwór leżał martwy u stóp zwycięzcy. Riverwind zaciągną zabitego w ruiny. Odarł go z napierśnika, opończy, hełmu i całej broni. Strój śmierdział niemiłosiernie. Wszystko było za krótkie na niego, lecz w kiepskim oświetleniu mógł uchodzić za goblina. Wcześniej się to udawało.
   Wojownik nie miał pojęcia co stało się z Catchflea i Di An. W tej chwili mogli równie dobrze już nie żyć. Musiał się tego dowiedzieć, no a poza tym miał teraz jeszcze jeden cel; zobaczyć koniec Krago i jego odrażających eksperymentów. Nikt na Krynnie nie będzie bezpieczny jak długo Krago będzie mógł rasę ofidianów.
   Miast kryć się gdzieś w cieniu maszerował śmiało środkiem ulicy w stronę pałacu. Mijał grupy strażników, które coś tam do niego gadały w szorstkim, goblińskim dialekcie. Coś tam im odchrząkiwał i szedł dalej.
   Przekroczył kładkę u podstawy Wschodniego Wodospadu i wmaszerował do starego pałacu przez te same, kiepskie drzwi, przez które zabrano również Di An. Smród kwater smokowców był tu wszechobecny.
- Czego chcesz? – warknął smokowiec.
   Riverwind zwiesił ramiona i pozwolił, by hełm opadł mu na nos.
- Mistrz Krago po mnie posłał – odparł chrapliwie.
- Dobra, idź dalej – rzekł smokowiec – Głupi goblin.
   Riverwind ruszył dalej. Opończę miał cały czas ciasno owiniętą wokół ciała. Po prawej stronie był cały szereg pokoi sypialnych zajętych przez smokowce. Po lewej był pusty korytarz. Wszedł w otwarte drzwi i ruszył korytarzem.
   Przed drzwiami stało czterech goblinów, po parze po każdej stronie.
- Mistrz Krago po mnie posłał – powiedział odwracając twarz.
- Właź – powiedział najbliższy strażnik.
   Riverwind położył dłoń na spiżowej klamce, lecz wtedy okazał swe ramię.
- Hu? A to co? – zawołał najbliższy strażnik i sięgnął po miecz – Nie jesteś nasz!
- I dzięki za to bogom! – zawołał Riverwind.
   Odrzucił opończę na bok i wydobył gobliński miecz. Odbił atak dowódcy straży, obrócił miecz i pchnął wprost pod napierśnik przeciwnika. Strażnik upadł na plecy i przy okazji zbił z nóg swego kamrata. Druga para goblina dochodziła już za plecami Riverwinda. Poczuł nawet jak czubek miecza tnie odrzuconą na plecy opończę. Obrócił się gwałtownie i szerokim cięciem odparł strażników. Wąski i ciasny korytarz nie dawał pola do manewru tak więc liczebna przewaga goblinów spadała to omal do zera.
- Ja-haa! – wrzasnął Riverwind by odstraszyć wrogów.
   Gobliny trzymały się z dala wystarczająco długo, by wymacał za plecami klamkę i ją nacisnął. Wślizgnął się do środka i zamknął drzwi za sobą. W pomieszczeniu wszyscy zamarli. Catchflea, trzymając pióro w dłoni, siedział przy stole obok Krago. Usta młodego kapłana zamarły otwarte w połowie słowa. Pokój był zarzucony książkami, papierami, butelkami i zlewkami. Riverwind nie widział Di An.
- Riverwind! – krzyknął zaskoczony Catchflea – Ty żyjesz!
- Jak dotąd!
   Stary wróżbita zerwał się z krzesła wywalając jednocześnie kałamarz i wylewając atrament na przepisywany papier. Zaskoczenie Krago z widoku Riverwinda zmieniło się w grymas niezadowolenia na widok zniszczenia dokonanego na papierze. Jęknał głośno i starał się jednocześnie powstrzymać ciemny strumień rozlewający się na kartuszu.
- Popatrz, coś narobił! – krzyknął.
- Cicho bądź – ostrzegł go Riverwind.
   Wpakował miecz między klamkę a zasuwkę i w ten sposób zablokował drzwi. Gobliny już hałasowały i waliły po drugiej stronie. Riverwind i Catchflea popchnęli stół, komplet skrzypiących półek i ciężką, dębową skrzynię pełną chemikalii pod same drzwi. Kiedy książki i butelki zaczęły spadać z półek Krago zaczął wrzeszczeć.
- Stójcie, idioci! To są ważne i cenne księgi. Niszczycie moją pracę!
   Riverwind wyciągnął na powrót gobliński miecz. Ruszył w stronę Krago mierząc mu w pierś. Młody kapłan stał pewnie dopóki czubek miecza nie drasnął go w skórę. Zaszurał do tyłu.
- Nie ośmielisz się mnie zranić! Smok wywarłby na tobie zemstę straszliwą! – sapnął.
- Ciągle powołujesz się na smoka, lecz ja nie widzę żadnego dowodu na jego istnienie – spokojnie stwierdził Riverwind.
- O, smok jest, sam zobaczysz!
- Zamknij się i siadaj – rozkazał Riverwind.
   Walenie w drzwi stało się głośniejsze i bardziej regularne. Gobliny ściągnęły pomoc.
- Nia ma tam miejsca na obracanie taranem – stwierdził – ale i tak ich za długo nie możemy powstrzymywać.
- Co robimy? – spytał Catchflea.
- Myslę – zbadał wzrokiem pomieszczenia kapłana – Gdzie jest Di An?
- Tutaj.
   Riverwind obrócił się w stronę jej głosu. Wyszła z odległego kąta pokoju przecierając oczy jakby właśnie zbudziła się ze snu. Dwa razy popatrzył nim zdał sobie sprawę, że to naprawdę ona. Zmiana była tym bardziej znamienna dla niego, ze nie obserwował jej stopniowego narastania. Di An urosła o sześć cali w te parę dni od ostatniego razu gdy ją widział. Czarne włosy sięgały prawie do ramion a biała skóra lekko się zaróżowiła. Choć wciąż pozostała bardzo szczupła to jednak miała figurę dorosłej kobiety elfów teraz nawet bardziej widoczną z powodu krótkich, dziewczęcych i bardzo poszarpanych szat.
- Wiedziałam, że wrócisz – powiedziała głosem o wiele niższym niż pamiętał.
- Co się z tobą stało?
   Słowa młodego wojownika podkreślił nagle głośny trzask drewna. Jasne ostrze siekiery pojawiło się w świeżej szczerbie w drzwiach.
- Jest stąd jakieś wyjście? – nacisnął pytaniem Krago.
- Spodziewasz się, że ci odpowiem? – kpił kapłan.
- Odpowiesz, od tego zależy twoje życie! – Riverwind wzniósł miecz do uderzenia na Krago.
- Jeśli mnie zabijesz zginiecie wszyscy. Shanz nie okaże litości.
   Riverwind opuścił miecz. Chwycił za przód szaty kapłana i uniósł go do góry. Stopy kapłana ledwie dotykały podłogi.
- Powiedz, by się cofnęli – warknął – Wstecz, albo posiekam tego twojego stwora na kawałeczki!
   Krago zbladł. Cała jego praca Zatracona! Co też Khisanth z nim zrobi?
- Tutaj Krago! – krzyknął – Odejdźcie od drzwi! Odejdźcie, mówię!
   Usłyszeli przytłumioną odpowiedź Shanza.
- Mistrzu Krago, nic ci się nie stało?
- Jak dotąd w porządku, Shanz. Barbarzyńca grozi poranieniem Lyrexis, jeśli natychmiast nie przestaniecie!
- Jak sobie życzysz.
   Kilka jeszcze przytłumionych rozkazów i ostrze siekiery ze zgrzytem zniknęło z drzwi.
- Wycofujemy się – zawołał Shanz.
- Powiedz, żeby poszli na wielki plac – powiedział Riverwind a Krago powtórzył.
- Bardzo dobrze.
   W oddali cichły ciężkie kroki.
- Pokaż tego stwora – powiedział Riverwind.
- Nie zranisz jej! – krzyczał Krago wiercąc się w uchwycie Riverwinda.
- Pokaż.
- To się już prawie obudziło – powiedziała Di An gdy Krago powiódł ich do pomieszczenia z kadzią.
   Dziewczyna stała daleko od Riverwinda i wzrok trzymała odwrócony od jego osoby. Rtęć wypełniająca kadź poruszała się i falowała w miarę jak Lyrexis poruszała sztywnymi jeszcze ramionami i nogami. W ostatnich dniach jej oczy pociemniały a powieki pękły na tyle, by ukazać pionowe, zielone źrenice. Łuski stwardniały i utraciły dotychczasową przezroczystość. Gdy tylko ludzie oraz Di An się zbliżyli stwór usiadł i wydał przez zamknięte usta nieartykułowany dźwięk. Riverwind spostrzegł, że wpatruje się w Lyrexis z podziwem. Wiedział jak zły jest cel pracy Krago, lecz jednak, on rzeczywiście stworzył życie.
- To decydujący moment – zawołał podniecony Krago – Gdy tylko w pełni otworzy oczy muszę przeprowadzić Zaklęcie Obudzenia. Zmniejszy to jej szok porodu i utwierdzi w przekonaniu, że jestem jej, hm, rodzicem.
   Riverwind szybko rozpatrzył istniejącą sytuację.
- Nie mamy na to czasu – powiedział – Odchodzimy a ty jesteś naszym jeńcem.
- Głupi chamie! Nic nie rozumiesz! Jeżeli Lyrexis obudzi się bez prawidłowego zaklęcia uspokajającego to stanie się dzika. Nikt nie wie, jakie straty spowoduje!
- Zwiąż mu ręce, Catchflea. Jeśli będzie gadał, zaknebluj.
- Może mieć rację, olbrzymie. Czytałem jego zaklęcia, tak? Stwór ma prawie ludzką postać, lecz umysł nadal ma wężowy.
- I ty, Catchflea? Jeżeli ten stwór ma umrzeć, to pozwól mu umrzeć zanim pozna własny, potworny cel.
   Di An spojrzała na Lyrexis.
- Mówię wam, zabić to teraz.
- Co? – spytał Riverwind.
- Zabij to teraz. Weź miecz i odrąb głowę!
   Całe to podniecone pokrzykiwanie zelektryzowało budzącego się stwora. Przerwał żałosne mamrotanie i przerzucił nogę przez brzeg kadzi. Ruchy miał już gładsze, bardziej przypominające w pełni przytomną istotę. Każdy odsunął się od stwora, który mierzył sobie siedem stóp i właśnie stanął na własnych nogach.
- Lyrexis! – westchnął Krago.
   Ruszył do przodu by ująć dłoń stwora. Ten poczuł ciepło ciała Krago na jego dłoni. Obrócił niewidzącą głowę i zadrżał. Dłoń stwora zamknęła się ciasno na ręce Krago i ścisnęła ją z miażdżącą siłą. Kapłan zawył. Riverwind podniósł miecz, lecz stwór przyciągnął Krago do siebie. Chwycił go w pasie i uniósł w powietrze.
- Stary! Ty i Di An, uciekać! – zawołał Riverwind.
- Gdzie? Na zewnątrz czeka Shanz, tak?
- Do pracowni!
   Krago łkał i błagał swego stwora, by go opuścił. Ramona Lyrexis się schyliły i zniżyły go do poziomu podłogi. W ostatniej sekundzie stwór się wyprostował i cisnął Krago w kierunku Riverwinda.   Mieszkaniec równin zdołał zabrać na bok miecz, lecz to właściwie było wszystko. Padł jak długi z Krago na wierzchu i walnął głową w twardą, kamienną posadzkę. Lekko oszołomiony nie zauważył, że powieki Lyrexis w końcu się całkiem rozdzieliły. Oczy o zaskakująco żółtym kolorze ukazywały pionowe, sztyletowate źrenice. Lyrexis rozejrzała się po pokoju w którym żyła już dość długo. Otwarte drzwi za półkami książek wyraźnie kusiły. Odrzuciła głowę i syknęła z mocą. Która zmroziła krew każdemu kto to usłyszał.
- Złaź ze mnie – warknął Riverwind odsuwając Krago.
   Kapłan jęknął i obolały, wciąż tuląc prawą rękę, usiadł.
- Zraniła mnie – powiedział przez zaciśnięte zęby – Sakruszyła mi rękę! Ostrzegałem was…
- Zrobi rzeczy znacznie gorsze od tego jeśli jej nie powstrzymamy – oznajmił Riverwind.
   Wstał z mieczem już przygotowanym do walki. Przygotował się do cięcia stwora w wygięte plecy. W tej chwili Krago oplótł mu stopy zdrową ręką i stopami.
- Nie! – jęknął – Nie pozwolę ci jej zranić! Ja ją zrobiłem! Jest moja i mam ją uczyć!
- Puszczaj!
   Riverwind walnął Krago w szczękę rękojeścią skradzionego miecza. Krago zwiotczał a Riverwind uwolnił się od ogłuszonego kapłana.
- Catchflea! Di An! Uważajcie! – wrzeszczał widząc Lyrexis wchodzącą do pracowni.
   Stwór otworzył gębę i skrzeknął w ich stronę. Catchflea zaczął ciskać w nią pojemnikami z proszkami, co jednak tylko zwiększyło jej złość. Riverwind wpadł w drzwi ciął Lyrwxis. Kiepska stal goblinów cięła stwora, lecz twarde łuski były równie odporne co skórzany pancerz. Ślina spływała jej po kłach, które jak długie, szkliste igły wystawały spod górnej wargi. Pomimo posiadania broni Riverwind wycofał się na widok przerażającego uzębienia.
   Lyrexis poszła za nim okrążając stół. Riverwind wciąż trzymał mebel pomiędzy nimi, lecz ona po prostu cisnęła go na bok i ruszyła do wojownika. Mieszkaniec równin ciął zaznaczając długą, krwawą krechę między rogatymi łuskami na przedramionach. Zignorowała rany i podchodziła dalej, musiał się znowu cofać.
   W serce wojownika wkradła się rozpacz. Wyglądało na to, że nie może zrobić niczego, co mogłoby powstrzymać tego potwora. Zadał najmocniejsze ciosy jak zdołał a okazało się, że są dla wroga jak ukąszenie owada.
   Za plecami Lyrexis ukazał Catchflea z płonącą pochodnią w dłoni. Uderzył nią jak maczugą prosto w barki stwora. Cięcia Lyrexis wytrzymywała z łatwością, lecz przypalanie ją oburzyło. Odrzuciła daleko pochodnię a samego Catchflea cisnęła na ścianę. Krago tymczasem kulił się i jęczał. Riverwind skulił się i pobiegł do starego. Szablę miał już nieźle wyszczerbioną o łuski stwora.
   W drzewiach pojawiła się Di An.
- Shanz i reszta żołnierzy znowu tu są! – zwołała – Usłyszeli hałas!
- Uciekaj!
   Lyrexis pognała za dziewczyną. Wdarła się do pracowni Krago równocześnie z oddziałem goblinów, który pod wodzą Shanza wywalił drzwi i też wszedł do środka. Widok kolejnych mieczy doprowadził do furii stwora, który już i tak był w stanie berserka. Potwór runął na szeregi goblinów, chwytał długimi ramionami i zagryzał na śmierć. Gobliny, i tak nie będący najodważniejszymi żołnierzami, wpadły w panikę i usiłowały uciekać doprowadzając do koszmarnego chaosu.
   Riverwind chwycił Krago za kołnierz szaty i podniósł na nogi. Di An deptała im po piętach a w tyle kulał Catchflea. Trzymając się ściany byli poza zasięgiem wzroku potwora walczącego teraz z wrzeszczącymi goblinami. Ci z kolei nie byli zbyt dobrze wyposażeni do walki, by wytrzymać wściekły atak potwora. Ostatni z żywych uciekli z pomieszczenia porzucając miecze i tarcze. Lyrexis, krwawiąc z tuzinów pomniejszych skaleczeń, rozdarła uszkodzone drzwi i wyjąc jak wszystkie zmory z Otchłani, pomaszerowała korytarzem.
   Przez drzwi do wewnętrznego pomieszczenia pobłyskiwały już płomienie trawiące prastare zwoje i dziwaczne proszki. Fantastyczne jęzory zielonego i fioletowego ognia już dopadały drewnianych półek z książkami _ moja praca! – zawył Krago – Moje księgi i narzędzia!
- A nich płoną – powiedział poważnie Riverwind – Tylko zło z tego wynikło.
- Ale może siebie uratujmy, tak? – powiedział Catchflea.
   Na lewym policzku miał potężnego siniaka. Spojrzał na korytarz.
- Wygląda czysto.
- Chodźmy.
   Catchflea pochwycił tarczę padłego goblina i wyślizgnął się na zewnątrz. Korytarz był usłany zabitymi goblinami i ich bronią. Riverwind szybko wymienił poszczerbioną sztukę na coś lepszego. Puścił już Krago, lecz trzymał go w zasięgu swego miecza. Poszarzały na twarzy Kaplan wciąż chronił złamaną rękę i kuśtykał do przodu coś tam do siebie mamrocząc.
   Catchflea czekał w miejscu, gdzie korytarz skręcał w lewo do kwater oficerskich smokowców. Pokoje wyglądały jak pobojowisko. Podróżni jednak nie mieli czasu, by się im dokładnie przyglądać. Dymy i płomienie za ich plecami wypełniały już daleki koniec korytarza. Poszli dalej w kierunku ulicy. Kładka przez strumień poniżej Wschodniego Wodospadu była w płomieniach a wokoło leżały martwe gobliny.
- Chyba wiem, co się to działo – powiedział Riverwind – Podłożyli ogień pod most, żeby zatrzymać potwora lecz on i tak się przedarł.
- Którędy pójdziemy? – spytała Di An.
- Niestety, chyba na podwórzec. Tam jest gar windy na powierzchnię.
- Nigdy wam się nie uda – słabym głosem rzekł Krago.
- Lepiej miej nadzieję, że damy radę.
   Przeszli strumień w bród ignorując pływających w wodzie martwych żołnierzy. Gdy tylko doszli na drugi brzeg powietrze rozdarł trzask i błysk błyskawicy z podwórca.
- Co to było? – szepnęła Di An.
- Shanz – mruknął Krago – Użył jednego ze swych zaklęć.
- Shanz używa magii? – zdumiał się Riverwind.
- Dobrze zna dwa zaklęcia. Lewitację i magiczne pociski. To ostatnie właśnie słyszeliście.
   Pognali ulicą. Prowadził Riverwind poganiając Krago płazem miecza na żebrach. Odgłosy walki stawały się coraz głośniejsze. Gar windy był już widoczny. Stał niedaleko na krępych nogach. Gdy zbliżali się do plac jakiś oddział goblinów nadbiegł krzycząc wniebogłosy. Lyrexis wmaszerowała w pole widzenia. Potężny korpus miała poznaczony ranami, włączając w to nawet bełt z kuszy utkwiony w łuskowej piersi. Dzierżyła potężny kawał drewna – wyglądał jak część potrzaskanej balisty – i waliła każdego, kto tylko podszedł w zasięg jej ramion.
   Riverwind ze swoją grupką przykucnął pod ścianą o parę jardów od windy. Skośnie, po drugiej stronie podwórca, Shanz i szóstka smokowców stali parę kroków za ścianą tarcz. Nosili pełne zbroje, lecz ich broń nie miała jeszcze śladów krwi. Jak dotąd żaden z nich nie był jeszcze w zasięgu szalejącej bestii.
   Shanz zamachał szponiastymi łapami. Riverwind nie mógł z tej odległości dosłyszeć słów, lecz strzała białego ognia urosła nagle w dłoniach smokowca. Cisnął magicznym płomieniem w Lyrexis. Machnęła pniem w powietrzu i uderzyła w strzałę. Eksplodowała z ogłuszającym trzaskiem i oślepiającym błyskiem.
- Ruszajmy, teraz póki są oślepieni błyskiem! – zawołał Riverwind.
- Kiepski pomysł – lakonicznie stwierdził Krago – Winda nie podniesie się bez krasnoludów żlebowych ściągających przeciwwagę.
- A gdzie jest przeciwwaga?
- Na szczycie windy, w Sali Przodków.
   Riverwind walnął pięścią w ścianę.
- A niech to!
- A może wespniemy się po łańcuchu? – zasugerowała Di An.
- Paręset stóp? Ja nie dam rady, nawet i Riverwind ze zranionym ramieniem nie da – powiedział Catchflea.
   Shanz otrząsnął się oślepienia blaskiem magicznego pocisku i dojrzał Riverwinda i jego towarzystwo poprzez cały plac. Ryknął jakiś rozkaz. Ściana tarcz zadrżała i się rozpadła a pod każdą znajdował się przerażony goblin. Próbowali ominąć Lyrexis, lecz te nie zamierzała przepuścić ich bez małej lekcji. Runęła na nich tłukąc co sił pniem drzewa. Gobliny były już tak zdemoralizowane, że tylko bezradnie kryły się pod tarczami. Tłukła więc dalej aż w końcu wybiła ich tam gdzie klęknęli.
   Smokowcy utworzyli szereg i podeszli do Lyrexis. Stwór chyba rozpoznał, że smokowcy różnią się od ludzi i goblinów, że są zimnokrwiści i pokryci łuskami podobnie do niej. Opuściła improwizowaną maczugę i czekała na nich ciężko dysząc. Smokowcy zwolnili i zatrzymali się kilka jardów przed uciszonym na razie stworem.
- Krago! Słyszysz mnie? – krzyknął Shanz.
   Kapłan spojrzał na Riverwinda. Wojownik skinął potwierdzająco głową.
- Słyszę, Shanz – odparł Krago.
- Twój potomek wytłukła większość garnizonu. Słyszysz, Krago? Żołnierze goblinów zostali pobici!
   Tymczasem ogień ukazał się już w bramie kwater. Smuga dymu była dla Shanza dobrze widoczna.
- Nasze kwatery się palą!
- Twoje plany padły! – krzyknął Riverwind – Stań z boku i pozwól na odejść!
- Nic nie jest stracone oprócz czasu – odparł Shanz – Wspaniała będzie wściekła, lecz możemy wszystko zacząć jeszcze raz – a głośniej dodał – Puść Krago, ciepłokrwisty. Uwolnij go a pozwolę ci odejść, twoim towarzyszom też.
   Di An dopadła ramienia Riverwinda.
- Nie wierz mu!
- Spokojnie, nie wierzę.
- Możesz podnieść windę magią – mruknął w stronę Krago.
- Lewitacja? Nie znam zaklęcia – obojętnie odparł kapłan.
   Riverwind oparł czubek miecza o jago gardło.
- Kiedy znajdziemy się na powierzchni będziesz wolnym człowiekiem. Jak myślisz, co Shanz i smocza pani zrobią z tobą w podzięce za taki upadek?
- Krasnoludy żlebowe wieszali za samo podejrzenie, że nam pomagają – wtrącił Catchflea – Co zrobią z tobą za bardziej oczywiste i kosztowne błędy? Przyjemne to nie będzie, tak.
- Potrzebuję odpowiedzi, ciepłokrwisty – zawołał Shanz.
- Więc jak będzie? – naciskał Riverwind kapłana.
   Krago przyjrzał się fiasku planów Khisanth. Popatrzył na własną, połamaną dłoń. Była czarna i opuchnięta.
- Zabiorę was na górę – mruknąl.
   Ostąpili od ściany. Riverwind trzymał miecz na gardle Krago tak, by Shanz dobrze to widział.
- Zatrzymamy Mistrza Krago jeszcze parę chwil – zawołał – Odstąpcie.
   Opuszczona głowa Lyrexis nagle podniosła się do góry na dźwięk głosu Riverwinda. Syknęła ostro widząc Di An i resztę ludzi. Uniosła maczugę i ruszyła krok w ich stronę.
- Zatrzymać ją! – rozkazał Shanz.
   Smokowcy stłoczyli się, ramię do ramienia, i zablokowali jej drogę. Lyrexis próbowała w lewo, potem w prawo, lecz drogę wciąż miała odciętą. Sfrustrowana cisnęła drzewcem w znienawidzonych ciepłokrwistych. Kłoda przeleciała na głową Riverwinda i roztrzaskała się o ścianę za jego plecami.
   Dopadli windy. Był to właściwie wielki gar, lecz dla całej ich czwórki ledwie wystarczył. Di An wskoczyła pierwsza a za nią wdrapał się Catchflea. Lyrexis tymczasem, jakimś wzrodzonym, szczątkowym instynktem pojęła, że jej wrogowie uciekają. Wysunęła wykrzywione kły i ruszyła. Jej pierwsze w życiu słowa brzmiały.
- Zabić. Wróg, zabić.
   Jeden ze smokowców popełnił błąd. Użył miecza by odeprzeć rozwścieczonego stwora. Ostrze znacznie wyższej jakości niż broń goblinów cięło Lyrexis a jej niechęć do walki z podobnymi do niej zimnokrwistymi znikła w oka mgnieniu. Przebiła tarczę dłonią uzbrojoną w stalowe kolce, złapała smokowca za gardło i je skruszyła. Wsztstko skruszyła: pancerz, kości, krtań.
- Zabić bestię! Rozkazał Shanz.
- Nie! – wrzasnął Krago.
- Właź do gara! – zawołał Riverwind.
   Smokowcy otoczyli Lyrexis i ruszyli by ją zabić. Ich siła i broń znacznie przewyższały dokonania goblinów i doprawdy znali się na swej robocie. Nowo narodzony ofidian nie był jeszcze prawidłowo przygotowany do przebudzenia a to bardzo im ułatwiło zadanie. Jedna z nóg Lyrexis, cięta, załamała się, stwór upadł. Miecze smokowców opadały i wznosiły się a wycie i syk ofiary przeszedł w ostatnie, rzężące westchnienie.
   Wreszcie cała grupa znalazła się w garze choć Riverwind i Krago trzymali na zewnątrz po jednaj nodze.
- Zaklęcie! Zaklęcie! – huknął Riverwind.
   Krago odwrócił twarz od swego nieszczęsnego dzieła. Zacisnął zdrową dłoń w pięść i wyrzekł skomplikowane słowa zaklęcia. Shanz popatrzył na resztki Lyrexis z zadowoleniem i pełną satysfakcją potem jednak odwrócił się w stronę uciekającej czwórki. Ujrzał jak Krago z przymkniętymi oczami i zaciśniętą pięścią wypowiada słowa zaklęcia. Krępe nogi gara zatrzęsły się na posadzce. Magiczne zmysły Shanza odpowiedziały natychmiast. Wiedział, co robi Krago.
- Stać! – wrzasnął – Krago, rozkazuję ci się zatrzymać!
   Nogi gara uniosły się ponad posadzkę.
- Stać, Krago! Stać!
   Shanz obrócił stopą martwego goblina i podniósł żołnierską kuszę. Naciągnął cięciwę gołymi rękami i zaczął przeszukiwać kołczan goblina w poszukiwaniu bełtu.
- Nie zawiedź teraz, człowieku – naciskał Riverwind.
   Gar wznosił coraz szybciej. Zaśpiew Krago był teraz bardzo głośny. Towarzysze wznosili się w powietrze a delikatny smak i zapach, przypominający powietrze po grzmocie podczas burzy, wypełniły im płuca. Gar podzwaniał wraz ze wznoszeniem się łańcucha. Ciemne sklepienie jaskini gnało im na spotkanie.
   Shanz uniósł kuszę do ramienia i nacisnął spust. Pocisk powędrował w bok a gar wciąż się wznosił. Szybko naciągnął kuszę powtórnie i nałożył kolejny bełt. Strzał był prawie niemożliwy, kuszę trzymał prawie pionowo. Shanz spojrzał przez spiżowy celownik. Zacisnął palec na spuście.
- Ach! – jęknął nagle Krago szeroko otwierając oczy.
   Nagłe przerwanie zaklęcia miało przewidywalny efekt. Gar się zachwiał i rozpoczął gwałtowny spadek w kierunku posadzki.
- Chwytać łańcuch! – wrzasnął Riverwind.
   Cała trójka pochwyciła żelazo łańcucha a gar spadał dalej niosąc ciało Krago. Nurkowanie miało się zakończyć na posadzce, kilkaset stóp niżej. Wisieli lekko się chwiejąc i słuchali przelatujących obok pocisków z kuszy.
- Wszyscy są? – syknął Riverwind.
   W ramionach czuł żywy ogień.
- Ja… jestem – szepnęła Di An parę stóp ponad nim.
   Catchflea, znajdujący się nad dziewczyną, nie wydał dźwięku, lecz jego okryte szmatami ciało obejmowało łańcuch jakby to był najdroższy przyjaciel.
- Musimy się wspiąć – powiedział Riverwind – Ruszaj, Catchflea.
- Nie mogę – syknął stary – Nie mogę.
   Riverwind nie chciał tracić sił patrząc w górę. Twarz miał przyciśniętą do chłodnego żelaza.
- Jeśli się nie ruszysz to wszyscy zginiemy. Di An i ja nie wespniemy się po tobie! – wychrypiał.
   Catchflea przesunął lewą rękę o kilka cali. Kiedy chwycił żelazo, prawą rękę przesunął do góry. Palce stóp miał w ogniwie łańcucha więc chciał dać dłoniom trochę luzu. Twarz miał śmiertelnie bladą.
   Di an, zwykle najlepszy wspinacz z całej trójki, miała ciężką wspinaczkę tym razem. Nowe ciało było cięższe niż to, do którego przywykła. Nic nie pasowało. Cała trójka, w śmiertelnej ciszy, kontynuowała powolne wznoszenie.
   Gdy ciemny kształt opadł na posadzkę zarówno Shanz jak i reszta smokowców odstąpili o krok. Żelazny gar uderzył o kamienie z taką siłą, że w połowie wbił się w posadzkę rozszczepiając w niej szerokie szczeliny. Sam gar też zaczynał pękać. Shanz podszedł do gara i popatrzył do środka. Martwe oczy Krago patrzyły wprost na niego. Przywódca smokowców splunął.
- Tak zawsze z tymi ciepłokrwistymi – powiedział nie kierując tych słów do kogokolwiek – Zawsze wspaniałe pomysły z których nic nie wynika. I dlatego to my powinniśmy zwyciężyć. Gdy Wspaniała nas powiedzie, nasza dyscyplina pokona ciepłokrwistych i ich śmieszne pomysły.
   Pozostali smokowcy w pełni go poparli.
- Nie stać tak tutaj – powiedział lekko poirytowany – Zgarnąć setkę krasnoludów żlebowych i posprzątać bałagan, wymienić gar. Czy chcecie, żeby nasza pani widziała tak obrzydliwe marnotrawstwo?
   Smokowcy szybko się rozeszli poganiani strachem przed czarną smoczycą.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#23 2018-12-16 12:54:07

