DragonLance Forum

Forum dla fanów DragonLance, książek fantasy oraz RPG.


#21 2019-09-18 12:37:50

 janjuz

Najwyższy Kleryst

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 758

Re: Tanis, Smutne Lata

Jeszcze dziś   Wakacje zakończone, wnuki odprawione, remont w chałupie na ukończeniu i tylko zdrowie jeszcze nie całkiem. Ale pisać już mogę! Czasami tylko malarz mnie wyrzuca.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#22 2019-09-18 12:39:17

 janjuz

Najwyższy Kleryst

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 758

Re: Tanis, Smutne Lata

Rozdział 2O

Walka na śmierć i życie

   Bestia wrzasnęła. Tak blisko uszu Tanisa ten krzyk był wręcz bolesny. Nagle pająk gwałtownie się odwrócił i jednocześnie zwolnił chwyt. Mocując się z lepką siecią Tanis zaczął się wykręcać by ujrzeć co się dzieje.
   Spoglądając pomiędzy pokręconymi odnóżami pająk Tanis spostrzegł ujrzał najbardziej nieprawdopodobnego wybawcę. To był Mertwig! Stary krasnolud zaszedł stwora od tyłu i połamał mu jedną z nóg uderzeniem bojowego topora. Stwór skupił całą nienawiść na nowym wrogu.
   Mertwig przeklął sam siebie od ostatnich durniów. Co właściwie mógł tu zrobić najlepszego poza spowodowaniem własnej śmierci wraz z pół-elfem? A jednak musiał uczynić coś by pomóc szlachetnej duszy, która uratowała jego Yeblidod.
   Krasnolud bezmyślnie cisnął ciężką, skórzaną sakwę jaka dźwigał z doliny. Zaatakował w ten sposób potwora licząc, że odwróci jego uwagę od Tanisa. W tej sprawie odniósł pełen sukces. Tylko co teraz mogłoby jego samego uratować przed gniewem rozszalałej bestii? Mertwig ponownie zaklął, głośno i w bardzo wymyślny sposób. Serce Mertwiga dźwigało sporo bitewnego doświadczenia. Wiedział doskonale, że nie wchodzi się do walki spodziewając się ratunku od czegokolwiek innego jak od broni we własnych dłoniach. Tymczasem jego broń – topór i nóż o długim, zakrzywionym ostrzu – nie obiecywały za wiele w starciu z tym monstrum. 
   Mimo wszystko Mertwig się nie cofał. Wywijał toporem szerokie kręgi nad głową. Miał zamiar cisnąć nim w złączenie korpusu potwora z jego odnóżami by może trafić w wyłupiaste ślepia i bestię oślepić. Wtedy może będzie miał szansę na pochwycenie swej sakwy i ucieczkę. To była jedyna szansa.
   Pająk chyba nie uznawał latającego nad głową krasnoluda topora za zagrożenie. Ruszył trzema nogami do przodu i niżej ułożył cielsko. I wtedy właśnie krasnolud puścił topór. Broń zawirowała wysoko, przecięła powietrze i wbiła się w barykadę za plecami bestii pod dziwnym kątem.
- Na Reorxa! – huknął Mertwig i dał Mura na ziemię po ciężką, skórzaną sakwę.
   Kiedy tylko Mertwig odwrócił uwagę pająka natychmiast Tanis zaczął próby odnalezienia miecza szukając gdzieś na granicach więżącej go sieci. Nie mógł go zlokalizować. Chciał podnieść głowę, lecz owijający go kokon czynił to niemożliwym. Sfrustrowany niepowodzeniem zaczął kopać nogami w nadziei na jej rozerwanie. Nic z tego, wytrzymała. Ruch nóg jednak spowodował, że coś przyklejone do sieci obok prawej stopy zaczęło drapać ziemię i pobrzękiwać. Tanis dosłyszał dźwięk i pojaśniał. Odnalazł miecz.
   Szybko obrócił się na prawy bok. Wyginając się tak dalece jak tylko kleista sieć pozwalała zaczął prawą stopą popychać ostrze wyżej a jednocześnie pochylając się usiłował je sięgnąć prawą ręką. Koniuszkami palców dotykał krawędzi miecza.
   Napiął się z całych sił. Uzyskał jeszcze jeden cal, lecz wciąż jeszcze nie zdołał pochwycić rękojeści. Mięśnie miały zamiar popękać z wysiłku, lecz pociągnął je jeszcze mocniej. Teraz już palce pochwyciły sam koniec rękojeści miecza. Lekko ją szturchnął i sama wpadła mu w dłoń. Miecz pojaśniał purpurowo.
   Tanis uniósł ostrze i z łatwością wyzwolił się z sieci. Był wolny. Skaczać na równe nogi dostrzegł w jak wielkim niebezpieczeństwie znalazł się Meertwig nurkujący właśnie w pościgu za sakwą. Jeszcze krasnolud był w powietrzu gdy Tanis już gnał długimi susami w po zboczu pobliskiej barykady. Był już na szczycie gdy ujrzał jak Mertwig z ledwością uniknął ataku długich, ostrych odnóży pająka. Drugi raz potwór nie chybi.
   Pół-elf musiał teraz zabić pająka z rozpędu albo zginąć próbując. Tanis ocenił dystans i pognał po barykadzie w stronę cielska pająka a potem skoczył w otwartą przestrzeń. Leciał w powietrzu aż wreszcie wylądował na grzbiecie pająka zatapiając jednocześnie miecz niczym kotwę głęboko w cielsku monstrum.
   Zszokowane i obolałe monstrum cofnęło się gorączkowo usiłując zrzucić Tanisa z pleców. Ten zsunął się na prawo, lecz oburącz wciąż mocno trzymał miecz. Sama waga ciała pół-elfa powodowała coraz większe rozcięcie gdy miecz, ciągnięty na prawo, powoli zjeżdżał w dół, rozcinając bok pająka.
