DragonLance Forum

Forum dla fanów DragonLance, książek fantasy oraz RPG.

#1 2018-08-21 21:24:12

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 682

Riverwind z równin

Dragonlance
Preludia 2 Tom 1





Riverwind z równin
PAUL B. THOMPSON & TONYA R. CARTER
















Tłumaczenie: janjuz
Korekta: arvina


















Część I


Powolny upadek


Rozdział 1

Trzy żołędzie

   Mężczyźni Que-Shu zebrali się zwołani równomiernym dźwiękiem bębnów. Setka mężczyzn z wyprostowanymi ramionami, stoicka setka, sformowała dwie linie i weszła do Domu Braci. Zostawili własne stada pod opieką synów, którzy byli jeszcze zbyt młodzi, bu móc doświadczać nadchodzącej, uroczystej ceremonii. Pola i warsztaty leżały odłogiem na czas rytuału. Kobiety i dzieci odeszły w swoich sprawach. Ciekawość im nie przystoi.
   Nikt jednak nie mógł zignorować bębnów. A już najmniej Goldmoon, pierwsza kapłanka plemienia i córka Wodza Arrowthorna. Stała właściwie w drzwiach domu wodza, wystarczająco głęboko schowana w cień, by nie jej nie dostrzeżono. Pot pokrył jej piękną twarz a usta zagryzła niemalże do krwi. Ceremonia, która właśnie miała się zacząć to Próba Poszukiwacza a człowiekiem, którego miano próbować był jej ukochany, Riverwind.
   Modliła się cicho o jego bezpieczeństwo. O, starsi bogowie, oddalcie wszelkie krzywdy od Riverwinda!
   Goldmoon nie wypowiedziała modlitwy pełnym głosem bowiem błaganie zanosiła nie do bóstw plemienia, lecz bogów wyznawanych w dawnych wiekach, jeszcze przed Kataklizmem.
   Dom Braci był już prawie pełny. Pozbawione okien wnętrze było przytłaczająco gorące bowiem oświetlenie stanowiły stojące i dymiące pochodnie. Mężczyźni Que-Shu wypełnili otwartą przestrzeń wokół niskiego podium w środku Domu. Obute w skórzane mokasyny stopy szurały głośno po glinianym klepisku. Na podium, kucając z odwróconą od wszystkich twarzą i z ramionami obejmującymi kolana, znajdował się Riverwind. Bębny dalej wciąż waliły, lecz on się nie ruszał. Okazywał teraz tyle życia jakby był tylko rzeźbą wyrzezaną w dębinie. W głębi duszy Riverwinda gotowały się jednak pytania i wątpliwości. To on zażądał rytuału przygotowującego do Próby Poszukiwacza. Oboje, on i Goldmoon, złożyli sobie nawzajem przyrzeczenia, lecz do praw plemienia należ ich akceptacja lub odrzucenie. Mężczyzna nie poprosi o rękę córki wodza jeśli nie udowodni, że jest tego wart.
   Zamknięto drzwi domu. Zablokowano je masywnymi, drewnianymi belkami. Przed drzwiami stali wojownicy z obnażonymi ostrzami. Bębny przerwały wszechobecny łomot.
   Arrowthorn, ubrany w najwspanialszy ubiór ze skóry jelenia, spoglądał na zebranych mężczyzn.
- Bracia! – zakrzyknął – Zebraliśmy się wszyscy, by wyznaczyć tego, który zostanie wodzem gdy ja już odejdę. Tego, który domaga się ręki mojej córki a waszej kapłanki. Lecz i ten, co może być bogiem w życiu przyszłym musi udowodnić swą wartość w tym życiu.
   Głęboki pomruk zgody wydarł się z gardeł współplemieńców.
- Riverwindzie, synu Wanderera, powstań.
   Riverwind zgrabnie wstał na równe nogi. Nie miał jeszcze nawet dwudziestu lat, lecz wzrost ponad sześć i pół stopy czynił go zdecydowanie najwyższym mężczyzną w klanie wysokich  mężczyzn. Ciemne włosy swobodnie spływały mu na ramiona. Riverwind nie miał na sobie nic poza czerwoną przepaską biodrową a linie smukłej sylwetki podkreślała czerwona farba. Spojrzał nad prawym ramieniem Arrowthorna i dostrzegł starszego Que-Shu, Loremana, siedzącego na ławce. Z twarzy starego szamana aż świeciła nienawiść. Pożerająca go ambicja wprowadzenia własnej rodziny do domu wodza została pokrzyżowana przez śmierć najstarszego syna. Teraz Loreman mógł tylko czekać, patrzyć i słuchać.
   Riverwind zdawał sobie sprawę, że Loreman obwinia go o śmierć syna. Nawet słowa przysięgi Goldoon, która była świadkiem walki, nie zmniejszyły nienawiści Loremana do Riverwinda. Arrowthorn właśnie opisywał drogę życia prawdziwego wojownika. Riverwind oderwał wzrok od Loremana na czas, by posłyszeć pytanie wodza.
- Ścieżka przywódcy jest często gorzka. Czy jesteś gotów na gorycz?
   Riverwind skinął głową. Na razie jeszcze nie wolno mu było się odzywać. Arrowthorn wyciągnął ręce. Far-runner, kolejny ze starszych plemienia, wręczył mu grubą, glinianą czarkę, którą Arrowthorn podał Riverwindowi. Lepki, czerwony płyn wypełniał ją po same brzegi. W świetle czerwonawych pochodni wyglądał zupełnie jak krew. Riverwind przyjął czarkę, podniósł do ust i zaczął pić.
   Napój wykonano z jagód nepta, owoców tak podłych, że nawet gobliny nigdy ich nie jedzą. Szczęki Riverwinda się zatrzasnęły a żołądek groził rewoltą. Mimo wszystko wypił okropny sok i pustą czarkę zwrócił do rąk Arrowthorna. Zęby trzymał mocno zaciśnięte i oddychał szybko przez nos. Mdłości wykręcały mu pusty żołądek, lecz Riverwind go opanował i gorzki napój utrzymał.
- W swoich sądach wódz musi być sprawiedliwy, mocny i zrównoważony – powiedział ponuro Arrowthorn  - Gdy to niezbędne, musi umieć cierpieć z powodu swych wyborów. Czy jesteś gotowy cierpieć dla dobra sprawiedliwości?
   Riverwind tylko krótko skinął głową. Dobrą sprawą był fakt, że nadal nie powinien się odzywać; nie był pewny, czy zdoła cokolwiek wydusić z zaciśniętej sokiem krtani. Starszy zdjął ciężkie nakrycie z ramion Arrowthorna. Kolejny mężczyzna umieścił przed pary koszyków na klepisku; jedna para przed wodzem, druga przed Riverwindem. Były to głębokie, trzcinowe koszyki jakich kobiety używają do zbierania ptasich jaj. W tej chwili wypełnione były śnieżno białymi jajkami. Arrowthorn podniósł swoje koszyki i trzymał je po bokach na wyciągniętych ramionach. Riverwind podniósł swoje. Zaskoczył go ich ciężar. Każdy koszyk zawierał tylko dziesięć jaj. Dlaczego więc jest to tak ciężkie?
   Loreman się uśmiechał. Riverwind krótko tylko popatrzył na ten chytry uśmieszek po czym skoncentrował się na swej próbie. Musiał utrzymać koszyki przynajmniej tak długo jak długo trzyma Arrowthorn. Jeśli osłabnie, jeśli opuści ramiona lub się zachwieje wystarczająco mocno by rozbić choć jedno jajko to próba zostanie zakończona. Nie będzie drugiej szansy.
   Arrowthorn był o trzydzieści lat starszy od Riverwinda, lecz barki miał szerokie a ramiona bardzo muskularne. Czas biegł w Domu powoli. Mężczyźni Que-Shu poważni jak zawsze stawali się troszkę zniecierpliwieni. Odezwały się pokasływania i niepewne poruszenia na drewnianych ławach. Ramiona Arrowthorna były wyprostowane jak stalowe belki i nieruchome jak spokojne wody Jeziora Crystalmir.
   Riverwind też stał twardo choć ramiona chciały mu wyskoczyć ze stawów. Sok jagód nepta wciąż miał ochotę na gwałtowny powrót. Pot spływał mu strugami po klatce piersiowej. Te koszyki były tak ciężkie! Nie sądził, że będzie w stanie nawet trochę jeszcze wytrzymać – wiedział, że nie – lecz tylko wziął głęboki wdech. Ponieważ zaś stanie w miejscu jakby stopami zapuścił korzenie tylko go męczyło, powodowało, że zaczynał się chwiać, więc zaczął przestępować z nogi na nogę. I przyszedł doń rytm, rytm podobny do tego, co był wybijany przez bębnistów przed chwilą. Po chwili już tańczył w miejscu z oczami wbitymi w Arrowthorna. Słyszał, jak muzyka gra mu w sercu.
   Taniec Riverwinda zaskoczył Arrowthorna. Niky jeszcze nie poruszył się przedtem w czasie próby Ciężaru. Jego własne ramiona już omdlewały z bólu, rozciągnięte mięśnie drżały i mrowiły jakby przebiegały po nich tysiące mrówek. Utrzymywał kontrolę na próbą tylko dzięki sile woli. Krew waliła do głowy a jej dudnienie stawało się jeszcze gorsze gdy Riverwind przytupywał. Zbyt wiele tego. Zbyt wiele.
   Lewe ramię wodza zachybotało i drżenie przebiegło przez całe ciało. Jajko stoczyło się ze stosu w koszyku i rozbiło się na klepisku.
- Dokonało się! – zawołał Far-runner, najstarszy ze starszych.
   Obaj mężczyźni opuścili ramiona wydając przy tym jęk ulgi. Arrowthorn narzucił na obolałe ramiona ozdobne nakrycie.
- Zasługujesz na prawo głosu – powiedział, ciężko oddychając – Mów, synu Wanderera.
- Jesteś silnym mężczyzną, Arrowthorn – odparł Riverwind rozmasowując obolałe bicepsy.
   Szept za plecami wodza nagle wybuchł głośną wrzawą. Loreman sprzeciwiał się wyrokowi Far-runnera.
- Próba nie jest ważna – powiedział Loreman – Riverwind się poruszył.
- Nie ugiął ramion, Anie też nie utracił żadnego jajka – odparł far-runner – Prawa plemienia nie mówią nic o tym, że mężczyzna nie może poruszyć stopami.
- Riverwind zadrwił sobie z ceremonii!
   Riverwind tymczasem przyklęknął i zaczął przyglądać jajkom w koszyku. W tym czasie Far-runner zawołał.
- Niesłychane! Okazał wielką wytrwałość i pomysłowość.
   Loreman już miał zamiar zaprotestować gdy Riverwind bez jednego słowa wysypał zawartość swych koszyków na podium. W każdym z koszyków było tylko pięć jajek. Pod nimi leżało zaś pięć wygładzonych wodą rzeczną i na bieło pomalowanych kamieni. By zaś pokazać ich twardość Riverwind uniósł jeden z nich i puścił swobodnie. Spadł kamień na klepisko z głośnym stukiem. Mężczyźni Que-Shu warknęli gniewnie z powodu złośliwej sztuczki zagranej wobec Riverwinda. Wszystkie oczy zwróciły się na Loremana. Nawet Arrowthorn rzucił starszemu podejrzliwe spojrzenie, lecz powstrzymał możliwe oskarżenia jednym zdaniem.
- Jedno nadużycie unicestwia drugie. Próba jest ważna. Riverwind wywalczył prawo do dalszych starań.
   Nie podniósł się ani jeden głos sprzeciwu. Wódz usiadł i poprawił okrycie na ramionach.
- Pozostała jeszcze jedna, ostatnia próba – powiedział – Ten, który ma być wodzem, musi być wolny od strachu. Czy podejmiesz ostatnią próbę, Riverwindzie?
- Podejmę.
   Arrowthorn gestem przywołał Stonebreakera, kolejnego ze starszych. Za młodych lat znany był ze swej ogromnej siły. Otrzymał męskie imię ponieważ potrafił mieczem rozdzielić kamień na dwoje. Teraz już stary i zgarbiony, Stonebreaker podszedł do podium i ustawił na nim, tuż przed Riverwindem, wysokie naczynie.
- To jest Oliwa Poszukiwacza – powiedział Arrowthorn.
   W domu zapadła martwa cisza.
- Weź to, i wetrzyj sobie w skórę. Lecz bądź ostrzeżony: w oliwie jest straszna magia, gdy tylko ją sobie nałożysz nawiedzą cię straszliwe zjawy.
- Nie obawiam się – oświadczył Riverwind, choć w rzeczywistości obawiał się mocno.
   Uniósł pokrywkę naczynia. Oliwa była ciemno brązowa i pozbawiona wszelkiej woni. Riverwind rozsmarował ją jak maść na piersi i szyi. Była ciepła a za nacierającą dłonią skóra stawała się delikatniejsza i cieńsza w miarę jak oliwa w nią wsiąkała. Bębniści podjęli powolny rytm. Naoliwionymi dłońmi jechał Riverwind po nogach, kolanach i udach.
   Uderzenia bębnów odbijały mu się echem w głowie. Ktoś w d pomieszczeniu zaczął śpiewać. Głowa zaczęła mu pływać. Zachwiał się, cofnął o krok i omal nie zleciał z podium. Mężczyźni śpiewali, lecz nie ci znajdujący się w domu. Riverwind obrócił się i rozejrzał. Żaden z Que-Shu nie wydawał dźwięku.
   Nagle rozpoznał pieśń. Był to lament, śpiewany tylko na pogrzebach. Któż zmarł? Riverwind spojrzał po sobie. Czerwone strumyki spływały mu po piersi i nogach. Wyglądały jak krew.
- Jestem ranny! – zawołał Riverwind.
   Usiłował zatamować upływ krwi. Rytm bębnów uderzał prosto w niego, był taki sam jak rytm uderzeń łomoczącego serca.
   Poczuł się słaby. Kolana się pod nim ugięły i Riverwind opadł na klęczki. Krew powoli rozlewała się wokół niego. Jego życie, jego siła, wszystko wypływało mu z żył. Nie potrafił tego powstrzymać.
- Goldmoon… Goldmoon – przywoływanie imienia ukochanej nie pomogło.
   Usłyszał czyjś rechot. Podniósł głowę i ujrzał Hollow-sky stojącego w drzwiach domu. Dłonie trzymał na biodrach i arogancko krzywił twarz patrząc na Riverwinda.
- Hollow-sky, ty jesteś martwy – zaprotestował Riverwind.
- I ty też! – odparła zjawa – Jesteś za słaby, Niewierzący. Jak może miękki głupiec jak wyobrażać sobie, że może przewodzić Que-Shu? – martwy mężczyzna roześmiał jeszcze mocniej – Czy zdobyć serce Goldmoon?
   Serce Riverwinda aż skurczyło się piersi. Nikt poza nim nie widział chyba tego ducha. Loreman nawet nie płakał na widok własnego, utraconego syna.
- Połóż się i umrzyj – naciskał Hollow-sky – Przestań walczyć. To łatwo zostać martwym.
- Nie. Ty umarłeś. Ja nie.
- Nie możesz oprzeć się śmierci, Niewierzący.
   Rytm bębnów – a może własnego serca – stawał się wolniejszy, coraz wolniejszy. Głowa Riverwinda opadła do podłogi. Był słaby i tak bardzo, bardzo zmęczony. Wszystko, co musiał teraz zrobić to tylko lec. Oczy mu się same zamykały. Jedyne czego teraz pragnął to sen i spoczynek. Tak łatwo. Bezboleśnie. Piękna twarz Goldmoon powoli zanikała w jego oczach.
- Mój synu! Czy tak winien działać wojownik?
   Riverwind otworzył oczy. Za wykrzywionym Hollow-sky stał kolejny duch, był mniejszy i bardziej zamglony, lecz  był tam z pewnością. Wanderer. Dawno zmarły ojciec Riverwinda.
- Nie mogę stać – powiedział słabo Riverwind o cal unosząc głowę.
- To tylko farba – powiedział Wanderere a jego postać stała się klarowniejsza – Wstań. Bądź mężczyzną.
- On nie jest Que-Shu – powiedział Hollow-sky – To tylko bezwartościowy niewierzący. Zupełnie jak ojciec.
- Wstań, synu! Ta, która czeka na ciebie, rozkazuje!
   Wanderera otoczyła jasna poświata.
- Goldmoon? – powiedział Riverwind.
   Spojrzał w dół i spostrzegł, że rozszerzająca się kałuża krwi to tylko w rzeczywistości kilka kropel farby. Jego ręce też pokrywała farba.
- Wstań, Riverwind!
- Ojcze – powiedział otrząsając się z letargu, jaki chwycił go w uścisk.
   Odepchnął się dłońmi od podłogi. Niepewnie, lecz jednak stanął na własnych nogach. Postać Wanderera jasno świeciła w zamglonym domu. Mężczyźni zgromadzeni wokół jaśniejącej zjawy nie zwracali na nią uwagi.
- Za późno – syknął Hollow-sky – Zawiodłeś!
- Precz – powiedział duch Wanderera – Wracaj do niespokojnego grobu.
   Z szyderczym uśmiechem wykrzywiającym twarz, syn Loremana zniknął z widoku.
- Ojcze, jakim cudem mogę tak cię tu widzieć i z tobą rozmawiać? – pytał Riverwind.
- Oliwa, jaką nałożyłeś na skórę, zawiera korzenie i zioła posiadające moc zwiększania czułości zmysłów. Przez stulecia nasz lud używał ziół by rozmawiać z umarłymi. Minęło sporo czasu, a nasi ludzie pomylili te duchy z prawdziwymi bogami. Wyznawanie przodków, czynienie z martwych wodzów bogów, stało za tą pomyłką.
   Riverwind podszedł do krawędzi podium.
- Tak więc starzy bogowie naprawdę istnieją?
- Jak zawsze istnieli, synu.
- Dlaczego nie sprawią, żeby wszyscy ich znali?
   Poświata Wanderera zamigotała.
- Umysły Najwyższych są mi nieznane – odparł a jego głos zniżył się do szeptu – Lecz ich czas znowu nadchodzi. Otrzymasz znaki, synu…
- Jakie znaki, ojcze? Jakie znaki?
   Niestety, odpowiedzi nie otrzymał, widzenie było skończone, Wanderer zniknął.
   Dom był wypełniony dymem. Mężczyźni plemienia odeszli. Drzwi, przedtem zaryglowane i strzeżone, stały teraz otworem. Zmierzchało. Riverwind poczuł powiew wieczornego wiatru wiejącego przez mroczny dom. Ochłodził gwałtownie spoconą skórę.
   Nagle do środka wkroczył Arrowthorn w towarzystwie starszyzny. Riverwind otarł dłonią spocone czoło i usta i zszedł z podium. Był całkowiecie wyczerpany.
- Co się stało? – spytał wodza.
- Przeszedłeś Próbę pomyślnie – odparł Arrowthorn.
- Jak długo tu byłem?
- Cały dzień. Starsi i ja omówili twój problem.
   Riverwind pragnął teraz tylko łyka zimnej wody. Gardło miał wciąż ściągnięte przez pozostałości soku z jagód. Zapytał jednak.
- Jaki problem?
- Opanowałeś lęk przed śmiercią, lecz w trakcie rozmowy z bogami, naszymi przodkami, wiele mówiłeś bluźnierstw.
- jakich bluźnierstw?
- Odrzuciłeś naszych bogów, naszych praprzodków którzy nas stworzyli. Od dawna wiedziałem, że podzielasz herezje swego ojca; synowie nie mają wyboru, żywią przekonania ojców i to bez względu, jak bardzo fałszywe. Nigdy jednak nie sądziłem, że herezje Wanderera usłyszę wykrzyczane w czasie uroczystego rytuału – powiedział Arrowthorn.
- Karą za herezje jest śmierć – dodał Loreman.
   Dłonie zacisnął w ciasne pięści. Słyszał rozmowę Riverwinda ze swym martwym synem.
- Prawo mówi, że winny ma być ukamieniowany przy Ścianie Smutku.
- Posuwasz się za daleko – powiedział Far-runner – Riverwind był w pełni swych władz umysłowych, gdy powiedział co powiedział. Wpłynął nań duch ojca, Loremanie.
   Stonebreaker i pozostali wyraźnie popierali sentymenty Far-runnera.
- Co ma być uczynione? – spytał Riverwind.
   Starszyzna zaczęła się spierać. Jedynie Arrowthorn pozostał cichy, zamyślony. Nie za bardzo podobał mu się Riverwind jako mąż ukochanej córki. Musiał jednak podziwiać dzisiejsze czyny młodego mężczyzny. Nie mógł odmówić mu prawa do starań o rękę Goldmoon, lecz być może da mu jakąś pożyteczną lekcję.
- Musisz przejść Próbę Sadu – powiedział Arrowthorn – A podczas tej próby, jak mam nadzieję, wyleczysz się z herezji.
   Rozdyskutowania starsi otoczyli wodza i Riverwinda ciasnym pierścieniem. Fer-runner spojrzał zdumiony na Arrowthorna.
- Jak? – spytał.
- Riverwind musi odejść i odnaleźć, i przynieść dowód, że starzy bogowie isnieją. A będzie miał zapasów na jeden dzień.
   Loreman się uśmiechał.
- Mądra decyzja – powiedział.
- Jak ma tego dokonać? – spytał Stonebreaker – Nałożyłeś nań zadanie nie do spełnienia. Starzy bogowie nie żyją.
- Zawsze może powrócić i przyznać się do porażki – kpił Loreman.
- Żaden honorowy wojownik…
- Dość! Jako wódz, rzekłem. Widzieliśmy, że Riverwindowi nie brakuje odwagi i siły, lecz zy chcecie niewierzącego jako waszego wodza? Nasi bogowie ześlą na nas zły los, jeśli ich zdradzimy. Nie, musi się nauczyć jak wielkie są jego błędy – Arrowthorn wycelował palec w Riverwinda – Na świętą przysięgę jaką złożyłeś, zaklinam cię, albo przyjmiesz zadanie, albo przyznasz fałsz swej wiary przed całym ludem Que-Shu. Co powiesz?
   Riverwind skrzyżował ramiona na piersi. Odpowiedź mogła być tylko jedna.
- Przyjmuję zadanie – odparł.