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 720

Re: Riverwind z równin

Rozdział 23

Komnata Przodków

- Już niedaleko! Już niedaleko!
   Otwór w sklepieniu był już tuż tuż. Pot zalewał oczy towarzyszy i mieszał z krwią z pokaleczonych rąk, która powodowała niepewność chwytu na łańcuchu. Catchflea zniknął w krótkiej sztolni na szczycie. Di An poszła za nim a Riverwind zamykał wyprawę. Na szczycie sztolni była ogromna Konata. Ostatnim wysiłkiem Catchflea odciągnął się od łańcucha i padł na zimną, kamienną posadzkę. Odtoczył się od otworu i leżał nieruchomo. Di An i Riverwind postąpili podobnie. Cała trójka leżała teraz na posadzce i ciężko dyszała, mieli dreszcze.
- Dlaczego wy wejść w ten sposób? – zapytał jakiś głos.
   Riverwind uchylił powieki i ujrzał grupkę krasnoludów żlebowych przyglądających się im bardzo uważnie. On sam, czarnooki, poraniony, z krwawiącymi dłońmi stanowił ponury widok. Przyjaciele nie wyglądali lepiej. Brodaty malec, który do nich przemawiał podniósł krzaczaste brwi.
- Nasza robota zapełnić jeden gar a podnieść drugi gar – powiedział – Dlaczego wy wspinać łańcuch?
- Właśnie uciekliśmy… smokowcom – Riverwind zdołał tyle wykrztusić.
   Malec wzruszył ramionami i szarpnął się za tłuste ucho. Machnął do kamratów a któryś pośpieszył z bukłakiem wody. Riverwind i Di An pili łapczywie.
- Dzięki – z wdzięcznością powiedziała Di An.
- Nic takiego – powiedział młody mężczyzna, który dał im wodę – Ty ładna pani.
- A co wy chcieć zrobić z tym co ma strzałę? – zapytał pierwszy, najwyraźniej przywódca operatorów tej windy.
   Riverwind aż usiadł.
- Jaką strzałę?
- Szara broda ma strzałę w boku – poważnie wskazał krasnolud – Ty patrz.
   Na czworakach Riverwind podczołgał się do boku Catchflea. Stary mężczyzna leżał na plecach. Kikut strzały wystawał mu z prawego boku. Szmaciane szaty były nasiąknięte krwią.
- Jesteś ranny, stary! – krzyknął Riverwind – Dlaczego nic nie powiedziałeś?
- I co mógłbyś zrobić? – słabym głosem spytał Catchflea.
   Di An uklękła obok Catchflea. Próbowała zbadać palcami ranę, lecz było zbyt bolesne dla starego wróżbity.
- Gdybyśmy mogli zatamować krew… -  powiedziała, próbując jednocześnie zamknąć ranę kawałkiem tkaniny z ubrań Catchflea.
   Stary mężczyzna przytrzymał jej rękę słabnącą dłonią. Uchwyt miał już zupełnie zimny.
- Nie rób sobie kłopotu – szepnął – To koniec.
- Nie mów tak! – zawołała.
- To prawda. Żałuję już tylko jednego, nie zobaczę już gwiazd, nawet ten jeden, ostatni raz – zakaszlał – jak mówiła wyrocznia…
   Riverwind nachylił się bliżej.
- Co mówiła wyrocznia?
- Znajdziesz… chwałę. Zwyciężysz… mrok. To zrobiłeś.
   Riverwind uśmiechnął się gorzko.
- Wszystko, czego dokonałem to pozostałem żywy.
- Spać – powiedział Catchflea zamykając oczy – Spać, tak.
   Dłonie, którymi trzymał ręce Di An i Riverwinda powoli stały się bezwładne.
   Riverwind patrzył przez długą minutę na twarz Catchflea. Broda, szmaciane ubranie, głupawa mowa. Obrazy gnały przez umysł wojownika z równin. Zobaczył jak Catchflea opowiada mu o niebie kiedy jeszcze był małym chłopcem. Catchflea przyrządzający pierwszego królika jakiego wiele lat temu Riverwind mu przyniósł. CAtchflea znajdujący pierwszy posiłek we wspólnej podróży, po tym jak Kyanor i jego wilcza horda ukradła barana upolowanego przez Riverwinda. Nie powinien go nigdy zabierać ze sobą. Powinien zmusić go do pozostania z Que-Shu. Miał jeszcze tyle do zrobienia. Po policzkach Riverwinda spływały łzy.
- Catchflea był odważny – cicho powiedziała Di An.
   Riverwind zesztywniał.
- Catchstar. Nazywał się Catchstar.
   Wojownik dalej patrzył na ciało przyjaciela. Di An wytarła załzawione oczy i odwróciła się do zgromadzonych krasnoludów żlebowych.
- Ty jesteś tu przywódcą? – spytała brodatego.
- Tak. Ja Glip – odparł.
- Co to za miejsce, Glip?
- Komnata Przodków – powiedział Glip i smutno popatrzył na Catchflea – Jemu martwy?
   Na potwierdzające skinienie Di An wskazał gestem szereg krypt i nisz w korytarzu.
- To miejsce do chowania. Pochowacie tutaj? – powiedział.
- Nie mamy czasu na pogrzeb, Riverwind – powiedziała Di An dotykając ramienia wojownika – Musimy iść.
   Riverwind westchnął głęboko.
- Wiem, wiem.
   Otarł łzy po czym delikatnie podniósł ciało starego wróżbity.
- Nie mogę go tak zostawić.
   Zaniósł ciało do jednej z nisz w południowym przejściu. Położył Catchflea i skrzyżował mu ręce na piersi.
- Powinienem coś powiedzieć? – mruknął w ciemność krypty.
- Kiedy tylko nadejdzie, bogowie rozpoznają kim jest – odparła Di An.
   Gdy Riverwind wraz z Di An wrócili na górną stację windy przez całą świątynię przeszedł potężny wstrząs. Kurz wielu wieków poleciał na ich głowy kaskadami. Krasnoludy żlebowe rozbiegły się z wrzaskim i krzykiem. Roverwind chwycił Glipa za plecy koszuli kiedy tylko ten przebiegał obok.
- Co się dziej? – zapytał ostro.
- Nadchodzi smok! – odparł przerażony Aghar.
   Riverwind go puścił. W kilka sekund krasnoludy żlebowe poznikały w uprzednio przygotowanych zakamarkach i „mysich dziurach”. Przeciwwaga – żelazny gar identyczny z tym, który niedawno spadł – zachwiała się i ukazała w dziurze. Wyskoczyła nawet do góry, zupełnie jak korek na powierzchni wody.
- Ale mi smok! To Shanz! Lewituje gar – powiedział Riverwind.
   Di An złapała go za rękę i odciągnęła byle dalej. Pobiegli znowu południowym przejściem aż do samego końca. Korytarz skręcał w prawo. Przepiękne i zawiłe płaskorzeźby i freski dekorowały tu ściany świątyni.
   Doszli do sporego, ośmiokątnego pomieszczenia w chwili gdy nagle umilkły wszelkie wstrząsy. Nagle zrobiło się zupełnie cicho i spokojnie. Di An i Riverwind zamarli i nasłuchiwali. Jedynym słyszalnym dźwiękiem był omal muzyczny brzęk łańcucha gdy winda wędrowała w dół.
- Którędy teraz? – szepnęła Di An.
   Na prawo widać było kilka korytarzy. Lecz tam zawaliła się posadzka tworząc wielką jamę i przejście byłoby strasznie trudne. Na lewo znajdowały się spiralne schody wiodące do góry. A do góry pragnęli się udać.
- Chodźmy! – powiedział Riverwind.
   Szli ostrożnie. Komnata Przodków była strukturalnie bardziej podejrzana niż jakikolwiek inny budynek w Xak Tsaroth jaki widzieli. Płyty kamiennych schodów były luźne i znajdowały się półmroku – były tam tylko niewielkie płonące szczapy w ściennych uchwytach – a więc nikt nie mógł mieć pewności, że kolejny krok nie będzie prowadził do szybkiego, fatalnego w skutkach upadku. Schody szły spiralnie w górę, wciąż spiralnie w górę. Resztki mokasynów Riverwinda klapały wokół kostek i straszyły, że za chwilkę go przewrócą. Zrzucił je całkiem.
   Dotarli do szczytu wielkiego filaru wokół którego wiły się schody i weszli do okrągłego pomieszczenia z wysokim, kopulastym sklepieniem. Pochodnie świeciły tu nieśmiało na ścianach. Naprzeciwko mieli podwójne drzwi kryte prastarym złotem. Patyna na żółtym metalu jasno wskazywała, że nikt ich nie używał pewnie od samego Kataklizmu. Riverwind wpakował czubek miecza w w szparę między skrzydłami drzwi i je rozepchnął.
- Weź pochodnię – powiedział cicho.
   Di An podniosła sosnową pochodnię z obejmy. Riverwind wziął ją do lewej ręki i powoli przeszedł przez drzwi. Był to niewielki przedpokój, pusty, a przed nim znajdowały się kolejne, identyczne złote drzwi.
- To nie świątynia tylko jakiś labirynt – powiedział – Kiedy my się stąd w ogóle wydostaniemy?
   Podważył drugie drzwi i one też stanęły otworem. Obmyło ich zimne, białe światło. Di An podeszła bliżej.
- Co to jest?
- To musi być jakieś sanktuarium – szepnął wojownik.
   Przed nimi znajdował się wysoki piedestał z białego kamienia lamowanego złotem. Znajdowała się na nim, rzeźbiona w różowym marmurze, postać szczupłej kobiety. Opierała się o wysoką laskę, wykonaną nie z marmuru, lecz z drewna. Nosiła długą szatę wyobrażoną w luźnych, jakby powiewających na silnym wietrze, fałdach. Riverwind i Di An obeszli posąg z obu stron. Zimne światło, które wypełniało komnatę nie miało żadnego źródła, lecz przegnało cienie z najmniejszych nawet zakątków. Stanęli przed frontem posągu.
- Quenesti Pah – z szacunkiem powiedziała Di An – To jest bogini.
   Riverwind nigdy nie słyszał tego imienia. Patrzył teraz na młodą twarz, pełną współczucia i cichej mądrości.
- Bogini czego? – spytał z szacunkiem w głosie.
- Sztuki uzdrawiania – poważnie odparła Di An – Ona pomaga chorym i potrzebującym ulgi.
- Nigdy nie słyszałem o Quenesti Pah – powiedział Riverwind nie odrywając wzroku od posągu.
   Dobiegający z dala brzęk metalu wyrwał ich oboje z chwili zachwytu. Riverwind pognał do przedpokoju i zamknął pierwsze złote drzwi. Zamknął drugie i rozejrzał się za czymś, czym mógłby je zablokować.
- Daj mi tą laskę – powiedział, myśląc o lasce trzymanej dłonią bogini.
- To święta laska! – zaprotestowała Di An – Należy do bigini!
- Muszą czymś zablokować drzwi! – upierał się Riverwind.
   Di An zadrżała, lecz chwyciła laskę blisko posadzki i pociągnęła. Rzeźbione w marmurze palce bogini trzymały laske bardzo mocno.
- Nie mogę jej dostać – powiedziała.
- Nieważne! Musimy się stąd wydostać – hałas za drzwiami stawał się coraz głośniejszy – Tędy!
   Di An szarpnięciem otworzyła drzwi stające przed twarzą bogini. Za drzwiami była kolejna ceremonialna komnata i kolejny zestaw złotych drzwi. Riverwind dobiegł do niej. Prastarą świątynię wypełnił huk. Shanz i jego smokowcy dopadli pierwszych złotych drzwi.
   Riverwind szamotał się z zasuwą drzwi. Była stara i zardzewiała. Drzwi przedpokoju pękły pod naciskiem uderzeń Shanza i jego smokowców.
- Goldmoon – szepnął cicho wojownik – Oby pomagali nam wszyscy starzy bogowie, którzy pomóc mogą!
   Walnął zręcznie rękojeścią goblińskiego miecza w upartą zasuwę. Poddała się z głośnym skrzypieniem. Riverwind szeroko otworzył drzwi. Jaskrawe, gorące światło uderzono obojga gdy tylko wypadli ze świątyni.
   Słońce!
   Di An krótko krzyknęła i ramieniem osłoniła oczy. Riverwind zmrużył oczy i po omacku szukał dłoni elfie dziewczyny. Krzyki dobiegały z komnaty świątyni. Riverwind i Di An kuśtykając schodzili po zewnętrznych schodach ślepo uderzając co długim i rusz w delikatne kolumny obramowujące wejście.
   Słońce. Słoneczne światło! Było jak ogień po tak czasie spędzonym pod powierzchnią. Riverwinda co prawda oślepiło, lecz i ogrzało do głębi i napełniło nową siłą ramiona i nogi. Powietrze było świeże i ciepłe, wolne od wilgotnej stęchlizny jaskiń. Nawet gdy palce Di An wyślizgnęły się z jego dłoni Riverwind wykrzywił powieki i stał szczęśliwy w jasnym świetle ogrzewającym mu pobladłą twarz.
   Di An słabo pojękiwała przyciskając jednocześnie twarz do ziemi. Riverwind szybko spojrzał w kierunku wejścia do świątyni. Smokowcy nadal nie pojawili się w portalu. Zawsze solidny Shanz musiał chyba przeszukiwać cały budynek.
- Di An – powiedział mieszkaniec równin przyklekając obok niej – Dobrze się czujesz?
   W odpowiedzi potrafiła tylko wydać kilka zdławionych jęków.
- O co chodzi?
- Za dużo światła! Za dużo powietrza!
   Na taki widok jej umysł zataczał się jak pijany. Ogromna pustka, żadnego sklepienia, żadnych ścian Z twardej, bezpiecznej skały. Tylko powietrze i światło. Di An wbiła pięści w zamknięte oczy. Ciemność nie pomagała. Wiedziała przecież o pustce wokoło, wszędzie wokoło. Ból przeszył głowę i szarpnął żołądek. Czuła, jakby stopy odrywały się jej od ziemi, jakby spadała do góry, nie w dół, jakby ją zasysało, jakby tonęła, płynęła przez wieczny morze nieskończonego, bezgranicznego nic…
   Zwinęła się w ciasną kulę i jęknęła. Riverwind usiłował rozplątać jej ramiona i nogi, lecz trzymała je tak mocno,  że zdołał tylko odwrócić ją na bok. Pomimo ochraniających twarz dłoni słoneczne światło dopadło ją i dziewczyna wydała rozrywający serce krzyk.
- Nie, błagam! Smokowcy usłyszą…
   Za późno. Pierwszy z opancerzonych jaszczurów ukazał się w wejściu do świątyni. Przez ramię krzyknął coś do towarzyszy. Pojawiło się ich więcej. Riverwind stanął przed porażoną dziewczyną.
- Tutaj jestem – powiedział – Chodźcie zobaczyć, jak wojownik Que-Shu broni swego życia!
   Powstał z kolan i ruszył w stronę świątyni, wprost na spotkanie wroga.
   Wiedzieli już, że jest niebezpieczny. Widzieli jego walkę z potężnym Thourissem więc nie mieli zamiaru bawić w żadne honorowe starcia, ruszyli razem.
- Di An, uciekaj, ratuj życie! – zawołał.
   Czwórka smokowców zaatakowała. Cięższe miecze groziły połamaniem dużo gorszej, surowej klingi goblinów trzymanej przez Riverwinda. Wymieniał cięcia ze środkową dwójką, podczas gdy zewnętrzni usiłowali obejść go od tyłu. Jednym, zręcznym cięciem chlasnął przez twarz smokowca. Stwór odskoczył oślepiony i krwawiący.
   Riverwind uchylił się gdy kolejny smokowiec wymierzył potężny cios na jego głowę. Grube, stalowe ostrze wycięło szczerbę w świątynnej kolumnie. Riverwind uderzył sztychem pod Wysokiem atakiem jaszczura, minął napierśnik i zatopił czubek miecza ramieniu smokowca. Pchnął ostrze mocniej i zakręcił nim popychając jednocześnie nadzianego przeciwnika. Smokowiec puścił miecz i opadł na kolana. Riverwind puścił goblińskie ostrze. Smokowiec upadł do przodu wbijając jednocześnie głębiej ostrze pod napierśnik.
   Śmiertelnie raniony jaszczur zadrżał. Podniósł jeszcze drżącą rękę a palce mu gwałtownie poszarzały. Po całym ciele smokowca rozeszła się zmiana – ciemno zielona skóra straciła kolor i stała się sucha i twarda. Riverwind się zagapil. Smokiwec zmienił się z ciała w kamień na jego oczach. Nawet jego krew rozlana na posadzce świątyni zmieniła się w drobny, szary popiół. Lecz czasu na świętowanie nie było. Ranny wojownik i dwójka jego kamratów podchodzili do bezbronnego Riverwinda. Mieszkaniec równin uniknął skłonem sztychów ich broni  i cofnął się do otwartych drzwi świątyni. Modlił się tylko w duchu by nie nadeszło więcej smokowców.
   W miękkim, białym świetle komnaty z posągiem łuskowi żołnierze stali się jeszcze bardziej jaskrawo zieloni. Rozproszyli się chcąc odciąć Riverwinda od bocznych komnat i drogi powrotnej do Komnaty Przodków. Riverwind nagle znalazł się oparty o podstawę pomnika nie mając innej broni poza nożem. Ręka prześlizgnęła mu się po marmurze i napotkała drewno. Laska.
   Obrócił się tak, by widzieć wszystkich przeciwników, którzy już niebezpiecznie się zbliżali. Chcąc uwolnić laskę a przynajmniej odłamać jej dolną część Riverwind włożył całą siłę w jedno, mocarne pociągnięcie. Ku jego zdumieniu laska niemal sama wskoczyła mu w dłoń.
   Smokowiec zaatakował. Riverwind sparował cios laską i machnął jej wolnym końcem wokoło. Trafił jaszczura prosto w łokieć. Ten znowu zadał cios a Riverwind uderzył laską w lewe kolano stwora. Przyklęknął i opadł w dół. Interweniował drugi ze smokowców tnąc w odsłonięty bok Riverwinda. Ten sparował blokując ciężkie ostrze drewnianą laską o grubości nie większej jak dwa cale. Zajęty przeciwnikiem Riverwind nie dostrzegł, że okulawiony smokowiec wstał na zdrowej nodze i zadał desperaci sztych.
   Cios dał się odczuć jakby gorące żelazo wbiło się w niechronione plecy wojownika. Riverwind odwrócił się machając jednocześnie laską jak pałką. Trzasnęła solidnie w hełm smokowca a ten padł na twarz.
   Krew spływała po biodrze i nodze Riverwinda. Pozstali dwaj smokowcy nadchodzili z dwóch stron. Ten na wpół oślepiony zadał szerokie cięcie mieczem które Riverwind zbił na bok. Ostrze leciało dalej w szerokim cięciu aż nagle zatrzymało się na gardle drugiego smokowca. Zmienił się w kamień nim padł na posadzkę.
   Kopulasta komnata chwiała się przed oczami Riverwinda. Czuł się zimny, zupełnie jakby życie wyciekało z niego raną na plecach. Ostatni smokowiec, z jednym zdrowym okiem, nadchodził coraz bliżej. Riverwind tknął laską podbródek jaszczura i pchnął mu głowę wstecz. Ten upadł i starał się jeszcze dźwignąć na nogi. Riverwind znalazł na posadzce miecz i dokończył sprawę.
- Di An! – wychrypiał słabo – Pomóż mi…
   Oparł się na zakrwawionej lasce i pokuśtykał do otwartych drzwi. Nigdzie ani śladu Di An. Były tylko tropy odbite w miękkiej, torfowej glebie wskazujące w którą stronę się odczołgała. Musiał ją odnaleźć.
   Dociągnął nogę by zejść na stopień, lecz ta się zgięła i go zawiodła. Desperacko chwycił się laski. Powieki Riverwinda zatrzepotały i zaczęły się zamykać. Nie miał już sił do dalszej walki. To koniec.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#24 2018-12-18 20:36:03

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 720

Re: Riverwind z równin

Rozdział 24

Szafirowe Światło

JEGO ŻYCIE ZAWSZE BYŁO POSZUKIWANIEM. ZAWSZE WEDROWAŁ, SZEDŁ PRZEZ PUSZCZE, WZGÓRZA, GÓRY I RÓWNINY, POSZUKUJĄC. POTRZEBOWAŁ PRZYNALEŻEĆ. OJCIEC, KTÓREGO WIDZIAŁ WE WSTYDZIE I Z ZASZARGANYM IMIENIEM NAUCZYŁ GO, ŻE BOGOWIE ŻYJĄ, NAWET W TAK MROCZNYCH CZASACH. WIERZYŁ, CHOCIAŻ TYLKO DLATEGO, ŻE TAKIE BYŁY SŁOWA OJCA. NIKT INNY NIE SŁUCHAŁ STAREGO CZŁOWIEKA, TYLKO JEDEN RIVERWIND.
   Otworzył oczy.
- Czy to jest śmierć? - spytał Riverwind głośno – Jeżeli jest, to jest to najprzyjemniejsze zakończenie bolesnego życia.
   Spokój i cisza obmyły mieszkańca równin.
OŚMIELIŁ SIĘ BYĆ ODWAŻNYM STAJĄC NAPRZECIW NIEZNANEGO. JAKO I OJCIEC, TAKIM JEST SYN.
   Riverwind usiadł. Nie mógł dostrzec niczego wokoło poza przenikliwym, błękitnym blaskiem.
- Kto to mówi? – spytał.
JAM JEST TĄ, KTÓREJ TAK DŁUGO SZUKAŁEŚ. TO W MOJEJ ŚWIĄTYNI ZABIŁEŚ WYZNAWCÓW TAKHISIS, I TO W MOJEJ ŚWIATYNI TERAZ JESTEŚ.
- Czy jestem martwy?
   Dziwnym trafem, tak myśl nie niosła za sobą strachu.
TRZYMAŁAM TWE ŻYCIE W DOŁKU MEJ DŁONI. CIAŁO TWE BYŁO POWEAŻNIE PORANIONE I MUSIAŁAM DZIAŁAĆ SZYBKO, BY CHWYCIĆ TWĄ DUSZĘ ZANIM ODEJDZIE.
- Ty jesteś… Quenesti Pah?
LUD SILVANESTI TAK MNIE ZWIE. TY LEPIEJ MNIE POZNASZ PATRZĄC NA TEN SYMBOL.
   Przed oczami Riverwinda ukazał się symbol wykonany z błyszczącej stali; dwie łzy złączone końcami. Symbol noszony przez jego ukochaną Goldmoon. Mieszkaniec równin opadł na kolana.
- Wielka Bogini Mishakal, przebacz mi!
CO MAM CI PRZEBACZYĆ? TWE ZWĄTPIENIA? ZWĄTPIENIA JAK ZARAZA PLENIĄ SIĘ NA KRYNNIE OD WIELU STULECI. TWÓJ STRACH? STRACH JEST CZĘŚCI ŻYCIA W ŚWIECIE CIAŁA I KRWI. CZYNI ŻYCIE SZYBKIM I SŁODKIM, LECZ RÓWNIEŻ TWARDYM I ŚMIERTELNYM. NICZEGO NIE MAM CI DO PRZEBACZANIA, SYNU WANDERERA.
   Pojawiła się przed nim biała postać. Kobieta w rozkwicie swego wieku, z białą skórą i długimi, szkarłatnymi lokami powiewającymi na wietrze, którego ani nie słyszał, ani poczuć nie mógł. Trzymała surową, drewnianą laskę, którą Riverwind wyrwał z dłoni posągu.
WSTAŃ. STÓJ TWARZĄ W MĄ TWARZ, RIVERWINDZIE.
   Tak uczynił.
STWORZYŁAM TĄ LASKĘ Z POJEDYNCZEGO SZEFIRU NIEBIOS, Z TEGO SAMEGO KRYSZTAŁU Z JAKIEGO UCZYNIONO TRONY BOGÓW DOBRA. W WIEKU SNÓW, GDY TAK WIELU LUDZI ZOSTAŁO PORANIONYCH I OKALECZONYCH PRZEZ SMOKI ZŁA ODERWAŁAM ODŁAMEK Z MEGO TRONU I POSŁAŁAM NA KRYNN BY KAPŁANI CO MNIE WYZNAJĄ MOGLI LECZYĆ TYCH, CO DO NICH PRZYNIESIONO.
   Usta postaci nie poruszały się w trakcie tej przemowy. Drewniana laska jaśniała mocniej i mocniej aż wreszcie znikło wszelkie podobieństwo do drewna.
TERAZ WIDZISZ JEJ PRAWDZIWĄ POSTAĆ. TO JEST LASKA BŁĘKITNEGO KRYSZTAŁU.
   Bogini uśmiechnęła się i kontynuowała.
TYLKO TEN, KTÓREGO SERCE Z NATURY JEST DOBRE MOŻE DOTNĄĆ LASKI I POZOSTAĆ NIE PORANIONYM. MOŻE ONA UZDRAWIAĆ, CZYNIĆ ŚWIATŁO, ROZPRASZAĆ KLĄTWY I ZŁE PRZYMUSY, PRZEGANIAĆ STRZACH, A JEŚLI ZESPOLONA Z KIMŚ W KIM I JA ŻYJĘ, PODNIESIE MARTWEGO DO ŻYCIA.
- Co ja mam z tym uczynić, wielka bogini?
ZABIERZ JĄ DO SWEJ UKOCHANEJ. BĘDZIE WIEDZIAŁA CO ROBIĆ. MOJA LASKA BŁĘKITNEGO KRYSZTAŁU WYPEŁNIA TWE ZADANIE I NA POWRÓT PRZYWRACA ME IMIĘ POŚRÓD TWEGO LUDU. LECZ NIE MOŻE ONA DŁUGO POZOSTWAĆ POZA MOJĄ ŚWIĄTYNIĄ BOWIEM NAWET NIEBIAŃSKI SZAFIR PSUJE SIĘ GDY ZBYT DŁUGO SPOCZYWA W ŚMIERTELNYCH DŁONIACH. ZABIERZ LASKĘ, DOBRY RIVERWINDZIE, I ZANIEŚ JĄ GOLDMOON.
- Przysięgam, Święta Pani – powiedział Riverwind – Nie odstąpię od tej laski póki nie włożę jej w dłonie mojej ukochanej.
   Biała postać powoli zniknęła w błękitnym świetle. Riverwind znów odczuł ból w plecach a światło tak się zintensyfikowało, że nie mógł już nic widzieć.
- Bogini! Mishakal! - zawołał.
   Laska Błękitnego Kryształu spłynęła ze światła prosto w jego dłonie. Przez cało ciało przeleciało mu drżenie a rana na plecach została uzdrowiona. Opuchnięte oko otworzyło się i widział wszystko czysto i bez bólu. Wszystkie rany znikły. Przez małą chwilkę Riverwind widział komnaty bogów; ogromne, błyszczące kolumny kryształy, których szlifowane fasety były, dobrze to wiedział, większe od całego Krynnu. Te wieże były tylko nogami wspierającymi trony bogów. Ich wartość była daleko poza możliwościami pojęcia przez śmiertelny umysł.

DOBRZE SOBIE PORADZI. MĄDRZE WYBRAŁAŚ, MISHAKAL.
DZIĘKI CI, PALADINE. JEGO PRZEZNACZENIEM JEST SŁUŻBA DLA NAS.
ODEŚLIJ GO TERAZ.
TAK, MÓJ PANIE. ZROBIONE.