   Pająk usiłował  sięgnąć Tanisa odnóżami, lecz kąt pod jakim starał się to uczynić był niemożliwy. Potem jeszcze walnął dziko grzbietem w barykadę i omal pół-elfa nie połamał. To uderzenie jednak Tanis przewidział i zdążył zeskoczyć wyciągając jednocześnie miecz. Nim potwór się wyprostował Tanis znowu nań skoczył. Jednym szybkim i mocnym ciosem wbił miecz w samo centrum ciała stwora gdzie spotykał się wszystkie nerwy i zmysły. W tym momencie znikły z pola walki wszystkie ranne duplikaty.
   Na koniec i ten jeden, samotny, pokonany pająk zwinął się ciężko i padł martwy na ziemię. Tanis mu właściwie współczuł schodząc po stoku barykady. Mertwig dobiegł do pół-elfa i przystanął przy nim.
- Nie jesteś ranny?
   Krasnolud trząsł się cały a twarz miał wręcz spopielałą z przerażenia. Tanis, ze zmęczenia pozbawiony tchu, początkowo nie mógł odpowiedzieć. Usiadł ciężko, lecz w głowie wciąż mu się kręciło.
   Mertwi docisnął chwiejącą się głowę Tanisa do jego własnych kolan.
- Yeblidod tak robi gdy ktoś ma zamiar zemdleć. Zaczekaj tu i wplno oddychaj. Ja poszukam uzdrowiciela – rozkazał krasnolud.
   Nim jednak ruszył zdążył Tanis pochwycić ramię Mertwiga i go powstrzymać. Po kilku chwilach był już w stanie mówić. Podniósł głowę.
- Jestem cały – wychrypiał – Pomóż mi wstać.
   Z pomocą krasnoluda jakoś zdołał podnieść na własnych nogach. Nie licząc lekkiego zamroczenia czuł jednak niejaką ulgę z powodu faktu, że jest oto cały, w jednym kawałku. Co było znacznie więcej niż można było powiedzieć o pająku.
- Nigdy jeszcze nie widziałem Czegoś takiego… - zaczął Mertwig.
   Tanis nawet nie pozwolił mu skończyć tylko szybko wtrącił.
- Gdyby nie ty … - szybko zwalczył kolejną falę zamroczenia i ciągnął – Zawdzięczam ci życie, Mertwig. Jeśli tylko mogę coś dla ciebie zrobić…
   Tym razem to Mertwig uciął wyglądając jakby właśnie został obrażony.
- To ja jestem ci wiele winien za uratowanie mojej Yebbie.
   Przerwał na chwilę bowiem obaj dosłyszeli odgłosy dobiegające z oddali, to tłum ludu Ankatavaka gnał ulicą w ich stronę.
- Ale skoro o tym mówisz – szybko dodał Mertwig – to jest jedna rzecz, którą możesz dla mnie uczynić. Błagam, nie mów nikomu, że tu byłem. Nigdy mnie nie widziałeś. Nigdy. Co zrobiłeś, zrobiłeś sam. Czy dasz mi słowo?
   Tanis osłupiał.
- Ale dlaczego…?
- Błagam. Muszę dostać twoje słowo! – naciskał krasnolud.
- Oczywiście, lecz…
- To jak uroczysta przysięga – powiedział krasnolud.
   Ledwie skończył a już pomknął do ciężkiej sakwy jaką wcześniej cisnął, zarzucił ją na ramię i pobiegł ciemną alejką. Zniknął z pola widzenia gdy Scowarr, Kishpa i Brandella wypadli zza rogu prowadząc setki elfów w stronę Tanisa.
   SAcowarr zwolnił. Stanął w miejscu. Widok Tanisa stojącego samotnie w pobliżu powalonego pająka napełnił go podziwem. Kishpa przyglądał się uważnie pół-elfowi.
- Bałem się, że odnajdę tu tylko twoje ciało oraz pająki hulające po całej wsi – powiedział czarodziej z widoczną ulgą.
   Reakcja Brandelli zaskoczyła wszystkich – chyba najbardziej zaskoczony był Kishpa. Przystanęła, rozejrzała się po otaczającej ją scenie i nagle podbiegła i zarzuciła Tanisowi ramiona na szyję gorączkowo się doń przytulając.
   Brwi licznie zgromadzonych par migdałowych oczu gwałtownie uniosły się do góry, lecz nie odezwał się nikt poza Kishpa, który sięgnął ramieniem do Tanisa i rzekł z widoczną powściągliwością.
- Wdzięczni jesteśmy za to, co uczyniłeś dla Ankatavaka.
   Po czym delikatnie, lecz stanowczo, odciągnął Brandellę od okrytego krwią pół-elfa.
- Powiedz, jak tego dokonałeś – zawoła podniecony Scowarr nie zdając sobie sprawy z zazdrości Kishpa i zażenowania reszty elfów.
   Tanis, wyraźnie zaskoczony postępowaniem Brandelli, starał się pomniejszyć własny sukces.
- Nie przeżyłbym, gdyby nie zaklęcie jakie Kishpa rzucił na mój miecz. Poza ty, miałem po prostu mnóstwo szczęścia.
- I mnóstwo odwagi – dodał Scowarr wyraźnie dumny z przyjaciela.
   Kishpa zmrużył oczy. Kotłowały się w jego duszy różne emocje – zakłopotanie z powodu reakcji Brandelli na widok Tanisa, podziw dla jego odwagi i pewnie doza zazdrości, że oto musi dzielić uwagę tłumu z pół-elfem, który staje się wręcz jego rywalem. Tanis obserwował go uważnie i zastanawiał się, która z tych emocji weźmie górę.
   Otrzymał odpowiedź gdy czerwono dziany czarodziej odwrócił się twarzą do tłumu i zawołał.
- A więc mamy jeszcze jedno zwycięstwo do uczczenia! – krzyknął głośno – Na ucztę!


