DragonLance Forum

Forum dla fanów DragonLance, książek fantasy oraz RPG.

#1 2017-07-28 12:39:12

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 578

Mrok i Światło

Oto początek nowego tomu Preludiów. Tłumaczenie niestety będzie dość powolne.




DragonLance
Preludia Część pierwsza
Mrok i Światło
Paul B.Thompson oraz Tonya R.Carter
* * *


Rozdział 1

Rozstanie

   Jesień malowała Solace żywymi kolorami. Każda weranda i każde okno wypchane były czerwonym, pomarańczowym czy żółtym listowiem bowiem wszelki domy i sklepy w Solace gnieździły się w otulinie potężnych konarów drzew vallen, gdzieś wysoko ponad omszałym gruntem. Gdzieniegdzie widać było wolne przestrzenie w nadrzewnym mieście. Były to publiczne place miasteczka, miejsca w których jednego tygodnia odbywał się jarmark a w drugim występy wędrownej trupy artystów.
   Na jednym z takich placów, aktualnie skąpanych w słonecznym świetle, stały trzy osoby – jedna kobieta i dwójka mężczyzn. Dwa miecz poruszały się żywo w te i wewte i ostro odbijały podające na ostrza promienie słońca. Dwie osoby ostrożnie się nawzajem okrążały i szermowały nagłymi wypadami nagich ostrzy. Trzecia osoba stała z tyłu i obserwowała. Miecze ostro zgrzytały w całusach rozzłoszczonej stali.
- Dobra robota! – powiedział obserwujący Caramon Majere – Wspaniała parada, Sturm!
   Wysoki, młody mężczyzna z opadającymi, brązowymi wąsami tylko odmruknął z krótkim potwierdzeniem. Był jednak raczej mocno zajęty. Przeciwnik właśnie skoczył do przodu mierząc mu prosto w pierś. Strurm Brightblade ciął ostro w atakujące ostrze i jednocześnie szybko się cofał. Uderzenie minęło go może cal. Przeciwniczka Sturma aż się zachwiała tracąc lekko równowagę i rozstawiając szerzej stopy.
- Spokojnie, Kit! – zawołał Caramon.
   Przyrodnia siostra odzyskała równowagę z gracją zawodowej tancerki. Zebrała razem pięty w cichym trzasku skórzanych butów i obróciła się do Sturma szczupłym profilem jako jedynym celem.
- A teraz, przyjacielu – powiedziała – zaprezentuję ci sztuczkę jakiej można się nauczyć tylko praktykując walkę za pieniądze.
   Czubkiem miecza zaczęła Kitiara wycinać kółka w powietrzu. Raz, dwa razy, trzy razy – Sturm tylko obserwował śmiertelnie groźne ruchy. Caramon gapił się z otwartą szeroko gębą. Miał tylko osiemnaście lat i choć osiągnął, lub nawet przewyższył, rozmiary dorosłego mężczyzny to jednak głęboko w środku duszy pozostawał jeszcze chłopakiem. Dzika i już otrzaskana ze światem Kitiara była jego idolem. Miała w sobie więcej entuzjazmu i energii niż dowolnych dziesięciu mężczyzn razem wziętych. Z miejsca, w którym teraz siedział, mógł Caramon dostrzec każdą rysę na ostrzu Kitiary jakby stanowiły one wspomnienia po ciężkich bojach. Boczna powierzchnia ostrza błyszczała od częstego i dokładnego polerowania. Miecz Sturma dla kontrastu był tak jeszcze nowy, że nawet na jego rękojeści wciąż były widoczne błękitnawe odcienie wywołane krystalizującym stal ogniem kuźni.
- Uważaj na prawą – zawołał Caramon.
   Wolną dłonią Sturm ujął gałkę rękojeści i już czekał, jak przystało na Rycerza Solamnijskiego, na atak Kitiary zwrócony do niej przodem.
- Ha!
   Kitiara zawirowała na jednej nodze i przecięła powietrze wznoszącym cięciem miecza. Caramon wstrzymał dech gdy jej cięcie wzniosło się do szczytu ruchu. Sturm stał nieruchomo. Miecz dziewczyny mógł zakończył łukowy cios prosto na jego karku. Caramon zamknął oczy – usłyszał nagle potężny brzęk zderzającej się stali. Poczuł się głupio więc otworzył znów oczy.
   Sturm sparował cios najprostszym sposobem, bez żadnej finezji, po prostu rękojeścią w rękojeść. Stał teraz blisko z Kitiarą, miecze mieli zablokowane ostrzami do góry. Kiście Kitiary zadrżały. Nacisnęła mocniej i wolną ręką ścisnęła rękojeść miecza. Sturm siłą zmusił ją do opuszczenia gardy. Twarz jej pobladła a potem gwałtownie poczerwieniała. Caramon już znał te objawy. Ta przyjacielska potyczka nie szła po jej myśli i Kitiarę zaczęło to złościć.