* * * * *

   Obudził się tam, gdzie położył się by umrzeć – u stóp posągu. Wstał a ból czy krwawienie już mu nie przeszkadzały. W rzeczy samej nawet kropla krwi nie plamiła mu poszarpanej odzieży ani nie skażała swą obecnością białej posadzki świętej komnaty. Błękitne światło świątyni znikło pozostawiając normalne cienie. Laska leżała no posadzce u podstawy posągu.
   Riverwind podniósł ją. Znowu wyglądała jak zwykłe drewno. Trochę ponad pięć cali długości i pewnie z jeden grubości. Trzymał ją blisko piersi i patrzył na wizerunek Mishakal.
- Dziękuję, bogini – powiedział – Dziękuję za moje życie. Włożę twoją laskę w dłonie Goldmoon.
   Wyszedł ze świątyni. Była noc. Srebrny księżyc, Solinari, rozjaśniał bagniste ziemie leżące tuż za świątynią. Rejon ten nazywany był Przeklętymi Ziemiami i był do tego dobry powód. Od xak Tsaroth aż do Zakazanych Gór ciągnęły się ziemie na które składała się tylko śmierdzące miazmaty, mech, żelazne drzewa oraz gąbczaste, torfowe „wyspy”. Węże, tnące insekty oraz gorączki aż roiły się w Przeklętych Ziemiach.
   Riverwind zabrał miecz i pochwę zabitemu smokowcowi – teraz już przekształconemu z kamienia w proch – i zaciągnął pas. Stał przez chwilę w ciszy i rozważał wszystko co się zdarzyło. Zachwyt nad tym co widział i poczuł dosłownie wymiótł z umysłu wszystkie myśli.
   Umysł Riverwind w pewnej chwili powrócił wręcz z trzaskiem. Di An. Zagubiona gdzieś w Przeklętych Ziemiach i z umysłem torturowanym wręcz przez otwarte niebo. Nie cieszyła go doprawdy konieczność polowania na dziewczynę, lecz mogła przecież stać się ofiarą wypadku, zwierząt czy też zwykłych rabusiów. A co gorsze, bardzo wątpił czy Di An jest w stanie jasno myśleć. Mogła nawet wpaść w bagno czy brnąć głęboką wodą próbując coś przejść wpław.
   Myśl, Riverwindzie. Co zrobiłaby Di An? Po lewej stronie miał studnię szerokości trzydziestu stóp. Wciąż otaczały ją resztki muru. Nie widać było żadnych znaków, żeby tamtędy poszła. Di An była przerażona szerokim, błękitnym niebem i oślepiona słońcem. Ale przecież już bywała na powierzchni. Di An mówiła, że odwiedzała górny świat wyłącznie w nocy. Czarne niebo widać nie było tak przerażające dla mieszkańców jaskiń jak bezchmurny bezkres jaki zobaczyła opuszczając świątynię. Jeżeli Di An była tak sparaliżowana godzinami światła dziennego to być może odzyskawszy trochę sił schroniła się do miejsca gdzie po raz ostatni widziała Riverwinda… tutaj w świątyni!
   Riverwind był tak przekonany o słuszności całej dedukcji, że zawołał cicho.
- Di An?
   A potem trochę głośniej.
- Di An?
   Najpierw jakiś szloch a potem ciche.
- Tutaj.
   Obrócił się i ponownie poszedł schodami do góry. Tam właśnie, wciśnięta w najdalszy kąt wejściowego portyku, była dziewczyna elfów. Nie poruszyła się dopóki Riverwind przy niej nie przyklęknął a wtedy owinęła go ramionami. Chwyt był bardzo wzmocniony strachem.
- Dobrze się czujesz? – spytał delikatnie.
   Nie odpowiedziała, lecz wciąż trzymała twarz mocno wtuloną w jego pierś.
- Myslałem, że zagubiłaś się na bagnach.
- Ja myślałam, że już nie żyjesz!
- Nie. Jeden z jaszczurów zadał mi śmiertelny cios, lecz bogini mnie uniosła i uleczyła wszystkie rany. I dała mi to.
   Usiadł spokojnie i pokazał laskę, by się jej przyjrzała. Di An wyglądała na zakłopotaną więc Riverwind wyjaśnił, co mówiła mu Mishakal.
- Jesteś ulubieńcem bogów – powiedziała.
   Położyła dłoń na polczku wojownika po czym impulsywnie go pocałowała, lecz Riverwind się cofnął.
- Nie rób tego – powiedział – Wiesz, że kocham inną.
- Jest daleko.
- Goldmoon jest zawsze tutaj – powiedział dotykając własnego serca.
   Di An wręcz schowała się przed nim wycofując się w najgłębsze cienie świątynnej ściany.
- Przepraszam, sądziłam, że po mojej zmianie inaczej na mnie spojrzysz. Nie jak na dziecko, lecz jak na kobietę.
   Riverwind położył jej dłoń na policzku.
- Jesteś piękną kobietą, Di An, I jesteś odważnym towarzyszem.
   Złapał się na Tyn, że oto wpatruje się w niesamowicie ciemne oczy. A oczy te wyrażały tylko wielkie, szczere oddanie. I nawet gdy mówił jej o bezcelowości uczuć do niego to i tak przysuwał się do niej.  Jej ręka lekko dotknęła mu twarzy. Jej usta drżały.
- Piękny i odważny towarzysz – powiedział cicho.
   Di An ledwo wytrzymywała jego bliskość, jego wrażliwość. Serce miała przepełnione miłością do wojownika.
- Kocham cię, Riverwind – szepnęła.
   Jej własne słowa złamały czar. Riverwind zabrał rękę i cofnął się. Di An też szarpnęła się wstecz.
- Wybacz – powiedział – Jesteś moim przyjacielem. Życie na szali położę, żeby ocalić twoje, lecz moje serce jest już dawno oddane.
   Wstał kończąc tym samym rozmowę i zaciągnął na biodrach smokowcowy pas z mieczem.
- Znajdźmy jakieś schronienie. Jutro spróbujemy przejść Przeklęte Ziemie.
   Di An odwróciła wzrok od postacie wysokiego mężczyzny dobrze widocznej na tle światła księżyca.
- A nie moglibyśmy pójść nocą? – spytała.
- Nawet próba znalezienia drogi w tym terenie nocą to czyste samobójstwo.
   Wyciągnął do niej dłoń, którą po chwili whania ujęła.
- Jutro.

* * * * *

   Riverwind obudził się odświeżony, co było zaskakujące bowiem spał na zimnej, kamiennej posadzce. Przeciągnął się i widząc oświetlony słońcem krajobraz za oknem szeroko uśmiechnął. Wraz z Di An znaleźli schronienie w niewielkim budynku nieco oddalonym og głównych zabudowań świątyni. Zanim zasnął obawiał się jeszcze, że Shanz wysle więcej smokowców za nimi. Przywódca jaszczurów pewnie jednak uznał, że w tej chwili są już o całe mile oddaleni. Czujny słuch Riverwinda nie wykrył żadnych oznak nadchodzących w nocy smokowców.
   Di An nie było już w miejscy, gdzie położyła się spać. Kiedy tylko słońce wzeszło przeniosła się do wewnętrznego zakątka i ukryła jak mogła najlepiej w tak dla niej komfortowej ciemności. Kiedy Riverwind poszedł ją obudzić już nie spała, patrzyła szeroko otwartymi oczami.
- Di An – powiedział – Dobrze się czujesz?
- Światło wróciło – wymamrotała – Zabójcze światło.
- Słońce? Oczywiście, wraca każdego dnia – powiedział.
   Di An mrugnęła raz i nie odpowiedziała. Riverwind przyjacielsko ścisnął jej ramię.
- Idę nad wodę – powiedział – Spróbuję znaleźć coś do jedzenia. Umieram z głodu.
   Na zewnątrz leżał porozrzucany, metalowy ekwipunek martwych smokowców. Nawet kurz zabitych stworów został już rozwiany. Riverwind rozglądał się wokoło aż znalazł nóż o długim ostrzu. Przywiązał ten nóż do długiego kija wyciętego z żelaznego drzewa robiąc w ten sposób prowizoryczną, prymitywną włócznię. Złapał parę tłustych żab i uwiązał je jako przynętę w wodzie sięgającej mu kolan. Stał teraz nieruchomo i czekał. Po chwili woda zakotłowała wokół przynęty. Cisnął włócznią w zieloną wodę i szybko ją cofnął. Tłusta, szarawa ryba smutno szarpała się na końcu ostrza. Jeszcze parę chwil i złapał dwie kolejne.
- Di An! – zawołał tryumfalnie idąc do jej schronienia – Mam sumy!
   Dziewczyna z jaskiń Hest skuliła się w najciaśniejszą kulkę jak tylko zdołała. Riverwind próbował wywabić ją żartami, lecz tylko podniosła na chwilę głowę by ujrzeć o czym mówi. Najpierw był bezradny, potem sfrustrowany a na końcu się rozzłościł.
- Spójrz na mnie! Musimy ruszać! I to szybko. Musisz ten strach przezwyciężyć. Nie ma w otwartej przestrzeni  nic, co mogłoby cię skrzywdzić – powiedział gwałtownie.
   Rzucił ryby na posadzkę u jej stóp. Po oczyszczeniu – nie jest to łatwe przy tak długim nożu – uzyskane filety nadział na patyki. Na ogniu z patyków żelaznego drzewa Riverwind piekł ryby.
   Opodal stała kamienna misa, wapienna chrzcielnica. Była wypełniona deszczówką bowiem budynki po północne stronie świątyni stały w ruinie. Riverwind użył fragmentu pancerza smokowca jak czerpaka i przyniósł trochę chłodnej wody. Ugotował rybę dla Di An. Nie chciała jeść. Była jak sparaliżowana i chyba nawet nie słyszała Riverwinda. Zjadł swoją rybę popatrując na dziewczynę. Była więźniem własnego umysłu. Z całą pewnością była to po prostu choroba, coś jak gorączka czy ospa.
   Wtedy sobie przypomniał. Laska Mishakal leczy choroby. Nie miał co prawda pojęcia jak ma jej użyć. Przytrzymał Laskę jak małą włócznię i czubkiem dotknął Di An. Nic nie nastąpiło. Laska pozostała ciemnym, surowym drewnem. Nie było nawet najmniejszego błysku błękitnego szafiru. To beznadziejne; po prostu nie wiedział, jak skłonić ją do działania.
- Musimy iść do świątyni – powiedział.
   Podniósł Di An za ramiona. Westchnęła i rozluźniona wystarczająco jego obecnością odpoczęła w jego objęciach.
- Gigancie – szepnęła.
   Gdy tylko znaleźli się na zewnątrz Di An krzyknęła ze strachu, lecz Riverwind trzymał mocno i pośpiesznie pognał do świątyni. Kiedy tylko weszli uklęknął przed posągiem bogini.
- Wielka Bogini – powiedział – Przynieś swe światło na umysł tej dziewczyny. Ocal ją przed strachem. Uczyń ją na powrót zdrową.
   Nic się nie stało. Posąg pozostał zimny i pozbawiony życia a jego delikatne, marmurowe palce owienięte pozostały wokół pustego powietrza gdzie ongiś spoczywała laska. Gniew zagrażał zmąceniem umysłu wojownika. Dłonie zacisnął w pięści, lecz nic poradzić nie umiał. Podszedł do Di An i ponownie ją podniósł za ramiona.
- Idziemy na zewnątrz – powiedział stanowczo – Musisz nauczyć się, że nie ma tam niczego, czego trzeba się bać. Niebo nie jest twoim wrogiem a i w powietrzu nie ma zagrożenia.
- Nie! – powiedziała drżąco i zacisnęła palce na jego ramieniu – Proszę, nie dam temu rady!
- Musisz. Musimy ruszać, lub ryzykować schwytanie przez Shanza.
   Wyniósł Di An w słońce późnego poranka. Puszyste, szare chmury o płaskich podstawach żeglowały po rzekach nieba i naprzemiennie powodowały to światło, to cień. Riverwind wyszedł na piszczyste pobocze między prastarym brukiem a początkiem lasu żelaznych drzew. Di An przycisnęła się do niego tuląc wciąż twarz do szerokiej piersi wojownika. Riverwind próbował ją od siebie odczepić, lecz trzymała go determinacją desperata.
- Puść powiedział – Puść!
   Ponieważ dalej się opierała więc ją odciągnąl. Oczy Di An były szerokie ze zgrozy. Miała zawroty głowy, była chora. Wiedziała, że upadnie jeśli tylko on ją puści i postawi. Serce Riverwinda na widok jej przerażenia rwało się na kawałki, lecz wiedział, że musi pozostać stanowczy.
- Popatrz na mnie! Popatrz gdzie jesteś! Tu nie ma niebezpieczeństwa – powiedział głośno.
   Dolna warga Di An zadrżała.
- Po prostu nie mogę samej sobie kazać przestać się bać – powiedziała ledwie słyszalnym głosem – To po prostu nie działa.
- Zamierzam postawić cię na ziemi – ostrzegł Riverwind.
   Di An opadła na kolana natychmiast, gdy tylko poczuła pod stopami ziemię. Kiedy tylko ją uwolnił, natychmiast krzyknęła i padła twarzą na piszczystą ziemię. Darła grunt gołymi rękami próbując wygrzebać sobie bezpieczną dziurę.
- Przestań! – wrzasnął Riverwind.
   Chciał chwycić jej przeguby, lecz odepchnęła go i wywinęła się z uścisku.
- przestań! Zachowujesz się jak szalona!
   Na zmagające się postacie padł cień. Początkowo Riverwind nie zwrócił nań uwagi uznając za efekt przechodzącej chmury. Lecz cień jednak został a wtedy usłyszał dodatkowo głośne puff-puff dodatkowo dmuchające na nich powiewem wiatru.
   Di An odwróciła się na plecy. Krzyknęła głośno i drżącym palcem wskazała coś nad jego ramieniem. Riverwind odwrócił się, usta dalej trzymał otwarte i wciąż zmagał się z Di An, lecz wszelką mowę już mu odebrało. Dziewczyna nie wskazywała po prostu na niebo. Zawieszony w powietrzu jakieś sto stóp powyżej, bijąc wolno skrzydłami by utrzymać się w jednym miejscu, był smok. Słońce wywoływało opalizujące wzory na czarnych łuskach. Szpony na końcach skrzydeł były białe. Głowa wieńcząca długą, wężową szyję był uzbrojona w strasznie wyglądające rogi. Khisanth, pani Xak Tsaroth, patrzyła na nich obojętnie, zupełnie jakby człowiek patrzył na maszerujące mrówki.
   Riverwinda sparaliżował smoczy strach i tylko gapił się na potwora wiszącego nad nimi. Stwór z mitów i legend. Stwór, w którego istnienie tak naprawdę nigdy nie wierzył.
   Głowa Khisanth obniżyła się pytająco. Paszcza otworzyła się a długi język mignął raz a potem drugi. Rogaty łeb zaczął wężowato zniżać się w ich kierunku.
   Di An przerażająco krzyknęła i zerwała się na równe nogi. Strach przed smokiem przezwyciężył przerażenie zewnętrznym otoczeniem. Zakręciła się i kuśtykając pognała do świątyni.
   Działania dziewczyny przebiły się przez paraliżujący szok, jaki unieruchomił Riverwinda. Zmusił się do ruchu i ruszył za Di An. Jego cały umysł bębnił tylko jedno: szukaj schronienia, szukaj schronienia u bogini.
   Khisanth obserwowała ich bieg. Obojętnie, omalże od niechcenia, cisnęła za nimi krótki strumień żrącej, keaśnej śliny. Riverwind wskoczył do świątyni w momencie gdy żrące krople padły na wejściowe schody. Kwas zasyczał i zabulgotał jakby zjadał stary marmur. Di An kuliła się na posadzce u jego stóp. Umysł jakby mu trochę pojaśniał gdy tylko z widoku zniknęła im postać smoka. Co teraz mają robić? Khisanth wróciła a oni są w pułapce. Riverwind wiedział, że nie może walczyć ze smokiem. Sam widok potwora mroził mu krew w żyłach.
   Zdesperowane spojrzenie wojownika padło na Laskę Mishakal opartą o ścianę. Słowa bogini jeszcze raz rozbrzmiały w jego głowie:
TYLKO TEN, KTO Z NATURY JEST DRZY MOŻE DOTKNĄĆ LASKI I POZOSTAĆ NIEPORANIONYM.
    Stal nie poradzi sobie z kwasami Khisanth, magia też nie. Lecz może prosta laska, pobłogosławiona przez boginię, była odpowiedzią na palącą potrzebę. Riverwind odmówił krótką modlitwę do Mishakal błagając o siłę i podniósł laskę. Gdy tylko jej dotknął laska zabłysła zimnym błękitem. Zszokowany omal jej nie upuścił. Zamknął oczy i zacisnął chwyt dłoni. Bogini była z nim. Jej dobroczynna obecność przepełniała laskę. Z taką pomocą mógł stawić czoła smokowi. Riverwind wymaszerował ze świątyni dzierżąc laską przed sobą.
   Smok czekał na  brukowanym placu na południe od świątyni, tuż obok otworu studni. Gdy Riverwind ukazał się na stopniach świątyni smok zareagował.
- Cóż tam trzymasz, malutki? – syknął.
   Laska połyskiwała błękitem nieba. Jej blask prawie tłumił jasność słońca.
- Odstąp! – rozkazał Riverwind.
- Pozostanę gdzie zechcę – obojętnie odpowiedział Khisanth błyskając długimi, białymi kłami – Kim jesteś i dlaczego ośmielasz się nachodzić moje królestwo?
- Odejdź, powiedziałem!
- Nie mam cierpliwości na taką gadkę z człowiekiem. A to piękny niebieski patyk. Dawaj to a dam ci twoje życie.
- Bardzo to hojne dać mi to co moje – niepewnie odparł mieszkaniec równin.
- Żyjesz tylko tak długo jak na to pozwalam – cisnął smok wyraźnie już zniecierpliwiony.
   Poruszyła przednią łapą a długie na stopę szpony zatopiły się w marmurze jakby to był pudding.
- Połóż tą laskę i uciekaj z życiem, marny śmiertelniku.
   Riverwind chwycił laskę oburącz.
- Nie – odparł.
   Paszcza smoka się otworzyła i wypuściła trujący opar kwasów. Riverwind zamknął oczy i ścisnął laskę. Nie miał czasu, żeby się poruszyć. Khisanth puściła chmurę tak gęstą, że mogłaby rozpuścić oddział konnicy. Riverwind napiął się oczekując zniszczenia.
   Zaskoczyło go, że śmiertelna mgła opłynęła go dokoła i nawet go nie tknęła. Wziął wielki wdech. Kolana miał słabe. Laska – bogini – raz jeszcze uratowała mu życie. Blask artefaktu był jeszcze jaskrawszy, palił mu umysł. Riverwind ruszył do przodu dzierżąc Laskę Mishakal jak dwuręczny miecz.
- Co robisz? – syknęła smoczyca – Stój gdzie stoisz!
- Sądzę, że chcesz tej laski – odparł obojętnie – Nisę ją do ciebie.
- Głupi śmiertelniku – kpiła Khisanth – Doprawdy wierzysz, że możesz mnie tym pokonać?
   Wbrew własnym słowom Khisanth cofnęła się o krok, przygięła nogi do skoku a skrzydła rozwinęła. Była ogromna.
- Rozedrę cię na kawałki, kość po kości, ciebie i wszystkich o jakich dbasz! – dziko groziła.
   Riverwind kontynuował powolny marsz. Jego wiara w laskę była równie pewna jak laski błękitny blask. Khisanth wypowiedziała słowo w języku magii i słoneczne światło znikło. Czerń otuliła Riverwinda. Smoczyca rzuciła zaklęcie ciemności.
   Chociaż ciemność była bardzo dezorientująca, to chwyt Riverwinda na Lasce Mishakal był stalowy. Wysunął ją jak do sztychu i końcem dotknął nogi Khisanth. Jaskrawa iskra przeskoczyła z dźwiękiem gromu uderzając w czarne łuski. Riverwind poczuł szok tego uderzenia w całym ciele. Khisanth głośno się roześmiała.
- Naprawdę sądzisz, że ten głupi patyk może mnie zranić? – wołała – Nie będę na ciebie już tracić czasu, śmiertelny śmieciu. Ale cię zapamiętam!
   Riverwind wstrzymał oddech. Słyszał jak smocze szpony skrobią brzeg studni a potem słyszał jeszcze dźwięki schodzenia w głąb, coraz słabsze dźwięki.
   Ciemność się rozwiała a Riverwind chwiał się na nogach w świetle słońca. Musiał oprzeć się na lasce bowiem całe ciało drżało mu od długo poskramianego przerażenia. I dalej podziwiał jak laska uratowała go i odwróciła smoka od Di An.
   Laska błękitnego kryształu straciła już swą aurę i przyjęła przebranie zwykłego kawałka drewna. Riverwind umocował ją do ramienia i pognał do świątyni. Gdy smok dotrze do Xak Tsaroth Shanz zda jej pełny raport a wtedy jej gniew będzie daleko większy od zwykłej urazy. Mając gołe klify gór za sobą a ogromne bagna przed sobą Riverwind z obawą myślał czy jest gdzieś takie miejsce, dokąd mógłby uciec przed furią Khisanth.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#25 2018-12-22 21:53:21

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 720

Re: Riverwind z równin

Rozdział 25

Śmierć na Czarnych Skrzydłach.