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#23 2019-09-26 11:20:55

 janjuz

Najwyższy Kleryst

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 758

Re: Tanis, Smutne Lata

Rozdział 21

Wyzwanie Prawdy
    Była to uczta pamiętna, tak raz na całe życie. Ogniska płonęły na plaży i wiele było przy nich radości. Scowarr z zadowoleniem odnotował, że Tanis miał rację. Przez całe przedpołudnie i wczesny wieczór człowieczek był dosłownie oblegany przez sympatyków, którzy pod niebiosa wychwalali jego heroizm. A więc nie został zapomniany. Dosłownie lśnił chwałą. Trochę później, gdy zaczął wreszcie szukać Tanisa, odnalazł go siedzącego gdzieś z boku całej zabawy i wpatrzonego w uspokajający ruch fal.
- Gdzieś ty był? Spytał Małe Barki.
- Spałem. Prawie zapomniałem jak się to robi.
   W tej chwili nadszedł Mertwig w towarzystwie Yeblidod wspartej o jego ramię. Ranę na skroni, opatrzoną bandaże, skrywał częściowo kapelusz o szerokim rondzie. Była wciąż blada, lecz wyglądała na o wiele silniejszą. Szok wynikający z ataku na jej osobę już minął a długi, spokojny wypoczynek dokonał cudów.
   Uzdrowiciel Canpho pośpieszył natychmiast do Yeblidid. Chciał się przekonać czy wszystko jest w porządku. Odpowiedź wyraźnie go ucieszyła bowiem szeroko się uśmiechnął i zawołał.
- Przyjaciele! Wielu bohaterów już uczciliśmy. Tu jednak jest bohater o którym jeszcze pieśni nie śpiewano. Leczniczymi umiejętnościami pomogła wielu z was i waszym druhom, ocaliła wielu od niechybnej śmierci pierwszego dnia bitwy. Sama omal nie zginęła ostatniej nocy, lecz teraz jest tu z nami, cała i szczęśliwa! Za Yeblidod!
   Rozległy się radosne okrzyki. Twarz Mertwiga jaśniała błogością. Patrzył na żonę spojrzeniem pełnym szacunku i pietyzmu. Spojrzała nań z wyraźnym zakłopotaniem.
- Nie wiem, co powiedzieć – szepnęła do męża.
- Po prostu podziękuj – odparł delikatnie.
   Pokornie schyliła głowę nie mogąc wydusić słowa. Kishpa i Brandella wraz z innymi wyrażali głośno swój zachwyt. Mertwig ruchem ręki uciszył tłum i oznajmił.
- Canpho, zarówno ty jak i wszyscy nasi przyjaciele wiecie, jak znaczy dla mnie moja żona i nasz syn. Podobnie jak wy pragnąłem odesłać rodzinę daleko stąd nim zaczął się atak. Lecz Yeblidod, śladem innych kobiet – tu Kishpa rzucił Brandelli kolczaste spojrzenie – nie zgodziła się odejść. Odesłała chłopca w bezpieczne miejsce, lecz sama pozostała by uzdrowicielskimi umiejętnościami wspomóc cudowne umiejętności naszego Canpho.
   Tu jeden z elfów, najwyraźniej niezbyt odporny na wchłonięte kilka kufli mocnego ale, stanął wyprostowany i wybuchnął kolejnymi okrzykami głośnego aplauzu – choć nie bardzo było wiadomo czy pozdrawia w ten sposób Yeblidod, Canpho, zwycięstwo czy tylko piwo. Najbliżej stojący, głośno chichocząc, ściągnęli go dół na piasek. Mertwig cierpliwie spojrzał w niebo i poczekał, aż hałasy ucichną.
- I ja też, podobnie jak wy wszyscy, zrobiłem co mogłem na barykadach – przemawiał a słońce rzucało dziwne cienie na jego twarzy – Stając twarzą w twarz z niebezpieczeństwem wielu z was, jestem tego pewny, składało swym ukochanym, że uczynią to czy tamto jeśli przetrwają bitwę. Ja też złożyłem takie przyrzeczenie.
   Yeblidod spojrzała zaskoczona na męża, który niewzruszenie ciągnął dalej.
- W obecności was wszystkich takiego ślubu dotrzymam.
   Mertwig otworzył niewielkie pudełko i wydobył zeń kruchą, delikatnie zdobioną i połyskującą szklaną kulę, która w świetle słońca błyszczała jak diament.
- W waszej obecności daruję to mej ukochanej Yeblidod.
Spoczywająca w dłoni Mertwiga  szklana kula była w większości czystym szkłem, lecz nosiła ślady i odcienie lazuru i mchu. Mertwig oburącz podał ją Yeblidod z niespotykaną delikatnością.
- Czystość tego szkła odzwierciedla czystość miłości mojej żony – rzekła patrząc na Yeblidod – błękitne linie czczą niebo, które przyświadcza tej chwili. Zielone ślady na szkle… po prostu przywodzą mi na myśl delikatnie zielonkawe oczy mej miłości.
    Tłum wydał zbiorowe westchnienie gdy Yeblidod, niepomna na dwie łzy staczające się jej po policzkach, uniosła szklaną kulkę i wzniosła ją do słońca. Nawet Tanis był poruszony. Wokół rozbrzmiał grzmiący aplauz tłumu, wszyscy wiwatowali – wszyscy prócz Kishpa. Mag wzdrygnął się niechętnie i spojrzał na Brandellę. Ona również miała zaniepokojenie wypisane na twarzy. Nie powstrzymywało to jednak jej dłoniom oklaskiwać romantyczny gest starego krasnoluda.
   Po zakończeniu mowy Mertwig dumnie przeprowadził żonę przez tłum, lecz trzymał z dala od Kishpa. Od Tanisa zresztą też. Pół-elf był lekko osłupiały z powody dziwnego zachowania Mertwoga.
   Nagle wszystko stało się czarne. Słońce zniknęło. Nie było już plaży. Nie było odgłosów tłumu. Była tylko wielka pustka w której rozbrzmiewało głośne, nieregularne bicie serca. Nie było góra ani dołu. Żadnego wschodu czy zachodu. Tanis poczuł się uwięziony w próżni, ani się nie wznosił, ani nie opadał. Sięgnął ramieniem by cokolwiek w ciemności pochwycić. Nie było niczego. I tylko bicie serca stawało się z każdą chwilą słabsze.
   Pół-elf sięgnął po miecz, lecz był to tylko pusty gest. Nie było wroga, z którym miałby walczyć. Był bezradny, nie widział co robić. Wrzasnął tylko.
- Musisz żyć! Ocalę Brandellę! Trzymaj się, walcz!
   Czy Kishpa mógł go usłyszeć? Tego Tanis nigdy się nie dowie. A jednak po chwili słońce znów się pojawiło. Znowu był na plaży, stał na skale a świętowanie ciągnęło się na dobre. Było tylko znacznie później niż moment temu. Słońce było już nisko nad horyzontem i posyłało wszędzie bursztynowe cienie. Lunitari, czerwony księżyc, było już nawet widoczny na niebie tuż nad horyzontem.
   Niepokojącym był fakt, że oto szczęśliwa i radosna idylla sprzed paru zaledwie sekund zmieniła się w konfrontację pomiędzy Mertwigiem a elfem o ziemistej twarzy, którego Tanis jeszcze nie znał. Twarze obserwujących były posępne.
- Widziałem jak wykradałeś się z domu mego wuja – oznajmił, któremu brązowo miodowe włosy omiatały ramiona – Wyobrażam sobie coś tam robił. Wiedziałem, że kiedyś byliście, ty i on, przyjaciółmi, lecz to już dawno minęło. Wuj nie akceptował krasno ludzkiego sposobu bycia.
   Mertwig już otworzył usta, lecz Canpho, mrugając z zaniepokojenia oczami, przerwał.
- To czas radości – oznajmił wchodząc pomiędzy młodego, rozzłoszczonego elfa i zdenerwowanego Mertwiga i zwracając się tego pierwszego – Nie ma potrzeby na tak ostre słowa. Smutny jesteś po śmierci wuja. Rozumiemy to…
- Nic nie rozumiesz! – wrzasnął wściekle elf – Ten krasnolud, wiedząc, że Azurakee zginął, włamał się i rabował dom gdy reszta nas była na barykadzie!
Słysząc tak okropne oskarżenie wszyscy zgromadzeni gwałtowni umilkli. Jedynymi dźwiękami jakie dało się słyszeć, było załamywanie się drobnej fali na piasku plaży i potrzaskiwanie dogasającego ogniska. Zapach dopiekającej się sarniny mieszał się ze zwykłymi zapachami brzegu morza.
   Po chwili Canpho odezwał się powściągliwie.
- Pomyśl, młodzieńcze. Bądź pewien tego, co mówisz. Jestem pewny, że Mewretwig ci wybaczy, jeśli wycofasz straszne oskarżenie.
- Nie cofnę – twardo odparł elf.
- To ja nie wybaczę! – wybuchnął Mertwig – Jak śmiesz mnie tak szkalować? I to tu, przed moją żoną, w obecności przyjaciół…
- Nie masz przyjaciół, złodzieju!
   Mertwig skoczył w kierunku młodego elfa, który natychmiast cofnął się do grona zgromadzonych kuzynów. Canpho i kilku jeszcze elfów pochwyciło krasnoluda i go powstrzymało.
- Krasnoludy! – mruknął stary elf.