   Poirytowana stanęła mocnie, uniosła gardę i natężyła się przeciw większej masi i sile Sturma. A jednak rękojeść jej broni wciąż opadała. Ostro rżnięta garda nowego miecz Sturma ocierała się jej o policzek. Z ciężkim sapnięciem Kitiara przerwała wysiłki. Oba miecze opadły końcami w zielony mech.
- Dość – powiedziała – Dziś ja kupuję ale. Powinnam być mądrzejsza i nie pozwolić ci na taki blokowanie mojej gardy! Chodźmy, Sturm. Po kuflu najlepszego Otikowego!
- Brzmi cudownie – odparł.
   Zwolnił miecz i postąpił krok wstecz wciąż ciężko dysząc. Gdy tylko się ruszył Kitiara wpakowała płaz swej broni między jego kolana. Stopy Sturma się splątały a on sam padł grzbietem w zieloną trawę. Miecz wypadł mu z dłoni a tymczasem Kitiara już stała nad nim trzymając trzydzieści dwa cale ostrza wymierzone w jego gardło.
- Walka to nie zawsze sport – powiedziała – Miej zawsze oczy otwarte i miecz trzymaj krzepko, dłużej pożyjesz.
   Sturm popatrzył wzdłuż ostrza prosto w twarz Kitiary. Pot pozlepiał czarne kędziory na czole a naturalnie ciemne usta były mocno zaciśnięte. Powoli rozchyliły się w krzywym uśmiechu. Schowała miecz do pochwy.
- Nie bądź taki przygnębiony! To chyba lepiej gdy przyjaciel cię powali i potraktuje to jak lekcję niż żeby wróg miał cię pochlastać na dobre.
   Wyciągnęła rękę.
- Pośpieszmy się lepiej nim Flint i Tanis wypiją wszystko u Otika.
   Sturm pochwycił jej rękę. Dłoń była twarda i zrogowaciała od rękawic i rękojeści miecza. Kitiara podciągnęła go i w końcu stanęli nos w nos. Sturm był wyższy o głowę i co najmniej pięćdziesiąt funtów cięższy a i tak czuł się przy niej jak nieopierzony dzieciak. Jasne oczy dziewczyny i jej przymilny uśmiech zdołały jednak obawy rozproszyć.
- teraz rozumiem w jaki sposób udało ci się rozwijać jako wojowniczce – powiedział i pochylił by podnieść miecz.
   Oczyścił go i schował do pochwy.
- Dzięki za dobrą lekcję. Następnym razem dopilnuję by mieć stopy poza twoim zasięgiem!
- Hej Kit! – gorączkowo dopytywał Caramon – Pokażesz mi potem kilka twoich sztuczek?
   Miał przy sobie krótki miecz; prezent od uwielbiającej przygody siostry. Znalazła go na którymś z wielu pól bitewnych. Flint Fireforge, znający się na obróbce metali jak mało kto, twierdził, że miecz Caramona został wykonany w południowym Qualinesti. I tylko dzięki takim przypadkowym wiadomościom dowiadywali się co nieco o wędrówkach Kit.
- Czemu nie? – odparła – przywiążę sobie jedną rękę z tyłu, żeby było fair.
   Caramon już gębę otwierał do szybkiej odpowiedzi, lecz Kitiara zamknęła mu dłonią usta.
- A teraz do gospody. Jeśli szybko nie dopadnę kufla ale to się rozsypię!
   Kiedy wreszcie dotarli do korzeni wielkiego drzewa vallen wspierającego Gospodę Ostatni Dom spotkali starego druha, Flinta, siedzącego przy najniższych stopniach schodów. Krasnolud dzierżył w potężnych, węźlastych dłoniach całe naręcze drzazg i odcinał od nich cienkie jak włos płatki. Miał tylko mały, lecz bardzo ostry nożyk.
- Cóż, widzę, że skórę masz nienaruszoną – mruknął popatrując z ukosa na Sturma – Tak na poły myślałem, że własną głowę przyniesiesz pod pachą.
- Twoja ufność w moje siły jest niezwykła – kwaśno odparł młody mężczyzna.
   Kitiara zatrzymała się i oplotła ramieniem potężne barki Caramona.
- Lepiej uważaj, stary krasnoludzie. Obecny tu Mistrz Sturm dysponuje niezwykle silnym ramieniem. Kiedy zaś już oduczy się przestrzegania przestarzałego kodeksu rycerskiego…
- Honor nigdy nie jest przestarzały – wtrącił Sturm.
- I dlatego padłeś plackiem na plecy z moim mieczem na szyi. Gdybyś tylko…
- Nie zaczynajcie od nowa! – warknął Caramon – Jeżeli mam wysłuchiwać kolejnej debaty o honorze to chyba umrę z nudów!
- Nie mam zamiaru się kłócić – Kitiara poklepała brata po ramieniu – Swego dowiodłam.
- Flint, chodź z nami. Kitiara stawia – powiedział Caramon.
   Starszawy krasnolud uniósł się na przysadzistych nogach posyłają jednocześnie na ziemię całą kaskadę cieniutkich drewnianych płatków. Wyrównał odzież i schował nóż do buta.
- Żadnego ale dla ciebie – Kitiara zwróciła się w stronę Caramona z iście matczyną surowością. Za młody jesteś na picie.