   Di An wciąż leżała na posadzce świątyni wbijając w sklepienie szerokie, pobielałe oczy. Riverwind odezwał się delikatnie.
- Już w porządku – powiedział – Jak na razie smok odleciał.
- Niczego w tym tunelu nie znalazłam, panie.
  Riverwinda zatkało.
- Co? Co takiego powiedziałaś?
- Ten tunel jest pusty, Mors. Co teraz mam zrobić? – spytała Di An.
   Zwróciła ku niemu twarz. Nie było w niej śladu strachu. Był nienaturalny spokój i dziwne światło w oczach. Zdumienie Riverwinda się rozwiało. Umysł Di An został złamany. Nadmiar przerażenia odesłał jej jaźń do lepiej znanego i bezpieczniejszego miejsca i czasu, czasu gdy była tylko podrzędnym zwiadowcą Morsa.
- Możesz iść? – spytał.
- Tak. Czy mogę ponieść włócznie mego pana?
- Nie - odparł Riverwind – Chodź za mną. Smok może wrócić w każdej chwili.
   Opuścili świątynię i przeszli przez plac w pobliżu studni. Drzewa kończyły się nad wodą i Riverwind kazał Di An wspiąć się na swe plecy. Potulnie się zastosowała. Brnął przez czarną wodę a muchy i komary brzęczały wkoło twarzy. Woda doszła mu do podbródka gdy dno zaczęło się podnosić i był już w stanie wyjść na nagą, suchą wyspę. Przeklęte Ziemie wyglądały tak, jakby rozciągały się w nieskończoność dokoła. Nieskończona panorama ciemno zielonego listowia, czarnej zastałej wody i piaszczyste wysepki wyrastające z cichych lagun. Za ich plecami znikła już w drzewach świątynia Mishakal.
   Riverwind zsadził Di An i szybko przebiegli wysepkę by wejść zaraz do kolejnego rozlewiska. Przez to rozlewisko też przeniósł odurzaną dziewczynę chociaż raz tak się poślizgnął, że oboje wpadli z głowami pod wodę. Zmagał się z jej bezwładną masą bowiem Di An tak dalece odbiegła od rzeczywistości, że nawet nie starała się utrzymać głowy nad wodą. Ciężko dysząc i plując brudną wodą bagniska zdołał jednak mieszkaniec równin utrzymać ich obie głowy na powierzchni. Wykuśtykał na brzeg kolejnej wysepki, wszystkiego tuzin jardów szerokości, i padł zmęczony.
- Ta jaskinia jest bardzo wilgotna – powiedziała Di An widząc jak z jej włosów płyną całe strumyki wody – Tej drogi lepiej na przyszłość unikać.
   Słońce chyliło się ku zachodowi. Czerwonawy blask już rozpościerał się ponad bagniskiem przydając mu niemal złotego połysku. Daleko na wschodzie, ponad koronami drzew, widać było mgliste zarysy świątyni.
- Nie możemy dalej podróżować w ten sposób – mruknął do siebie Riverwind – Takie nurkowanie w bagnisko. Za którymś razem okaże się za głęboko i potoniemy.
- Chciałabym teraz kawałek chleba – odparła Di An – I ładne, czerwone jabłko.
- Ja też – Riverwind potarł się po twarzy – Musimy przyspieszyć. Choć te bagniska wydają się nieskończone to sądzę, że powinniśmy dać radę dotrzeć do gór o poranku.
- W tej jaskini jest mnóstwo miedzi.
   Wojownik ujął Di An za rękę i delikatnie ją ścisnął. Spojrzała na niego z uśmiechem
- Jesteś bardzo uprzejmym panem, Mors.
   Nagle laska, którą trzymał na kolanach zaczęła świecić. Riverwind się zerwał trzymając ją jak płonącą pochodnię.
- Wstawaj – zawołał patrzą na laskę – Coś się dzieje!
   Nawet z odległości ponad mili mógł już Riverwind poczuć początki smoczego strachu rozsiewanego przez Khisanth. Nadchodził smok. Podniósł Di An i ruszył w dół piaszczystego zbocza nad brzeg wody.
   Na niebie zmierzchu nad zrujnowanym miastem ukazała się czarna sylwetka smoka. Nawet w stanie takiego oszołomienia Di An jednak też odczuwała smoczy strach. Aż sapnęła z przerażenia i szarpnięciem uwolniła dłoń z uścisku Riverwinda – tym razem jednak nie po to by przed nim uciec, lecz by pobiec szybciej niż on.
   Wpadłi z pluskiem do brudnej wody. Błoto okleiło im ciała i pociągnęło brązem jasną skórę elfie dziewczyny. Riverwind wolał się nie oglądać, by sprawdzić czy smok nadchodzi. Laska jaśniała coraz bardziej, zupełnie jak latarnia morska. Brnęli właśnie przez płytkie bagnisko gdy powiew wiatru wywołany ruchem skrzydeł Khisanth zabełtał powietrze.
   Laska Błękitnego Kryształu nagle pociemniała. Tak nagle, jak przedtem nagle zapłonęła. Smok, gotowy do ataku, krążył dokoła.
- Nie! – krzyknął Riverwind potrząsając kawałkiem drewna – Nie odchodź! Co jak złego zrobiłem?
   Khisanth wyciągnęła długą, wężową szyję. Otworzyła paszczę wciągając powietrze.
- Wścibskie robaki! – ryknęła.
   Parująca mgła kwasu wystrzeliła z gardzieli smoka. Rozpostarła się nad bagnem jak śmiercionośna mgła. Riverwind dostrzegł, że żółtawa mgła się obniża, lecz Laska Mishakal była teraz tylko bezużytecznym kawałkiem drewna w dłoni.
- Padnij! – powiedział do łkającej Di An.
- Pomóż mi, Mors! – błagała przerażona.
   Riverwind chwycił ją za ramiona i cisnął prosto w czarną wodę. Zanurkował tuż za nią. W błotnistej zupie było ciemno i nieprzyjemnie ciepło. Przytrzymał tam Di An i tak pozostali jak tylko długo mogli wstrzymać oddech. Potem ostrożnie wysnął głowę na powierzchnię. Chmura trującego kwasu odchodziła z wiatrem, lecz szczyty żelaznych drzew w pobliżu nosiły oznaki zniszczenia. Twarde, połyskujące liście wyschły, poczerniały i zaczęły spadać do wody jak martwe ptaki.
   Khisanth mocno pracowała skrzydłami by odzyskać wysokość. Tymczasem Riverwind, ciągnąc wciąż Di An za rękę, pognał przez płytkie bagnisko do pobliskich zarośli bagiennych trzcin. Smok odlatywał w lewo i zaczynał okrążenie do powtórnego ataku. Riverwind pośpiesznie zerwał dwie trziny i oderwał od nich kwitnące szczyty. Popchnął Di An wprost w miękkie, bagniste zwoje korzeni trzcin.
- Włóż ten koniec w usta – wyjaśniał pośpiesznie – I oddychaj tylko tą rurką. Nie ruszaj się, póki ci nie powiem, dobrze?
   Upewnił się, że włożyła trzcinę w usta. Pomógł położyć się dziewczynie w legowisku z błota i sam ułożył się obok niej. Poszli pod wodę. Cielawe błoto łaskotało w uszy. Korzenie trzcin kłuły w plecy i po bokach. Riverwind leżał nieruchomo i nasłuchiwał, nasłuchiwał…
   Dotarł do niego przytłumiony dźwięk whoosh, whoosh gdy smok przelatywał niedaleko.
- Gdzie jesteście, robale? Nie możecie się przede mną ukryć!
   Smok latał nad bagnem we wszystkie strony, rzucał przekleństwa i ciskał kwasem we wszystko, co się rusza. Minęła godzina. Potem druga. Bagienne żyjątka wróciły do normalnej aktywności pomimo, że Riverwind i Di An zajmowali ich domowe pielesze. Śliskie i wijące się coś ślizgało się po nim i wokół niego; czołgające się stworki o wielu odnóżach maszerowały w dół i górę nieruchomego ciała wojownika. Chciało mu się wrzeszczeć, drapać po swędzących miejscach i obmyć wreszcie śmierdzący muł ze skóry, lecz wiedział, że Khisanth czeka, patrzy, krąży w gotowości do rozdarcia ich na strzępy.
   Smok zaprzestał w końcu denerwujących okrzyków i obserwował w ciszy, kusił zwierzynę do przedwczesnego wyjścia. Determinacja Riverwinda jednak nie osłabła. Czekał pewnie aż do połowy nocy nim ostrożnie wyjrzał na powierzchnię. Po twarzy ściekały mu strumienie śmierdzącej wody. Otworzył oczy. Brylantowo zielona gęba była tylko o cal od jego twarzy.
   Zmarszczył usta, dmuchnął mocno i ropucha odskoczyła. Na nocnym niebie jaśniał dwa księżyce Krynnu a ich połączone światło dawało różowawą aurę nad bagniskiem. Niebo było wolne od chmur, i od smoka. Riverwind usiadł. Masa szarego błocka spływała mu po piersi. Sięgnął ramieniem i poruszył Di An. Nie miała ochoty zareagować. Potrząsnął nią i wstała. Po szyi i ramionach zbiegały jej błotne owady.
- Witaj, Ojcze – powiedziała – Jestem głodna.
- Wiem. Ja też jestem głodny.
   Powoli obracał głową, patrzył i nasłuchiwał.
- Myślę, że smok już odleciał.
   Riverwind wstał na co Di An zareagowała stłumionym krzykiem.
- O co chodzi? – spytał.
- Pijawki? Co?
   Riverwind przesunął dłonią po nodze i wyczuł kilka miękkich, kluchowatych stworów na skórze. Wykręcił się by je obejrzeć.
- Paskudne pijawy! – zawołał.
   Prawie tuzin ich znaczyło mu plecy i nogi. Di An wstała. Nie miała żadnej. Najwidocznie krew Hest nie odpowiadała bagiennym stworom.
- oddałbym oko za odrobinkę soli! – warknął – Albo za gorącą gałąź!
- Czy mam rozpalić ogień, Ojcze? – spytała dziewczyna.
- Nie! – ostro odparł wojownik – Smok mógłby nas dostrzec.
   Drżąc z odrazy zdrapywał ostrzem miecza paskudne stworki. Kiedy skończył okazało się, że po nogach płyną mu całe strumyki krwi, wyglądał jakby wyszedł z krwawej bitwy.
- Musimy wydostać się z tych bagien – powiedział – Lepiej i łatwiej będzie na wyżynach i to nawet ze smokiem na naszym tropie.
   Odpowiedź Di An była senna i całkiem pozbawiona sensu. Gwiadzy prowadziły a Riverwind wybrał drogę na zachód. Prowadziła przez czarne serce Przeklętych Ziem, Jezioro Gorączki. Człapali całą noc w śliskiej wodzie sięgającej czasem Riverwindowi do bioder. Pamiętał o pijawkach aż się wzdrygał z obrzydzenia. Di An nuciła jakąś powtarzającą się melodię.
- Musisz to robić? – spytał przez podzwaniające zęby.
   Nie zwróciła na niego uwagi więc odwrócił się w nagłym porywie złości.
- Cicho bądź!
   Di An spojrzała nieprzytomnie. Nie zwracała uwagi na muchy i komary spokojnie spacerujące jej po twarzy. Riverwind przetarł dłonią czoło. Wysoka temperatura i suche brwi były wystarczająco jasnym objawem.
- Dostałem gorączki – powiedział – I nie dziwota. Cała noc w błocie a potem te przeklęte roje krwiopijców…
   Di An spojrzała nań z taką żałością w twarzy, że wszelki gniew zniknął równie szybko jak się pojawił.
- Przepraszam, że tak nakrzyczałem – Powiedział a dreszcz już pognał mu po grzbiecie –To… ech… nie twoja wina.
- Jesteś bardzo miły.
   Odgarnęła pokryte błotem włosy za szpiczasto zakończone uszy.
- Mors, jesteś pewien, że to dobry tunel?
   Riverwind popatrzył na zachód poprzez płaską, omszałą równinę i westchnął.
- To jedyny tunel jaki mamy – powiedział.
   Wziął ją pod rękę i dodał.
- Chodźmy. Lepiej nie tracić ciemności.

* * * * *
   Shanz stał wraz z pozostałymi przy życiu żołnierzami smokowców na suchej łasze piasku niedaleko od świątyni Mishakal. Wysoko nad nimi wisiał ogromny kształt Khisanth.
- Weszli w Jezioro Gorączki – powiedział Shanz.
   Jaszczurcze oczy potrafiły przebić ciemności nocy i wypatrzyć ślad Riverwinda i Di An tylko przez obserwację ciepła ich śladów. Z miejsc, w którym teraz stał mógł spokojnie wypatrzyć ich ścieżkę wijącą się w oddali.
- Żaden ciepłokrwisty nie przeszedł przez to jezioro pozostając żywym – odparł zadowolony z siebie smok.
- Co nakazujesz, Wielka? – spytał Shanz.
   Potężny pazur przedniej łapy Khisanth spoczywał na nagiej głowie smokowca. Gładziła go tak, jak kobieta mogłaby głaskać kota.
- Mamy tu wiele do zrobienia. Za parę dni wyjdziesz na zewnątrz i odbierzesz laskę. Nie mogę pozwolić by tak potężny talizman znalazł się w rękach ludzi.
- Będzie wykonane, Wielka.
- Wspaniale. A ja muszę dopatrzyć powiększenia twego garnizonu. Przygotuj się na przybycie większych oddziałów.
- Czy fiasko planów Krago nie zdenerwowało ci, Wielka? – spytał Shanz.
- Nie za bardzo, mały Shanz. Jak większość ludzi krago też uważał, że potrafi gołymi dłońmi utrzymać moce elementarne. Tylko smoki mogą tego dokonywać.
   Khisant rozłożyła skrzydła do lotu.
- Nasze armie podbiją Krynn bez pomocy ze strony ludzi – powiedziała.
- Będą strawą dla naszych mieczy! – oznajmił Shanz.
- Tak się spodziewam.
   Khisanth wyskoczyła w powietrze, wykonała jedno, leniwe okrążenie i odleciała w stronę Xak Tsaroth. Shanz pozostał tu jeszcze ze swymi oficerami. Patrzył w ciemność i tropil zanikające, szkarłatne ślady  znikające w wyziewach wstających nad Jeziorem Gorączki.
* * * * *

   Słońce uderzyło ich w plecy gdy tylko wyszło nad horyzont. Szarawa mgła wstawała nad płytkimi wodami jeziora. Ropuchy i wodne owady przerwały nocne pieśni z nadejściem światła tak więc niesamowita cisza spowiła całe bagnisko.
   Ciało Riverwinda, od głowy aż po palce stóp, rozrywał ból wynikający z zatrucia krwi przez bagienną gorączkę. Dreszcze i drgawki uderzały z taka siłą, że często gęsto nie miał nawet sił, by dalej iść. Oczy mu płonęły, gardło drapało. Nie miał sił ni koncentracji by polować, łowić ryby czy choćby nazbierać jadalnych traw.
   Gorączka dopadła też i Di An. Zęby jej podzwaniały gdy atak dreszczy przeszywał szczupłe ciało. Kiedy zaś gorączka rozpalała twarz, Di An mogła oddychać tylko krótkimi, ostrymi szarpnięciami. I na domiar złego nadal przebywała w swym śnie, śniła o domu, o dobrze znanych jaskiniach Hest.
   Pomimo wszystko człapali naprzód. Nie było miejsca na spoczynek, chyba że w śmierdzącej, grząskiej wodzie. Riverwind nie umiał uwierzyć, że smok o nich zapomniał i pozwolił odejść. Już choćby dlatego, że z pewnością nie chciała by wieść o jej obecności w Xak Tsaroth się rozeszła. Tylko ta myśl wciąż go jeszcze napędzała. To, oraz Laska Mishakal, której nawet na moment nie puszczał z twardego uścisku rozgorączkowanej dłoni.
- Wracam w chwale – szeptał – Wypełniłem niemożliwa misję Arrowthorna.
   Uśmiechnął się podzwaniając zębami.
- Wszyscy Que-Shu zobaczą jak wręczam ukochanej Laskę Mishakal. Ono ją domnie podniesie. Będzie wiedziała, jak jej użyć. Wszyscy wzniosą radosne okrzyki a Arrowthorn będzie musiał dać zgodę na nasze połączenie. Nasze połączenie, Golmonn. Nasze połączenie…
   Zawzięcie przepychał się dalej przez bagnisko i wyobrażał sobie radosne okrzyki, już dzwoniły mu w uszach.
   Słońce rozgoniło mgłę i w oddali zobaczył mieszkaniec równin coś, co uradowało mu serce. Z bagnistej równiny, jak daleki błękitne cienie, wyrastały góry. Nie były to już góry opuszczone, lecz góry wspaniałe. Cudowny widok.
- Widzisz? – podniecony wołał do Di An – Góry! Piękne, cudowne góry! Czyste, chłodne strumienie, zwierzyna, ryby.
- Kawałek chleba… gruszka… brzoskwinia… - mamrotała Di An – Pod złotym wodospadem. Dziwne. Czuję się dziwnie.
- To gorączka – powiedział.
   Di An położyła sobie dłoń na piersi.
- Dlaczego jestem taka?
   Popatrzyła na pokryte błotem nogi.
- To nie są moje nogi! – podniosła głos – Co się ze mną stało?
   Riverwind wyciągnął drżącą rękę.
- Dorosłaś, pamiętasz? Krago dał ci eliksir.
   Wykrzywiła twarz.
- Ty… ty mnie zwodzisz. Ty nie jesteś Mors! Nie jestem w swoim ciele! Co ty mi zrobiłeś?
- Przestań! Posłuchaj. Ty jesteś Di An, ja jestem Riverwind. Uciekliśmy z Xak tsaroth i całego podziemnego świata.
- Kłamstwa! Ohydna magia. Pracujesz dla Li El! Jesteś iluzją królowej!
   Di An odwróciła się i zaczęła uciekać od Riverwinda.  Skoczył i ją złapał chwytając za ramię. Wyrywała się wrzeszcząc, że Li El zniszczyła jej umysł.
- Posłuchaj mnie! Posłuchaj mnie! – powtarzał Riverwind.
   W odpowiedzi Di An zatopiła mu zęby w ramieniu. To już całkowicie złamało, i tak już osłabioną gorączką, równowagę ducha. Trzasnął ją w szczękę i dziewczyna opadł mu w ramiona. Była lekka jak piórko, lecz noszenie jej i laski jednocześnie stanowiło obciążenie. Tak czy inaczej, Riverwind powstał i ruszył w stronę obietnicy odległych, błękitnych gór.
   Rozlewiska stwały się coraz płytsze. Z wody coraz częściej wyrastały niewielkie wypiętrzenia suchego lądy, małe wysepki piachu. Zamiast jednak przydać choć trochę radości, stanowiły nowe i nie małe wyzwanie; Riverwind musiał się na nie wspinać lub wydłużać marsz obchodząc wzniesienie. Na koniec, już na samym brzegu Jeziora Gorączki, nogi się pod nim załamały. Opadł na pokryty mchem, niski wzgórek. Di An padła obok a Laska Mishakal spoczęła pomiędzy nimi. Riverwind nie stracił przytomności.
   Po prostu leżał z twarzą w mchu, gwałtownie walczył o oddech i drżał z gorączki.
- Wielka Bogini, zawiodłem cię – pomyślał – Zaszedłem tutaj i już dalej nie dam rady.
JESTEŚ TEGO PEWNY? – spytał łagodny głos Mishakal, który słysząc usiłował się podnieść, lecz nie dał rady – MASZ JESZCZE ZAPASY SIŁ, KTÓRYCH NAWET NIE TKNĄŁEŚ – powiedziała.
   Czuł, jak ciepło gorączki zalewa mu twarz a serce w piersi łomocze.
- Myślę, że nie zostało mi już nic sił – tchnął prosto w mech – Błagam, litościwa Mishakal, udzrów mnie. Pokaż jak mam użyć twej Laski.
UZDROWIĆ CIĘ? A CO Z DZIEWCZYNĄ LEŻĄCĄ OBOK? TEŻ JEST CHORA.
- Czy nie możesz uzdrowić nas oboje?
ZDECYDOWAŁAM, ŻE NIE.
  Wysuszone usta Riverwinda zablokowały język, lecz bogini i tak usłyszała jego pytanie „dlaczego?”
CNOTY ZDOBYWA SIĘ WALKĄ, A NIE UŁATWIENIEM. NICHEGO NIE UCZY ZADANIE ZBYT ŁATWE, CZY PROBLE ROZWIĄZANY BEZ TRUDU. BOGOWIE ŻĄDAJĄ OD ŚMIERTELNYCH IERPIEŃ, WALKI I UMIERANIA DLA CNÓT, BY DOWIEDLI I OCHRONILI WARTOŚCI IDEAŁÓW. ZŁE TYLKO PRZYRZECZENIA DAJĄ DORAŹNĄ KORZYŚĆ.
   Riverwind nie był pewien, czy dobrze zrozumiał. Jeżeli słowa bogini niosą prawdę to po co w ogóle męczy się rozmawiając z nim?
ALBOWIEM TWÓJ CEL WIĘKSZY JEST OD TWEGO ŻYCIA. ODBUDOWA WIARY W BOGÓW PRZEZ PRZYNIESIENIE MOJEJ LASKI; TO PRACA CHWAŁY.
- Czy więc to ja mam być uzdrowiony? – szepnął opuchniętymi wargami.
UZDROWIĘ CIEBIE LUB DZIEWCZYNĘ. ZDECYDUJ I POŁÓŻ LASKE PRZEZ PIERŚ WYBRANEGO.
   Riverwind podparł się na dłoniach i lekko uniósł. Popatrzył w niebo.
- Skazujesz jedno z nas na śmierć, drugie na wieczne szaleństwo! Gdzie w tym widzisz sprawiedliwość?
   Głos Mishakal już nie było. Na ziemi obok Riverwinda leżała laska. Kiedy tak na nią patrzył to ciemne drewno zaczęło lekko błyszczeć. Potem blask, najlżejszy z błękitów, wypełnił całą laskę. Stawała się jaskrawsza, kolor był coraz głębszy a sama laska coraz bardziej przypominała kryształ szafiru. Riverwind po nią sięgnął. Jak szybko wyciągnął ramię, tak szybko je cofnął. Któz jest bardziej wartościowy, cenniejszy? Bił się z myślami. On był w boskiej misji, miał dostarczyć laskę Goldmoon. Lecz i Di An ma misję do spełnienia. Jej lud czeka na wieści z powierzchni. Ona może być tą jedyną, które im je dostarczy. Mors będzie zły… tylko jeżeli ona będzie w stanie wyprowadzić Hestów pod błękit nieba, to z całą pewnością jej wybaczy. Jeżeli Di An umrze, to mogą minąć długie lata nim Hestowie otrzymają pomoc, której tak potrzebują. Kiepskie wyżywienie i trujące powietrze tylko zwiększą cierpienia kopaczy a na domiar złego, nikt się nawet o tym nie dowie.
   Nit, tylko bogowie. Riverwind wściekał się na Mishakal. Zrobiła to celowo! Postawiła przed nim pytanie i zostawiła mu decyzję: boska wola czy ludzkie współczucie. Jak ma wybrać?
   Di An coś mruknęła, była już prawie przytomna. Odłożył na chwilę gniew i przyjrzał się elfie dziewczynie – nie, już nie dziewczynie. Di An tam leżała, cała pokryta błotem i brudem, w poszarpanej koszuli z miedzianej tkaniny, z której już dawno zszedł cały czarny kolor ukazując metalowe nici. Była dwustuletnią istotą, która żyła jako dziecko i niewolnik dłużej niż on sam jako wolny człowiek. Di An go kochała, lub myślała, że kocha. Czy może tak oddalić jej uczucia uznając je tylko za kaprys dziecka? Co ona by zrobiła, gdyby to ona miała dokonać wyboru? Odpowiedź znał. Wiedział, że przedłożyłaby jego potrzeby ponad swoje własne.
   Riverwind odwrócił jej brudną, lekko opaloną twarz ku sobie. Na szczęce, w miejscu uderzenia, pojawił się nowy siniak. Aż go serce zabolało. Oczyścił z błota jej usta, schylił się i lekko ją pocałował. Podniósł błyszczącą laskę błękitnego kryształu i położył na jej ciele. Ledwie to zrobił a otworzyła oczy i zamrugała.
- Riverwind – powiedziała patrząc mu w oczy.
   W ułamku sekundy, w cichym, oślepiającym błysku, zarówno kobieta elfów jak i święta szafirowa laska zniknęły.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#26 2018-12-25 22:21:43

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 720

Re: Riverwind z równin

Rozdział 26

Komu Bogowie Sprzyjają Ten Urodzonym Bohaterem
   - Astinus, Ikonochronos.