   Jego błękitne oczy wyraźnie odbijały przekonanie, że wiara w wyższość ich rasy nad innymi rasami jest najmniej atrakcyjną cechą elfów. Tanis z kolei, wielokrotny cel nienawiści zarówno ludzi jak i elfów, wspierał całym sercem krasnoluda, który był na tyle odważny by żyć między elfami.
- Widziałem go! – upierał się młodzik z mocą od której aż drgały mu blade policzki – Wyszedł z domu Azurakee z torbą na ramieniu. Wszedłem do środka gdy odszedł a wszystko, co było tam wartościowe, zniknęło. Skradzione! Obrabował martwego!
- Kłamstwo! – sprzeciwił się Mertwig – Nie słuchajcie go!
- Jakie masz dowody? – ostro pytał Canpho młodego elfa.
   Zapytany dumnie podniósł podbródek.
- Tylko to, że widziałem wszystko na własne oczy.
- Macie go! – wybuchnął krasnolud – Nie nawet ułamka dowodu na poparcie koszmarnego oskarżenia.
   Młody elf zaczął mocować się z dłońmi, które wciąż go trzymały mocno. Stopami zgarniał całe kupy piasku.
- Nie kłamię! Zapytajcie tego krasnoluda w jaki sposób mógł kupić szklaną kulę dla żony. Wszyscy wiecie, że to biedak. O to go spytajcie!
   Tanis słuchał tego tumultu a jednocześnie szukał wzrokiem Brandelli. Na głośne wspomnienie torby niesionej przez Mertwiga zaprzestał poszukiwań i na moment zesztywniał. Widział jak krasnolud skrywa torbę podczas walki z pająkiem. Mertwig jednak w tej walce ocalił mu życie. Wszystko, o co w zamian prosił, to zachowanie ciszy o jego poczynaniach, a takie przyrzeczenie Tanis złożył. Miał teraz nadzieję, że nie będzie zmuszony do złamania danego słowa. Przede wszystkim jednak miał nadzieję, że Mertwig jest całkowicie niewinny.
   Tanis wreszcie dojrzał Brandellę. Siedziała obok Kishpa. Oboje mieli ponure miny. Pół-elf ześlizgnął się ze skały i przesunął bliżej nich, by choć trochę słyszeć ich rozmowę.
- Musisz stanąć po stronie Mertwiga – powiedziała cicho Brandella ściskając dłoń maga.
- I co mam powiedzieć? – spytał równie cicho głosem aż ociekającym frustracją.
- Że mu wierzysz. Powiedz im, że gwarantujesz za niego. To dużo znaczy.
   Jej ciemne oczy aż błyszczały na tle ciemno zielonej tkaniny bluzki. Kishpa nie wyglądał na przekonanego.
- A jeśli jest winien?
- Wtedy jednak – sperała się Brandella – choć popełnisz błąd w jednej kwestii, zachowasz się dobrze w drugiej.
- Jakiej? – mag aż uniósł brwi.
- Zachowasz się lojalnie wobec przyjaciela – spokojnie odarła tkaczka.
   Zamilkła na chwilę wyraźnie rozdarty na dwoje.
- Obowiązuje mnie lojalność wobec prawdy – odparł ze złością.
   Brandella przechyliła głowę i pociągnęła za rękaw aksamitnej, czerwonej szaty.
- Nie broniłbyś mnie, gdybym skłamała czy ukradła?
- To co innego – odparł Kishpa odwracając wzrok.
- Nie.
- A jednak – upierał się mag.
- Nie dla mnie.
- Proszę cię – potrząsnął głową – Nie teraz. Pozwól posłuchać.
   Puściła jego dłoń. Tanis przesunął się przez napięty i coraz bardziej rozgniewany tłum.
- Wymieniłem szklaną kulę w dobrzej wierze – z uporem mówił Mertwig.
- Za co? – domagał się elf.
- Ehm… to już nie twoja sprawa.
    Tłum zaczął szumieć słysząc tak wymijającą odpowiedź krasnoluda.
- A od kogo kupiłeś tę kulę? – z ciekawością dopytywał Canpho.
- Wolałbym nie mówić – odparł Mertwig.
- Wolałby nie mówić! – kpił młody elf – bo jakby to zrobił to wszyscy by się dowiedzieli, że to majątek mego wuja zapłacił za tą kulę.
- Gdzie był Mertwig gdy ludzie zaczęli ostatni atak? – dopytywał spokojny elf, który cierpliwie wysłuchiwał wzajemnych oskarżeń.
- Poszedł z Wąskie Barki znaleźć pająka dla Kishpa – odparł inny, ostrouchy blond elf.
- Tak, tylko nigdy nie wrócił – odparł inny.
   Mertwig był wyraźnie zmieszany drogą jaką zmierzają te komentarze.
- Nie chciałem wracać bez pająka – wyjaśniał – A nie miałem pojęcia, że Scowarr znajdzie jednego tak szybko.
- Bardzo poręcznie -  złośliwie oskarżał inny elf.
- To prawda – upierał się Mertwig.
   Scowarr przecisnął się przez tłum i wsparł nieszczęsnego krasnoluda.
- Mówi jak było – rzekł Wąskie Barki – Rozdzieliliśmy się szybko, żeby podwoić szansę znalezienia, czego potrzebował Kishpa.
- Gdzie to było? – naciskał dalej Canpho.
- Nie znam wioski za dobrze – zauważył człowiek – ale było to chyba przed dużym, białym domem z całym mnóstwem jasno niebieskich kwiatów z przodu.
- To dom mojego wuja! – oznajmił młody elf.
   Pomruki wieśniaków stawały się złowieszcze. Przyjaciele skarżącego elfa puścili jego dłonie. Canpho przesunął dłonią po łysej głowie i popatrzył badawczo na krasnoluda.
- Najlepiej by było gdybyś jednak powiedział od kogo tą kulę kupiłeś – powiedział.
   Tanis usłyszał szloch Yeblidod.
- Nie wierzę własnym uszom – upierał się Mertwig – zamierzacie dać wiarę niecnym oszczerstwo?
   Canpho nie odpowiedział tylko ciągnął dalej.
- Najlepiej byłoby poznać imię sprzedawcy. Wtedy upadnie całe oskarżenie.
   Mertwig zaczął wrzeszczeć a Tanis, spojrzawszy w stronę Yeblidod, ujrzał, że jej oczy, przed chwilą błyszczące od łez szczęścia, zaczynają groźnie błyszczeć.
- Nie widzę w czym to miałoby niby pomóc – odparł krasnolud – I jest to na dodatek straszliwie niesprawiedliwe. Cenę, jaką zapłaciłem, chcę zachować dla siebie. Kula jest prezentem więc moja żona nie musi widzieć ile za nią dałem.
   Błagalnie spojrzał po zgromadzonych, lecz sympatia tłumu się chyba odeń odwróciła. Tylko kilku elfów spojrzało na znękanego krasnoluda ośmielająco. Yeblidod przesunęła się w stronę męża i czule ujęła go pod łokieć. Meertwig  rzucił jej szybkie, zakłopotane spojrzenie.
- A więc, czy powiesz nam kto ci to sprzedał? – spytał wyraźnie uspokojony Canpho.
- Artysta, Piklaker – odparł Mertwig.
- Czy jest tu Piklaker? – zawołał Canpho.
   Nie było odpowiedzi, więc uzdrowiciel wołał dalej.
- Ktoś go widział?
   Atmosferę wypełnił gwar bowiem nagle każdy gadał z każdym, pytając któż mógł widzieć dobrze znanego artystę. Na koniec ktoś stojący obok Kishpa, zawołał.
- Mój brat powiedział, że odszedł ze wsi jak tylko ludzie się wycofali.
- Kolejny zbieg okoliczności – warknął rozzłoszczony elf, który pierwszy oskarżał Mertwiga o kradzież.
- Nie wiedziałem, że odszedł – bronił się krasnolud.
- Więc może powiesz, czy zapłaciłeś. Co takiego wymieniłeś? – naciskał młodziak.
   Mertwig się wahał. Spojrzał w oczy Kishpa. W jednym momencie zawarł w oczach błaganie, by ten cokolwiek powiedział. Mag pozostał niemy. Oczy miał obojętne.
- Ja… Ja dałem mu… Złożyłem przyrzeczenie – jąkal się Mertwig – Powiedziałem, że… że zapłacę swoją pracą.
- Łżesz! – oznajmił młody elf – Nie zdołałbyś zapłacić ceny Pikakera nawet rokiem, czy dwoma, swej pracy!
- Powiedz temu nieokrzesanemu robakowi, żeby pilnował języka gdy gada do starszych – powiedział Mertwig do Canpho przywołując całą swą godność.
- Ja zważam na język – odpalił młody – gdy gadam do uczciwych starszych!
   Martwi już chciał go capnąć, lecz powstrzymujące go ręce na to nie pozwoliły. Elf stał z boku z rękami na biodrach i znaczącym uśmieszkiem na twarzy.
   Canpho obrócił wzrok w stronę Kishpa, spodziewając się, że mag odezwie się w obronie krasnoluda. Kishpa jednak siedział całkiem nieruchomy. Jedynie wiatr poruszał mu włosami. Nie spojrzał na uzdrowiciela. Canpho wiele to powiedziało.
- To nie jest prawidłowe zgromadzenie do rozpatrywania takich oskarżeń – zaczął uzdrowiciel – Jutro starsi się zbiorą, by wysłuchać dowodów i wydać werdykt. Do jutra niech nikt o tym nie rozmawia.
   Mertwiga był zszokowany.
- Nie! – krzyknął siłując się z dłońmi tych, których kiedyś nazywał przyjaciółmi – Nie poddam się przesłuchaniom z powodu prezentu jaki dałem żonie! Raczej opuszczę Ankatavaka nie poddam się takiemu upokorzeniu.
   Canpho nic nie powiedział.
   Kishpa pozostał niemy.
   Tanis jednakże nie mógł być cicho.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#24 2019-10-01 17:32:07