*****

   Golmoon wpadła w zachwyt na wieść, że Riverwind przeszedł pomyślnie próby. Kiedy jednak dowiedziała się jakie zdanie jej ojciec nałożył na ukochanego jej radość zmieniła się w zdumienie.
- Dowód istnienia bogów? Jakiż może być dowód? Czuję moc starych bogów w Izbie Śpiących Dusz, lecz nie mogę udowodnić tego wystarczająco, by zadowolić wątpiących!
   Riverwind pakował pasma suszonego mięsa jelenia i grudy pemmikanu do naramiennej torby.
- Nie mogłem odmówić. Gdybym to zrobił, bylibyśmy dla siebie straceni raz na zawsze.
   Chwyciła go za ramię. Jej oczy spojrzały mu głęboko w twarz, ujrzał jej łzy. Objęli się.
- Nie płacz, najpiękniejsza. Zadanie nie jest niemożliwe. Wrócę, zobaczysz. A wtedy nikt nie stanie nam na drodze – ani twój ojciec, ani starsi, ani ten krętacz Loreman.
   Goldmoon połknęła własne łzy.
- Dokąd pójdziesz? Co zrobisz?
   Riverwind cofnął się na tyle, by ujrzeć całą twarz ukochanej. Jasne, niebieskie oczy były wypełnione łzami. Kciukiem otarł pojedynczą kroplę z policzka.
- Pójdę tam, gdzie zawiedzie mnie słońce i wiatr. Bogów nie ograniczają granice śmiertelnych. Będę ich szukał w cichych miejscach – górach, pustyniach, głębokich puszczach. Znajdę ich, a wtedy wrócę do ciebie.
   Uśmiech rozjaśnił twarz Goldmoon. Tutaj, w ramionach Riverwinda, wszelkie zwątpienia traciły moc. Całowała go wystarczająco długo, by zniecierpliwiony Arrowthorn zaczął stukać w pal podtrzymujący namiot Riverwinda. Wojownik pogłaskał policzek Goldmoon i przygładził jasne włosy.
- Czas iść – powiedział.
   Namiot Riverwinda znajdował się za murami wioski, tuż przy drodze wiodącej na zachód do ziem należących do Que-Kiri. Arrowthorn i starsi czekali już na młodego wojownika. Upewnili się, że zabiera ze sobą tylko skąpą rację dzienna. Riverwindowi pozwolono zabrać łuk i długą szablę. Wdział stary, lecz dobrze naoliwiony napierśnik, nogawice ze skóry jelenia i mokasyny. Był gotów do drogi.
   Goldmoon łzy wytarła, lecz serce w głębi jej pękało. Trzysta lat przeminęło na ziemiach Que-Shu od Kataklizmu a bogowie wciąż spali. Tak bardzo już byli nieobecni w życiu ludzi żyjących na Krynnie, że większość z nich już o bogach zapomniało, lub też odesłało do świata marzeń sennych. Jak jeden mężczyzna, choćby i tak zagorzały jak jej Riverwind, może mieć nadzieję na sukces tam, gdzie zawiodły całe pokolenia?
   Riverwind wymienił uprzejme pożegnania ze starszymi i rzucił tajemne, kochające spojrzenie w stronę Goldmoon. Następnie zarzucił sakwę na ramię i odszedł stawiając długie kroki i szybko odmierzając drogę.
- Riverwind! – krzyknęła Goldmoon.
   Odwrócił się i pomachał, lecz nawet nie zwolnił kroku. Arrowthorn popatrzył na córkę karcąco. Zachowała się wbrew zasadom. Goldmoon nawet tego spojrzenia nie zauważyła. Oczy miała wpatrzone wyłącznie w Riverwinda gdy tak odchodził zakurzoną drogą na południowy wschód. Doszedł do załomu murów wiejskich a one zasłoniły go już całkiem. Położyła dłoń na gardle i wyczuła niewielki amulet pod tuniką. Naszyjnik, jaki dał jej Riverwind podczas wspólnej podróży do Izby Śpiących Dusz. Wyryty był w stali, co było rzadko spotykane na równinach, i ukształtowany na podobieństwo dwóch, stykających się łez. Amulet ochronił ich przed potwornym planem Hollow-sky. Modliła się, by teraz prowadził Riverwinda do szybkiego i zwycięskiego końca zadania.
   Gniewne spojrzenie Arrowthorna wyraźnie zmiękło. Był wyraźnie poruszony widokiem smutku na twarzy jedynego dziecka, twarzy tak podobnej do twarzy matki. Był jednak wodzem. Dobro plemienia musiał stać przed szczęściem nawet jedynego dziecka.
- Chodź, córko – powiedział mrukliwie i wystawił łokieć.
   Goldmoon z wdziękiem wzięła ojca pod rękę i wyprzedzając starszyznę, wspólnie wrócili do wioski.