    Przepadła! Riverwind gorączkowo grzebał w ziemi, gdzie jeszcze przed chwilą była Di An i kryształowa laska. To nie był wytwór schorowanego i osłabionego umysłu. Kobieta i laska zniknęły. Dokonał złego wyboru. Laska Błękitnego Kryształu została stracona, jego wyprawa zakończyła się porażką. Ból dopadł mu serca i tam eksplodował. Wrzask cierpienia odbił się echem poprzez Jezioro Gorączki. Zwierzęce dźwięki ucichły, dokoła zapanowała cisza.
   Riverwind upadł twarzą w mech. Łzy same napłynęły do oczu. Źle wybrał. Zawiódł Mishakal. Zawiódł Goldmoon. Catchflea umarł nadaremno. Wcisnął twarz w ziemię czując jak drapie go w policzki. Jak ma wrócić do domu? Jak ma stanąć przed Golmoon nie mając laski? Stracił ją na zawsze.
   Długo leżał w ciszy, pochłaniała go wielka rozpacz. Na koniec podniósł się z wolna na kolana i popatrzył na Zakazane Góry. Sztolnia prowadząca do Hest była właśnie tam; rzuci się prosto w nią. Wyprostował się, wraz z podjęciem decyzji przybyło trochę sil. Magia laski utracona; zginie więc w jednym upadku. Nikt nie będzie znał jego wstydu.

* * * * *
   Mors, władający królestwem Hest, siedział nieruchomo na kamiennym krześle i wysłuchiwał wybranych reprezentantów kopaczy i wojowników, spierających się o sposób rozdziału kiepskiego zbioru zbóż. Dyskutowali już długo a Mors zaczął tracić gwałtownie i szybko te resztki wciąż jeszcze posiadanej cierpliwości. Zbiory były najsłabsze w całej historii Hest a wieści głosiły, ze i drzewa owocowe zaczynają obumierać. Nie dysponując magią, nie było sposobu ich ochrony. W krótkim czasie głód zawita do Vartoom.
   Mors zdecydował zakończyć te bezproduktywne sprzeczki siłę, skoro nie można inaczej. Już szykował się wykrzyczenia rozkazu gdy nagle stało się coś dziwnego. Zobaczył migotanie światła. To go osłupiło, bowiem żył w całkowitej ciemności od czasu gdy Karn go oślepił. To światło było tylko przebłyskiem, motylim błyskiem błękitu, lecz jednak je widział a to go szokowało.
   Mors wstał. Reprezentant kopaczy rzucił mu jakieś pytanie. Ślepy wojownik nawet go nie usłyszał. Powoli w całej komnacie zapanowała cisza. Mors pozostał wyprostowany i nieruchomy. Błyski światła wciąż połyskiwały w niewidomych oczach.
- Zebrać na ulicy pięćdziesięciu żołnierzy – powiedział spokojnie – Lekko zbrojni, tylko włócznie.
- Mój panie – spytała starszy z kopaczy – Co się dzieje?
- Coś się stało – odparł Mors – I ja to widzę.
   Po raz pierwszy od wielu lat przemaszerował komnatę bez laski i bez elfa do pomocy. Zebrani aż drgnęli ze zdumienia. Co się szykuje?
   Mors wyszedł za prowadzącym go światłem na ulicę. W jakiś sposób wiedział gdzie jest ulica – czuł wszystko równie dobrze jak widział. Choć może otoczenie pozostawało dlań równie niewidoczne co zawsze to postępując za migającym światełkiem jakoś omijał wszystkie przeszkody. Po prostu wiedział, gdzie ma postawić stopy. Światło dalej go kusiło. Tupot żołnierskich stóp powiedział mu, ze eskorta już nadeszła.
- Kto dowodzi? – spytał Mors.
- Ja, mój panie, Prem – odparł oficer.
- Czy znasz wielką świątynię naszych przodków?
- Nawiedzoną świątynie? – spytał Prem.
- Tą samą. Pójdziemay tam teraz, lecz tylko ja wejdę. Czy to jasne?
- Oczywiście, mój panie. Co się dzieje?
- Jeszcze nie wiem – odparł jasno Mors – Obawiam się…
   Jak ma to powiedzieć? Jak ma wypowiedzieć strach, że ten błękitny blask przed oczami spowodowała Li El. Martwa Li El. Mors poprowadził przez zrujnowane pola. Migotliwe światełko stawało się coraz silniejsze i stabilniejsze. Żołnierze tupali za nim w ciasnej formacji. Morsa zżerały naraz ciekawość i obawa. Sto dni minęło od śmierci Li El oraz Vvelza. Od tego czasu w Hest nie pojawiła się żadna oznaka magii. Zarówno brat jak i siostra spłonęli na stosach pogrzebowych. Żadne z nich nie powstało z martwych. A teraz to…
   Po dwóch godzinach szybkiego marszu wojownicy wspięli się pogruchotaną, skalistą ścieżką do świątyni. Gdy stanęli na płaskiej powierzchni gdzie stała świątynia zatrzymali się jak wryci w miejscu. Mors usłyszał zatrzymanie marszu. Natychmiast zapytał o powód.
- Mój panie, w świątyni jest światło! – odparł Prem.
- Więc też to widzisz!
- Wszyscy widzimy.
- Stanąć w linii – warknął Mors – Ja wchodzę. I nie chce, żeby cokolwiek stamtąd się wydostało, zrozumiano?
   Żołnierze ustawili się w półokręgu w potężnym przedsionku opuszczonej świątyni. Patrzyli z podziwem jak Mors wchodzi po starych schodach prosto w pole lazurowego światła. Uczucie łagodnego błogosławieństwa otuliło Morsa jak delikatny koc. Część jego osoby była pewna, że to tylko efekt magiczny, pewnie nic realnego, uczucie było jednak tak wszechogarniające, że stracił większość wątpliwości. Błękitny blask nasilał aż wreszcie oczy zaczęły go palić. Z ust wyrwał mu się jęk a dłonie same powędrowały do twarzy. Zobaczył brudne, grube paznokcie własnych palców. Jęk bólu przeistoczył się w zdławiony okrzyk zdumienia. Opuścił ręce i oparł się o potężną, żłobkowaną kolumnę.
   Mors widział. Przed nim rozpościerała się posadzka świątyni, cała obsypana połamanymi szczątkami kolumn i luźnym gruzem. Widział to wszystko z niezwykła wyrazistością. Naprawdę widział. Światło wciąż go nawoływało. Przeszedł pomiędzy wspaniałymi kolumnami aż doszedł wreszcie do źródła jaskrawego, błękitnego blasku.
   Stopę nad powierzchnią zrujnowanej posadzki unosiła się postać kobiety o zamkniętych oczach i ramionach dociśniętych do boków. Ubrana była w czarną koszulę kopacza Hest, lecz miedź tkaniny była już poprzecierana a czarna farba złuszczona. Parę cali przed kobietą unosiła się pionowo w powietrzu wspaniała laska z błękitnego szafiru. To z niej emanowało błękitne światło. Mors opadł na jedno kolano.
- Kim… kim jesteś? – szepnął.
SŁUCHAJ – odezwał się wewnątrz jego głowy melodyjny głos – WYSŁUCHAJ MNIE.
   W nowo oczyszczonych oczach Morsa pojawiły się łzy. Zapytał jeszcze raz.
- Kim jesteś?
TWOI PRZODKOWIE NAZYWALI MNIE QUANESTI PAH.
   Morsa aż zatkało.
- Bogini?
TĄ KOBIETĘ TWEJ RASY WAM PRZYWRACAM. WALCZYŁA I CIERPIAŁA W SPRAWIE DOBRA. BY OCALIĆ JĄ OD SZALEŃSTWA I ŚMIERCI PRZYWRACAM JĄ JEJ DOMOWI.
- Kim ona jest, bogini? – spytał Mors.
JEJ IMIĘ BRZMI DI AN.
- Moje małe oczy! An Di… - zaczął wstawać, lecz bogini przemówiła jeszcze ostatni raz a moc jej głosu przycisnęła go znów na kolana.
NIECH TO MIEJSCE ZNOW BĘDZIE ŚWIĘTE. PRZESTRZEGAJCIE MYCH PRAW A NAGRODA ZDROWIA I MOCY UZDRAWIANIA BĘDZIE WASZA. TA KOBIETA BĘDZIE MOJĄ KAPŁANKĄ A PRZEZ NIĄ SPRAWIĘ, ŻE CAŁY WASZ LUD MNIE POZNA.
   Mors skłonił głowę.
- Tak się stanie – przyrzekł – Dzięki, bogini, za przywrócenie mojego wzroku.
   Lecz bogini już odeszła. Błękitna aura znikła chwilę potem. Na koniec znikła również szafirowa laska. Di An zachwiała się jak lunatyk. Mors podbiegł szybko i ją podtrzymał. Powoli otworzyła oczy.
- Mors? To ty? – spytała słabym głosem.
- To ja. Zmieniłaś się, mały kopaczu.
- Dorosłam. Czy ty… czy złościsz się, że odeszłam?
- Byłem zły, lecz nie jestem.
   Di An pomyślała, że to dziwne uczucie tak czuć ramię Morsa wokół własnej kibici. Dziwne, lecz dobre.
- Słyszałeś słowa bogini? Widziałeś świętą laskę?
   Kiedy potwierdził dodała.
- Żyłam w świecie bogów. Jak długo – nie mam pojęcia. Riverwind i ja staraliśmy się uciec przed smokiem, a jeszcze tam byli ludzie jak jaszczury…
- Smok! – krzyknął Mors – Ludzie jaszczury? Jesteś pewna, że z głową masz wszystko w porządku?
   Di An powstrzymała go zaskakującym spojrzeniem. Jej uprzednio brązowe oczy były teraz jasno błękitne, tego samego koloru co laska Quanesti Pah.
- Z głową w porządku, Mors.
   Pomyślała o biednym Catchflea, który poniósł śmierć z rąk smokowców. Widziała Riverwinda płonącego z gorączki. Czy był bezpieczny?
- A w sercu wielki ciężar.
   Mors i Di An poszli do oczekujących wojowników. Z trudem mógł uwierzyć, że ta spokojna, eteryczna kobieta była tym samym jałowym dzieckiem, które prowadziło go w najmroczniejsze dni.
- Zawsze starałam się dobrze cię prowadzić – powiedziała Di An poufałym tonem.
   Mors mrugnąl. Czytała mu w myślach.
- Poza tym, nie byłabym tutaj gdybym nie szła za tobą… nawet wtedy, gdy cię prowadziłam.
   Mors przedstawił Di An wojownikom a ci pozdrowili ją wzniesieniem włóczni i gromkim okrzykiem. Kiedy tego dokonał stracił wątek co dalej. Zapytał więc Di An, co chce dalej robić.
   Popatrzyła w dal, na zadymione, zatrute jaskinie. Pomyślała o wszystkich jałowych dzieciakach pracujących na polach i w kopalniach. Mogła już myśleć o powierzchni bez przerażenia, lecz wiedziała, ze należy do Hest, do jej własnego ludu. Gdy już jasnym wzrokiem wchłonęła mglisty widok jaskiń, odparła.
- Chcę uzdrowić to miejsce. A nawet, być może, i siebie.