 janjuz

Najwyższy Kleryst

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 758

Re: Tanis, Smutne Lata

Rozdział 22

Spotkanie

   Mertwig patrzył z udręką w oczach gdy pół-elf przepychał się na puste miejsce w samym środku tłumu.
- Nie wiem nic o zasadności oskarżeń przeciwko temu krasnoludowi – powiedział głośno Tanis – lecz mam co nieco do powiedzenia o sprawach, o jakich nikt tu nie ma pojęcia.
   Mertwig poczerwieniał. Już miał ochotę wrzasnąć na gardło „-Zdrajca!” , lecz zdawał sobie sprawę, że to tylko wyszłoby mu na gorsze. Miast tego tylko skulił ramiona i pochylił głowę jakby musiał się chronić , przed zimnym, ostrym wiatrem.
- Niewiele o mnie wiecie – przypomniał Tanis mieszkańcom Ankatavaka – A i ja, żeby być uczciwym, niewiele wiem o was. Ale wiem o poświęceniu i odwadze, a widziałem je – i przeżyłem by je opisać – dzięki krasnoludowi, który teraz jest o coś podejrzewany.
   Kilkunastu elfów coś tam zamruczało i uniosło głowy.
- Ten krasnolud żył z nami przez długi czas -  odezwał się  elf, który dotąd był cicho – Nie bądźmy pochopni.
   Kilkunastu innych przytaknęło i poparło. Tanis czekał, żeby się uciszyli. Popołudniowe słońce kąpało mu czuprynę czerwono złotym blaskiem. Dobrze wyprawiona skóra odzienia też odbijała aurę ciepła. Mertwig zorientował się, że Tanis czułby się znacznie lepiej tropiąc jelenia w lesie niż występując przed paroma setkami elfów. Odwrotnie niż Scowarr, przynajmniej według Mertwiga, powodem wystąpienia pół-elfa było poczucie obowiązku, bynajmniej nie pragnienie zwrócenia na siebie uwagi. Tanis kontynuował.
- Niech więc będzie wiadome, że Mertwig, że ten krasnolud, przybył mi z pomocą gdy walczyłem z gigantycznym pająkiem. Ocalił mi życie ryzykując własnym. Z powodów, których mi nie wyjaśnił – może po prostu ze skromności – prosił, bym zachował to w sekrecie.
   Yeblidod ostro popatrzyła po zgromadzonych, którzy ośmielali się krytykować jej ukochanego Mertwiga.
- Mówiąc to, co mówię łamię dane słowo, lecz jakże miałbym pozostać milczący? – ciągnął Tanis – Wstawiam się za nim, bowiem takie bohaterstwo zupełnie nie przystaje do obrazu złodzieja, jaki tu wymalowano. Pytam was wszystkich, czy jakikolwiek złodziej zaryzykowałby własny łup – a tym bardziej własne życie – by ocalić obcego od pewnej śmierci?
   Elfy, wyraźnie zdumione elokwentną obroną Tanisa, zaczęły głośno wymieniać uwagi między sobą. Mertwig posłyszał, jak Brandella mówi do Kishpa.
- Pięknie wstawiał się za twoim przyjacielem. Nie powinieneś zrobić tego samego, póki jeszcze masz na to szansę?
   Mertwig lekko obrócił głowę, by zobaczyć reakcję maga. Kishpa był purpurowy.
- Ostrzegałem Mertwiga – mruknął ponuro – Sam dokonał wyboru.
- Więc uważasz, że on kłamie? Myślisz, że jest winien?
- Ja… ja po prostu nie wiem. Ja tylko…
   Zarówno krasnolud, jak i Kishpa dostrzegli nagłą zmianę na twarzy Brandelli. Mag zamilkł; Mertwig też poczuł, jak puls mu bije. Coś wyraźnie poruszyło Brandellę. Popatrzył po tłumie i spostrzegł, jak Tanis przedziera w stronę pary.
- Coś nie tak? - spytał Kishpa ukochanej.
- Nic takiego – osparła Brandella odwracając twarz i pozwalając bezwiednie, by to Mertwig ujrzał łamiący serce wyraz bólu serca w ciemnych oczach.
- Przecież widzę – upierał się mag – Proszę, co cię trapi?
   Zadrżała.
- Nic mi nie będzie. Uspokój się.
   Wielkim wysiłkiem woli Brandella zaczęła kontrolować okazywanie własnych emocji. Śpiewnym głosem zaś dodała.
- Popatrz, Tanis tu zmierza – widząc pół-elfa podchodzącego z drugiej strony.
   Tanis uprzejmie skinął głową w stronę Kishpa i powiedział coś Brandelli do ucha. Lekko zadrżała, lecz skinęła potwierdzająco. Powiedziała do pół-elfa parę słów, których jednak ani mag, ani krasnolud nie usłyszeli. Pół-elf szybko się oddalił.
   Mertwig widział jak wszelkie myśli na temat jego własnego dylematu wywietrzały z umysłu maga. Coś zaszło pomiędzy pół-elfem a Brandellą. Sądząc z wyrazu twarzy Kishpa, mag był zdecydowany, wręcz sobie poprzysiągł, że dowie się o co chodzi.
- Przyszedłem przypomnieć ci o przyrzeczeniu – szepnął Tanis do brandelli – Bitwa skończona. Dla ciebie już czas opuścić to miejsce zanim ty sama – i wszystko wokoło – zniknie. Spotkajmy się za chatą Reehsha.
   Tkaczka przez chwilę rozważała zamysł o pozostaniu na miejscu, o zniknięciu gdy stary czarodziej nie będzie już miał sił nawet na sen. Któż wtedy jednak poniesie pamięć o Kishpa, gdy jej już nie będzie? Kto ożywi pamięć o nim? Zgodziła się z Tanisem. Spotka się z nim.
   Zanim pół-elf ruszył w stronę ogrodu, to najpierw rzucił okiem do domu Reehsha, ku jego uldze stary rybak był gdzieś indziej. Z miejsca, w którym teraz stał, nie mógł Tanis widzieć świętowania na plaży, lecz widział połyskujące fale morskie Cieśniny Algoni. Słońce chyliło się już ku zachodowi i wkrótce zanurzy się w falach a złote światło zniknie z powierzchni wód. Miał nadzieję, że wraz z Brandellą znikną równie szybko i łatwo.
   Serce pół-elfa nagle gwałtownie załomotało. Teraz, gdy już był tak blisko wypełnienia przysięgi złożonej czarodziejowi, nagle zdał sobie sprawę, że nie ma najmniejszego pojęcia w jaki sposób ma wrócić do własnego czasu! Clotnik twierdził, że to Kishpa zrobi. Tylko jak? I kiedy? Tanis zamyślił się ciężko i wtedy dotarł do niego cichy głos.
- Jestem tutaj.
   Stała przy dalszym końcu ogródka niedaleko chaty. Zachodzące słońce prześwietlało jej włosy powodując, że ciemne loki nabierały czerwonawej poświaty – serce Tanisa zabiło jeszcze mocniej. Pośpieszył w jej stronę.
   Brandella powiedziała Kishpa, że jest zmęczona i udaje się do domu. A jeżeli ten wiedział o niej cokolwiek, to wiedział też, że kłamstwo raczej z jej ust nie pada. Niedowierzanie jednak jego samego łatwo dopadało.
   Szedł jej śladem w odpowiedniej odległości. Scowarr jednak zobaczył, że Kishpa opuszcza święto i natychmiast pognał za nim.
- Mam coś dla ciebie – zawołał śmieszny człek – Słyszałeś może o magu, który zawsze mówił nie?
- Nie.
- Mam cię! – oznajmił człowiek.
   Kishpa w tym momencie dostrzegł, jak Brandella ostro skręca ze ścieżki wiodącej do jej domu. Wzdrygnął się.
- Nie podobało ci się, co? – spytał Scowarr.
   Kishpa nie odpowiedział. Przyśpieszył kroku, skręcił szybko w prawo i podążał dalej za Brandellą.
- Mam jeszcze jeden – naciskał Scowarr.
- Nie teraz – cisnął Kishpa odganiając Scowarra ruchem ręki.
- Co ja takiego zrobiłem? – pytał Scowarr tonem urażonej niewinności.
   Ten mały człowiek, zdaniem maga, musiał mieć w żyłach krew kendera.
- Wybacz – westchnął Kishpa – Mam do załatwienia bardzo prywatną sprawę. Lepiej idź na plażę i baw się dobrze.
   Scowarr obszedł maga dokoła i stanął przed jego twarzą z przymilnym uśmieszkiem na ustach.
- Jak mogę dobrze się bawić, gdy mój ulubiony czarodziej jest na mnie zły?
   Kishpa zatrzymał się. Niechętnie.
- Nie jestem na ciebie zły – powiedział lekko już poirytowany, bowiem widział jak Brandella znika za kolejnym zakrętem.
   Wyglądało na to, że obierając bardzo dziwną ścieżkę, jednak zmierzała w stronę chaty Reehsha. Dlaczego to robiła? Wyminął Scowarra i wydłużonym krokiem ruszył dalej. Śmieszny człowiek tuż tuż za nim. Mag nie uszedł daleko gdy przejmujący krzyk zmusił go do ponownego zatrzymania.
- To Yeblidod – powiedział Scowarr oglądając się przez ramię.
   Krasnoludka szła ku nim na niepewnych nogach i z oczami opuchniętymi od płaczu.
- Kishpa, wróć – błagała – Wróć na plażę, pomóż mojemu Mertwigowi.
- Nowe kłopoty? – spytał mag.
- On cię potrzebuje – wychlipała.
   Ciągnęła jego szatę, chwytała dłoń, łkała z przerażenia i bólu. Kishpa desperacko pragnął podążyć za Brandellą, lecz nie miał serca wystarczająco twardego, by odmówić pomocy żonie przyjaciela. Rzucił jeszcze zmartwione spojrzenie w stronę gdzie odeszła ukochana i ciężkim westchnieniem zawrócił za Yeblidod.