   Caramon dał nura spod jej ramienia i skoczył w stronę Sturma.
- Kit, mam już osiemnaście lat.
   Twarz Kitiary wyrażała ciężkie zdumienie.
- Osiemnaście? Pewien jesteś?
   Jej „mały” braciszek był co najmniej cal wyższy od Sturma. Caramon popatrzył na siostrę z oburzeniem.
- Jestem, jestem. Po prostu nie zauważyłaś, że jestem już dorosłym mężczyzną.
- Dzieciak jesteś! – krzyknęła Kitiara i wyciągnęła miecz – Jeszcze chwila i dostaniesz klapsa!
- Ha! – krzyknął Caramon ze śmiechem – Nie dasz rady mnie złapać!
   To powiedziawszy skoczył naprzód i runął w górę po schodach. Kitiara schowała miecz i skoczyła za nim. Długie nogi Caramona szybko pokonywały strome schody. Wraz z siostrą, głośno się śmiejąc, zniknął za masywnym pniem drzewa.
   Flint i Sturm wspinali się wolniej. Lekki wietrzyk powiewał między konarami i posyłał wszędzie kolorowy deszcz liści zasypujących schody. Strurm spojrzał rozejrzał się poprzez gęstwę gałęzi w stronę pozostałych nadrzewnym domostw.
- Za kilka tygodni będzie wyraźnie już widać nawet drugą stronę wsi – mruknął.
- Racja – odparł Flint – Aż mi trochę dziwno, że o tej porze nie jestem gdzieś w drodze. Przez więcej lat niż dotąd, chłopcze, przeżyłeś przemierzałem drogi Abanasinii od wiosny do jesieni. Zajmowałem się handlem.
   Sturm przytaknął. Decyzja ogłoszone przez Flinta, że oto wycofuje się już z wędrownego kowalstwa zaskoczyła wszystkich wokoło.
- Teraz to już przeszłość – powiedział Flint – Czas już zawiesić własne nogi na kołku. Może zacznę uprawiać róże w ogródku.
   Wyobrażony widok krasnoluda zajmującego się ogródkiem różanym wydał się Sturmowi groteskowo nienaturalny. Aż potrząsnął głową byle się tej myśli pozbyć.
   Sturm przystanął na płaskiej platformie w połowie drogi do gospody i oparł się o poręcz. Flint postąpił jeszcze parę kroków, lecz też się zatrzymał. Koso popatrzył na Sturma i rzekł.
- O co idzie, chłopcze? Aż widać, że masz coś na języku.
   Flint niczego nie przegapiał.
- Muszę odejść – powiedział Sturm – Do Solamnii. Zamierzam odszukać swe dziedzictwo.
- I swego ojca?
- Jeżeli jest gdziekolwiek jeszcze jakiś jego ślad, to ja go znajdę.
- Długa podróż i niebezpieczne poszukiwania – powiedział Flint – Chciałbym iść z tobą.
- Nie o to chodzi – rzekła Sturm – To tylko moje zadanie. Moje poszukiwania.
   Sturm i Flint weszli w drzwi gospody w chwili dokładnie odpowiednie, żeby dostać w twarze całą lawinę ogryzków jabłek. Podczas gdy lepką pulpę wycierali z oczu cała sala gospody grzmiała głośnym śmiechem.
- Który to łajdak się ośmielił? – ryknął Flint.
   Niezgrabna, młoda dziewczyna, pewnie nawet nie miała jeszcze czternastu lat, z głową całą w rudych splotach, wręczyła ręcznik rozwścieczonemu krasnoludowi.
- Otik właśnie wyciskał nową porcję cydru i pewnie dopadli resztek – wyjąkała przepraszająco.
   Sturm wreszcie wytarł twarz do czysta. Kitiara z Caramonem padli na kontuar i chichotali jak banda zidiociałych dzieciaków. Stojący za barem Otik, korpulentny właściciel gospody, potrząsał głową z dezaprobatą.
- To jest pierwszej klasy lokal – powiedział – Jeśli zamierzacie ciągnąć dalej te psikusy to proszę na zewnątrz!
- Bzdura! – odparła Kitiara.
   Cisnęła na bar monetę. Caramon otarł łzy śmiechu i wytrzeszczył oczy. To była złota moneta. Niewiele takich widział.
- Może to cię uspokoi, co, Otik? – powiedziała Kitiara.
   Wysoki, zgrabny mężczyzna podniósł się zza stołu i podszedł do baru. W jego ruchach dało się widzieć jakiś dziwny wdzięk a wysokie kości policzkowe i złotawe oczy wyraźnie oznajmiały elfie dziedzictwo. Podniósł monetę.
- Co jest, Tanis? – spytała Kitiara – Nigdy nie widziałeś złotej monety?
- Tak dużej jeszcze nie – odparł Tanis Półelf i obrócił monetę – Skąd pochodzi?
   Kitiara podniosła kufel i pociągnęła łyk.
- Nie mam pojęcia – odparła – To część mojej zapłaty. A dlaczego pytasz?
- Napisy są elfickie. Powiedziałbym, że była bita w Silvanestii.