* * * * *

   Nie wiedząc nawet jak, Riverwind dotarł do podnóża gór. Stopa za stopą wlókł się cały dzień, potem noc i jeszcze dzień. Decyzja ciśnięcia siebie do sztolni dodawała mu sił. Napędzała go. Inne metody zadania sobie śmierci trochę go przerażały – głód i pragnienie przede wszystkim – lecz obsesyjne trzymanie się wizji śmierci w sztolni w jakiś sposób wydawało się na miejscu.
   Riverwind zaczął się czuć jakby upieczony z powodu gorączki, więc natrafienie na źródło słodkiej wody w rozpadlinie skalnej było największym darem jaki mu się w życiu przytrafił. Gdy zaspokoił pragnienie powrócił głód zaciskający węzeł na wnętrznościach. Nie miał łuku a upolowanie czegoś gołymi rękami było raczej niemożliwe. Znalazł parę orzeszków piniowych rosnących w załomie jakiegoś większego głazu. Zjadł setki tych małych, żylastych nasion. Trochę to pomogło, lecz Ne mogło wystarczyć na przeżycie. Gdy nadeszła kolejna noc leżał na szczycie zaokrąglonego głazu a szczyty gór wznosiły się gdzieś nad nim. Nigdy tam nie dotrze będąc tak potwornie osłabionym. Zawiedzie nawet własne postanowienie śmierci w sztolni. Nawet takiego celu nie umiem wypełnić, pomyślał gorzko.
   Wzeszły gwiazdy. Widział złamane łuski Hiddukela, bizonią głowę Kiri-Jolitha, czarny kaptur Morgiona. Obok Morgiona, ledwie wystając nad szczyty gór, była konstelacja Mishakal. Podobnie do stalowego amuletu jaki dał Goldmoon, gwiazdy Mishakal ułożyły się w dwa, połączone owale.
- Nieskończony Pościg – tak nazywał to jego ojciec – Jeśli będziesz wodził palcem po pętli to nigdy nie znajdziesz końca.
- Co to oznacza? – pytał Riverwind jako mały chłopak.
- To znaczy, że nie ma znaczenia gdzie wędrujesz, bogini jest zawsze z tobą – odpowiadał ojciec.
   Zawsze z tobą – jak twarz Goldmoon, która nigdy z jego myśli na długo nie ucieka. Riverwind przymknął oczy i przywołał jej wizerunek w wyobraźni. Srebrno-złote włosy, połyskujące oczy,  miękkie, czerwone usta… Sam widok wycisnął łzy spod przymkniętych powiek. Jest tak piękna. A skoro on zawiódł w wykonaniu misji, to ona poślubi innego. Arrowthorn będzie nalegał. Riverwinda i tak nigdy nie aprobował.
   Na samą myśl, że Goldmoon zostanie żoną innego mężczyzny wypełniła duszę Riverwinda falą gniewu. Rozpacz jeszcze go całkiem nie pochłonęła. Nigdy nie pozwoli Arrowthornowi na wydanie córki za innego! Prędzej ją sam porwie…
   Nagle otworzył szeroko oczy. Jakiż on głupi! Jakiż samolubny! Zapomniał o kolejnej decydującej misji; musi wszystkich ostrzec o smokowcach i ich planach podboju.  To wystarczający powód, by wrócić do Que-Shu. A i jego misja jeszcze nie zawiodła. Dopóki żyje, misja trwa. A jeśli ma potrwać dziesięć lat czy nawet sto to Goldmoon będzie czekać. Znał potęgę jej ducha i żelazną wolę. Nigdy nie pozwoli na małżeństwo z przymusu. Riverwind wstał z głazu i rozpoczął wspinaczkę. Każdą górę pokonuje się tak samo, pomyślał ponuro. Zaczynasz na dole i idziesz do góry. I właśnie w ten sposób, Zdrowy czy chory, tak musi postąpić.
   Wspinaczka była koszmarna. Nogi wojownika drżały w chłodnym, górskim powietrzu i załamały się niejeden raz ciskając go na ziemię. Gdy tak się stawało Riverwind trzymał się tylko na palcach powyginanych już jak szpony. Krew wypływająca spod paznokci nie miała znaczenia. Zamazany wzrok rozgorączkowanego ciała nie miał znaczenia. Wędrówkę musiał kontynuować.
   Dotarł do niewielkiego wywłaszczenia i przewrócił się na plecy. Chwytał oddech. Para cienkim strumykiem umykała mu z ust. Tylko jedna chwila, tylko krótka chwila odpoczynku.
   Laska Błękitnego Kryształu zmaterializowała się w powietrzu tuż nad nim. Jęknął rozpaczliwie myśląc, że to tylko gorączkowe widziadło, lecz sięgnął dłonią by chwycić zawieszoną laskę. Palce zamknęły się na gładkim, twardym szafirze. Laska wróciła! Miał ją w dłoni, zimną i jasną. Magiczna aura zaczęła zanikać i po chwili Riverwind poczuł w dłoni surowe, ciemne drewno.
- Dzięki ci, Mishakal – powiedział – Dzięki ci!
   Góry odpowiedziały echem jego krzyku. Zastanawiał się, co też przydarzyło się Di An. Gdzie teraz jest. Bogini musiała jej pomóc. Musiała. Odmówił cichą modlitwę za kobietę elfów.
   Riverwind wznowił wspinaczkę. Ciężko wspierał się na pięciostopowym kiju a ten podpierał go w długim marszu do góry.
   W dniach następnych szczęście Riverwinda to zanikało, to nagle się pojawiało. W wysoko położonych dolinkach Zakazanych Gór znalazł jagody i jakieś jadalne korzenie, lecz żadnej zdobyczy osiągalnej gołymi rękami. Bagienna gorączka zanikała na godzinę, czasem na cały dzień, by potem uderzyć ponownie i zamienić wojownika w skulony, drżący tłumok. Będąc w takim stanie Riverwind włóczył się bez celu z dala od wybranego szlaku, czasem nawet trzy albo cztery mile w złym kierunku. Wraz z gorączką i bólem nadciągało zawsze zamglenie umysłu. Potykając się na ostrych kamieniach pociął dłonie i stopy. W delirium włóczył się przez trzy dni by nagle ocknąć się z powodu lodowatego deszczu omywającego mu twarz. To wtedy zorientował się jak bardzo pobłądził. Szczyty wokoło były nieznane a las różnił się mocno od znanych dotąd puszcz.
   Riverwind stał w zimnym deszczu i powoli porządkował myśli gdy nagle usłyszał młody głos.
- Czego chcesz, włóczęgo?
   Odwrócił się i zobaczył, że wyszedł na skraj polany w pobliżu jakiegoś obozowiska. Dwa tegie wozy stały oś w oś a między nimi rozpięty był płócienny namiot. Pod wilgotnym brezentem płonęło niewielkie ognisko. Między Riverwindem a obozem stał młody mężczyzna w deszczowym okryciu i mokrym kapeluszu. Trzymał wąski miecz czubkiem prosto w twarz Riverwinda.
- Pytałem, czego chcesz? – powtórzył młodzieniec.
   Spod kapelusza widać było połyskujące żółte włosy.
- Zgubiłem się – powiedział Riverwind.
- Cóż, wałęsający się złodzieje nie są tu mile witani!
- Nie ma powodu do gróźb – odparł Riverwind podzwaniając zębami w deszczu, który przenikał do kości – Nie jestem bandytą.
- A skąd mam wiedzieć? – spytał blondyn – Duży jesteś i niesiesz tęgiego kija.
- Daj spokój, czy mógłbym się tylko ogrzać przy waszym ognisku? Przemarzłem ze szczętem.
- Nie! Precz!  - tupnął nogą z emfazą, lecz osiągnął tylko chlapnięcie błotem na własne buty.
   Riverwind zaczął rozważać rozbrojenie młodzika, lecz nim podjął cokolwiek nagle stracił świeżo odzyskane poczucie równowagi i następne, co wiedział, to że leży w błocie na plecach. Do blond chłopaka dołączyła kolejna postać w kapturze.
- Kto to? Co mu zrobiłeś? – padło pytanie.
   Głos brzmiał, jakby należał do dziewczyny.
- Nic nie zrobiłem – odparł chłopak – A to tylko jakiś żebrak
- Wygląda jak wojownik – zauważyła dziewczyna – Al. Chyba jest ciężko chory.
- Nie możemy opiekować się każdym napotkany, rabusiem.
- Cóż, z całą pewnością nie możemy go tak zostawić w deszczu! – oznajmiła dziewczyna.
   Riverwind już chciał przyklasnąć jej manierom, lecz nie był w stanie wydać nawet dźwięku, był zbyt słaby. Dziewczyna usiłowała go podnieść za ramię, lecz nie miała dość sił. Chłopak najpierw obserwował przez chwilkę a potem dołączył. Razem go na wpół ciągnęli, na wpół nieśli w kierunku wozów. Złorzecząc i narzekając jednak wpakowali go do wozu.
   Brezentową klapę opuszczono i chłopak zdjął kapelusz. Miał wysokie czoło i mnóstwo piegów. Szare oczy miał przekrwione.  Dziewczyna odrzuciła kaptur. Miała przyjemną, pulchną twarz, nos jak guzik i kręcone, czarne włosy.
- Podaj mi ręcznik, Darmon – powiedziała dziewczyna.
   Chłopak zerwał szmatę z drewnianej ramy dachu i podał ją dziewczynie. Osuszyła Riverwindowi twarz i szyję, wyżęła szmatę, i wytarła mu dłonie i ramiona.
- Dziękuję – zdołał wykrztusić wojownik.
- Jak ci na imię? – spytała uprzejmie dziewczyna.
- Riverwind.
   Chłopak o imieniu Darmon parsknął tylko.
- Barbarzyńskie imię! – oznajmił a dziewczyna go szybko uciszyła.
- Nie bierz go zbyt serio – doradziła mieszkańcowi równin – Darmon lubi myśleć, że jest szlachetnej krwi i że to pozwala mu patrzeć z góry na innych ludzi.
- Jestem szlachetnej krwi, Lona! Mój wuj to Lord Bedrick z…
- Już to mówiłeś. I to wiele razy – dziewczyna znowu wyżęła szmatę – Ja mam na imię Arlona.   
W skrócie Lona.  Co ci się przydarzyło, Riverwindzie, że doprowadziłeś się do takiego stanu?
   Zamrugał płonącymi oczami i zebrał myśli.
- Próbuję dojść do domu – powiedział. Do Que-Shu. Tam jest moja ukochana, czeka na mnie. Mam dać tą laskę Goldmoon.
   Leżała teraz obok niego na posłaniu z derek.
- To coś? – powiedział Darmon dotykając laski palcem stopy – A cóż tak specjalnego jest w kawałku starego drewna?
- To Laska Mishakal. Wypełnia moją misję – odparł rozgorączkowany Riverwind.
   Chłopak wywrócił oczami i potrząsnął głową.
- Barbarzyńcy – mruknął.
   Lona przygotowała trochę zupy i kiedy dochodziła na wolnym ogniu opowiedziała Riverwindowi jak to się stało, że znaleźli się tutaj. Dosłownie w samym środku niczego.
- Darmon i ja jesteśmy ostatnimi z Królewskiej Trupy Teatralnej Quidnina – powiedziała mieszając jednocześnie zupę – Byliśmy w drodze z New Ports do Solace gdy Mistrz Quidnin pokłócił się z woźnicą na temat najlepszej drogi, jaką powinniśmy jechać. Quidnin wygrał, niestety, i pojechaliśmy na wschód – ciemnowłosa dziewczyna spojrzała w garnek – Chyba jednak powinniśmy jechać na zachód. Skończyliśmy gdzieś w tych górach. Woźnice byli wściekli na Quidnina, że przez niego się zagubiliśmy. Kłótnia była straszna i woźnice nas opuścili. Quidnin nadal był pewny, że nie możemy być już daleko. Wysłał posłańców po pomoc, po żywność, po wodę. Żaden nie wrócił. Z jedenastu ludzi w trupie teatralne która opuszczała New Ports, zostaliśmy tylko my, Darmon i ja.
- Aktorzy? – mruknął Riverwind.
   Pociągnął łyk słabego lecz gorącego rosołu z kubka jaki wręczyła mu Lona. Poczuł się lepiej. Sięgnął dłonią i palcami powiódł po końcu klingi Darmona, jaka ten groził mu w deszczu. Zgięła się lekko pod naciskiem palca. Miecz był rekwizytem, zrobiono go z cyny.
- Hej! – zaprotestował Darmon – Zniszczysz go! Przestań!
   Przesunął się na drugą stronę wozu byle dalej od Riverwinda. Mieszkaniec równin zachichotał na myśl, że oto został wystraszony przez chłopaka uzbrojonego w zabawkę.
- A jak ty się tu znalazłeś? – pytała Lona uważnie go obserwując brązowymi oczami.
- Podróżowałem z Xak Tsaroth – powiedział Riverwind – Tam znalazłem laskę. Przedtem… zmarszczył brwi… Szczegóły są jakieś zamglone. Tam była dziewczyna… dziewczyna o ciemnych włosach.
  Lona dotknęła chłodną dłonią policzka wojownika.
- Masz wysoką gorączkę – powiedziała – Nie dziwota, że ci się w głowię mąci.
   Riverwind łyknął jeszcze trochę rosołu.
- Jak długo już tu jesteście sami? – spytał.
- Ostatni z dorosłych, mężczyzna imieniem Varabo, odjechał na ostatnim koniu z zaprzęgu i powiedział, że wróci nazajutrz jeśli nie znajdzie pomocy – powiedziała Lona – To było z tydzień temu i od tego czasu czekamy tu w samym środku niczego.
- Mówiłem Varabo, że to ja powinienem jechać – wtrącił Darmon – Wiedziałem, że on nigdy nie znajdzie drogi wyjścia.
- Pomóżcie mi odzyskać troszkę sił a wyprowadzę was z tych gór – zaproponował Riverwind.
- Ty! – kpił w żywe oczy Darmon – Myślałem, że też się tu zagubiłeś.
- Gorączka przyćmiła mi zmysły – odparł wojownik odkrywając jednocześnie, że jakoś coraz mniej lubi aroganckiego chłopaka – Jak mi się w głowie oczyści, to pokażę wam dokładnie jak dostać się do Solace, jeśli to właśnie tam zmierzacie.
- Hmm, i pewnie chciałbyś przyłączyć się do naszej żywności.
   Lona trzepnęła Darmona w nogę.
-  Co nasze, to i jego – rzekła z uporem i skrzywiła się widząc obszarpaną odzież Riverwinda – Coś z odzieży Quidnina da się na ciebie dopasować. Jesteś wyższy, lecz przynajmniej będziesz miał okrycie.
- Dziękuję.
- Lona jest krawcową dla całej trupy. Kocha wszystko zszywać – parsknął Darmon.
   Riverwind spał dobrze z wypełnionym, rozgrzanym żołądkiem i nakryty suchą derką. Śnił o Goldmoon. Czekała na niego wyciągając ramiona. Nagle twarz się jej zmieniła i pojawiły się krótkie, ciemne włosy. Nie rozpoznawał tej kobiety, choć jej imię błądziło mu gdzieś na brzegu świadomości.
   Szare chmury porozrywane na strzępy świeżym wiatrem mknęły przez górskie niebo. Riverwind drapał się pod nową, niezbyt wygodną odzieżą. Lona pozszywała dla niego lnianą koszulę i obcisłe spodnie. Przetrząsnęła z tuzin par butów nim zdołali mu dobrać drewnem podbite chodaki pasujące na sporą stopę wojownika. Tak pomieszane odzienie nie było mu za bardzo w smak – koszula miała wyblakłe czerwone pasy a spodnie były zbyt obcisłe – lecz i tak było znacznie lepiej teraz niż włócząc się prawie nagi, jak jakiś dzikus.
   Riverwind odbył długą rozmowę, właściwie to potężną kłótnię z Darmonem, gdy tylko oznajmił mu, że muszą porzucić wozy. Darmon protestował używając wszelkich aktorskich sztuczek i chwytów. Tylko kto miałby ciągnąć wozy? Gdy Riverwind o to zapytał, Darmon umilkł. Spakował co uznał za niezbędne do drewnianego nosidła i dołączył pieszo do Riverwinda i Lony.
   Szli wąskim szlakiem używany czasem przez lekkie wozy. Droga wiodła w dół. Wokół nich rozpościerał się potężny las. Riverwind często musiał przystawać dla odpoczynku. Podczas jednego z takich odpoczynków zauważył jak niewiele liści, i to tylko na niektórych drzewach, przybiera barwy jesienne. Zobaczył kępy żółtych śniedków a wiedział, że kwitną tylko pod koniec lata. Pod koniec takiego odpoczynku zauważył głośno, jak zdumiewający jest fakt, że lato właśnie się kończy.
- A dlaczego to takie dziwne? – spytał Darmon.
   Riverwind popatrzył na młodzieńca.
- Było już późne lato gdy opuszczałem Que-Shu – powiedział – Czuję się tak, jakbym już bardzo długo wędrował a tu nadal jest późne lato.
- Może pomieszały ci się pory roku? – wątpił Darmon – A może nie zwracałeś uwagi?
- Bądź uprzejmy! – zganiła go Lona.
- Tak po prawdzie, to myślę, że byłem w miejscu, gdzie nie było pór roku – Riverwind masował palcami skronie – Nie wiem, jak to możliwe.
- Przypomnisz sobie wszystko, gdy tylko ci się poprawi – powiedziała Lona.
   Sięgnęła do torby i wydobyła garść pociętych i wysuszonych jabłek. Dała kilka Darmonowi i Riverwindowi. Riverwind pogryzał owoc prawie nie myśląc. Ze wszystkich sił usiłował sobie przypomnieć. Jakieś okruchy, kawałki latały po całym umyśle – coś morderczego latało po niebie i miało czarne skrzydła, miłe i pełne miłości błękitne światło – sensu żadnego w tym nie było i tylko głowa od tego bolała. Dał spokój na chwilkę. Pamięć była pełna luk, lecz parę sprawa pamiętał zupełnie dobrze. Dokładnie wiedział gdzie się teraz znajdują; łańcuch Zakazanych Gór wystający z masywu w las na południowym wschodzie. W południowym łańcuchu gór było wysoko położone przejście, przełęcz, prowadzące prosto na wysoki płaskowyż. Wschodna Sageway prowadziła północną krawędzią płaskowyżu a kiedy już tam dotrą to do Que-Shu będzie dwa dni łatwego marszu. To też pamiętał, i to dobrze – jego dom to Que-Shu, i tam czeka na niego Goldmoon.