- Po prostu nie mogę odejść bez pożegnania – smutno stwierdziła Brandella wpatrując się w połyskującą powierzchnię morza.
   Siedzieli z Tanisem w tak całkowitej ciszy, że małe stadko mew wylądowało tuż obok na odpoczynek. Maszerowały teraz po piasku w kierunku ich stóp mając najwyraźniej nadzieję na jakieś resztki jedzenia. Tanis zdawał sobie sprawę, że mają bardzo mało czasu. Wiedział też jednak jak trudno jest się rozstawać bez pożegnania. Myślał teraz o gwałtownym odejściu Kitiary. Czarne, twarde oczy mew przypominały gniewne spojrzenie gwałtownie maszerującej precz Kit.
   Brandella dostrzegła smutek w jego twarzy i chyba rozpoznała bratnią, równie doświadczoną duszę.
- Czy to rozstanie jest najgorsze, czy brak pożegnania? – spytała rzeczowym tonem.
- I to, i to – roześmial się chrapliwe na wspomnienie pożegnalnego ciosu Kitiary – Ale koniec końców – ciągnął zamyślony – lepiej powiedzieć co się czuje i usłyszeć odpowiedź. Bez takich słów jako oparcia – na dobre czy złe – to po prostu dryfujesz bez celu.
   Brandella ciaśniej owinęła się szalem.
- Ty też dryfujesz? – spytała.
   Martwa cisza z jego strony była wystarczającą odpowiedzią. Brandella wykonała ruch jakby chciał ująć go za rękę, lecz chyba pomyślała jeszcze raz i tylko cicho siadła. Tkaczka nie przypominała żadnej kobiety, jaką dotąd spotkał. A jednak nie mogła być jego a to doprowadzało go do szały.
   Przerwała niezręczną ciszę pytaniem.
- Co powinnam zrobić?
   Tanis najpierw ciężko westchnął nim zdecydował się na odpowiedź.
- Zostaw list. Dzięki temu zawsze będzie miał twoje słowa ze sobą. Będzie miał się czego trzymać.
   Chwilę pomyślała, skinęła głową i smutno, powoli odparła.
- Tak, tak może być najlepiej. W przeciwnym razie nie wiem, czy w ogóle zdołałabym od niego odejść.
   Tanis przypomniał sobie w tym momencie o zaczarowanym instrumencie do pisania, jaki wręczył mu Kishpa. Cała banda jakichś stworów tego szuka jak powiedział mag. Miał rację; tutaj nie znajdą. Wyciągnął instrument z kieszeni tuniki i wręczył go tkaczce.
- To kiedyś należało do Kishpa – powiedział – Dał mi to bym  to zostawił w tym czasie i miejscu. Z jego dłoni w moje a ja daję w twoje. Napisz swe pożegnanie.
   Czule ujęła instrument. Był gładki, drewniany, lecz to nie poruszyło Brandelli. Chodziło tylko o to, że kiedyś należał do jej Kishpa.
- Dzięki – odparła wyraźnie walcząc ze wzruszeniem.
   Zakłopotany pół-elf odpowiedział.
- Muszę cię prosić o jedno. Kiedy już napiszesz list to zostaw ten instrument za sobą. Nie zabieraj go.
- Zrobię jak mówisz – odparła oplatając Tanisa ramionami z wdzięczności ruchem na tyle energicznym, że spłoszyła stadko mew.
   Zapach jej włosów i dotyk rąk na szyi spowodowały, że Tanis doznał zawrotu głowy. Po chwili, jakby zawstydzona, cofnęła ręce.
- Dobrze się czujesz? – spytał szeptem.
   Skinęła potwierdzająco głową, lecz nie podniosła wzroku.
- Lepiej pójdę napisać ten list.
   Pomyślał, że coś zbyt łatwo się zgodziła.
- Tak. Dobrze. Gdy będzie już gotowy przyjdź do wschodnie bramy wioski. Tam się spotkamy.
   Zdołała się oddalić ledwie o parę kroków gdy za nią zawołał.
- Proszę, pośpiesz się!
   Nie był całkiem pewny czy chodziło mu w rzeczywistości o uciekający szybko czas, czy po prostu chciał ją znowu zobaczyć tak szybko jak tylko się da.

   Scowarr nie poszedł za Kishpa i Yeblidod. Obserwował Tanisa, Kishpa oraz Brandellę i był świadom każdego ruchu tej trójki. Śmieszny człowiek był błaznem, lecz nie głupcem. Wyczuwał, że szykują się kłopoty więc uznał, że jako ten, co ocalił Ankatavaka ma obowiązek im zapobiec. Nadejście Yeblidod okazało się bardzo szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Nie odciągnie to jednak maga na zbyt długo.
   Scowarr uznał, że musi działać sam. Teraz, szybko, zanim wielkie zwycięstwo jakiego był wielką częścią zostanie zepsute zdradą i morderstwem.
   Scowarr poruszał się ścieżką, która przedtem szła Brandell. Miał wciąż nadzieję, że jego najgorsze obawy jednak będą płonne. Kiedy obszedł narożnik chaty Reehsha odkrył, że jednak się ziszczą.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#25 2019-10-07 20:59:06