   Sturm i Flint podeszli bliżej i uważnie obejrzeli monetę. Flint orzekł, że delikatny napis jest definitywnie elficki. Dalekie Silvanesti nie miał praktycznie żadnych kontaktów z resztą Ansalonu tak więc zdumiewającym było, jak moneta mogła znaleźć się tak daleko.
- Łup – podpowiedział głos z naroża sali.
- Co mówiłeś, Raist? – spytał Caramon.
   W oddalonym kącie głównej sali gospody widoczna była blada postać. Był to Raistli, bliźniaczy brat Caramona. Był, jak zwykle zresztą, pochłonięty całkowicie studiowanie jakiegoś zakurzonego zwoju. Wstał teraz i podszedł do grupki przyjaciół; barwne światło filtrowane przez witrażowe okna gospody przydawało bladej skórze dziwacznych odcieni.
- Łup – powtórzył – Z rabunku, grabieży czy też zdobyczy.
- Wiemy wszyscy, co to słowo znaczy – szorstko odezwał się Flint.
- On po prostu uważa, że monetę prawdopodobnie skradziono w Silvanesti a potem znalazła się szkatułach dowódcy najemników, w tym i Kitiary – powiedział Tanis.
   Podawali sobie monetę z rąk do rąk, obracali na obie strony i sprawdzali ciężar. Poza swą czyto monetarną wartością moneta stanowiła głos mówiąc o odległym, magicznym ludzie.
- Pozwólcie zobaczyć – uparty głosik odezwał się skądś poniżej lady baru.
   Drobne, szczupłe ramię wystrzeliło do góry między Caramonem a Sturmem.
- Ooo, nie! – krzyknął Otik i porwał monetę z dłoni Tanisa – jeżeli kender położy łapę na monecie to możecie jej tylko posłać pożegnalnego całusa. Byle szybko!
- Tas! – zawołał Caramon – Nie widziałem jak wchodziłeś.
- Był tytaj przez cały czas – odparł Tanis.
   Tasslehoff Burrfoot, jak większość przedstawicieli tej rasy, był zarówno bardzo sprytny jak i bardzo drobny. Potrafił schować w najbardziej niemożliwych miejscach a poza tym znany był z, hmm, lepkich palców… on sam określał je ciekawskimi.
- Ale dla wszystkich – powiedziała Kitiara – Już wiadomo, że jestem wypłacalna!
   Z potężnego dzbana Otik napełnił szereg kufli więc przyjaciele zasiedli wokół okrągłego stołu pośrodku sali. Raistli, miast jak zazwyczaj zatopić się w lekturze zwoju, wziął krzesło i przyłączył się do reszty.
- Skoro jesteśmy tu wszyscy razem – powiedział Tanis – to ktoś chyba powinien wznieść jakiś toast.
- Za Kit, fundatora wspólnego święta! – zawołał Caramon wznosząc gliniany kufel cydru.
- Za złoto, które za to wszystko płaci – odpowiedziała siostra.
- Za elfów, którzy wybili monetę – zaproponował Flint.
- Za elfów to jestem w stanie wypić zawsze – powiedziała Kitiara.
   Patrząc znad kufla posłała uśmiech Tanisowi.
   Na jej ustach zaczęło się już kształtować pytanie, lecz nim je zdołała wymówić Tasslehoff wskoczył na krzesło i zamachał ramionami domagając się uwagi ogółu.
- Powinniśmy wypić za Flinta – zawołał – To jest pierwszy rok od czasów Kataklizmu, kiedy nie wyruszył w drogę.
   Wokół stołu rozległy się otwarte chichoty, które spowodowały, że stary krasnolud gwałtownie poczerwieniał.
- Ty szczeniaku! – zagrzmiał – Jak sądziśz, ile mam lat?
- Nie uuie liczyć do tylu – powiedział Raistlin.
- No cóż, mam już sto czterdzieści trzy lata i dałbym sobie radę z każdym; człowiekiem, kobietą czy też kenderem – oznajmił Flint.
   Palnął w stół ciężką pięścią.
- Ktoś ma ochotę sprawdzić?
   Nie było chętnych. Niezależnie od zaawansowanego wieku, czy też niskiej postaci, Flint był potężnie umięśniony. No, i był dobrym zapaśnikiem.
   Wznosili toasty i popijali dalej w dobrch humorach. Popołudnie przeszło w wieczór a potem i wieczór stał się nocą. Zamówili potężną kolację Otikową bo głód zaczął już doskwierać. Po chwili stół zaczął się uginać pod ciężarem tac z pieczoną dziczyzną, chlebe, serem oraz przesławnymi, Otikowymi pieczonymi ziemniakami.
   Obsługiwała ich stół czerwonowłosa, młoda dziewczynka. W pewnej chwili, ot tak dla żartu, Caramon włożył do kieszeni jej fartucha dobrze ogryzioną kość kurczaka. Oddała zaczepkę szybko i zabawnie gorący kawałek kartofla za kołnierz Caramona. Wystrzelił z krzesła jak oparzony, lecz dziewczyna już skryła się w kuchni Otika.