   Objaśnił ten szlak Darmonowi i Lonie a oni się z nim zgodzili. Maszerując dalej Lona opowiadała Riverwindowi jak to ona i Darmon przystali do Królewskei Trupy Teatralnej.
- Jesteśmy sierotami, ja i Darmon – zaczęła – Moja matka pracowała dla trupy jako krawcowa i kucharka. Rok temu umarła na gorączkę a ja odziedziczyła jej obowiązki.
- Przykro mi – poważnie stwierdził Riverwind.
- Och, miała lepsze życie niż większość ludzi, a i na końcu też wiele nie cierpiała. Darmon natomiast uciekł z domu żeby zostać aktorem.
   Wygięła ciemne brwi w łuk i przyjęła bardzo wyniosłą pozę.
- Moja arystokratyczna rodzina nie aprobowała syna grającego w sztukach – powiedział Darmon obracając twarz na wiatr i rozwiewając blond włosy – Nie pojmowali, że urodziłem się, by być artystą.
   Ale zgniłek, pomyślał Riverwind.
- Co zrobicie, gdy już uda się dotrzeć do Solace?
- Jeśli gwiazdy będą nam sprzyjać to powinniśmy odnaleźć Quidnina i kogoś z trupy – powiedziała Lona.
- A jeśli to się nie uda?
- Stworzymy własną trupę – spokojnie stwierdził Darmon.
   Riverwind nie wyraził głośno swej opinii. Według niego pozostali aktorzy byli martwi, albo się zagłodzili albo zostali zabici w ogromnych połaciach pustych gór. Uprzejma Arlona i arogancki Darmon niczego w Solace nie znajdą. Niczego, poza marnym końcem.
   Tej nocy dopadł Riverwinda ciężki atak gorączki i to pomimo garnka z gorącą wodą jaki Lona dała mu do trzymania przy piersi. Zęby mu tak mocno dzwoniły, że nawet poprosił Darmona o wycięcie rózgi wierzbowej żeby ją gryźć i sobie zębów nie połamać. Kiedy w końcu zasnął znowu nadeszły sny. Tym razem obrazy były dużo bardziej poplątane.
   Stał gdzieś w ciemności. Coś przelatywało nad nim, czarny skrzydlaty stwór, który nawiedzał jego sny poprzedniej nocy. Gdzieś z ciemności wołał go kobiecy głos. Głos był znajomy. Przez ciemność szła w jego stronę. Włosy miała długie i złote a piękną twarz smutną. Gdy go mijała Riverwind dojrzał łzy spływające po gładkich policzkach. Szła dalej, wciąż powtarzając jego imię, póki ciemność znów jej nie pochłonęła.
   Riverwind obudził się z cichym krzykiem. Drżał leżąc i tuląc garnek do piersi. Kim była? Kim była ta kobieta? Powinien wiedzieć. Była bardzo ważna. Pytania galopowały w głowie aż na koniec sen znów go pokonał.
   Przed południem dnia następnego osiągnęli przełęcz. Jeszcze parę godzin stromej wspinaczki i cała trójka stanęła na płaskowyżu. Płaskowyż był pozostałością po Katakliźmie i stanowił wielkie wywłaszczenie skały i błota wypełniające dolinę górską. Wśród ludu Que-Shu krążyła gadka, że jeśli pokopiesz dość głęboko w brązowej ziemi płaskowyżu to dokopiesz się do domów, zwierząt… i ludzi zasypanych tam, gdzie stali w chwili wielkiego Kataklizmu. W tej chwili płaskowyż był  przyjemnym wtrąceniem trawiastej równiny w poszarpany, kamienisty ocean górskich szczytów. Wielkorogie barany i górskie kozice pasły się tu całymi stadami a Riverwinda aż zżerało pragnienie polowania. Cóż, nie miał ani łuku, ani nawet odpowiedniego oszczepu.
   Darmon stał cicho na powierzchni płaskowyżu. Wydawał się onieśmielony obecnością, wysokiego, starszego mężczyzny, choć Riverwind był pewnie tylko o parę lat od niego starszy. Trzymał się jednak tak daleko od wojownika jak tylko było to do przyjęcia. Riverwind usiadł na sporym głazie podpierając się laską. Lona usiadła w pobliżu i przetrząsała torbę za jakąś południową przekąską. Darmon stał parę jardów dalej i przyglądał się drodze, jaką dziś pokonali.
- Rodzynki? – Lona podała garść owoców Riverwindowi.
   Odłożył laskę na ziemię obok lewej stopy i przyjął oferowaną przekąskę. Lona też zaczęła powoli jeść.
- Nigdy nie spuszczasz oczu z tej laski – zauważyła młoda kobieta.
   Riverwind popatrzył na prostą laskę.
- Jest bardzo ważna.
- To tylko kawałek drewna – powiedział Darmon podchodząc po porcję rodzynek.
- Darmon – złajała go Lona – Jest ważna dla Riverwinda.
   Chłopak potrząsnął głową i powrócił do przyglądania się okolicy.
- Dlaczego jest ważna? – pytała Lona.
   Riverwind podniósł drewnianą laskę. Potarł ją dłonią i się wzdrygnąl.
- To nie jest po prostu drewno – powiedział miękko – To w rzeczywistości…
   Wysiłek koncentracji spowodował, że głowa go rozbolała. Chwycił laskę tak mocno, Że pobielały mu palce.
- Nie wiem. Nie mogę sobie przypomnieć. Nigdy ci nie mówiłem?
   Lana smutno potrząsnęła głową.
- Nie, Riverwindzie. W ogóle nie wspomniałeś. Myślałam, że sam ją tak wyciąłeś.
- Nie, nie. Nie ja – Riverwind oparł twarz na lasce – Przynajmniej uważam, że nie ja. Sądzę, że mam ją komuś wręczyć.
- Komu? – spytał Darmon wrzucając w usta resztę rodzynek.
- Nie mogę sobie przypomnieć – odparł w ledwie słyszalny sposób.
- Nie przejmuj się tym – wesoło zawołała Lona – Jestem pewna, że wszystko stanie się jasne, gdy lepiej się poczujesz.
   Podniosła tobołek i wstała.
- Powinniśmy już ruszać – powiedziała.
   Ona i Darmon szybko byi gotowi. Riverwind jeszcze siedział na kamieniu i gapił się na laskę.
- Ruszaj, barbarzyńco – powiedział Darmon – Jesteśmy gotowi.
   Riverwind wreszcie westchnął głębok i wstał zarzucając swój tobół na ramię. Laska machnęła w powietrzu i przeleciała obok Darmona. Odskoczył szybko.
- Uważaj! – wrzasnął – Trzymaj ten brudny kij z dala od moich ubrań.
   Riverwind przeprosił i mocniej ścisnął laskę w dłoni.
- To tylko kawałek drewna, Darmon – powiedziała Lona – Nie ugryzie cię.
   Cała trójką ruszyli przez płaskowyż. Na twarzy Riverwinda widać było niepokój. Cemnośćspowijała mu pamięć. Tyle w niej luk. Ale przynajmniej jest na drodze do mu. Nieważne, że tyle sprawa mu isę mąci, tego był pewny. Jest na drodze do domu.
   Kiedy znowu na noc rozbili obóz Lona przygotowala dla niego rosół. Gotowała coś przypominającego wołową kość i dodawała sypkiego proszku z niewielkiej, zaciąganje rzemykiem torebki, ktorą trzymała na szyi. Riverwind spytał co trzyma w tej torebce.
- Przyprawy – odparł – Nasza biedna kość jest już wygotowana niemal na szkło, więc żeby trzeba czegoś dodać , żeby zupa miała jakikolwiek smak.
   Riverwind popatrzył na starą kość i skonął głową. Rosół praktycznie nie miał smaku. Tej nocy – trzeciej od czasu spotkania dwójki młodych ludzi – nie miał żadnych kłopotliwych snów. Niewyraźna twarz kobiety ze złotymi włosami przychodziła dp jego umysłu i odchodziła, lecz nie wywoływało to bólu. Obudził się wypoczęty i odświeżony, czuł się silniejszy niż kiedykolwiek od wielu dni. Wdychał ciepłe powietrze i dotknął laski leżącej tuż obok na ziemi.
   Zabierze ją do Que-Shu. Kiedy już tam dojdzie to ktoś z pewnością będzie wiedział co trzeba zrobić. Martwiły go trochę luki w pamięci, lecz fizycznie czuł się o tyle lepiej, że nabrał przekonania iż i jego pamięć powróci.
   Tego ranka Lona podała mu znów porcję rosołu. Riverwind patrzył w nieomal czysty płyn w kubku. Smakował paskudnie, lecz nie chciał ranić uczuć Lony. Przecież dzieliła się z nim tym, czego mieli tak niewiele. Kiedy nikt nie patrzył Riverwind po prostu wylał rosół na ziemię. Posatara się o jakąś zdobycz jeszcze dzisiaj. To zmniejszy niedostatek pożywienia na jaki wciąż cierpieli.
   Późnym rankiem ukazała się w oddali Sageway. Riverwind poczuł ogromną ulgę. Jego pamięć kierunku była wciąż dobra.
- Czy ta droga prowadzi wprost do Solace? – spytał Darmon gdy już doszli do drogi tak starej, że trawa wyrastała pomiędzy jej kamieniami.
- Tak, chociaż w paru miejscach się rozgałęzia – zauważył Riverwind.
- Wielu tu jest podróżnych? – pytała Lona.
- Sporo. Chociaż nie ma za wiele handlu między wschodem i zachodem. Większość handlarzy podróżuje drogami na północ i południe, z Qualinesti do Solaca i dalej przez morze do Solamni.
   Darmon zaciągnął szelki skrzynkowego plecaka i powiedział.
- Chodźmy. Naprawdę chciałbym już być w Solace.
   Riverwind potknął się o kępkę trawy. Ratując się przed upadkiem rozrzucił ramiona by przywrócić równowagę. Dzierżona w prawej dłoni laska zatoczyła krąg i uderzyła Lonę w ramię. Ta odskoczyła na bok z lekkim okrzykiem.
- Wszystko w porządku? – spytał Darmon, który natychmiast do niej podbiegł.
   Riverwind gorąco przepraszał.
- To niechcący, przez przypadek, Lona. Mam nadzieję, że cię zraniła.
   Lona odjęła dłoń od ramienia i blado się uśmiechnęła.
- W porządku. Czy myślisz, że taki głupi patyk mógłby mnie zranić?
   Podniosła prawą ręką tobołek, lecz lewe ramię trzymała raczej sztywno. Riverwind stał nieruchomo. Słowa Lony brzmiały mu głowie głośnym echem. Czy myślisz, że taki głupi patyk mógłby mnie zranić? Dziwnie się poczuł. Te słowa słyszał już przedtem. Ktoś mu je mówił i dość niedawno. Kto?
  Czy myślisz, że taki głupi patyk mógłby mnie zranić?
   Lona stała jeszcze w miejscu a Darmon robił jakiś problem z jej ramieniem.
- Nie, zranić cię nie mogła – Riverwind wzruszył ramionami – Przecież ledwie cię dotknęła.
   Patrzył na młodą kobietę tak długo aż poruszyła się niezręcznie i spojrzała na Darmona. Riverwind położył dłoń na czole.
- Słyszałem wcześniej te słowa – mruknął.
   Wysilał pamięć a pulsowanie w głowie tylko się nasilało.
- Jakie słowa? – spytał Darmon.
   Nie słysząc żadnej odpowiedzi młody chłopak tylko wywrócił oczami.
- Głupi barbarzyńca.
   Riverwind podniósł głowę i spojrzał na Darmona.
- Co powiedziałeś? – spytał.
   Darmon spojrzał na Arlonę. Riverwind wycelował czubek laski w chłopaka.
- Co ty robisz? – ten cisnął – Zabierz ode mnie ten brudny patyk. Co się z tobą dzieje?
- To tylko głupi patyk – powiedział Riverwind i obrócił się do Lony – Wasza dwójka dziwnie postępuje. Czy myślisz, że taki głupi patyk mógłby mnie zranić? Coś złego tu się dzieje.
   Lona odciągnęła Darmona kilka kroków wstecz. Uśmiechnęła się do Riverwinda.
- Bzdura. To trylko twoja wyobraźnia – powiedziała – Z nami nie dzieje się nic złego.
- Kim wy jesteście? Kim naprawdę jesteście? – wołał Riverwind.
   Chociaż już wyczuwał, że w tej dwójce jest coś dziwnego, to jednak nie miał jasnego poglądu, co to takiego może być. Szybko się dowiedział. Na jego oczach, ku zdumieniu Roverwinda, dwójka młodych ludzi zaczęła się zmieniać. Włosy darmona uleciały na wietrze jak nasiona mleczu a piegowata skóra jakby topiła się paskami. Riverwind krzyknął ze zgozy. Oczy Darmona, dotąd szare, teraz nabierały barwy żółtej a zielonkawe, pokryte łuską ciało wydłużyło się a na jego plecach było już widać parę skrzydeł. Dziobate usta otworzyły się wydając syczący dźwięk. Riverwind zobaczył jego prawdziwą postać a zapomniane imię samo wskoczyło w pamięć.
- Shanz – wychrypiał zszokowany wojownik – Jesteś Shanz.
- A ja, mały człowieczku? Pamiętasz mnie?
   To był głos Lony. Jej samej już nie było. Biedne, chłopskie odzienie leżało na ziemi jak kupka szmat. W miejscu dziewczyny, wijąc się i wymachując skrzydłami, stał czarny smok.
- Khisanth- szepnął Riverwind.
   To ona wypowiedziała te znajome słowa, tam w Xak Tsaroth gdy pierwszy raz napotkał ją z laską w dłoni.
- Pamiętam.
   Riverwind cofnał się kilka kroków dzierżąc Laskę Mishakal – teraz już wiedział czym jest – przed sobą.
- Zasłużyłeś na pochwałę, Shanz – mruknęła smoczyca – Ty powiedziałeś, że człowiek może przeżyć Przeklęte Ziemie, i miałeś rację.
- Wojownik, który pokonał Thourissa, nie tak łatwo ulegnie przed błotem i gorączką - odparł Shanz – A twoje iluzje, pani, to był mistrzowski ruch.
   Jego miecz już był gotowy. Riverwind szybko przenosił spojrzenie ze smoka na smokowca, by  zgadnąć które ruszy jako pierwsze.
- I po co były te gierki ze mną? – gorzko spytał wojownik – Po co udawać Darmona i Arlonę? Znaleźliście mnie; mogliście zabić w każdej chwili.
- Nadal mogę – grzmiał smok – Kiey mi to będzie odpowiadało. Lecz…
   Obniżyła rogaty łeb i chwiała nim na boki w geście zamyslenia.
- Chcę zatrzymać laskę, którą niesiesz. Niesie dużo mocy, mocy którą chcę dla siebie. Gdybyś zginął gdzieś na bagnach mogłaby wpaść w inne ręce.
- Dla ciebie jest bezużyteczna – oznajmił Riverwind.
   Przypadkiem spojrzał na coś, co leżało na ziemi. Między szmacianymi strojami leżała torebka zawierająca „przyprawy”.
- Możesz sobie chcieć tą laskę, lecz ani Shanz, ani ty nie możecie jej dotknać. Potrzebujesz mnie, żebym ją dla ciebie niósł. I to dlatego dawałaś mi te „przyprawy”. Chciałaś zniszczyć mi pamięć a potem również wolę.
- Bzdury! Mogę ci zabrać tą rózgę w każdej chwili, gdy tylko zechcę – powiedziała Khisanth.
  Riverwind wskazał smoczy łeb czubkiem laski. Błękitna iskra przeskoczyła między laską prosto w policzek bestii. Khisanth syknęła głośno i odrzuciła łeb wstecz.
- Żadne zło nie zniesie dotyku tej laski – zimno oznajmił Riverwind.
   Khisanth otworzyła paszczę warcząc przerażająco. Ostre jak brzytwy kły ociekające kwasem znajdowały się o parę stóp od Riverwinda. Ścisnął laskę oburącz. Smokowiec ruszył z mieczem. Riverwind blokował cios laską. Trzymając świętą różdżke Mishakal jakby trzymał pałasz odpierał ataki Shanza a nawet parę razy sam zaatakował. Przewaga Riverwinda polegała na tym, że nie musiał uderzać mocno; wystarczy go dotknąć by wywołać szok. Pancerza wróg nie miał.
   Po minucie walki Riverwind dotknął końcem laski podbródka Shanza. Szczęka smokowca rozpadła się w drzazgi a pełna moc magii Mishakal przemknęła jak błyskawica przez ciało jaszczura. Shanz tylko ryknął przeciągle i padł na ziemię. Wił się przez chwilkę po czym zamarł.
   Khisanth zamarła. Miast natychmiast zaatakować Riverwinda przesunęła się do ciała Shanza. Obniżyła łeb i powąchała trupa, lecz jej oczy nigdy przestały obserwować wojownika równin. Była odrażająca. Zdecydowała szybko; żadnych iluzji i podstępów. Czas zabić bezczelnego śmiertelnika.
   Riverwind cofnał się o krok. Bez żadnego ostrzeżenia smoczy łeb wystrzelił do góry a pierś zaczęła się rozszerzać ogromnym wdechem. Przygotowywała się do wydechy kwaśnej mgły na całego Riverwinda. Wojownik zanurkował w stare ubrania i dopadł torebki zaciągniętej rzemykiem. Rozerwał ją i całą zawartość żółtego proszku cisnął w paszczę smoka. Khisanth wciąż jeszcze brała wdech i większość proszku została wciągnięta nosem.
   Smoczyca potrząsnęła łbem na obie strony mając już płuca wypełnione alchemicznym proszkiem. Rycząc chrapliwie wytchnęła pył w formie chmury zmieszanej z kwasem jej własnego oddechu. Riverwind poczuł lekki smród mgły i metaliczny smak na języku. Zamknął mocno oczy i runął do biegu. Grunt zadrżał gdy czarny smok runąl i zaczął tarzać się po trawie. Rozdzierał darninę i wył głosem grzmotu. Riverwind gnał ślepo przed siebie, potykał się co i rusz, lecz nie zatrzymał się póki nie poczuł pod stopami bruku Sageway. Dopiero wtedy obejrzał się za siebie. Słup ziemi i kurzu wznosił się w miejscu gdzie Khisanth rzucała się z wściekłości i bólu.