*****

   Riverwind nie miał prawdziwego planu. Dochodziło południe i ciepło późnego lata dogrzewało ziemię. Gdy już wyszedł z zasięgu wzroku Goldmoon i starszyzny wyraźnie zwolnił kroku i zaczął bić się z myślami, co właściwie powinien robić.
   Z zamyślenia wyrwał go brzękliwy dźwięk. Riverwind spojrzał wstecz, w kierunku wioskowych murów. O mury stała oparte rozpadająca się chata. Stanowiła niewiele więcej nad przybudówkę, była właściwie tylko schronieniem wykonanym z kory. Przed tą przybudówką klęczała obdarta postać, stary człowiek okryty wielokolorowymi szmatami. Miał długie, splątane i dziko wyglądające włosy. W klanie mężczyzn gładko ogolonych ten miał długą, szaro żółtą brodę w którą wplótł koraliki i mosiężne dzwonki.
- Catchflea – Riverwind pozdrowił dziwaczną postać.
   Stary mężczyzna nie podniósł wzroku. Jego prawdziwe imię brzmiało Catchstar ponieważ jako młody człowiek włóczył się daleko po wzgórzach i tam polował na odłamki gwiazd spadających z nieba. Gdy zaś nadszedł nań czas na udowodnienie bardziej dorosłych ambicji  pozostał przy starych, dziwnych obyczajach. Nie brał udziału w życiu codziennym Que-Shu. Z powodu własnej ekscentryczności doznał całkowitego ostracyzmu, traktowano go wręcz z odrazą  i w końcu Catchstar stał się odludkiem. Obyczaje nie przystające do ludu oraz niechlujny wygląd spowodowały wyrzucenie go z wioski – całkiem podobnie jak heretyckie poglądy wyrzuciły za wioskowe mury rodzinę Riverwinda. Małe dzieci przezwały go Catchflea, co było doprawdy okrutnym żartem. Po latach reagował już tylko na takie imię. Podobieństwo statusu spowodowało, że dziwny, stary mężczyzna i młody wojownik stali się naturalnymi sprzymierzeńcami. Riverwind wiele razy bronił Catchflea przed napastowaniem.
- W podróż idzie, hę? – spytał Catchflea potrząsając suchą tykwą, w której coś grzechotało – Długą, długą podróż?
- Bardzo długą – przyznał Riverwind i zastanawiał się już, kto będzie bonił starca, gdy on odejdzie – Może mnie tu nie być całe miesiące, może lata.
   Ta myśl nie sprawiała przyjemności.
- Będę tęsknił. Nikt inny nie przynosi królików.
   Po udanym polowaniu, Riverwind zawsze dzielił się zdobyczą ze starym łowcą gwiazd. W jakiś dziwny sposób przypominał on Wanderera, ojca Riverwinda. Obaj mężczyźni byli marzycielami w plemieniu nie szanującym głębszego namysłu.
- Skoro gdzieś odchodzisz, Catchflea ma podarunek, tak
- A cóż takiego, mój druhu?
   Catchflea podrapał się po garbatym, ostrym nosie. Koraliki i małe dzwonki rozdzwoniły się w splątanej brodzie.
- Coś tobie pomocnego, tak.
   Machnął szerokim kręgiem poplamioną, żółtą tykwą. Jej czubek był odcięty i Riverwind ujrzał w środku małe, brązowe cząstki obijające się po bokach. Niespodziewanie Catchflea zaczął nucić bardzo śpiewnym głosem:
    Wszystko co nadchodzi i co odchodzi
    Porusza się w nieskończonym kole
    Licz dni i licz gwiazdy
    Zacznij wtedy a skończ dziś
   Riverwind niewiele z tego mógł zrozumieć. Starzec dwukrotnie powtórzył zaśpiew i wyrzucił zawartość tykwy na twardą, suchą ziemię.
- Ha! – zawołał.
   Na ziemi leżały trzy żołędzie. Utworzyły razem trójkąt zwrócony jednym rogiem prosto w Riverwinda.
- Oto twoja podróż w łupinach orzecha. Trzy łupiny!
   Stary mężczyzna zaśmiał się szczerze a towarzyszyły mu dzwonki wplątanych w brodę dzwoneczków.
- Ten mówi, że pójdziesz daleko i nie będzie cię długo – powiedział wskazując żołądź najbliższy Riverwindowi.
- Ten mówi, że będziesz szedł przez ciemność – pacnął złamanym paznokciem w drugi.
- Zło? Spytał Riverwind siadając naprzeciw starego mężczyzny.
- Powiedziałem „ciemność”, tak?
   Catchflea uśmiechnął się do ostatniego żołędzia.
- A z ciemności powstanie ziarno nowego, który jak stare.
- Co to oznacza?
- Nowe jest stare? Naturalnie, tak. To wszystko, co mogę ci powiedzieć.
   Catchflea zgarnąl żołędzie i wsypał je z powrotem do tykwy. Dłoń kręciła się i kręciła potrząsając tykwą. Riverwind słyszał plotki i szepty, że stary mężczyzna rozmawia z duchami, które odsłaniają mu przyszłość. No i, że wspaniałe osiągnięcia w przewidywaniu, czy matki Que-Shu urodzą dziewczynkę czy chłopca. Riverwind nie umiał uznać uwag Catchflea za głupią gadkę.
- Którą drogą powinienem iść? – spytał.
- Ha!
   Tym razem żołędzie ułożyły się w szereg.
- Wschód – powiedział Catchflea.
   Riverwind podrapał się po głowie. Żołędzie nie pokazywały dokładnie wschodu.
- Skąd wiesz, co ci mówią? – spytał.
- Skąd wiesz, jak oddychać? Skąd wiesz, kiedy czas by wstać a kiedy czas by spać?
   Riverwind wzruszył ramionami.
- Po prostu wiem. Nie muszę rozmyślać. Wiedza przychodzi i wiem.
- I tak jest, tak – odparł Catchflea.
   Riverwind powoli wstał a starzec zbierał swe żołędzie. Wschód. Prosto w Zapomniane Góry. Przynajmniej o tej porze roku przejścia w wysokich górach powinny być wolne od śniegu. Żołędzie znowu zagrzechotały na ziemi.
- Ha! – wykrzyknął po raz trzeci Catchflea po rzuceniu wróżby.
   Riverwind wrócił spod obłoków.
- Cóż tam widzisz, stary człowieku?
   Catchflea popatrzył z ukosa na wysokiego łowcę.
- Mam z tobą iść.
   Denerwujący zaśpiew zniknął z głosu starego. Riverwind zesztywniał.
- Może źle je odczytujesz? – zasugerował.
   Catchflea potrząsnął głową.
- Jest tylko jedno znaczenie, tak. „Idź w ślad i zejdź”. Właśnie to mówią.
- Zejdź?
   Podzwanianie dzwoneczków towarzyszyło dzikiemu potrząsaniu głową.
- Muszę to zrobić. Przepowiednie nie po to są dawane, by je ignorować.
- Nie możesz iść ze mną – delikatnie odezwał się Riverwind – Idę daleko. Mam zapasy dla siebie tylko na jeden dzień. Jesteś stanowczo za stary by ruszyć w taką drogę.
- Muszę, tak?
   Powoli podniósł się z ziemi. Kolana i łokcie Catchflea zatrzeszczały jak drewno na podpałkę – Nie będę ciężarem dla ciebie, Riverwindzie. Msz dbać tylko o siebie, tak? Ja potrafię zadbać o siebie.
   Riverwind chwycił starca za ramię.
- Nie idzies.
   Ciemne oczy Catchflea wbiły się w oczy Riverwinda.
- Nie tylko z moim przeznaczeniem igrasz. Ze swoim także. Bogowie zdecydowali, że razem opuścimy Que-Shu. Lekceważyć ich wolę to zapraszać katastrofę.
   Riverwind opuścił ramiona.
- Jakim bogom służysz, przyjacielu?
   Catchflea nie odpowiedział, tylko stopą zaczął na piasku rysować znak. Wyglądało to jak dwie łzy złączone jednym czubkiem. Riverwind znał znak boginii Mishakal. Ten sam symbol, wyrzeźbiony w tak rzadkiej tu stali, dał Goldmoon do tajemnego noszenia na szyi. Zwęził oczy i popatrzył na starca.
- Skąd znasz ten znak? – spytał podejrzliwie.
- Był kiedyś znany wszystkim, tak. A teraz tylko ja go widzę na niebie, w śladach gwiazd.
   Riverwind zmagał się z ciężkim problemem. Catchflea nie był zwiadowcą, nie pasował do lasów czy gór. Niemniej jednak wróżby starego były zbyt wiarygodne dla Riverwinda by mógł je tak po prostu zbyć. Może mógłby zabrać starego na jakąś niewielką odległość i potem pozostawić w wygodnym dla niego miejscu.
- Nie będę ciężarem – upierał się Catchflea.
- Jak długo zajmą ci przygotowania? – spytał zrezygnowany Riverwind.
   Wróżbita schylił się do ziemi, podniósł tykwę i żołędzie.
- Jestem gotów – odparł – Nie mam nic więcej.
   W przybudówce znajdowała się tylko kupa mchu na której starzec sypiał, trochę szmat i butwiejący worek skórzany na wodę. Catchflea wsypał żołędzie do zakładki w połatanej koszuli i uwiązał tykwę do luźnej tasiemki ubrania.
- Nikt z Que-Shu nie będzie w żałobie gdy odejdę, tak?
  Była to smutna prawda. Riverwind popatrzył w stronę gór. Za słoneczną równiną jawił się wschodni horyzont. Zapomniane Góry stanowiły tylko niebieską smużkę na tym horyzoncie. Nie były specjalnie strome a w tej porze roku nie były również zimne. Były jednak strasznie suche i pozbawione zwierzyny. Będzie trzeba polować co dzień, żeby zapewnić sobie codzienną rację żywności. A teraz będzie jeszcze musiał polować za dwóch, przecież Catchflea w dziczy nie będzie zbytnio przydatny.
   Przeszkody zaczynały się przed nim piętrzyć. Bez konia, omal bez jedzenia i z niepewnym starcem nad którym musiał roztoczyć opiekę – zadanie Arrowthorna ciężko go sprawdzi. A jednak nadal miał po swej stronie własny rozum, swe umiejętności i nieugiętą wolę i determinację. Starzy bogowie żyją. Dla nich, dla Goldmoon Riverwind pokona wszelkie przeciwności.

Ostatnio edytowany przez janjuz (2018-08-21 21:24:56)