- Kim, u czarta, ona jest? – pytał Caramon wciąż jeszcze podrygując w staraniach szybkiego usunięcia kartofla zza kołnierza.
- Otik się nią opiekuje – odparł Raistlin – Na imię ma Tika.
   Noc powoli przemijała. Inni gości wchodzili do gospody i ją opuszczali. Zrobiło się późno więc Otik nakazał Tice zapalenie kandelabra świec na stole grupku przyjaciół. Wesoła zabawa wczesnego popołudnia ustąpiła miejsca dużo spokojniejszej, bardziej refleksyjnej rozmowie.
- Jutro wyruszam – ogłosiła Kitiara.
   W świetle świec opalona twarz dziewczyny przybrała złotawy odcień. Tanis obserwował ją i znów czuł jak wracają stare wyrzuty sumienia. Stała się najponętniejszą z kobiet.
- Dokąd ruszasz? – spytał Caramon.
- Chyba na północ – odparła.
- Dlaczego na północ – spytał Tanis.
- Powody, to już moja sprawa – powiedziała sucho, lecz delikatny uśmiech nieco ostrość odpowiedzi złagodził.
- Mogę iść z tobą? – pytał dalej Caramon.
- Nie, braciszku, nie możesz.
- Dlaczego nie?
   Siedząca między przyrodnimi braćmi Kitiara rzucił tylko okiem na Raistlina. Spojrzenie Caramona też powędrowało w stronę bliźniaka. No, oczywiście. Raistlin go potrzebował. Byli bliźniakami, lecz różnili się tak jak tylko bliźnięta mogą się różnić. Caramon był wielkim, serdecznym niedźwiedziem podczas gdy Raistlin przypominał pilnie studiujące widmo. Często chorował a ponadto miał niesamowitą zdolność robienia sobie wrogów wśród silniejszych od siebie. Ich matka nigdy nie odzyskała sił po urodzeniu bliźniąt więc to Kitiara walczyła o zdrowie Raistlina. Teraz zaś to właśnie Caramon pilnował bliźniaka.
- Ja też wyruszam – wtrącił Sturm – Na północ.
   Popatrzył na Kitiarę.
- Eeee – dodał Tasslehoff – Północ jest nudna. Byłem tam. Co innego wschód. Tam należy wędrować. Tyle jest do zobaczenia na wschodzie… miasta, puszcze, góry…
- Kieszenie do opróżniania, konie do „pożyczania” – wtrącił Flint.
   Kender wydął wargi.
- Nic na to nie poradzę, że znajdowanie rzeczy dobrze mi idzie.
- Któregoś dnia znajdziesz coś należącego do niewłaściwej osoby i  cię przez to powieszą.
- Muszę iść na północ – Sturm podparł brodę ręką – Wracam do Solamni.
   Wszyscy nań popatrzyli. Znali dobrze historię wygnania Sturma z ojczyzny. Dwanaście lat już minęło od czasu gdy chłopi Solamni powstali przeciwko swym rycerskim władcom. Sturm i jego matka zdołali uciec unosząc tylko własne życie. Rycerzami nadal gardzono w ich własnym kraju.
- Nie miałbyś nic przeciwko towarzystwu mocnego ramienia? – zaoferowała Kitiara.
   Oferta zaskoczyła wszystkich wokół stołu.
- Nie chciałbym zawracać cię z twej drogi – lekko wymijająco odparł Sturm.
- Północ to północ. Byłam już na wschodzie, na południ i zachodzie.
- A więc świetnie. Wędrówka w twoim towarzystwie będzie zaszczytem – Sturm odwrócił się w strone Tanisa – A jak to z tobą, Tan?
   Tanis wodził kromką chleba po resztkach swego posiłku.
- Też myślałem o wyruszeniu w drogę. Nic specjalnego, po prostu zobaczyć kilka miejsc których nie widziałem. Nie sądzę, żeby zawiodło mnie to na północ.
   Popatrzył na Kitiarę, lecz ta miał wzrok skierowany na Sturma.
- To jest myśl – raźno odparł Tasslehoff.
   Prawa ręka kendera zanurzyła się w kieszeni kamizelki i wydobyła płaski, miedziany krążek. Użwywał tego ćwiczenia aby utrzymać giętkość palców. Praktyki co prawda wcale nie potrzebował.
- Chodźmy na wschód, Tanis. Ty i ja.
- Nie.
   Szybka odmowa zatrzymała ruch miedziaka między zwinnymi palcami Tasa. Zmroziło go.
- Nie – powtórzył, tym razem dużo łagodniej, Tanis – To jest podróż, którą muszę podjąć samotnie.
   Wokół stołu znów zapanowała cisza. Nagle Caramon głośno czknął i wywołał huraganowy wybuch śmiechu.
- Wybaczcie! –zawołał Caramon i wyciągnął ramię w stronę kufla Kitiary.
   Nie dała się podejść. Gdy tylko ręka brata zamknęła się wokół pienistego kufla palnęła ją z całej siły łyżką. Caramon cofnął rękę.
- Ouć! – zaprotestował.