* * * * *

   Goldmoon, córka Arrowthorna, siedziała w krześle wodza. Głowę wsparła na zaciśniętej pięści. Chociaż już umierała z nudy to zewnętrznie wciąż udawała inteligentne zainteresowanie. Stało przed nią, a właściwie przed domem wodza, dwóch Que-Shu kłócących się o własność krowy. Byli równie głośni w wyrażaniu swych praw teraz jak byli ponad godzinę temu, na początku całej rozprawy.
   Po drugiej stronie pustego, wioskowego placu narosło jakieś zamieszanie. Goldmoon podniosła głowę słysząc krzyki i widząc kurz wzbity z suchej drogi przez wiele stóp Que-Shu.
- Uciszcie się na chwilkę – powiedziała do kłócących się mężczyzn.
   Niechętnie przerwali zajadłą dyskusję. Hałas narastał a zewnętrzne warstwy wielkiego tłumu zaczynały rozpraszać się po zagłębionym placu.
   Goldmoon wstała. Pozostali zebrani również.
- Sprowadźcie mego ojca – powiedziała.
   Wrócili szybko z niosąc lektykę na której siedział zgięty Arrowthorn. Los zesłał na wodza gorzki cios. Dziesięć miesięcy po wysłaniu Riverwinda na Próbę sądu tajemnicza choroba położyła wodza. Nie mógł chodzić ani nawet zrozumiale mówić. Jego oczy mówiły całą prawdę; umysł Arrowthorna wciąż żył w zrujnowanym ciele, bezradny więzień własnego ciała.
   Tłum wlał się na plac, na arenę, poniżej kamiennych siedzisk – stopni po drugiej stronie. Dzieciaki podskakiwały między dorosłymi w widocznym z dala podnieceniu. Golmoon usiłowała dojrzeć coś, lecz Świątynia Przodków blokowała widok. Nie przystawało córce wodza miotać się w tłumie jak zwykła osoba. Musiała pozostać chłodna i bezstronna choć ciekawość była wręcz bolesna. Tłum Que-Shu stawał się rzadszy w środku tego, co było przyczyną zamieszania. Samotna postać szła w środku tego, co stawało się ludzką burzą; postać wysoka, o głowę przewyższająca tłum, opierająca się na ciemnej, drewnianej lasce.
   Pojedyncza łza zmąciła wzrok Goldmoon. To nie może być – po tak długim czasie!
   Wysoki mężczyzna skręcił na arenie i wybrał drogę wiodącą do ratusza wioski. Popołudniowe słońce nad budynkiem nieco przygasło rzucając opończę cienia na wszystkich. Arrowthorn wydał niski, bulgotliwy dźwięk. Golmoon wyciągnęła rękę do lektyki i chwyciła jego dłoń.
   Pomruk tłumu przeobraził się w stały zaśpiew. Nie było już żadnych wątpliwości bowiem lud Que-Shu powarzał i powtarzał tylko jedno imię: Riverwind.
   Goldmoon dłużej już wytrzymać nie umiała. Wysunęła ręką z drżącego uścisku dłoni ojca i ruszyła. Poruszała się jednak powoli i godnością wymaganą dla jej pozycji. Ludzie się rozstępowali otwierając jej ścieżkę prosto do Riverwinda. Był w połowie drogi między ratuszem a Świątynią Przodków gdy ją ujrzał. Stanął w miejscu. Goldmoon też stanęła. Był wychudzony, spalony słońcem. Podniósł ramię gestem powitania.
- Goldmoon – rzekła chrapliwe – ja pamiętam.
   Powiedziała tylko jego imię a on, ku jej przerażeniu, padł jak ścięty. Tłum zgromadził się natychmiast nad zemdlonym mężczyzną, lecz Goldmoon osadziła ich jednym słowem.
- Odstąpić!
   Pośpieszyła do jego boku ignorując fakt, że właśnie plami nieskazitelnie białą szatę sporymi plamami ziemi. Opadła na kolana i obróciła twarz Riverwinda prosto w niebo.
- Ukochana – szepnął.
- Tak, tak. Jestem tutaj – odparła miękko.
   Krzyknęła do gęstniejącego tłumu.
- Wezwać uzdrawiacza! On płonie z gorączki!
   Gładziła poranioną twarz.
- Miłości moja – szeptała – Modliła się do wszystkich prawdziwych bogów byś do mnie powrócił. Odpowiedzieli na moje modły.
   Powolnym ruchem Riverwind podniósł do jej twarzy drewnianą laskę.
- Co to jest? – spytała.
- Dowód. To Laska Mishakal. Nasza Próba skończona.
   Próbowała ująć laskę, lecz jego palce wciąż mocno ją ściskały. Dopiero gdy uzdrawiacz nadbiegł i zarządził podanie rozluźniającego naparu z ziół ręka Riverwinda rozluźniła się wystarczająco by wyjąć laskę z dłoni.
   Silni mężczyźni ponieśli Riverwinda na polecenie Goldmoon. Kazała zanieść go do domu wodza. Mężczyźni popatrzyli po sobie z lekkim zdumieniem, lecz polecenie wykonali. Goldmoon była wodzem we wszystkim poza tytułem od czasu choroby ojca i prowadziła cały lud bardzo dobrze. Maszerowała teraz przed lektyką niosącą młodego wojownika. Tłum się rozstępował z szacunkiem. Kiedy dotarli do miejsca w którym zostawiła ojca był tam już Loreman. Był jednym z niewielu, którzy opierali się jej rządom. Stary spiskowiec teraz szeptał coś do ucha Arrowthorna i zesztywniał natychmiast, gdy tylko ujrzał jak Goldmoon nań patrzy.
- Zabrać mojego ojca i Riverwinda do środka. Uzdrawiaczu, zajmij się synem Wanderera.
   Niosący lektykę, ich ładunek oraz uzdrawiacz weszli do domu. Loreman odchrząknął i zatrzymał Goldmoon przed wejściem.
- Co takiego? – spytała zimno.
- Riverwind powrócił. Czy przyznał się do porażki w Próbie? – powiedział Loreman.
- Nic takiego. Odniósł sukces.
- Gdzież jest więc dowód starych, martwych bogów?
   Szarpnięciem pokazała mu laskę.
- Tutaj! Riverwind to przyniósł, świętą laskę bogini Mishakal.
   Loreman się uśmiechnął.
- Imponujący kawałek drewna – powiedział sarkastycznie.
- Będę rozmawiać z Riverwindem i dowiem się więcej – powiedziała Goldmoon – Nie musisz się tym przejmować.
- Herezją przejmuję się zawsze.
- Dosyć! Jestem potrzebna w środku.
   Przeszła obok Loremana usiłując ukryć odrazę. Podeszła do Riverwinda. Zasłony zawieszone na stojakach zapewniały mu trochę prywatności. Goldmoon wślizgnęła się do środka i odprawiła uzdrowiciela. Kiedy tylko zostali sami ucałowała Riverwinda. Jego twarz była mokra.
- To twoje łzy, czy moje? – spytała pociągając nosem.
- Nasze – odparł szeptem.
- Loreman spytał czy zawiodłeś w Próbie. Powiedziałam, że nie. Jak możemy tego dowieść, ukochany?
   Riverwind ostro zakaszlał. Golmoon zapaliła przy jego łóżku kojącą świeczkę. Aromatyczny dym rozszedł się po pomieszczeniu. Coś w tym dymie poruszyło jakąś ukrytą strunę, miejsce jakie widział, osoba jaką znał. Goldmoon czule patrzyła nań z góry. Stwardniałą dłonią dotknął jej policzka.
- Laska stanowi okruch z tronu bogini – wyjaśnił – jest z szafiru. Ukryła się w drewnie, lecz gdy trzeba ukazuje prawdziwą postać. Wręczyła mi ją bogini we własnej osobie. Powiedziała, że ci ją wręczyć.
   Oczy Goldmoon się rozszerzyły ze zdumienia.
- Mnie? Dlaczego? Co ja mam z tym zrobić?
- Uzdrawiać chorych. Odganiać zło. Może nawet ożywić zmarłych.
   Goldmoon z szacunkiem i podziwem patrzyła na kawałek drewna. Tyle mocy – czy ona zdoła nią władać uczciwie?
   Jeszcze rozważała to pytanie w myślach gdy znoszone drewno zaczęło świecić. W kolejnym uderzeniu serca na kolanach Goldmoon leżało ogniście świecące berło. Córka wodza poczuła obecność bogini, poznała moc ją obejmującą gdy sama dzierżyła laskę. Riverwind też chwycił laskę a aura błękitnego nieba objęła mu ramię a potem całą postać.
- Niewiele pamiętam z tego, co mi się przydarzyło – powiedział – Była wielka niedola i złe miejsce gdzie śmierć lata na czarnych skrzydłach. Wiem, że ginęli ludzie, dobrzy ludzie, jak stary wróżbita Catchstar. Była tam też dziewczyna – może kobieta – która uratowała mi życie. Wszystko jest jednak pomieszane i poplątane.
   Spojrzał jej głęboko w oczy.
- Lecz podczas nawet najcięższych prób, jedna prawda trzymała mnie prosto, to ty. Twoja miłość zawsze łamała zasłony jakimi mnie otaczano. Uratowała nie tylko moje życie. Uratowała mi duszę.
   Goldmoon nie mogła mówić przez łzy. Tylko jej dłoń na twarzy Riverwinda była miękka i ciepła.
   Święty blask przeniknął i uzdrowił umęczone gorączką ciało Riverwinda. Gdy w końcu blask przygasł i zanikł, mężczyzna uniósł ramiona i objął kobietę, którą kochał.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#27 2019-01-01 20:45:36

telit

Zwykły obywatel

Zarejestrowany: 2012-03-24
Posty: 6

Re: Riverwind z równin

Jan, coś wspaniałego. Tłumaczenia super, nawet jeśli występują jakieś literówki, czy też drobne korekty słów, to całość oddaje klimat całej sagi. DZIĘKUJĘ za możliwość powrotu do świata Krynu.

Offline

 

Stopka forum

RSS
Powered by PunBB
© Copyright 2002–2008 PunBB
Polityka cookies - Wersja Lo-Fi


Darmowe Forum | Ciekawe Fora | Darmowe Fora
Szamba betonowe Szczytno biuru tłumaczeń Katowice przewóz osób Piła przewóz osób Niemcy łączność