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#2 2018-08-30 14:59:54

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 682

Re: Riverwind z równin

Rozdział 2

Karb Grzmotu

   Wiekowe kończyny Catchflea rozgrzały się w popołudniowym słońcu więc zdołał dotrzymać kroku długonogiemu Riverwindowi. Ponieważ potrzebowali żywności nie mogli trzymać się drogi głównej, Sageway.
- W cieniu gór znajduje się niewielki pas lasu – powiedział Riverwind – Jeśli pójdziemy tamtą trasą, to może uda się upolować jelenia, albo kozicę co zeszła na paszę.
   Naszła go refleksja, której zresztą nie miał zamiaru wypowiadać, że gdyby nie szedł z nim ten starzec to na posiadanej racji mógłby iść ze dwa dni. Suszonego mięsa i chleba w sakwie by wystarczyło. W tym czasie byłby już głęboko w górach, w drodze do swego przeznaczenia…
- … ustąpić przed twoją wiedzą o polowaniu – mówił właśnie Catchflea – Wiele już lat minęło od czasu gdy trzymałem łuk, a jeszcze dawniej jak trzymałem nóż do oprawiania.
   Maszerowali przez równiny. Catchlea podzwaniał jak wózek handlarza w drodze na targ. Riverwind starał się ignorować denerwujący dźwięk, lecz po kilkuset jardach stanął nagle i powiedział.
- Kiedy wejdziemy w las będziesz musiał znaleźć sobie miejsce, gdzie będziesz siedział absolutnie cicho. Te twoje dzwonki ostrzegą wszystką zwierzynę w całej krainie!
   Obronnym ruchem Catchflea złapał się za brodę.
- Myślałem, że te dźwięki są przyjemne.
- Są bardzo muzyczne, lecz zwierzynę wypłoszą.
- Będę siedział cicho jak głaz, tak.
   Maszerowali dalej. Stary mężczyzna trzymał ręką brodę żeby dzwonki i koraliki uciszyć. Prawie mu się to udawało.
   Drzewa wyrosły na trawiastej równinie jak zasłona; nie było żadnej stopniowej zmiany między otwartą przestrzenia a gęstym lasem. Nim weszli w las Riverwind zatrzymał się by napiąć cięciwę łuku. Zabezpieczył też szablę przed brzękaniem i płoszeniem zwierzyny; owinął rzemieniem ze skóry jelenia brązową rękojeść i szczelnie wcisnął szablę do futerału na plecach.
- Chcesz mówić, mów teraz. W przeciwnym razie język trzymaj za zębami Oki mięso nie będzie skwierczeć na ogniu – napiętym szeptem odezwał się młody wojownik.
- Pomyślnych łowów – to było wszystko, co Catchflea miał do powiedzenie.
   Riverwind nałożył strzałę i wślizgnął się między drzewa. Jego śladem, choć dużo bardziej niezdarnie, poszedł Catchflea. Swoje dzwonki trzymał cicho, lecz nie był przecież przyzwyczajony do poruszania się jak myśliwy. Co i rusz wpadał na przeszkody, łamał gałązki a czasem omal nie wpadał na Riverwinda. Ten bez słowa wskazał staremu, gdzie ma stawiać stopy by tyle hałasu nie robić. Od tej chwili starzec szedł lepiej, choć i tak nie dorównywał Riverwindowi. Las składał się głównie z sosen i cedrów. Był tak gęsty, że ludzie szli wolno a ich szlak był bardzo kręty. Poszycie leśne było pokryte dywanem sosnowych igieł i jagód cedrowych. Niestety, niejadalnych. Jelenie jednak bardzo je ceniły. Riverwind dostrzegł ślady, gdzie kozły stukały w pnie drzew by strząsnąć więcej jagód.
   Wypatrzył górujący nad innymi pień cedru z potężnymi konarami i się nań wspiął. Dzikie zwierzęta posiadają ostry wzrok i czułe nosy. Mając obok Catchflea najlepszym wyjściem jest wejść ponad poziom wzroku zwierząt i zasięg ich powonienia a potem poczekać na przechodzącą zwierzynę w zasiadce. Riverwind podsadził Catchflea do najniższych konarów, wspiął się sam wyżej, po czym wciągnął go za sobą. Mając już starca bezpiecznie usadzonego w rozwidleniu pnia Riverwind ześlizgnął się po pniu i usiadł na konarze. Stopy miał zwieszone a łuk w pogotowiu na kolanach.
   Wiatr przewiewał przez wiecznie zielone korony przypominając dźwięk odległego wodospadu. Przyjemny powiew bryzy i cisza lasu szybko uśpiły wróżbitę. Pod Riverwindem poruszyła się gałąź. Myśli myśliwego, jak zawsze zresztą, błądziły do Goldmoon, lecz i tak czujnie wypatrywał zdobyczy. To czuwanie zostało jednak naruszone odgłosami ostrego chrapania.
- Ćśś! – szepnął ostro w stronę Catchflea.
   Stary mężczyzna wcale go nie słyszał, chrapał dalej w najlepsze. Zdenerwowany łowca odpiął od pasa małą torebkę z żywicą. Używał żywicy i wosku do utrzymania cięciwy łuku w należytym porządku. Rzucił torebką w Catchflea. Torebka uderzyła starego w pochyloną głowę i opadł mu na kolana. Chrapanie nie ustało. Riverwind już ruszał by potrząsnąć wróżbitą gdy nagle ujrzał barana. Samiec górskiej owcy. Wspaniałe stworzenie wystawało zza sosnowych drzewek. Jego wielkie, czarne rogi zakręcały aż do nosa. Riverwind dałby dużo żeby zawiesić takie rogi u wejścia do swego namiotu, lecz raczej nie mógłby teraz dźwigać dwudziesto funtowego poroża. No i baran w tym wieku chyba z trudem tylko będzie jadalny, zbyt twardy.
   Jeżeli jednak jest baran to powinna być i owca, pomyślał Riverwind. Przesunął strzałę na cięciwę. Catchflea wydał z siebie niezwykle głośne chrapnięcie. Baran odpowiedział niskim pomrukiem. Ruszył przez gęste zarośla w wyraźnie agresywnych zamiarach. Tuż za nim postępowała gładka owca a za nią para rocznych jagniąt. Riverwind naciągnął łuk i puścił strzałę w stronę jagnięcia. Jagnię zabeczało gdy strzała dosięgła celu. Cała czwórka zwierząt zaczęła uciekać.
- Obudź się, Catchflea! – krzyknął wojownik.
   Stary mężczyzna zbudził z przerażeniem i zsunął się po pniu. Riverwind zdołał chwycić przód szmacianej i połatanej koszuli w sam czas, by powstrzymać starca przed upadkiem o tuzin stóp niżej.
- Dopadłem dla nas owcę! – zawołał Riverwind.
- Mam nadzieję, że dopadłeś mnie!
   Podciągnął Catchflea do bardziej stabilnej pozycji i powiedział.
- Zostań tu. Muszę złapać to jagnię.
  Riverwind zeskoczył z gałęzi. Szybko odnalazł krwawy trop między młodymi sosnami. Owca była poważnie ranna, lecz i tak mogła przebiec jeszcze całe mile. Jedyne co można było teraz zrobić, to tropić po śladach krwi. Zacisnął mocniej rzemienie mokasynów i ruszył szybkim truchtem. Tropy zwierzęcia znaczyła krew. Badając ślady Riverwind stwierdził, że stary baran pobiegł w jedną stronę a owca w drugą. Jagnięta zostały przy matce.
   Zdobycz zdążała w stronę szczytów na północnym skraju lasu. W stronę widlastej góry, którą Que-Shu nazywali Karbem Grzmotu. Powiadano, że sztormy wiejące z Newsea „załamują się” na Zapomnianych Górach by zwalić grzmoty, błyskawice i potoki deszczu na równiny. Światło dnia szybko gasło gdy Riverwind dotarł do pierwszych głazów u stóp Karbu Grzmotu. Młoda owca musiała być niezwykle silna, lub też strzała Riverwinda uderzyła o wiele słabiej niż sobie wyobrażał.
   Solinari, srebrny księżyc, świecił w pełni. Jasne światło przebijało się w szczeliny między skałami i pozwalało Riverwindowi odnajdywać krwawy trop owcy. Krwi było coraz więcej. Konic musiał być bliski.
   Riverwind przełożył łuk przez ramię. Miał dzięki temu obie ręce wolne do wspinaczki. Właśnie dotarł na szczyt wielkiego jak dom głazu gdy usłyszał przejmujące wycie. Wilki!
   Przykucnął na szczycie skały. Dojrzał niedaleko tuzin, szybko przebiegających szarych sylwetek. Wataha złapała woń umierającego zwierzęcia i uznała zdobycz za własną. Łowca zdjął łuk i nałożył strzałę. Poczołgał się po głazie aż dotarł do niewielkiego zagłębienia nad wąwozem. Wilki zabiły już ranną owcę i zabrały się za jej rozdzieranie.
   Miast się w ciszy wycofać Riverwind, poczuwszy złość, wziął na cel jednego z wilków przy padłym zwierzęciu. Po chwili szara bestia rolowała po ziemi martwa a w jej sercu tkwiła strzała. Pozostałe wilki nawet nie zwróciły uwagi. Riverwind wziął drugą strzałę na cięciwę, wycelował w kolejnego wilka i wystrzelił. Tym razem największy z całej watahy samiec podszedł i powąchał martwego towarzysza.
   Po chwili kudłaty łeb się podniósł i spojrzał na skałę, na której ukrył się Riverwind. W świetle Solinari wilcze ślepia świeciły głęboką purpurą.
   Trzecią strzałę Riverwind wymierzył w wielkiego wilka, lecz coś w jego zachowaniu wstrzymało mu rękę. Przywódca watahy uniósł łeb i zawył. Dźwięk był zarówno odrażający jak i budzący litość. Pozostałe wilki przestały szarpać martwą owcę i zebrały się w ciasną grupkę w wąwozie.
   Przywódca podszedł w stronę łowcy. Riverwind zdał sobie sprawę, że bestia jest tak wielka, że pewnie jednym skokiem dostałaby się na skalną płaszczyznę na której się teraz znajdował. Riverwind naciągnął cięciwę i puścił strzałę jednym, gładkim ruchem.
   Wielka bestia wykonała unik! Jeden skręt, jeden unik i strzała grzęźnie w kamienistej ziemi. Riverwind chwycił kolejną z niezbyt dużego zapasu. Wilk natomiast wykonał potężny skok. Riverwind odskoczył wstecz i upuścił strzałę. Nim zdążył chwycić kolejną wilk już wspinał się na skałę, już był na poziomie łowcy.
- Żadnych – więcej – strzał!
   Trzy wyraźne słowa wydostały się z paszczy bestii. Riverwind wzdrygnął się i niemal puścił z wrażenia łuk. Pomyślał przez chwilkę o szabli – lecz nie, przecież ją ciasno umieścił w pochwie.
- Bestio, czymkolwiek jesteś – powiedział powoli, kładąc jednocześnie strzałę na drzewce łuku – trzymaj się z dala, albo poczęstuję cię jak innych.
   Mocno trzymał drzewce strzały ukrywając drżenie dłoni. Wielki wilk przysiadł na udach. W dość niepewnym świetle Riverwind spostrzegł, że łapy zwierza nie są pokryte futrem i nie mają pazurów, lecz kończą się dłońmi, ludzkimi dłońmi, z czarnymi paznokciami. Oczy stwora jaśniały jakimś wewnętrznym, krwisto czerwonym, światłem. Długi, czarny jęzor lizał paszczą za krzywymi kłami. Bestia miała długie, szpiczaste uszy, lecz nie posiadała ogona. Szczęki niby-wilka znów się poruszyły.
- Żadnych więcej strzał.
   Riverwind naciągnął łuk.
- Więc trzymaj się z dala.
   Dziwnie ludzkie palce wilka napięły się chwytając skałę. Riverwind zrozumiał jakim cudem zwierzę tak szybko mogło się tu wspiąć. Stwór powiedział chrapliwie.
- Zabiłeś kuzynów! – z głębokiej, pokrytej futrem piersi wyrwał się warkot – Jeden z nich był mi synem!
- Ja upolowałem tą owcę – powiedział Riverwind.
   Potniejące dłonie miały coraz większy problem w utrzymaniu napiętego łuku więc trochę poluzował.
- A potem wataha ją wzięła. Bronię tego, co moje. Kim jesteś, wilku co mówi jak człowiek?
- Jestem Kyanor, pierwszy z Nocnych Biegaczy. Przeszliśmy góry by zażądać dla siebie tego lasu. Nikt nie może tu polować, tylko my!
- Tak twierdzisz. Nie mam zamiaru zabijać wilków, lecz owca jest moja.
   Kyanor obnażył kły i warknął wściekle.
- Nikt nie włazi w nasze ziemie. Byliśmy przeganiani i wypędzani z wielu miejsc, lecz już nigdy więcej. Każdy, kto poluje w naszym lesie, musi zginąć.
   Człowiek równin wycelował prosto w łeb Kyanora.
- Nie wiem nic o waszej historii. Macie teraz owcę, więc ją weźcie i odejdźcie w pokoju.
- A co z moim synem? Jego krew plami twoje ręce.
- Każdy myśliwy ryzykuje życiem, gdy wystawia się do walki.
- Puste, ludzkie gadanie! Ceną za taką zbrodnię musi być twoje życie!
   Kyanor skoczył na wojownika. Riverwind wypuścił strzałę z na wpół naciągniętego łuku. Na drugą strzałę już nie było czasu. Pocisk uderzył Kyanora w pierś, lecz nie zmienił potwornego skoku. Uderzył w Riverwinda i razem potoczyli się po kamienistej płaszczyźnie. Paluchy bestii zamknęły się na Riverwindzie i nim zatrzęsły, starci łuk. Wielkie dłonie łowcy chwyciły wilcze gardło, zaczęły dusić i jednocześnie trzymać wilcze kły z dala. Kyanor był silny o przytrzymał łowcę leżącego na plecach. Mieszkaniec równin musiał rzucać głową na obie strony by uniknąć zębów bestii. Podczas walki reszta watahy siedziała cicho u podstawy głazu. Uważne oczy śledziły każdy ruch walczących.  Czarne paznokcie szarpały kark Riverwinda. Popłynęła gorąca krew. Riverwind wbił palce w krtań Kyanora. Wilk sapnął i kaszlnął. Długi jęzor wisiał z paszczy a z niego kapała zjełczała ślina. Riverwind z całych sił wpakował kolano w żebra Kyanora. Wilk zwiotczał a Riverwind lewą ręką zdołał go z siebie zrzucić. Dziwny wilko podobny stwór odtoczył się na bok zdławiony prawie na śmierć. Był w tej chwili niegroźny więc Riverwind zrzucił go z głazu na dół.
   Wilki na dole wybuchły potworną kakafonią wycia gdy ich przywódca spadł z góry pomiędzy nich. Riverwind złapał łuk. Cięciwa była pęknięta, lecz większego znaczenia to nie miało; i tak nie miał dość strzał by poradzić sobie z tuzinem wilków. Musiał blefować.
- Jea! – wrzasnął z góry.
   Riverwind stał na głazie a strzałę miał nałożoną na pozbawiony cięciwy łuk. Warcząca sfora na dole ucichła. Kyanor niepewnie wstał. Dziwięc par głodnych ślepi patrzyło do góry a ich wzrok wbity był w mieszkańca równin.
- Nie wiem, czy mnie rozumiecie czy nie, lecz pierwszy, który wykona ruch na mnie, zginie natychmiast.
   Wilki pozostały nieruchome, uszy położyły po sobie a wargi zwinęły i obnażyły kły ostre jak noże.
   Riverwind ostrożnie zszedł ze skały. Tyłem oddalał się od watahy. Wilki posuwały się naprzód grupą, kilka bezszelestnych kroków za każdym razem. Długie cienie skryły ich sylwetki i Riverwind nie mógł ich zbyt łatwo dostrzec. Świecące oczy znikały jako ostatnie. Po chwili nie było już niczego, co mógłby wystraszyć niesprawnym łukiem.
   Gdzie z prawek rozległo się wycie. Odpowiedź nadeszła z lewej. Wilki starały się go okrążyć. Oparł się plecami o potężny pień drzewa i rozrywał rzemienie uwalniając szablę. Robiąc to jednocześnie wołał.
- Kyanor! Ilu jeszcze swych braci chcesz poświęcić by mnie dostać? Mam dość strzał i mam stal by się z wami wszystkimi rozprawić – warto? Warto, Kyanor?
   Szabla wreszcie była wolna więc w ciszy ją wydobył. Światło księżyca odbiło się długiej, polerowanej klingi.
   Niesamowity skrzek w ciemności podniósł mu włosy na karku. Wyobrażał sobie twarde, smukłe ciała przemykające pomiędzy cedrami. Widzące w ciemności z precyzją, jakiej myśliwski wzrok Riverwinda mógł tylko zazdrościć.
   Odskoczył od drzewa i sprintem dopadł drugiego o kilka jardów dalej. Znowu przypadł plecami do poszarpanej kory cedru. Gdzieś w pobliżu poruszyły się gałęzie; a może to tylko wiatr? Las był cichy jak scena śmierci.
- Człowieku z równin! Słyszysz mnie? – zawołał Kyanor.
- Słyszę cię, Kynaorze.
- Zapamiętam cię, człowieku z równin! Poznam twój zapach jeśli nasze ścieżki znów się skrzyżują!
- Zachowam jedną strzałę tylko dla ciebie – odparł Riverwind.
   Kyanor w ciemności zawył i wezwał swych krewnych. Odpowiedzieli, istny chór warknięć i szczeknięć od każdego zwierzaka. Riverwind jeszcze długo stał oparty o drzewo i nasłuchiwał.
   Po dłuższym czasie w poszyciu leśnym odezwały się świerszcze. Dobry znak. Riverwind włożył miecz do pochwy i westchnął z ulgą. Gdyby w pobliżu czaiły się wilki to las byłby cichy ze strachu.
   Riverwind pognał przez las pochylając się pod gałęziami drzew. Gnębiła go potworna myśl; jeśli wataha poszła po jego śladach wstecz to znaleźliby ślad prowadzący do miejsca gdzie został Catchflea…
   Wielki cedr nie nosił żadnych oznak przemocy. W rzeczy samej jedyną oznaką życia jaką dostrzegł Riverwind było delikatne chrapanie dobiegające z góry. Wspiął się do rozwidlenia pnia i znalazł tam Catchflea śpiącego snem sprawiedliwych.
   Riverwind usadził się po drugiej stronie pnia. Poluzował pas i zawinął go wokół konaru. Teraz nie spadnie. Szablę wbił w kona rosnący powyżej. Próbował zasnąć, lecz najmniejszy nawet szept wiatru, każdy okrzyk nocnego zwierzęcia budził go natychmiast. To była bardzo długa noc.