- Jak jeszcze raz spróbujesz to będzie znacznie gorzej – powiedziała.
   Caramon zacisnął dłoń w potężny kułak.
- Oszczędzaj energię, bracie – odezwał się Raistlin – Będziesz jej potrzebował.
- O co chodzi, Raist?
- Skoro każdy już tutaj podejmuje jakąś podróż, to w takim czas jest dobry, by oznajmić i moją wyprawę.
   Flint prychnął pogardliwie.
- Dwóch dni na drodze nie przetrzymasz.
- Pewnie nie – Raistlin złożył długie, wąskie palce.
- No chyba, że poszedł by ze mną mój brat.
- Gdzie i kiedy? – spytał Caramon gotów wyruszyć dokądkolwiek.
- Nie mogę jeszcze powiedzieć dokąd – odparł Raistlin.
   Blado niebieskie oczy wbił w leżącą przed nim tacę z prawie nie ruszonym posiłkiem.
- To może być długa i niebezpieczna wyprawa.
   Caramon aż podskoczył.
- Jestem gotów.
- Siadaj na tyłku – warknęła Kitiara.
   Pociągnęła za pasek kamizeli brata. Caramon klapnął na stołek. Flint wydał z siebie ciężkie westchnienie.
- Wszyscy mnie opuszczacie – powiedział – Nie wyruszam w trasę rzemieślnika na jesieni a wszyscy przyjaciele ruszają własną drogą.
   Westchnął tak mocno, że nawet światełka świec zadrżały.
- Ty stary niedźwiedziu – odparła Kitiara – Użalasz się teraz nad sobą. Przecież nie ma takiego prawa, króre by mówiło, że musisz pozostać w Solace zupełnie sam. Nie masz żadny krewnych, którym mógłbyś trochę ponarzucać/
- O tak – dodał Tasslehoff – Możesz przecież odwiedzić szaro brodą, to znaczy siwowłosą, starą matkę.
   Krasnolud wyryczał oburzenie. Ci, co siedzieli blisko Flinta – Caramon i Sturm – szybko odsunęli się od rozwścieczonego towarzysza. Flint machnął własnym kuflem posyłając strumienie ale na Tasslehoffa. Strumienie gęstego, złotego trunku spłynęły po nosie kendera i nasączyły brązową kitkę. Tas otarł oczy z zalewającego je piwa.
- Nikomu nie pozwolę kpić z mojej matki! – zawołał Flint.
- W każdym razie nie więcej niż raz – mądrze zauważył Tanis.
   Tas otarł rękawem twarz. Podniósł własny, porysowany (i pusty w tej chwili) kufel po czy umieścił go pod pachą jakby trzymał jakiś absurdalny hełm. Całym sobą wyrażał teraz urażoną godność.
- To wymaga pojedynku!
- Będę twoim sekundantem, Tas radośnie stwierdził Kitiara.
- A ja po stronie Flinta! – wrzasnął Caramon.
- Do kogo należy wybór broni? – spytał Tas.
- Flint został wyzwany; on wybiera – odparł z uśmiechem Sturm.
- I co wybierasz, stary niedźwiedziu? Ogryzki na dziesięć kroków? Chochle i pokrywki? – dopytywała Kitiara.
- Byle nie kufle piwa – cisnął Tas.
   Tym razem wyraz pyszałkowatej godności zastąpił zwykły grymas twarzy kendera. Głośny wybuch śmiechu przywołał Tikę.
- Ćśśś! Już późno! Moglibyście się wszyscy trochę uciszyć! – syknęła.
- Zmiataj, nim ktoś tu da ci klapsa – odpalił Caramon bez oglądania się w jej stronę.
   Tika prześliznęła się za jego zydel i straszliwie wykrzywiła twarzyczkę. Wszyscy wokół ryknęli głośnym śmiechem. Caramon był wyraźnie zdumiony.
- Co takiego śmieszego? – zawołał.
   Tika jednym zgrabnym ruchem wyjęła sztylet z pochwy wiszącej u pasa Caramona. Uniosła go nad głowę z potwornym wyrazem twarzy, zupełnie jakby zamierzała dziabnąć Caramona w plecy. Po twarzy Kitiary płynęły strumienie łez a Tas spadł ze swego stołka.
- Co jest? – krzyczał Caramon.
   Nagle obrócił głowę do tyły i przyłapał Tikę wykrzywiającą twarz w grymasie.
- Aha! – zawołał i ruszył w jej stronę.
   Dziewczynka zgrabnie uciekała omijając puste stoły. Caramon runął za nią wywalając stołki i potykając się o stoły.
   W drzwiach kuchni pojawił się Otik dzierąc w dłoni oliwną lampę. Nocną koszulę miał poprzekrzywianą a resztki siwych sterczały na wszystkie strony w komicznych kępkach.
- Co tu się dzieje? Czy tu już spokojnie się przespać nie można? Tika, dziecko, gdzieś się podziała?
   Rudowłosa dziewczynka wychyliła się zza krawędzi stołu.
- Miałaś ich podobno uciszyć, nie przyłączać się do zabawy.