 janjuz

Najwyższy Kleryst

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 758

Re: Tanis, Smutne Lata

Rozdział 23

Pożegnalny List

   Mowa Tanisa w obronie Mertwiga poruszyła wielu elfów w Ankatavaka. Canpho zauważył jednak, że Kishpa pozostał nieporuszony; mag był ledwo zainteresowany sprawami krasnoluda i zawinąwszy czerwoną szatą opuścił zgromadzenie nie mówiąc nawet jednego, przyjaznego słowa na temat starego druha. Podczas gdy świętujący sprzeczali się między sobą stając po jednej, lub po drugiej stronie, uzdrowień zdecydował się rozwiązać problem winy lub niewinności Mertwiga raz na zawsze.
- Wysyłam posłańca po Piklakera, tego artystę – oznajmił – Kiedy tylko przybędzie to poznamy jego świadectwo co do sposobu zapłaty. Jeżeli został opłacony przedmiotami skradzionymi to Mertwig zostanie ukarany. Jeżeli natomiast przyjął zobowiązanie krasnoluda to oskarżyciel przeżyje ciężkie chwile. Niech tak będzie.
   Wszyscy wyglądali na zadowolonych decyzją Canpho. Wszyscy, poza Mertwigim.
- Nie do pomyślenia! – krzyknął wściekle – Mój honor jest kwestionowany? Mam być traktowany jak przestępca póki nie udowodnię, że jestem niewinny? Dość już tej obrazy!
   Yeblidod wyczuła, że tym razem kłopoty przerosły Mertwiga. Cały jej świat walił się w gruzy gdy wymknęła się i pognała za Kishpa. Zawsze był przyjacielem jej męża. Nie opuści go w chwili najgorszej próby.
   Gdy po krótkim dość czasie Yeblidod wróciła ciągnąc za sobą Kishpa Mertwig wciąż jeszcze głośno protestował przeciw niesprawiedliwej decyzji Canpho. Wielu ze zgromadzonych elfów odwróciło się od krasnoluda, lecz wciąż było w mocy Kishpa, by przemóc wrogość elfów wobec jego przyjaciela. Jeśli tylko tego zechce…
   Mertwig nie zauważył czarodzieja; zbyt był zajęty własną  obroną. Kishpa jeszcze usłyszał, jak stary przyjaciel mówi.
- Żyłem tutaj całe życie. Wszyscy mnie znacie. Ale teraz zdaje mi się, że jedynym przyjacielem w Ankatavaka, jakiego mam naprawdę jest dziwny obcy!
   Słysząc te słowa mag poczuł zadziwiające zawstydzenie… i wtedy usłyszał własny głos. Przerywając Mertwigowi huknął… na cały głos.
- On ma w tej wiosce więcej przyjaciół niż tylko jednego, i ja sam jestem w ich liczbie!
   Wszystkie głowy zwróciły się w stronę Kishpa. Nie na długo jednak. Krasnolud był już zbyt głęboko zraniony i urażony, by pozwolić na przemowy maga… i to bez znaczenia, co ten mógłby mieć do powiedzenia. Przenikliwym głosem Mertwig zawołał.
- Miałeś już okazję, by przemówić, Kishpa. Miałeś wiele okazji, lecz milczałeś. Sądzisz, że teraz potrzebuję twojej pomocy? Teraz, gdy już cała wieś jest przeciwko mnie?
- Nie jesteśmy przeciwko tobie – zapewniał Canpho.
   Twarze zgromadzonych bynajmniej nie popierały takiego oświadczenia uzdrowiciela.
- Ja jestem po twej stronie – oznajmił prosto Kishpa.
   Mertwig tupnął i szeroko rozłożył ramiona.
- Za późno – zawołał rozwścieczony – Za późno. Mam już dość tego miejsca. Gdybym był elfem, nic takiego by się nie zdarzyło. Nie potraktowalibyście tak obraźliwie żadnego spośród was samych. Nie zniosę tego! Nigdy więcej. Yeblidod i ja odchodzimy. Znajdziemy miejsce na nowy dom tam, gdzie będą nam wierzyć.
- Mertwig, nie! – zawołał zdruzgotany Kishpa.
- Uważasz się za mego przyjaciela? – wyzywającym tonem warknął krasnolud.
- Tak! Oczywiście!
   Kispa postąpił kilka kroków do przodu i znalazł się w zasięgu ramion byłego przyjaciela i towarzysza. Reszta elfów cofnęła się o krok lub dwa.
- Więc dopilnuj, by odesłano do mnie mego syna gdy już statek wróci – powiedział Mertwig – Takie będzie twe zadanie. Przyjmujesz je? A może – dodał nieco sarkastycznie – sprawia ci ból zajmowanie się takimi drobiazgami?
   Kispa pobladł.
- Ja… dopilnuję spraw twego syna – wyjąkał.
- Dzięki. A teraz zróbcie przejście dla Yeblidod i dla mnie. Opuszczamy Ankatavaka unosząc stąd swój honor i godność. Nie nikt nie ośmieli się gadać inaczej!
   Żona krasnoluda, wyraźnie zmieszana i nie mająca ochoty patrzeć w twarze znane od ponad stu czterdziestu lat, ujęła męża pod ramię i wraz z nim przeszła obok Canpho, minęła Kishpa, minęła pozostałych i udała się na dobrowolne wygnanie.

    Pierwszą rzeczą jaką Brandella zrobiła po przekroczeniu drzwi własnego domu był pośpieszny marsz do krosna. Zapaliła lampę i w pospiechu zajęła się nie ukończoną szarfą, którą zamierzała podarować Kishpa. Teraz będzie to pożegnalny prezent. Musi tak być, skoro tą samą szarfę nosiła już przez wszystkie lata aż do późnej starości.
   Pracując gorączkowo na krośnie, jednocześnie gorzko łkała. Łzy gorące spływały jej po policzkach i skrapiały tkaninę szarfy. Gdy już dzieł było ukończone zawierało nie tylko jej mistrzostwo, lecz i jej miłość. Czułym ruchem ułożyła szarfę na swym łóżku, kładąc na jego połowie  długiej, pierzastej poduszki. Drżącymi dłońmi ujęła kawałek pergaminu ze stołu usiadła do pisania. Słowa bynajmniej nie przychodziły z łatwością.
„ Najdroższy memu sercu,
  Gdybym miała wybór, nigdy bym cię nie opuściła. Tanis jednak przybył po mnie a ja nie mogę odmówić. Rozumiesz, przybył na twój rozkaz, wiedziony twoją magią, twoją jako starego człowieka. Powiedział, że życie, jakie tu wiedziemy, nie jest realne. To tylko twoja pamięć dawnych dni. Nawet teraz, będąc już starym czarodziejem, wciąż myślisz o mnie. Kocham cię za to… i z wielu innych powodów. Nigdy o mnie nie zapomniałeś a ja przysięgam, nigdy nie zapomnę o tobie. I zawsze będę cię kochać. Uwierz mi. Noś szarfę, którą dla ciebie utkałam i skropiłam łzami w dniu naszego rozstania. Nie płacz po mnie bowiem zawsze będę cię kochać. Na zawsze twoja
Brandella”
    Myślała nad wieloma rzeczami, które mogłaby przekazać, tak wiele wspomnień mogłaby dołączyć, by ogrzać mu duszę. Nie wiedziała od czego zacząć ani jak zakończyć. Zostawiła więc wszystko tak, jak jest. Miała nadzieję, że samo oświadczenie swej miłości, niczym, nawet żadnym wspomnieniem nie zamącone, powie mu najjaśniej o jej uczuciach. Najlepiej opisze, co czuje.
   Zostawiła liścik na szarfie i ruszyła w stronę drzwi, lecz nagle coś jeszcze przyszło jej do głowy. Popatrzyła na powałę i spojrzała na rysunek jaki namalowała tak już dawno temu. Ujrzała, jak Tanis ją unosi w dal. Sen jednak, który tak odmalowała, nie powiedział jej, czy Tanis odniesie sukces w swej misji. A jeśli mu się nie uda, jeśli zawiedzie? Jeżeli nie zdoła wydostać jej z pamięci Kishpa? A jeżeli on sam się wydostanie a ona nie; co takiego zdoła Tanis o niej zapamiętać?
   Szybkim krokiem wróciła do stołu i napisała jeszcze jeden liścik, tym razem do pół-elfa. Szybko napisała a potem jeszcze przeczytała. Zamknęła oczy dusząc w sobie emocje. Jednego mogła być absolutnie pewna; Kishpa nigdy by tego nie zrozumiał, nie wolno dopuścić by to zobaczył. Złożyła liścik i włożyła do metalowego pudełka i wtedy przypomniała sobie, że przyrządy do pisania, użyte do napisania listu, musi pozostawić. Włożyła pióro do pudełka z listem do Tanisa. Zamknęła pudełko przykrywką, wzięła je i pośpiesznie odeszła w coraz to głębszy zmierzch.
   W drodze do wschodniej bramy Ankatavaka Brandella przystanęła w miejscu, gdzie Tanis zabił gigantycznego pająka. Pomyślała, że każdy wojownik zawsze zapamięta miejsca swych bitew i tam właśnie zakopała metalowe pudełko. Jeśli to on przeżyje a ona nie, to chciała by wiedział, że nie powinien czuć się jak znoszony przez prąd i bezwładnie dryfujący przez życie.