*****

   Słońce powoli przedzierało się przez ciemno zielone listowie drzew. Wzorki światła i cienia przemykały po twarzy Riverwinda. Zapach płonącego żywicznego drewna przerwał mu drzemkę. Nagłe przypomnienie walki z poprzedniej nocy sprawiło, że zaerwał się natychmiast. Poniżej Catchflea lekko postukiwał wokół niewielkiego ogniska. Riverwind zluzował pas i zsunął się na ziemię. Mięśnie bolały go od walki i biegu. Długie zadrapania na szyi zdążyły przyschnąć i pokryć się ciemno czerwonymi strupami.
- Jesteś głodny? – spytał Catchflea wciąż odwrócony plecami do Riverwinda – Jest jedzenie, tak.
- Jakie jedzenie? – spytał Riverwind.
   Umierał z głodu.
- Rosół grzybowy, zielenina, herbata ziołowa, strączki topy.
   Zaskoczony Riverwind podszedł i popatrzył nad ramieniem Catchflea.  Bardzo wcześnie rano stary człowiek wstał i poszedł szukać żywności. Na miedzianym rondlu Riverwinda gotowały się dzikie grzyby i zioła mleczu. Herbatę zagotował z szałwi i mięty rosnących na polance nieopodal. A co najbardziej zaskakujące, znalazł miejsce z krzewami topa, których strąki na surowo stanowią nie lada przysmak.
   Catchflea wręczył Riverwindowi czarkę z herbaty miętowej z liściem mięty wciąż w niej pływającym. Stary mężczyzna usiadł na skrzyżowanych nogach obok ogniska rozpalonego z sosnowych gałązek, siorbał rosół grzybowy i skubał strąki. Oczy mu się rozszerzyły gdy ujrzał zadrapania na szyi Riverwinda, lecz powiedział tylko.
- Jedz, jedz.
   Riverwind przysiadł na udach.
- Zrobiłeś ze mnie głupca, starcze.
- Ja?
- Tak. Udawałeś przede mną bezrozumnego wróżbitę, gdy tak naprawdę jesteś starym, chytrym lisem.
   Riverwind pociągnął łyk herbaty. Dobra była; ciepło rozlało się po gardle i uspokoiło pusty żołądek.
- Nikt nie dożywa mojego wieku będąc głupcem – odparł Catchflea – Ostrożny, tak. Głupi, nie. Zwłaszcza jeśli masz umiejętność spojrzenia w przyszłość.
   Chwycił kolejny strąk topa.
- Co cię stało w szyję? Spadłeś z drzewa?
   Riverwind opowiedział o wilkach, o  Kyanorze i o tym jak stracił upolowaną owcę. Nagłą bladość Catchflea widać było nawet przez zasłonę brody.
- Wilki? – wymamrotał – Z palcami? Nigdy nie mówiłeś o wilkach, i to żadym rodzaju!
- W dziczy wszystko może się przydarzyć, stary przyjacielu. Są gorsze rzeczy od wilków, z palcami czy bez.
   Riverwind dopił herbatę i zanurzył czarkę w zupie. Nabrał do pełna. Brązowe, leśne grzyby miały mocny posmak drzewny. Zdaniem Riverwinda, krzepiący.
- tak naprawdę to chciałbym wiedzieć jedno; czy Kyanor to bestia mówiąca jak człowiek, czy też człowiek zamknięty w ciele bestii?
- Człowiek. Musi być człowiek, tak?
   Riverwind przeżuwał włóknisty kawałek grzyba.
- Dlaczego tak?
- Tylko człowiek jest w stanie szukać wiedzy magicznej – powiedział Catchflea – Człowiek i jemu podobne rasy. Zwierzęta nie mają zdolności do inkantacji.
- A więc Kyanor to człowiek, który przybrał postać wilka? Dlaczego miałby to robić?
   Stary człowiek wzruszył ramionami.
- Za tymi górami jest utracone królestwo Istar, w którym władała magia. Setki lat remu, tak. Wiele dziwnych rzeczy i istot stamtąd nadeszło gdy na ląd spadł Kataklizm i zatopił królestwo w morzu. Ten niby-wilk to może być potomstwo jakiegoś czarodzieja z Istar.
   Catchflea wytarł usta rękawem. Nie przejmował się faktem, że rękaw jest brudniejszy od jego twarzy.
- Lub też Kyanor jest człowiekiem takim, jak my, lecz został zaklęty – dodał.
- Nie narzekał na pozycję przywódcy watahy – powiedział Riverwind.
   Poszli razem w stronę źródła znalezionego przez Catchflea by Riverwind mógł przemyć niewielkie rany. Kiedy tak szli, myśliwy spytał.
- A co się stało z twoimi dzwonkami? Twoja broda ucichła!
   Stary mężczyzna wyraźnie się zaczerwienił.
- Zdjąłem – odparł – Uznałem, że całkiem nie pasują do mojej nowej roli. Człowieka lasu, tak.
   Riverwind tylko się uśmiechnął. Stary wróżbita przysiadł na brzegu pokrytym igliwiem i obserwował jak Riverwind czyści zacięcia na karku.
- Bolą?
   Riverwind spojrzał na starego i przycisnął mokrą szmatę do zacięć.
- Nie.
- Mogą ropieć – mruknął Catchflea – Mógłbym zrobić maść z błękitnego korzenia.
- Nie ma potrzeby. Rany są już czyste.
- A może balsam na ból? Gdzieś tu muszą być zioła znieczulające. Albo może…
- Bądź już cicho, dobrze? – powiedział niecierpliwie łowca.
   Twarz Catchflea posmutniała.
- Chciałem tylko pomóc.
   Riverwind nie odpowiedział. Czuł się zmieszany faktem, że po tych wszystkich przestrogach na temat polowania i wręcz niewidzialności w jego trakcie, to jednak Catchflea był tym, który ich obu wyżywił. To zakłopotanie spowodowało, że był dla starego wróżbity mało uprzejmy.
   Nim nadeszła kolejna noc dwójka mężczyzn dochodziła już do Zapomnianych Gór. Riverwind unikał szlaku na którym napotkał Nocnych Biegaczy. Miast tego wybrał kamienną ścianę samego Karby Grzmotu. Catchflea nie wzdragał się przed tą trasą; w rzeczy samej lepiej mu szło dotrzymywanie kroku Riverwindowi w takim trudnym terenie niż na równinie. Silny nie był na pewno, ale zwinny już tak.
   Bliźniacze kopuły Karbu Grzmotu wznosiły się nad głowami gdy tak przedzierali się w górę zachodniego zbocza. W większości miejsc mogli iść w pozycji wyprostowanej jeśli tylko szli ostrożnie z uwagi na Rumińska skalne i osuwiska piasku. Czasami , jednak, zarówno Catchflea jak i Riverwind, musieli wspinać się na czworakach i to przywierając całym ciałem do skały i wpinając się w nią palcami i stopami.
   Ledwie minęło południe gdy weszli na Karb. Cała równina Abanasinii leżała u ich stóp. Riverwind poczuł przypływ animuszu.
- Żegnaj, Abanasinio! – zawołał na wiatr.
- Żegnajcie, Que-Shu! – dodał Catchflea.
   Dopóki znów nie będziemy razem, Goldmoon – pomyślał Riverwind. Szerokie, białe chmury gnały nad Karbem, pełny ich wachlarz śpieszył na zachód.
   Z głębin swych połatanych szat wyłowił Catchflea trzy żołędzie i wrzucił je do tykwy. Przyklęknął na płaskiej powierzchni kamiennej przełęczy i zaczął potrząsać tykwą. Riverwind oparł się plecami o pionową skałę północnego szczytu i spytał.
- I czego szukasz, starcze?
- Nowego kierunku dla nas, tak.
   Pomruczał coś pod nosem i zawołał.
- Ha!
   Rzucił żołędzie na kamień. Choćby nawet jego życie od tego zależało, to i tak Riverwind niczego nie widział we wzorze rozrzuconych żołędzi. Catchlea uważnie badał mizerne owoce dębu. On widział w tym przyszłość.
- No i co? – spytał Riverwind.
- Odejdziesz daleko, na wiele lat, napotkasz ciemność, i … nowe jest starym.
- Czyli bez zmian.
- Hmmm, tak.
   Catchflea zebrał żołędzie i znowu potrząsnął. Wynik był taki sam jak u Que-Shu: „idź na wschód” oraz „zejdź”.
   Dla Riverwinda przestało to być interesujące, i tak nie rozumiał. Odszedł na wschodni skraj Karbu i popatrzył na wielką przestrzeń szczytów i dolin. Wszystko poniżej jego obecnego stanowiska. Podniósł kołczan i naramienną torbę.
- Lepiej chodźmy, póki mamy dzienne światło – powiedział.
   Catchflea odłożył tykwę. Przeszli Karb i zagłębili się w wąwozy prowadzące w dół ze szczytu. Szlak był łatwy, nigdzie nie ani zbyt stromo, ani zbyt wąsko. Szli tak przez resztę dnia. Do zachodu słońca była jeszcze godzina gdy szlak wyprowadził ich na lekko nachyloną polanę, otoczoną spadającymi głazami. Riverwind podszedł do sporej skały w najwyższym miejscu polanki i zrzucił bagaż.
- Równie dobrze możemy obozować tutaj – powiedział.
   Catchflea popatrzył na niekończące się kamienisko.
- Bardzo odosobnione miejsce, tak. To dlatego mówią o Zapomnianych Górach.
   Riverwind przytaknął.
- Nie ma ognia dzisiaj – zauważył stary mężczyzna bowiem w okolicy nie było nawet gałązek.
- Zimny obóz. Z pewnością – odparł Riverwind – Mam jeszcze trochę pemmikanu.
   Obozowali opierając się o białe, wapniowe zbocze. Powoli przeżuwali kęsy słonego pemmikanu i popijali wodą z koźlego bukłaka Riverwinda. Czyste niebo zmieniało barwę od lawendy do głębokiej purpury. Pojawiły się gwiazdy. Mężczyźni nie mówili dużo. Powietrze mocno się schłodziło i stary mężczyzna zaczął podzwaniać zębami niczym żołędziami w tykwie. Riverwind odwiązał z torby własną derkę z końskiego włosia. Długa derka była zrobiona przez matkę dla ojca. Chociaż wzór zygzakowy już dawno wyblakł a ciepły oranż zastąpił czerwień, i choć brzegi derki już zaczęły się strzępić to jednak Riverwind zabierał ją zawsze na wyprawy w dzicz.
   Narzucił derkę ramiona Catchflea. Stary mężczyzna wyglądał na bardzo wdzięcznego, lecz jednak miał obiekcje.
- Będziesz tego potrzebował dla siebie, tak?
- Moja odzież jest z koźlej skóry, dobrze grzeje – odparł Riverwind.
   Catchflea zarzucił sobie derkę nawet na głowę i po chwili zęby przestały mu podzwaniać
- Dzięki, wielki człowieku.
   Patrzyli na gwiazdy a Catchflea opowiadał wszystko, co wiedział o prawdach nieba. Kiedy rozmawiali nagle z nieba zaczęła spadać jedna gwiazda pozostawiając za sobą długi, ognisty ślad. Po chwili zgasła. Poświata długo jeszcze pozostawała przed oczami Riverwinda.
- Powiedz mi, stary, jedno: dlaczego za młodu polowałeś na spadające gwiazdy?
   Catchflea uniósł się nieco na chudych udach.
- Chciałem znaleźć dowody istnienia naszych bogów, naszych przodków. Pomyślałem, że jeśli bogowie mieszkają w niebie, to wszystko co z nieba spada będzie miało jakiś znak ich świętej obecności.
   Riverwind był zaskoczony takim logicznym wywodem, choć dla niego brzmiał on dość dziwnie.
- A co miałeś nadzieję odnaleźć?
- Cokolwiek. Jakieś znaki, że byty w niebiosach są większe od nas samych – odparł z ciężkim westchnieniem – Znalazłem cztery upadłe gwiazdy a wszystkie były takie same. Grydy nadpalonego kamienia, tak? To wtedy uznałem, że bogowie naszego ludu są fałszywi, że kapłani Que-Shu są wprowadzeni w błąd.
- Ja wierzę w starych bogów – odparł jasno Riverwind.
   Oczy Catchflea, ocienione teraz derką, szukały oczu towarzysza.
- To herezja, przynajmniej dla niektórych.
- Być może.
- Czy starzy bogowie do ciebie przemówili?
- Nie, lecz ja widzę rękę Paladine, Majere i Mishakal wszędzie wokoło. Jak myślisz, skąd pochodzi twój dar przepowiadania?
- A skąd mam wiedzieć? Jestem tylko Catchflea Głupiec, Catchflea Tępak.
   Wykrzywił twarz.
- Kpisz ze mnie. Powinieneś się zwać Catchflea Lis – powiedział Riverwind.
   Położył się na plecach a przed oczami miał teraz cały nieboskłon.
- Kiedy uzyskałeś dar przepowiadania?
- Miałem może dwadzieścia lat. Wracałem właśnie po znalezieniu czwartej i ostatniej gwiazdy a to zawiodło mnie głęboko w lasy Qualinostu. Rozpaczliwie chciałem poznać prawdę. Nasza wiara, Wiera Que-Shu była bezużyteczna, tak? Czułem, że i moje życie staje się bezwartościowe więc wspiąłem się potężny dąb i przygotowałem do śmiertelnego skoku.
- Co zmieniło twoje zamiary? – spytał Riverwind.
- Pragnienie życia było we mnie wciąż mocne. Wisiałem tylko na czubkach palców a między mną a śmiercią było tylko moje wahanie. Wciąż pragnąłem prawdy i wtedy właśnie pojawił mi się bóg Majere.
   Riverwind spojrzał badawczo, był zdumiony.
- Nie w ludzkiej postaci – dodał szybko Catchflea – Słyszałem ogromny głos i czułem… obecność, tak? Majere rzekł żebym nie desperował, że bogowie to nie jakieś tam legendy i że moje życie ma cel. Jaki cel, spytałem. Nie możemy ze śmiertelnikami mówić otwarcie, odparł Majere a głos boga wypełniał całe niebo wokoło, Lecz istniejemy. Dążyć do tego by odzyskać to, co śmiertelni odrzucili. Musisz dążyć do prawdy. Prawda jest ostatnim aktem walki dobra ze złem. Zmagania dopiero się zaczną.
   Catchflea pokiwał głową.
- Czterdzieści już lat minęło a przecież pamiętam każde słowo, jakie bóg powiedział.
   Riverwind przyjrzał się towarzyszowi. Nie pozostał żaden ślad głupiego, nieokrzesanego starca. Nie w opowieści Catchflea.
- Doznałeś wielkiego zaszczytu – powiedział – Nikt z ludzi jakich poznałem, nie rozmawiał nigdy z prawdziwym bogiem.
- Zszedłem z drzewa… niezwykle ostrożnie… i zawołałem głośno. Jak mam walczyć o prawdę, Wielki Majere? A wtedy właśnie z dębu spadły trzy żołędzie i legły u moich stóp. Zabierz te nasiona a one wskażą ci drogę, odezwał się głos. Nim wróciłem do wioski pojąłem już, że przyszłość mogę zobaczyć przez rzut żołędzi. Zrozumiałem też, jak śmiertelnie groźny może się okazać mój dar. Starszyzna naszego ludu nie pozwoliłaby mi cierpieć dalszego żywota gdybym wszystkim oznajmił poznaną prawdę.
- A więc udałeś głupca.
   Catchflea radośnie pokiwał głową.
- To było bardzo łatwe. Większość i tak już miała mnie za marzyciela, tak? Pozwoliłem, by urosła mi dzika broda i zacząłem ubierać się dziwaczne szmaty. Dzieci przezwały mnie Catchflea. Dla dobra prawdy, bez żalu znoszę takie przezwisko.
- Też tak cię nazywałem. Wybacz.
   Riverwind położył wielką dłoń na ramieniu starego mężczyzny. Wielu spraw teraz żałował a najbardziej chyba ostrych słów, które wyrwały mu się rankiem poprzedniego dnia.
- Nie kłopocz się. Ja jestem Catchflea – podrapał się dla podkreślenia i udowodnienia swych słów po czym zmienił temat – A co z Goldmoon? Wie, że kocha heretyka?
- Tak naprawdę, to sama jest heretyczką. Jej własna matka objawiła się jej w Sali Śpiących Dusz i wyznała fałszywość religii Que-Shu.
   Twarz Catchflea wyrażała ogromne zaskoczenie.
- kapłanka ludu jest heretyczką? Czy wódz o tym wie? – bełkotał.
- Arrowthorn słyszy i widzi tylko to, co mu odpowiada. Zatrutych podszeptów Loremana słucha równie często jak dobrych rad własnej córki. Miłość do niej pozwala mu tolerować moje starania o jej rękę. W przeciwnym razie już dawno temu byłbym ukamieniowany lub przegnany – smutno stwierdził Riverwind.
- Przegnany? Tak ,jak teraz, rozumiem – uprzejmie zauważył Catchflea.
- Wódz uważa, że obarczył mnie zadanie niemożliwym do wykonania. Ale ja dam radę i przez to przebrnę – Riverwind chwycił dłoń starca – Rozumiesz, wierzę, że wolą starych bogów jest byś mi towarzyszył w tej wyprawie. Słyszałeś głos Majere a dzięki niemu spoglądasz w przyszłość. Razem, przyjacielu, znajdziemy dowody.
   Uwolnił jego dłoń a catchflea z wdzięcznością zaczął ją masować.
- A jeśli chodzi o Goldmoon – powiedział cicho Riverwind – Nasza miłość nie wiąże się ze zwyczajami plemienia czy prawami wioski. Moje życie jest przyrzeczone Goldmoon, a jej życie mnie.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#3 2018-09-05 10:40:32