- Ten mężczyzna mnie gonił – wskazała na Caramona, który właśnie z uwagą przyglądał się lichtarzom.
- Idź do pokoju. Już.
   Tika opuściła głowę i wyszła. Ostatnim spojrzeniem dopadła Caramona i wywaliła język w jego stronę. Kiedy do niej ruszył rzuciła mu sztylet, jego własny, który wbił się w podłogę i drgał teraz dosłownie o cal od jego stopy. Tika zniknęła w drzwiach kuchni przechodząc przez wahadłowe drzwi.
   Otik podparł się dłońmi o biodra.
- Flint Fireforge! Spodziewałem się po tobie czegoś lepszego! Jesteś wystarczająco dojrzały, by wiedzieć trochę więcej. A i ty, Panie Sturm; tak dobrze wychowany mężczyzna powinien leiej się zachowywać, a nie rozrabiać po nocy.
   Flint wyglądał na prawdziwie speszonego besztaniną. Sturm tylko przygładził dłonią wąsy i nic nie powiedział.
- Nie bądź takim starym zrzędą – odezwała się Kitiara – Tika była bardzo zabawna. Tak czy inaczej; to chyba nasze pożegnalne spotkanie.
- Wszystko może być zabawne dla ludzi, którzy w brzuchach mają po cztry dzbany ale – warczał Otik – A kto odchodzi?
- Cóż, chyba wszyscy.
  Otik odwrócił się w stronę kuchni.
- A więc przynajmniej na litość, idźcie po cichu! – i wyszedł.
   Caramon wrócił do stołu. Z rozdzierającym ziewnięciem nagle powiedział:
- Ta Tika to najbrzydsza dziewczynka w całym Solace. Stary Otik będzie kiedyś musia dać spory posag, żeby ją wydać za mąż!
- Nie bądź taki pewny – mruknął Raistli rzucając spojrzenie w stronę kuchni – Ludzie się zmieniają.
   Nadszedł czas rozstania. Nie było sensu opóźniać czegokolwiek i Tanis to szybko wyczuł. Wstał i złożył dłonie.
- Rozstajemy się teraz, przyjaciele, lecz naszej przyjaźni nie zniweczą ani czas, ani wielkie odległości. By jednak to koło druhów w naszych sercach utrzymać musimy się spotkać znowu. Każdego roku, tego samego dnai, w tej gospodzie.
- A jeśli to będzie niemożliwe! – zawołał Sturm.
- Wtedy za lat pięć od dnia dzisiejszego każdy z nas wróci tu, do Gospody Ostatni Dom. Bez żadnych wymówek. Uznajmy to za święte przyrzeczenie. Kto złoży je wraz ze mną?
   Kitiara energicznym ruchem osunęła zydel i prawą dłoń położyła samym środku stołu.
- Ja złożę przyrzeczenie – powiedziała wpatrując się Tanisowi w oczy – Pięć lat.
   Tanis opuścił dłoń na środek stołu i przykrył dłoń Kit.
- Pięć lat.
- Na mój honor, i na honor całego domu Brightblade – poważnie powiedział Sturm – przysięgam tu wrócić za pięć lat.
- Ja też – powiedział Caramon.
   Potężna dłoń właściwie zakryła dłoń Sturma.
- Jeśli będę pośród żywych, będę tutaj – z przedziwnym zaśpiwem w głosie odezwał się Raistlin i dodał łagodnym ruchem własną dłoń do dłoni brata.
- Ja też! Ja będę tutaj już na was wszystkich czekał!
   Mówiąc to, Tasslehoff wskoczył na zydel. Drobna dłoń spoczęła obok dłoni Raistlina, obie razem były mniejsze od wielkiej łapy Caramona.
- Mas irytujących nonsensów – mruczał Flint – Skąd niby mam wiedzieć ,co ja będę rozbił za pięć lat? Może to być coś o wiele ważniejszego od siedzenia w gospodzie i czekania na gromadę marnotrawnych urwisów.
- Och, daj spokój, Flint. Wszyscy skaładamy przyrzeczenie – powiedział kender.
- Hmpf – stary krasnolud pochylił się i starymi, spracowanymi dłońmi objął pozostałe – Reorx niech będzie z wami aż do naszego ponownego spotkania.
   Głos mu się załamał. Przyjaciele dobrze widzieli, że stary krasnolud oszukuje; był naprawdę sentymentalny.
   Zostawili Flinta przy stole. Bliźniaki wyszły. Tanis, Kitiara i Sturm skierowali się w stronę stromych stopni. Tasslehoff dziarsko ruszył w ich ślady.
- Powiem tylko; dobrej nocy rzekła Sturm rzucając spojrzenie w stronę Tanisa- Lecz nie żegnaj.
   Potrząsnęli dłońmi.
- Kit, mój wierzchowiec jest w stajniach na obrzeżu. Spotkamy się tam?
- Dobrze, jest tam i mój zwierzak. Jutro o wchodzie?
   Sturm skinął głową i rozejrzał się wokół szukając Tasa.
- Tas? – wypytywał – Gdzież on się podział? Chciałem się z nim pożegnać.
   Tanis wskazał na gospodę.