   Przełamanie długiej przyjaźni z Mertwigiem było wystarczająco bolesne, lecz przekonanie się, że oto Brandella go opuściła było ciężarem większym, niż potrafiłby unieść. Stał teraz samotnie i cicho szlochał. W dłoniach zaciskał jaskrawo kolorową szarfę i list od ukochanej. Gorzkie myśli tabunami goniły mu głowie. W liście wciąż pisała o miłości. Cóż ona wiedziała o miłości skoro tak bezlitośnie go zostawiła? Cóż ona wiedziała o miłości skoro nagle zniknęła z przypadkowo poznanym obcym? I jeszcze ten nonsens, że jest tylko wyobrażeniem w pamięci jego własnego umysłu – jak ten pół-elf zdołał ją o czymś takim przekonać? Dlaczego Tanis sfabrykował tak koszmarne kłamstwo?
- Powinienem był pozwolić mu utonąć! – wrzasnął w stronę postaci wymalowanych na powale i ścianach przez Brandellę.
- Powinienem go zabić po stokroć za zbrodnię wykradzenia mojej Brandelli! Moje Brandelli! Nie jego! Mógł ją ogłupić sprytną gadką, lecz ona pozna się na oszustwie i wróci do mnie kochając mocnej niż kiedykolwiek. Odzyskam ją! – przyrzekał – Muszę!
   Nie poruszył się jednak. To wszystko, jej nagłe odejście, wciąż wydawało się nierealne. Popatrzył jeszcze raz na szarfę i list spoczywające w zaciśniętych dłoniach. I nagle, wrzeszcząc coś niezrozumiale, zmiął list i cisnął go wraz z szarfą pod ścianę. Nim jednak uderzyły o ścianę i opadły na podłogę pognał w ich stronę i szybko, czułym ruchem zgarnął. Przycisnął jak małe dziecko do piersi. To było wszystko, co mu z niej pozostało. Przynajmniej na razie.

   Stali przy wschodniej bramie. Ślady krwi wciąż plamiły ziemię w miejscu, gdzie wróg został pobity ledwie prę godzin temu.
- Już myślałem, że zmieniłaś zdanie – przyznał Tanis.
- Całkiem często miałam taki zamiar – odparł brandella z zakłopotaniem – gdybym nie była przyzwyczajona do magii Kishpa uznałabym wszystko, o czym mówiłeś, za majaki szaleńca. Nawet teraz jeszcze, wciąż obawiam się, czy nie składam życia w ręce kogoś, przed kim powinnam uciec.
- Żadne zapewnienia z mojej strony nie będą tu wystarczające. Dopiero gdy ujrzysz, że jesteś wolna będziesz wiedziała, że wszystko, co mówiłem jest prawdą.
   Stała spokojnie, nie wygłaszając żadnych zarzutów ani pretensji. Ramiona swobodnie opuściła po bokach. Gdzieś dalej, na polu porannej bitwy, zawołał ptak i zapadła kompletna cisza.
- Więc czekam – rzekła.
   Słońce zaszło a jedyne światło padało teraz z dwóch pochodni oświetlających wschodnią bramę. Tanis ujął jedną z nich.
- Chodź za mną. Jest miejsce do którego musimy się udać – oznajmił z pewnością w głosie, której zresztą za bardzo nie czuł – To z tamtego miejsca zabierze nas magia Kishpa.
   Ujął ją za rękę i wyprowadził z Ankatavaka wprost w gęstniejącą noc. Powietrze było łagodne i pół-elf nawet zaczął sobie wyobrażać, że oto zabiera swą kobietę na spacer pod gwiazdami. Popatrz tylko, pomyślał oglądając się przez ramię. Idzie tak chętnie, z takim uczuciem, jakby był jej mężczyzną. Co za kontrast w stosunku do Kitiary! Wojowniczka robiła tylko to, co jej sprawiało przyjemność , jeśli już, to Tanis tylko wykonywał jej chętki. Lecz Brandella… Tanis zmarszczył brwi. Gdybyż tylko ta noc mogła należeć do niego a nie do Kishpa. Cóż to takiego przychodziło mu do głowy? Przybył tu, by wykonać zadanie narzucone przez starego człowieka i nagle zaczyna się zastanawiać, czy i jak tu ukraść wspomnienia maga dla siebie. To Tanis, a nie Mertwig, powinien być sądzony, przynajmniej według pół-elfa. Lecz Brandella potrafiła się uśmiechać tak czule. Jej dłoń pasowała tak doskonale… Tanis potknął się nagle o pniak i omalże się nie wywalił.
- Nic ci się nie stało?
   Brandella zbliżyła się niosąc zapach dzikich kwiatów i goździków. Ciemność pogłębiła zieleń jej bluzki omal do czerni. W jasnej, omal porcelanowej twarzy, lśniły oczy.
- Ech, przypuszczam, że nic – odparł.
   Chcąc ukryć zakłopotanie Tanis poruszył pochodnią by obejrzeć pniak o który się prawie przewrócił. Po powierzchni pnia przeleciał cień gdy pochodnia przeszła tuż obok.
- Kotlina – powiedział pół-elf – Wygląda na to, że dochodzimy do celu. To gdzieś tu Scowarr uratował mi życie. To znaczy, że tu właśnie się pojawiłem po raz pierwszy.
   Wskazał pochodnią na środek trawiastej łąki. Z jakiegoś powodu – a Tanis miał nadzieję, że chciała przedłużyć chwile spędzone razem z nim – szli bardzo powoli w kierunku wskazanym światłem pochodni. Wciąż jeszcze trzymała go za rękę. Po chwili powiedział.
- To chyba to miejsce, gdzie się pojawiłem.
   Wziął głęboki wdech.
- Poczekaj!
   W jej twarzy, jasno teraz oświetlonej pochodnią, nie było oznak strachu. Chodziło o coś innego, lecz nie miał pojęcia o co takiego.
- O co chodzi? – spytał.
- Gdyby coś poszło źle – powiedziała Brandella.
- Nic nie pójdzie źle. Tak mnie zapewniał Kishpa…
- Posłuchaj mnie – rozkazała ciągnąc go do siebie – gdybyś wrócił do swego świata beze mnie… gdybym nie mogła opuścić pamięci Kishpa… gdybym miała zniknąć… idź do miejsca gdzie zabiłeś wielkiego pająka. Coś tam dla ciebie zostawiłam, u podnóża barykady, zakopanego w pudełku. Dla ciebie, Tanis. Rozumiesz?
- Tak – odparł.
   Umysł pół-elfa, schwytany w pułapkę jej bliskości, omal nie omdlał.
- Już czas – dodał – Jesteś gotowa?
   Zamknęła oczy i skinęła głową. Trzymając jej dłoń zawołał w ciemność.
- Kishpa! Zabierz nas! Brandella jest znowu twoja! Uwolnij ją!
   Nic się nie stało.
- Kishpa!
- Tu jestem – odparł głos Kishpa.
   Tanis poczuł falę ulgi. A więc nie pozostanie na śmierć w pamięci maga. Nagle jednak całe ciało pół-elfa zastygło w szoku. To był głos młodego maga a nie starca u progu śmierci. Na plecach Tanis poczuł nacisk czubka sztyletu.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

Stopka forum

RSS
Powered by PunBB
© Copyright 2002–2008 PunBB
Polityka cookies - Wersja Lo-Fi


Darmowe Forum | Ciekawe Fora | Darmowe Fora
www.smoczalanca.pun.pl ukryta sobieszewo przygotowania