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 682

Re: Riverwind z równin

Rozdział 3

Idź w ślad i schodź

   Riverwind stał na skraju rozpadliny. Poniżej, ukryte w kłębiącym się dymie, krążyło coś śmiertelnie groźnego. Stał tak, aż usłyszał słodki głos wołający jego imię.
- Goldmoon!
   Po drugiej stronie rozpadliny czekała Goldmoon. Jej delikatna bała szata i jasne włosy powiewały na wietrze. Żałośnie go nawoływała. Riverwind czuł się bezradny, desperacko pragnął się do niej dostać. Nie było drogi – żadnego mostu, liny, nawet pnączy po których mógłby się wspiąć. Za plecami Goldmoon ukazały się wysokie postacie. Jedna to Loreman, druga… jej ojciec, Arrowthorn. Chwycili ją za ręce i odciągnęli wstecz. Walczyła, lecz byli silniejsi. Serce Riverwinda szalało. Musi się przedostać! Pójdzie wstecz i znajdzie inną drogę.
   Odwrócił się gwałtownie a za plecami ukazał się, krzywiąc się nienawistnie, Hollow-sky. Był trupio blady a odzienie miał poplamione grobowym mchem. Bez jednego słowa rozpoczęli walkę. Riverwind był większy, lecz siła martwego mężczyzny była nieugięta. Riverwind został odpchnięty. Zaparł się piętami i ugiął kolana próbując dopaść Hollow-sky na wysokości piersi by zyskać jakąś przewagę. Nie pomogło. Po chwili pięty myśliwego wisiały w powietrzu. Jednym, silnym ruchem Hollow-sky wrzucił Riverwinda w rozpadlinę.
   O dno uderzył niemal natychmiast. Z zaskoczenia nie mógł nawet się za bardzo poruszać. Dym wypełnił mu oczy i nos. Dźwięki ruchu jakoś przebiły się do świadomości oszołomionego umysłu. Krew Riverwindowi zlodowaciała gdy usłyszał potężne wycie.
   Wilki! Były wszędzie dokoła. Chciał wstać, podnieść się na kolana, lecz dopadły go jednym, dzikim, cichym ruchem.  Riverwind łamał im kości gołymi dłońmi, lecz kły szarpaly mu ramiona i nogi. Wilki go powaliły na plecy i przygniotły. Największy z nich zbliżył się do jego postaci rozpostartej na kształt orła. Kyanor. Łeb zwierza opadł niżej, czerwony oczy wwierciły się w spojrzenie Riverwinda. Ostre jak noże kły przebiły gardło mieszkańca równin…
   Riverwind usiadł z takim rozpędem, że łokciem uderzył w wapienny głaz za swymi plecami. Koszmar senny. Oddycha ł ciężko i chrapliwie wypuszczając całe kłęby pary z ust prosto w górskie powietrze. Catchflea, gdzieś całkiem blisko, chrapał śpiąc snem sprawiedliwego.
   Uspokój się, powiedział do siebie. To nie było rzeczywiste.
   A może i było?
   Riverwind usłyszał dziwny szelest, gdzieś na mrocznej skarpie, a potem dźwięk spadających kamyków. Groza snu powróciła, lecz zdołał ją opanować. W tamtym kozmarze był bezbronny. W budzącym się świecie zdecydowanie bezbronny nie był.
- Pst, Catchflea! – szepnął sięgając po szablę.
   Stary mężczyzna stracił na chwilkę rytm chrapania, po czy wrócił do normalego dźwięku pracującej piły.
- Obudź się! – powtórzył Riverwind wzmacniając wypowiedź lekkim kopniakiem.
   Catchflea chrapnął i otworzył szeroko oczy.
- Co…? Ciemny poranek, tak?
- Ćśś! Ktoś tu jest!
- A kto by tu łaził. Wększość podróżnych unika gór.
- Nocni Biegacze – ponuro stwierdził Riverwind.
- Wilki? Co mam robić?
- Ty, nic. Zostań tutaj!
    Riverwind jednym, gładkim ruchem dobył szabli i jednocześnie przetoczył się do pozycji stojącej acz lekko wciąż był przykucnięty. Wysiłał teraz wszystkie zmysły wprawnego myśliwego, lecz nie słyszał nic. Noc była cicha.
   O tej porze nie świecił żaden z księżyców Krynnu a gwiazdy w najlepszym razie były tylko kiepskimi lampkami. Riverwind sprawdził lekko nachyloną powierzchnię kamiennego stoku. To mógł być polujący nocą lis, albo jakiś ptak. Albo wyłącznie jego własna wyobraźnia pobudzona strasznym snem.
   Już prawie przekonał sam siebie, że tam nic nie ma gdy nagle usłyszał kolejny dźwięk: delikatne podzwanianie metalu, jakby łańcucha… lub rękojeści miecza o pancerz? Dźwięk dobiegł z przodu, gdzieś z lewej. Riverwind przycisnął się do krawędzi głazu i powoli przesuwał w stronę tego dźwięku.
   Coś skrobnęło skałę za jego plecami. Wywinął szablą cięcie do tyłu. Klinga uderzyła w kamień o cal od nosa Catchflea.
- Kazałem ci zostać na miejscu! – wściekle szepnął Riverwind.
- Coś zobaczyłem! – syknął starzec.
- Co?
- Błękitne światło, coś jak błędny ognik.
- Gdzie?
   Catchflea wyciągnął ramię.
- O. tam.
- Pójdę łukiem w lewo. Pozostań tutaj, chyba że chcesz żebym przyciął ci brodę w bardzo brutalny sposób.
   Riverwind oddalił się od Catchflea na jakieś dwanaście jardów gdy ujrzał jaskrawe, błękitne światełko. Było nieduże i okrągłe. Ot, słaba poświata na wysokości kolan nad gruntem. Chwiało się trochę do przodu i do tyłu, lecz się nie oddalało. Riverwind zbliżał się w pozycji mocno pochylonej. Zbliżył się i ujrzał niejasny kształt ponad błękitnym światłem. Kształt ten byż zbyt drobnej konstrukcji by mógł być Kyanorem czy którymkolwiek z jego watahy.
   Cisza pogoni nagle się urwała gdy zwierzyna Rverwinda potknęła się i upadł z głośnym brzękiem. Nosi kolczugę, pomyślał myśliwy. Uchwyciwszy mocniej szblę pognał w stronę światła. Pokruszony łupek pod stopą omal nie spowodował upadku Riverwinda, lecz myśliwy tylko odskoczył w bok i utrzymał się w biegu.
   Na ziemi leżała słabo świecąca kula wielkości głowy Riverwinda. Ostrożnie dotknął ją czubkiem klingi. Dodana też była spiżowa rękojeść. Jakiś rodzaj lampy. Riverwind podniósł ją. Kula była bardzo lekka. Błękitny blask mącił się i wrzał wewnątrz gdy myśliwy obracał w dłoni dziwny przedmiot. Dreszcz przeszedł od dłoni do ramienia Riverwinda i natychmiast odrzucił kulę na ziemię. Nie miał czasu na zabawy z magicznymi przedmiotami.
   O kilka jardów dalej przez otwartą przestrzeń przemknął cień. Porzuciwszy ukrycie Riverwind pognał za wykrętnym intruzem. Słabo widoczna postać prowadziła do ich własnego obozu. Intruz zatrzymał się wystarczająco długo by chwycić jelenią torbę Riverwinda i z nią uciec.
- Stój! – wrzasnął myśliwy – Rzuć to!
- Ucieka tędy! – zawołał Catchflea.
- Padnij, Catchflea!
   Riverwind złapał kanciasty kamień i cisnął w stronę, gdzie słyszał odgłos biegnących stóp. Dał się słyszeć odgłos uderzenia i cienki spazm bólu. Riverwind krzyknął tryumfalnie i runął w stronę intruza. Przebiegł jednak tylko kilka kroków i wpadł na Catchflea.
- Uff! Uważaj!
- Patrz pod nogi… ouu! Uważaj na klingę…
   Riverwind wyplątał się akurat na czas, by zobaczyć sylwetkę złodzieja jak prostuje się i rusza po głazach na wschodnim brzegu polanki. To coś miało znaną wszystkim formę: głowa, dwa ramiona, dwie nogi, lecz nie dało się stwierdzić, czy to człowiek, krasnolud czy kender. Intruz na moment się zatrzymał po czy przeskoczył skałę i zniknął z oczu.
- Oddawaj moją torbę! – wrzasnął Riverwind.
   Prawie wszystko, co posiadał, a niewiele tego było, mieściło się w tej torbie. Wraz z Catchflea byli już na nogach.
- Bierz derkę i chodź za mną – pośpiesznie zawołał Riverwind.
   Schował szablę do pochwy i ruszył w stronę skał, za którymi zniknął złodziej. Skały były poszarpane i kanciaste, lecz Riverwind wdrapał się na ich szczyt. Przyklęknął na brzegu skały i usiłował wzrokiem przebić ciemność. Zupełnie, jakby zaglądał w źródło północy,
   Z ciemności nagle wyleciał kamień i uderzył go jak żądło, prosto w brodę. Starcił równowagę, siadł twardo i zaczął się ześlizgiwać. Zwolnił ześlizgiwanie przez wbicie pięt w podłoże. Po chwili jednak stwierdził, że przecież i tak musi zejść na dół a taki ślizg jest całkiem łatwy.
   Nachylenie się skończylo, lecz miast twardego podłoża poczuł Riverwind pod stopami tylko pustkę. Podczas gdy nogami wierzgał w powietrzu, jednocześnie usiłowal oburącz chwycić się czegoś, co zatrzymało by spadanie, wokoło były tylko luxne kamyki. Zsuwając się po takim żwirze Riverwind wpadł w pustkę i spadał, i spadał, i spadał.
- Catchflea, uważaj! – było wszystkim, co zdołał wrzasnąć.
   Powolne sekundy mijały a Riverwind spasał stopami w  ciemność. W każdej chwili mógl trzasnąć i rozbić się o twarde podłoże.
   Machał ramionami i nogami, i ciągle spadał, a powietrze wokół płynęło szarpiąc rękawy i nogawice i owijając ciasno wokół kończyn. Szybko zorientował się w czymś jeszcze: otóż spadal za wolno – o wiele za wolno. Prędkość opadania wyglądała na nie większą niż prędkość biegu po zwykłym zboczu. A może to tak bardzo zgęstniało samo powietrze, oblepiało go moż e niczym syrop, i spowolniało upadek? Coś zdecydowanie go spowalniało. I z całą pewnością, nie było to nic naturalnego. Magia.
   Uświadomienie sobie tego było wystarczająco przerażające by się natychmiast ciężko spocił. W czasie dalszego spadku zdołał jednak strach opanować. Popatrzył w górę. Nawet nie mógł dostrzec dziury w którą wlecial. Wokoło były tylko mgliste sugestie istnienia szybko przesuwających się ścian, kiedy jednak chciał ich dotknąć natychmiast stracił równowagę i wywinął stopami nad głową. Po kilku wściekłych ruchach odzyskał pozycję i od tej chwili trzymał już ramiona szeroko rozłożone.
   Nie miał pojęcia, jak długo już spada. Nie odczuwał samego czasu.Nie było nic, tylko wiatr i ściany otaczające spadającego mieszkańca równin.
- Dokąd ja spadam? – spytał głośno.
- I jak dostaniemy się znów na górę? – odparł nieco odległy głos z góry.
- Catchflea, to ty? – spytał Riverwind.
- To ja, tak.
- Gdzie jesteś?
- Powiedziałbym, że jakieś trzydzieści stóp nad tobą.
   Riverwind próbował go dostrzec, lecz było zbyt ciemno.
- Też wpadłeś dp tej dziury? – spytał głośno.
- Nie. Wskoczyłem za tobą.
- Co takiego!
- Pamiętasz, co powiedziały żołędzie, że mam iść za tobą i zejść, tak!
- Zawsze robisz, co ci te żołędzie każą? – spatał Riverwind.
- Zawsze, duży człowieku.
   Riverwind potrząsnął głową niedowierzając. Dziwna sprawa, bowiem poczuł się nieco lepiej wiedząc, że w tym wariackim spadaniu nie jest sam. Ponownie spłynął z góry głos catchflea.
- Jak dostaniemy się na górę?
   Poniżej pojawiło się błękitne światło. Riverwind zapalczywie skłonił się w pasie byle tlko lepiej mu się przyjrzeć. Światło miało ten sam kolor co dziwna kulka jaką znalazł na górze. Poświata zbliżała się szybko. Po chwili, to coś… a może, ktoś… przeleciało obok. To była kolejna kula. Taka sama jak poprzednia, tylko że ta była zamocowana rękojeścią do ściany.
   Upadek trwał już tak długo, że Riverwind zaczął się niecierpliwić. Błękitna kula zniknęła gdzieś nad głową. W jej poświacie mógł nawet zobaczyć Catchflea obramowanego delikatną aurą. Kiedy kolejna lazurowa kropka pojawiła się daleko poniżej jego stóp, Riverwind zdecydował że spróbuje kopnięciem ją oderwać. Chciał zabrać ze sobą coś, co oświeciłoby mu otoczenie. Wymierzył wzrokiem swą pozycję. Kula powinna się znaleźć w zasięgu wyciągniętych palców.
  Stracił niepewną równowagę gdy tylko sięgnął ramieniem. Walnął mocno w ścianę i się od niej odbił. Dłoń tylko lekko stuknęła kulę. Nie było szansy by ją pochwycił. Kula szturchnięciem się uwolniła z uchwytu, lecz miast spadać dalej razem z myśliwym, odpłynęła w górę. Ledwie, ledwie minęła Starego mężczyznę wciąż jeszcze spadającego śladem Riverwinda.
- Co to było? – zawołał przestraszony Catchflea.
   Gdy tylko Riverwind wyjaśnił stary człowiek zakrzyczał.
- Nie mieszaj się do nich! Możesz przeszkodzić magii dającej nam taką poduchę przed upadkiem.
   Powietrze, dotąd rześkie i chłodne przez całą drogę na dół, stawało się powoli cięższe i cieplejsze. Riverwind szybko minął w locie cały szereg pierścieni z ogniście gorącego kamienia. Promieniowały one ciemno czerwonym ciepłem. W takim niepewnym oświetleniu mógł jednak spostrzec, że szyb jakim leci ma około osmiu stóp szerokości. Ściany natomiast gładko polerowane.
   Słyszał okrzyk Catchflea gdy ten przelatywał między pierścieniami. Rzucił mu parę słów otuchy. Zdecydował się na ostatnią próbę spowolnienia lotu. Wyciągnął nóż i usiłował wbić go w twardy kamień ścian. Utwardzana ogniem klinga noża skrzesała snop iskier, lecz poza adrapaniem powierzchni wiele nie zdziałała. Riverwind stracil chwyt na rękojeści i nóż wypadł mu z ręki. Spadał o wiele szybciej niż on sam. Parę sekund później usłuszał uderzenie noża o podłoże. Nóż w coś uderzył. Może w dno?
   Nagle, ni stąd ni z owąd, szyb zwęził się do wąskiej szyjki, zupełnie jak w lejku. Dziwna siła powodująca spowolnienie spadku Riverwinda teraz omal go w powietrzu nie zatrzymała.Skrzyżował ramiona na piersi i prześlizgnąl się przez zwężenie uderzając tylko lewym biodrem i ramieniem zanim wylądował w komorze poniżej. Nogi się pod nim załamały a przed oczami rozbłysły gwiazdy.
   Wystarczająco długo leżał ogłuszony by coś miękkiego opadło na jego ciało. Po zapachu rozpoznał swoją własną, końską derkę. Piętami w dół doleciał do szyjki lejka Catchflea. Na parę sekund zawisł na palcach po czym puścił. Stary wróżbita wylądował z hukiem prosto na piersi Riverwinda.
- Bardzo przepraszam! Nie zraniłem cię chyba, tak? – spanął.
   Riverwind zakaszlał i spokojnie zdjął z siebie kościstego starca.
- Żadnych złamań – odparł – Biorąc pod uwagę długość upadku to chyba powinniśmy za to podziękować bogom.
   Próbował wstać, lecz w głowie mu zawirowało i szybko usiadł.