- Chyba tam wrócił. Tak przynajmniej sądzę.
    Sturm w milczeniu skinął głową i oddalił się w chłód nocy. Tanis i Kitiara zostali sami. Otaczał ich tylko hałas świerszczy śpiewających pośród potężnych drzew. Symfonia na tysiąc świerszczy.
- Pojdziesz ze mną? – spytał tanis.
- Gdziekolwiek zechcesz – odparła Kitiara.
   Pokonali parę tuzinów kroków od gospody nim Kitiara skorzystała z okazji i ramieniem objęła ramię Tanisa.
- Mam pomysł – stwierdziła chytrze.
- Co takiego?
- Mógłbyś tą noc spędzić u mnie. Może czekać nas pięć lat nim znowy się zobaczymy.
   Zatrzymał się i powolnym ruchem uwolnił ramię.
- Nie mogę – odparł.
- Ooo? A czemuż to? Nie tak dawno jeszcze nie potrafiłeś się beze mnie obejść.
- Tak, było to w tych przerwach między kolejnymi wyprawami, gdzie walczyłaś dla każdego kto tylko płacił.
   Kitiara uniosła podbródek.
- Nie wstydzę się tego, co robie.
- Niczego takiego nie oczekiwałem. Po prostu, zacząłe sobie coraz bardziej i bardziej zdawać sprawę, że ty i ja jesteśmy z dwóch różnych światów, Kit. I to światów, które nie mają nawet nadziei na jakieś połączenie.
- O czym ty gadasz?
- Kiedy cię nie było właśnie obchodziłem urodziny. Czy ty wiesz ile mam lat? Dziewięćdziesiąt siedem. Jestem dziewięćdziesięcio siedmio letnim elfem. Gdybym był człowiekiem byłbym zgrzybiałym starcen. Albo martwym.
   Z upodobaniem popatrzyła na smukłą sylwetkę mężczyzny.
- Nie jesteś nai zgrzybiały, ani prastary.
- I o to chodzi! Elfia krew przedłuży mi życie daleko poza zasięg ludzieko żywota.
   Tanis podszedł bliżej i ujął dłonie Kitiary.
- A w tym czasie ty, Kit, zestarzejesz się i umrzesz.
   Kitiara się roześmiała.
- Pozwól, że to ja się będę tym martwić!
- Przecież cię znam, Kit. Nic sobie z tego nie będziesz robić. Spalasz własną młodość jak świecę podpaloną z obu stron na silnym wietrze. Jak sądziśz co mogę czuć wedząc, że oto możesz zostać zabita w jakiejś bitiwe stoczonej dla przeciętnego wojownika podczas gdy ja będę żył i żył, i to bez ciebie? To musi się skończyć, Kit. Dzisiaj. Tu i teraz.
   Było dość ciemno a biały księżyc, Solinari, ukryty był za koronami potężnych drzew vallen. Pomimo to Tanis dostrzegł wyraz twarzy Kit, poczuła się dogłębnie zraniona. Trwało to tylko mgnienie oka. Opanowała się i przywołała wspaniały uśmiech.
- Może tak i lepiej – powiedziała – Nigdy nie chiałam być do uwiązana. Moja biedna, głupia matak taka była – nie potrafiła mężowi w oczy powiedzieć co jest co.o nie w moim stylu. Ja raczej przypominam ojca. Płonąca na wietrze, tak? I wspaniale! Winna ci jestem podziękowanie, Tanthalusie Pół-Elfie, bo potrzymałeś mi przed twarzą lustro prawdy…
   Przerwał tyradę pocałunkiem. Bardzo delikatnym, takim braterskim pocałunkiem w policzek. Kitiara zamarła.
- To nie jest to czego ja chcę, Kit – powiedział Tanis ze smutkiem w głosie – Tylko to, co musi być.
   Trzasnęła go w twarz. Kitiara była zapawionym w bojach wojownikiem, jej uderzenie nie bbyło lekkim pacnięciem. Tanis zachwiał się i przyłożył dłoń do twarzy. Cienka strużka krwi pokazała się w kąciku ust.
- Powstrzymaj piękne gesty – cisnęła – Zachowaj je dla następnej kochanki. Jeśli taką znajdziesz! I któż to będzie, Tanisie? Pełnej krwi elfia pana? Ależ nie, przecież elfowie gardzą tobą z powodu mieszanego pochodzenia. Potrzebujesz do kochania żeńskiej odmiany czym sam jesteś.
   Odstąpiła pozostawiając Tanisa z rozwartą gębą.
- Nigdy takiej nie znajdziesz! – zawołała Kitiara nim zniknęła w mroku – Nigdy!
   Pod wpływem wrzasku Kitiary nawet świerszcze ucichły. Po chwili wznowiły jednak nocny koncert. Tanis stał pośrodku nocy. Był sam a pieśń świerszczy nie przynosiła ulgi.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

Stopka forum

RSS
Powered by PunBB
© Copyright 2002–2008 PunBB
Polityka cookies - Wersja Lo-Fi


Darmowe Forum | Ciekawe Fora | Darmowe Fora
www.smoczalanca.pun.pl