- Głowa mi lata jak sucha tykwa na wietrze – powiedział łapiąc się oburącz za głowe.
- Też mam zawroty, tak – wybełotał Catchflea.
   Leżał teraz płasko na plecach. Podniósł rękę i wskazał na sklepienie.
- Tam jest dziura przez którą tu wlecieliśmy, tak. Myslisz, że zdołamy ją stąd dosięgnąć?
   Riverwind przysiadł na udach i popatrzył na otwór w górze.
- To jakieś dwadzieścia stóp – powiedział – Nawet gdybyś stanął mi na ramionach to i tak nie mógłbyś sięgnąć.
   Nagle zorientował się, że dziwnym trafem wszystko wokoło jest doskonale widoczne. Komora była oświetlona przez błękitne kule. Lampy – każda wielkości głowy Riverwinda – zostały nieregularnie zamocowane na ścianach. Prawie tuzin z nich świeciło, lecz większość pozostała ciemna.
   Komora była okrągła, miala pewnie czterdzieści stóp średnicy. Ściany i dno były z bazaltu, ciemnego i gładkiego bazaltu, a tu i ówdzie błyskała w nim mika. Za plecami Catchflea był otwór wyjściowy oświetlony błękitną kulą. Ziemia przestała się chwoać pod stopami Riverwinda więc wstał. Kolana miał znowu solidne. Zachwiał się lekko, wyciągnął rękę do Catchflea i pomógł wstać staremu wróżbicie.
- Co to za miejsce? – spytał Catchflea.
- Nie umiem powiedzieć. Czymkolwiek jest, nie podoba mi się.
Och? Żyjemy przecież, tak?
- Tak. Tylko jak długo jeszcze? Jak mamy stąd wyjść? – mamrotał Riverwind.
   Powlókł się do ściany i dotknął święcącej kuli samym czubkiem palca. Nieruchome dotąd światło zaczęło się we wnętrzu kuli wiercić i kręcić i w ogóle poruszać tak, jakby chcialo uniknąć punktu dotkniętego przez Riverwinda.
- czym są te rzeczy? – zastanawiał się głośno.
   Catchflea był już przy kolejnej kuli. Podniósł ją ze skalnego łoża ukształtowanego jak czarka i trzymał teraz na długość całego ramienia.
- Przynajmniej mamy światło – powiedział starzec – Idziemy?
   Riverwind zabrał rękę od źródła luminescencji i światło wyraźnie się uspokoiło.
- Dokąd?
- Szukać drogi wyjścia, tak.
   Catchflea podniósł derkę Riverwinda i ciasno ją zwinął. Powstały w ten sposób pakunek zarzucił sobie na ramię. Riverwind wydobył szblę i ruszył w stronę tunelu.
- Nie chcesz lampy? – spytał Catchflea.
- Nie. W tych rzeczach jest coś, co mnie niepokoi.
   Riverwind wkroczył do przejścia. Tunel ciągnął się całkiem daleko. W nieregularnych odstępach można było zobaczyć świecące kule. I znów sporo z nich było ciemnych. Uważnie obserwował sklepienie i ściany i poszukiwał znaków mogących powiedzieć, kto ten tunel wykonał. Jakiego rodzaju istoty mogły zamieszkiwać w tak ponurym, podziemnym miejscu?
   Droga była lekko nachylona i wiodła w dół. Riverwind już podniósł dłoń do ust by zacząć jakieś nawoływania gdy Catchflea delikatnie jednak go powstrzymał. Lepiej według niego było zachować ciszę.
- Słuchałem już opowieści wszelkiego rodzaju na temat  złych istot zamieszkujących takie miejsca – górnicze gobliny, koboldy czy stukostrachy. Ci, którzy wtargną w ich domeny zadko tylko uchodzą z życiem.
   Riverwind spojrzał wstecz. Twarz starego mężczyzny była blada i bez krwi. W dziwnym świetle lampy wyglądał jak duch. Nie żartował. Riverwind posuwał się naprzód ze zdwojoną ostrożnością, wciąż plecami do twardej, zimnej ściany.
   Jeśli nie liczyć dziwnych lamp, to w tunelu nie było zbyt duzo do zobaczenia. Sklepienie było łukowe a ktokolwiek ten tunel wyciął musiał być zdecydowanie niższy od Riverwinda. Mysliwy musiał się ciągle schylać by uniknąć uderzenia w kolejne lampy. Dno tunelu pokryte było kurzem. Odwróciwszy się do Catchflea Riverwind zauważył własne ślady w tum kurzu.
- Połóóż to światło na dole, stary – powiedział z napięciem w głosie – Muszę coś zobaczyć.
   Przykucnęli w środku przejścia.
- Popatrz, tutaj są odbicia moich mokasynów – wskazał Riverwind.
   Duże, płaskie mokasyny mysliweg tworzyły spore ślady, jakby smugowe, na zakurzonyej posadzce.
- A te są twoje.
   Poszarpane obuwie Catchflea, powiązane rzemieniem jak i jego ubranie, pozostawiało zupełnie inne ślady.
- A tutaj – wskazał Riverwind – mamy trzeci zestaw.
   Mówił to wszystko szeptem. Było pewne, że właściciel trzeciego tropu szedł tędy. Ślady wyglądały zupełnie normalnie, choć były nieduże i smukłe. Być może dziecko? Ten trzeci wyprzedzał dwójkę mężczyzn i gnał dokładnie środkiem tunelu. I rzeczywiście biegł; ślady palców stóp odbite były wyraźnie a palce były rozstawione szeroko. Śladów pięt praktycznie nie było.
- Złodziej, tak? – szepnął Catchflea.
   Riverwind poważnie skinął głową. Intruz celowo wskoczył do dziury, wiedząc, że zaklęcie opuści go aż do tego miejsca. On i Catchflea znaleźli się teraz na terenie złodzieja. Ostrożność była co najmniej wskazana. Riverwind ścisnął mocniej szablę i wznowili marsz.
   Tunel raptownie skręcał w prawo. Kule na tym odcinku wszystkie były ciemne, co pozostawiło Riverwinda i Catchflea w ciemności. Nie zależnie od średniej temperatury wojownik obficie się pocił. To było przygniatające, te wszystkie zamknięte tunele, zwłaszcza zaś od chwili gdy Riverwind zorientował się jak wiele skały ma nad głową. Teraz te skała, cięzka i nie do przebicia, dociskała go do dołu, prasowała. Riverwind lekko wyprostował zgarbioną sylwetkę i od razu dotknął głową sklepienia. Twardego sklepienia. Mocnego.
- Czy ten tunel nie robi się mniejszy? – spytał z napięciem.
- Nic takiego nie zauważyłem – odparł Catchflea.
   Riverwind poruszył się niezręcznie. Nie mógł wyprostować się w tym tunelu.
- mieszkańców równin nie storzono do bycia kretami – mruknął i obrócił się do Catchflea – Chcę stąd wyjść. Chcę widzieć niebo, poczuć witr na twarzy. I chće stać prosto!
- No i jak się tam dostaniesz, olbrzymie? Polecisz do góry tamtym szybem, tak? – Riverwind już miał na wargach jakąś gorzką replikę, lecz starzec tylko uśmiechnął się rozbrajająco – Twój lęk nie jest rzeczywisty, przyjacielu. Na razie nie ma żadnego zagrożenia.
- Ja czuję… zbliża się!
- A więc jesteś taki, jak ja. Nie zważaj na to. Ja opanowałem swoje lęki. Jeśli ja mogę to zrobić to ty, tym bardziej, tak.
   Riverwind wziął parę głębszych wdechów. Stary wróżbita miał rację. Tunel był solidny, żednego niebezpieczeństwa zawału tu nie ma. Nie było powodu do lęku. Powiedział to na głos.
- Nie ma powodu do lęku.
   Gdzieś przed nimi dało się słyszeć lekkie kroki. Catchflea chwycił Rverwinda za ramię, spojrzenie wyrażało czyste zaskoczenie. Riverwind skinął głową. Złodziej był już niedaleko. Jeśli on potrafił poruszać się po takiej atramentowo czarnej dziurze, to z całą pewnością syn Wanderera też sobie da radę.
- Stój, złodzieju! Zostań gdzie jesteś! – ryknął Riverwind.
   Dx1)ięk jego głosu powoli gasł w tunelu. Kroki chyba ucichły, po czym przyśpieszyły. Dziwaczny, metalowy dźwięk był teraz wyraźniejszy niż początkowo.
- Za nim – powiedział Riverwind do Catchflea.
   Potruchtał pasażem z szablą w dłoni. Podłoże było tu nachylone troszkę bardziej niż przedtem. Riverwind zwolnił. Nie miał zamiaru wpadać w pułapkę kolejnej dziury. Tunel ponownie skręcił w lewo. Po ścianie przeleciał cień dziwacznego kształtu. Kiedy zniknął, ustał też odgłos kroków złodzieja. Riverwind wyszedł zza rogu i został oślepiony jaskrawym światłem. Szyko uniósł rękę i osłonił oczy.
- Co tam jest? – syknął Catchflea.
- Komnata. Piekielnie jasne światło!
   Powoli oczy do tej iluminacji przywykały. Riverwind opuścił rękę.
- Chodź tu, Catchflea, ale bądź cicho.
   Wślizgnęli się do bardzo dużej komnaty o wysoko ukieszczonym sklepieniu. Światło pochodziło ze sporej, dysko kształtnej lampy, która zwisała ze sklepienia na spiżowych łańcuchach. W jej wnętrzu płonął ogień zalewając komnatę światłem. Riverwind posuwał się naprzód przyklejony do ściany i uważnie rozglądał na wszystkie strony. Komnata nie miała regularnego kształtu. Wszędzie dokoła walały się sterty dóbr przeróżnego rodzaju. Wyglądło to wszystko, jakby było posortowane w zależności od materiału z jakiego coś wykonano. Sporo było rzeczy drewnianych: tyki, rączki narzędzi, deski szalunkowe, gonty, belki przeróżnych grubości z widocznymi otworami na czopy. Za rzeczami z drewna sporo było wyrobów ze skóry: stare buty, obuwie poszarzałe od pleśni, pasy, rękawice, nogawice, kołczany, szpiczaste czapki jakie noszą leśnicy, rzemienie, paski, istny miszmasz wyrobów o różnej jakości, od opłakanej do doskonałej.
   A było tego więcej. Wiklinowe kosze i glazurowane garnki. Dzbany smoły, pszczelego wosku i mydła. Wszystko razem przywodziło na myśl magazyn sporego handlarza. Riverwind i Catchflea błąkali się między stertami dóbr, zastanawiając się nad rozumem złodziei kradnących stare buty a nie złoto.Riverwind skierował kroki w na prawo a stary mężczyzna poszedł wąską ścieżką w lewo. I właśnie tam, niedbale ciśnięta między trzy sztuki domowej roboty lnu, leżała torba naramienna Riverwinda. Rzemienie wciąż miała zaciśnięte więc i zawartość była nietknięta.
- Tutaj! Znalazłem! – chrapliwei zawołał Catchflea.
   Przy swoim wzroście Riverwind mógł widzieć wszystko ponad stertami zgromadzonych rzeczy. Znalazł Catchflea i z uczuciem ulgi zarzucił torbę na ramię.
- Mnóstwo tu drewna. Może dałoby się zbudować coś w rodzaju drabiny? – powiedział Catchflea.
   Sięgnąl pod lamówkę połatanej koszuli i wydobył tykwę z żołędziami.
- Co ty robisz?
   Catchflea już klęczał na kamiennej posadzce.
- Staram się dowiedzieć, co mamy robić – odparł.
   Zaczął śpiewną inwokację nad żołędziami. Inny dźwięk – dźwię huczących głosów – nadpłynął z tuneli.
- Ktoś nadchodzi – szepnął Riverwind – Nie ma na to czasu.
   Szabla sama wyskoczyła z pochwy. Masa głosów, rozchodzących się teraz tunelami, była coraz bliżej, stawała się głośniejsza. Mówiący chyba nie przejmowali się faktem, że mogą zostać dosłyszeni. Mowili głośno, chrapliwie.
   Riverwind gestem nakazał Catchflea pozostać nisko a sam na palcach obszedł stos desek i się nań wspiąl. Leżąc płasko na deskach Riverwind rozejrzał się w stronę wejścia. Nadchodziło sześć postaci. Pięc miało na sobie jasne, stalowe pancerze zarówno na piersiach jak i na nogach. Nosili hełmy, dziwacznie ukształtowane hełmy, przypominały wysokie, podzielone stożki. Szósta osoba była niższa i nosiła luźną koszulę i kilt wykonany z jakiegoś połyskliwego, czarnego materiału. Kark koszuli wyrastał w górę i przechodził w kaptur zasłaniający teraz twarz. Osoba ta był trzymana w mocnym chwycie jednego z wiekszych żołnierzy. Usiłowała też coś powiedzieć dość drżącym tonem.
   Riverwind nie rozumiał ich mowy. Mówili językiem jakiego jeszcze nigdy nie słyszał. Najgłośniejszy z żołnierzy, zapewne przywódca, stał i rozglądał się uważnie po komnacie. Ostro o coś zapytał mniejszego w czerni. Kiedy odpowiedź nie nadchodziła przywódca natychmiast uderzył krótkim, metalową pałką. Riverwind się wzdrygnął . Nie lubił okrucieństwa, niezależnie zresztą od jego powodów.
   Niski człowieczek mówił powoli, gestami wskazywał na sterty dóbr dokoła. Urywanymi słowami w bardzo ostrym, gniewnym tonie przywódca wskazał kierunek z którego nadeszli Riverwind i Catchflea a potem kierunek z którego sami nadeszli. Nieduży człowiek wydał kilka, żałosnych dźwięków. Przywódca złapał go za koszulę i cisnął w ręce pozostałych żołnierzy. Pociągnęli protestującego ze sobą.
   Riverwind zsunął się na dół i dopadł Catchflea kryjącego się pod stertą lnu. Zasygnalizował krótko – chodź za mną, gęba na kłódkę. Przemknęli przejściem równolegle do żołnierzy i ich podzwaniającego jeńca. Zawsze starali się, żeby coś ich ukrywało przed wzrokiem obcych. W samym centrum komnaty była pusta przestrzeń. Dwóch żołnierzy zaciągnęło tam siłą jeńca i powaliło na kolana. Przywódca podszedł z boku niosąc obnażony miecz.
   Riverwind ruszył do akcji. Umiał rozpoznać nadchodzącą egzekucję.
- Ha! – wrzasnął wypadając na otawrte pole.
   Żołnierze się cofnęli. Byli zdecydowanie niżsi od mieszkańca równin, którego wzrost wyraźnie ich zmieszał. Dobyli krótkich mieczy i ustawili się szeregiem, jeden obok drugiego. Opancerzone ramiona oparły się o siebie. Hełmy mieli już zamknięte, kute przyłbice nosiły wizerunki stylizowanych twarzy z wytłoczonymi minami i uniesionymi brwiami. Skazany człowiek, którego tożsamość wciąż pozostawała ukryta pod kapturem, wskazał na Riverwinda i zagadał szybko. Riverwind nie potrzebował nawet tłumacza by zrozumieć tryumfalne:
- Mówiłem wam!
   Przywódca żołnierzy stanął z przodu. Podniósł krótki, ciężki miecz.
- No dobra, byczku – mruknął Riverwind – Dobry jesteś przeciw nieuzbrojonym. Popatrzmy jak będziesz przeciwko mnie.
   Był od nich o co namniej dwie stopy wyższy, jego szabla też miala długość dwukrotnie większą niż ich krótkie miecze. Tyle, że było ich pięciu. Przywódca warknął jeden rozkaz. Żołnierze ustawili się za plecami Riverwinda i wystawili nań tępe końcówki mieczy.
- Przyjacielu – rzekł Riverwind do ocalonego chwilowo jeńca – Ocaliłem ci kark, lecz może mnie to kosztować mój własny.
   Mały człowiek, wciąż jeszcze na kolanach, spojrzał na wojownika z pytającym nachyleniem głowy.
- mam nadzieję, że jesteś dobrą osobą. Nie chciałbym umierać ratując łajdaka.

   Przywódca zaatakował Riverwinda szerokim cięciem przez pierś. Wojownik sparował i odskoczył. Pozostali żołnierze dołączyli do walki, lecz serca do niej mieli. Riverwind wrzasnął na nich i odskoczyli, już więce w zasięg szabli nie weszli.
   Wymieniał teraz cięcia z przywódcą. W pewnej chwili jego szabla przejechała po dziwnie uśmiechniętym hełmie. Przeciwnik zachwiał się i odskoczył potrząsając głową. Riverwind zaatakował wrzeszcząc głośno wojenne zawołanie Que-Shu. Przestrzeń w komnacie aż zadzwoniła.
   Dwie, szybko następujące po sobie niespodziani, zmieniły całkiem przebieg walki. Nieduży, nieuzbrojony obcy zerwał się z kolan i szybko odskoczył z drogi, jakby wystraszył się walczących. Kiedy tak odskakiwał byle dalej od ryzyka zranienia to kaptur, dotąd skrywający twarz, opadł na plecy. Riverwind spojrzał i na chwilkę zamarł zaskoczony.
„On” to była ona! Czupryna krótkich, sztywnych włosów wyskoczyła spod kaptura i sterczała teraz na jej głowie. Ostro zakończone uszy wystawały z krótkiej fryzury. Riverwind nigdy jeszcze nie widział elfa, lecz słyszał o nich dość by wiedzieć, że ma przed sobą dziewczynę elfickiej krwi.
   Dokładnie w tym samym momencie, z solidnym kawałem drewna w ręku, pojawił się Catchflea. Usłyszał wojenny okrzyk Riverwinda i ruszył na pomoc.
- Jestem z tobą, wielki! – krzyknął odważnie.
   Nieszczęściem dla Catchflea pomiędzy nim a Riverwindem było czterech bojaźliwych żołnierzy. Najwidoczniej uznali, że głupio wyglądający starzec zagrożeniem dla nich nie będzie i wszyscy nań ruszyli. Kawał drewna wytrącono mu z rąk a on sam został powalony.
   Riverwind zbyt długo spoglądał na elfią dziewczynę. Przywódca żołnierzy trzepnął go z tyłu w głowę metalową pałką. Riverwind padł gliniane naczynia i rozszypał je z brzękiem po posadzce. Nim zdążył wydostać stopy z odłamków ceramiki dopadł go przywódca i ponownie walnął w głowę. Przed oczami Riverwinda zapłonęły wszystkie gwiazdy. Potem była już ciemność.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

Stopka forum

RSS
Powered by PunBB
© Copyright 2002–2008 PunBB
Polityka cookies - Wersja Lo-Fi


Darmowe Forum | Ciekawe Fora | Darmowe Fora
naprawa maszyn budowlanych Festiwal Gwiazd w Międzyzdrojach torby papierowe z nadrukiem grzejniki purmo we wrocławiu